Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
Blog > Komentarze do wpisu

*Śmierć jest niezręczna*

 

Wiem, że ostatni wpis wprowadził niezręczną sytuację na blogu. Teraz wszyscy są smutni i każdemu jest głupio się odezwać. Jola może już dawno przygotowała wesołą notkę z jajem, o tym co ją wczoraj spotkało na fotograficznym polowaniu na estoński śnieg, ale głupio jej ją opublikować, bo rozdźwięk nastrojów byłby nie do zniesienia i mógłby nas wszystkich zabić. A kapelutki jeśli mają zabijać, to tylko i wyłącznie śmiechem i w przenośni.

 

Zawsze uważałam, że do życia należy podchodzić z dystansem. Zatem do śmierci też. I łatwo jest to robić, gdy sprawy dotyczą zupełnie obcych anonimowych ludzi, bądź też bezpośrednio nas – mówiąc nas, mam na myśli konkretnie nas – nas samych. Gdy dotyczą nas niebezpośrednio, tylko kogoś z naszej rodziny czy przyjaciół, nie zawsze można podejść z humorem. Czasem jest to po prostu niewykonalne, bo humor jest zwyczajnie nie na miejscu.

Do spraw, do których nie można podejść z humorem, staram się podchodzić ze spokojem. Na przykład w przypadku śmierci w rodzinie. Ale czasem spokój też jest nieodpowiedni.

Śmierć jest niezręczna. Niezręcznie zabiera ludziom ludzi. Pozostawia niezręczną pustkę. Niezręcznie milczy. I zmusza do niezręcznego milczenia. Bo niby, jak na nią reagować kiedy brakuje słów w głowie, których zresztą pewnie i tak nie puściłoby ściśnięte gardło? Czasem można jeszcze spazmami, ale do tego trzeba mieć temperament.

 

Pamiętam jak kilka lat temu zmarł mój dziadek. Dostałam smsa od siostry: „Dziadek umarł”. Popatrzyłam chwilę na te dwa wyrazy i tak się zadumałam: „Jak to możliwe? Byłam pewna, że ten stary dziwak przeżyje nas wszystkich”. On chyba też tak myślał.

Poszłam na długi spacer. Pomyśleć. O jego dziwactwach. O tym, że był beznadziejnym dziadkiem. A ja niespecjalną wnuczką.

Następnego dnia spakowałam torbę i powiedziałam do Wenus: „Cześć. Jadę do domu.” „A co ty nie masz jutro zajęć?” – odparła. „Mój dziadek umarł. Jadę na pogrzeb” – i się uśmiechnęłam. Ale wbrew temu, co twierdzi Wenus, oskarżając mnie o nieczułość, to smutny uśmiech był!!

Jeszcze tego samego dnia pojechałam z mamą do domu dziadka na modły. Po różańcu zaczęła się debata o tym, jak powinien przebiegać pogrzeb. I tak debatowali gdzie ksiądz ma trumnę pokropić (w sensie w domu, czy pod kapliczką, bo przecież wiadomo, że nie czy początek czy koniec wieka) , bo jak to zwykle bywa ksiądz miał inną wizję pogrzebu niż rodzina, a rodzina wewnętrznie też oczywiście była podzielona. Wyglądało to wszystko przekomicznie – rzecz jasna tylko dla takich amatorów czarnego humoru, jak ja i Wielki Brat:) W końcu, gdy sytuacja była do tego stopnia wesoła, że głośno żartowaliśmy nad dziadkiem-denatem, moja matka nie omieszkała nas opierdolić i było po zabawie.

Położyłam się spać w moim zimnym pokoju, w który w styczniu (a był to właśnie styczeń) temperatura jest porównywalna z tą na zewnątrz i jakimś cudem udało mi się zasnąć. Nagle w środku nocy COŚ złapało mnie za nogę! Jeszcze nie zdążyłam się obudzić, gdy do mózgu wdarła się przerażająca myśl: „Dziadek! Dziadek jak nic! Przychodzi mnie straszyć za te żarty i niepowagę.” Udało mi się jakoś podnieść powieki i zobaczyłam, że to nie dziadek, a kot wskoczył mi na nogę i się na niej wygodnie ulokował.

Następnego dnia odbył się pogrzeb podczas którego puszczał do mnie oko jeden z łapiduchów. Wieczorem przyszły wyniki badań Miśka, bardzo złe. Natychmiast odwieziono go do kliniki.

 

Jego choroba wzięła się nie wiadomo skąd. Leżał na nefrologii i poddawał się wszystkim badaniom, które tylko lekarzom przyszły do głowy. Zdiagnozowano toczeń, choć bez przekonania. Nie było w pobliżu doktora House’a, który by im powiedział: „IT’S NOT LUPUS! IT’S NEVER LUPUS!”

Pewnego dnia przy rutynowej czynności jaką było zakładanie cewnika, lekarz przebił Miśkowi tętnicę szyjną. Co więcej, nie zauważył, że przebił i nie zauważył, że pacjent wykrwawia mu się do opłucnej. Ratowali go długo, przetaczając litry krwi. Potem OIOM i śpiączka farmakologiczna. I w końcu po tygodniu wybudzenie. Nigdy nie zapomnę wrzasku pielęgniarki, która mnie sterroryzowała na progu sali, w której leżał. Nie zapomnę też widoku jego bladej twarzy i nieobecnych oczu. W sumie dobrze, że niedługo przylazła lekarka i mnie wywaliła, bo pewnie nie potrafiłabym dłużej powstrzymać łez.

