Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
Blog > Komentarze do wpisu

*Przypowieść motoryzacyjna z dupą w tle*

 

Świat jest zły i ma wielkie kły. Ot, co powiem.

A historia jest taka: wiezę ja dzis o 5.30 rano Pana M (Pana Męża) na dworzec, co by wsiadł do pociągu byle jakiego i pojechał zdać (podkreślam zdać) zajebiście-ale-to-zajebiście-ważny egzamin i tuż przed celem  naszej wyprawy zdechł mi samochód! Jesteśmy jakies dwa skrzyżowania przed dworczykiem, dojeżdam do świateł, zielone, skrecam, jadę , gaz do dechy a tu gazu ni chu chu. Nie zgosł ale też nie przyspieszył. Siłą rozpędu stoczyłam się na najbliższy parking, Pan M pognał kłusem na dworzec, bo zostało mu bagatela 4 mintuy (uhu, co ja mogę zrobić w cztery minuty), a ja zostałam patrzeć na agonię mojego, szumnie samochodem zwanego, pojadu.

Jako, że  męza już nie było, a ja wtoczyłam się akturat na parking byłej jednostki wojskowej, pomyślałam sobie : „uuułu, jak miło”. Oczywiście w mojej imaginacji w koszarów wyskoczyli żwawo przystojni zbudowani żołnierze, żeby uratować bezbronną kobietę z tej niespodziewanej motoryzacyjnej opresji. Zaraz jednak przypomniałam sobie, że to jest BYŁA jednostka wojskowa, więc z koszarów może co najwyżej wyskoczyć dozorca i przegonić mnie miotłą.

Odpalam grata a tu nic. Trochę buczy, trochę kaszle, pyka pyka i kaput.  Pognałam więc i ja w stronę dworczyka, żeby Panu M pomachać mokrym od łez dowodem rejestracyjnym lub gdyby się spóźnił kombinować z nim jak dostać się z punktu A do punktu B w czasie C, żeby jednak ten egzamin zdać, co byśmy na zawsze nie utknęli w tej materialno-urbanistycznej koziej dupie.

W trakcie biegu przełajowego wykonałam jeszcze kontrolny telefon do Szanownych Rodziców informując, że być może będziemy pilne potrzebować ich automobilnej pomocy. Ku mojemu zrozumieniu – w końcu koincydencje zawsze są przewrotne – okazało się, że ich automobil tez jest w stanie rozpadu, a to z powodu zerwanego przewodu paliwowego, który skutecznie uniemożliwia odpalenie samochodu a co dopiero dojechanie nim do punktu B.

 

Teorię o piramidzie nieszczęść obalił jednakże telefon od Pana M, informujący, że pociąg byle jaki był spóźniony i dzięki temu Pan M zdążył do niego wsiąść nie musząc nawet ciskać w niego zielonym kamieniem, jak to onegdaj śpiewała Maryla. Pierwszy raz w życiu cieszyłam się, że w tym kraju wszystkie pociągi są byle jakie.

Wróciłam na parking byłej jednostki wojskowej i daje próbuję reanimować grata. Czerwona kontrolka oleju wyraźnie daje mi do zrozumienia, że dziś tym pojazdem do domu nie wrócę. Cudem udało mi się zaparkować go w sposób zgodny z ogólnie przyjętymi normami parkowania, pomijając fakt, że stałam na parkingu z zakazem wjazdu nieupoważnionym .  Złożyłam ręce w małdrzyk (btw. kto z was wie, co to jest małdrzyk, bez pomocy Google?) a trójkąt w trójkąt i położyłam go na tylnej szybie, co by mi ktoś nie zarzucił, że bezczelnie sprawny pojazd pozostawiam w miejscu dla niego niedostępnym. W tym samym czasie podjechał mercedesem Pan Zamiatacz