Potem powiedział, że jak był nieprzytomny, to przyśnił mu się dziadek. Nie był na jego pogrzebie, bo mama go nie puściła, więc się z nim nie pożegnał. Śniło mu się, że dziadek przyszedł do niego i nie miał z sobą laski, a przecież on zawsze chodził o lasce! Zapytał go więc: „Dziadziu, a gdzie masz laskę?”. A dziadek odpowiedział: „Tu gdzie jestem, laska nie jest mi już potrzebna”.

Ot sen. Czy to był naprawdę dziadek, czy może tylko wytwór zmęczonej podświadomości? – każdy odpowiada w sumieniu swoim.

Nerki padły, zaczęły się dializy. Misiek był niewygodnym pacjentem, bo gdzieś po drodze osiągnął pełnoletniość, a to była klinika dziecięca. W końcu go podleczyli i puścili do domu. Potem przez lata znów trafiał do szpitala co jakiś czas i na jakiś czas i zawsze go wypuszczali, zawsze podleczonego, nigdy wyleczonego.

Przed moim wyjazdem wyglądał dobrze. Patrząc na niego, nikt nie powiedziałby, że dializuje się co drugi dzień, że ma jakieś problemy zdrowotne. Uśmiechał się, żył normalnie, często do nas przychodził i pytał przewrotnie: „Co słychać Rege?” Przychodził w prawdzie do Wielkiego Brata, ale zawsze znalazł czas, żeby się zatrzymać i pogadać chwilę z każdym indywidualnie, zwłaszcza kurtuazyjnie pogawędzić z moimi rodzicami. Nie był aniołem, o nie. Był normalny, na ile tylko normalny może być dwudziestolatek.

Niedawno złapał zapalenie oskrzeli. Podleczyli go i puścili jak zwykle. Szybko do nich wrócił z niewydolnością oddechową. Znów go uśpili. Potem kilka razy próbowali wybudzić, ale płuca nie podjęły pracy. Przespał Boże Narodzenie, Sylwestra, swoje urodziny. W końcu się udało, zaczął oddychać. Czasem nawet coś powiedział, zakrywając dziurę po tracheotomii, zaczął normalnie jeść. Było coraz lepiej. Do wczoraj.

Rano spuchła mu noga od wenflonu. Powiedzieli, że chyba trzeba amputować. Nie zdążyli.

O 22.52 czasu polskiego dostałam smsa od siostry: „Michał umarł”.

 

I znów wyszło smutno, choć wcale nie chciałam. Ale tak się czuję i nic na to nie poradzę. Takie życie. Żarty są nie na miejscu. Spokój też jakoś nie pasuje. Wiem, że śmierć to początek innego życia – w to mnie nauczono wierzyć. Nie wiem tylko, co bardziej mnie przeraża – czy maleńka wątpliwość, że może jednak „potem” nic nie ma, czy perspektywa wieczności, która z definicji jest nieskończona? I czasem mi się wydaje, wbrew wyuczonej wierze, że jednak wieczność, nawet jeśli to ma być wieczne szczęście. I jeszcze nie wiem, co gorsze: że jestem tutaj sama, czy gdybym była teraz tam z nimi?

 

Rege

 

niedziela, 07 lutego 2010, kapelutki

Polecane wpisy

  • *Nuda*

    Przeczytałam ostatni post, a potem spojrzałam na datę publikacji. Uśmiechnęłam się.  Po urlopie niewiele się zmieniło. Sytuacja z wypowiedzeniem powtórzyła

  • *32*

    Nie wiem, naprawdę nie wiem, kiedy stałam się starszą panią po trzydziestce, zaczynającą dzień od słabej kawy i mocno alkoholowych pomadek wiśniowych.

  • *Dziś prawdziwych blogerów już nie ma*

    Od pewnego czasu intensywnie myślę nad tym, dlaczego nie ma już  we mnie tyle miłości do blogowania, do Kapelutków, do wywracania swojego wnętrza na l

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Li, *.nat.umts.dynamic.eranet.pl
2010/02/10 08:21:02
Niepotrzebna śmierć zawsze ma w sobie element groteski. W dniu pogrzebu Ilonki jej Mama uparła się, by otworzyć trumnę. Na widok koszmarnej fioletowej szminki jaką pomalował jej usta "artysta" z zakładu pogrzebowego zaczęłam się śmiać, wyobrażając sobie jak bardzo śmiała by się z tego Ilonka. Śmiech w celach samoobrony jest jak najbardziej wskazany, wzruszyłam się Twoją notką, pozdrawiam :)
-
2010/02/10 11:49:33
najgorsze jest to, że za 2-3 tyg miał wyjść do domu, bo już było całkiem dobrze. nie umarł przez nerki, nie umarł przez płuca, ale od wenflonu, z którego wymianą zwlekano zbyt długo. myślę, że gdy lekarze powiedzieli mu, że chcą mu amputować nogę, to się poddał, żeby się jeszcze bardziej nie męczyć. mógł żyć.
R.
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl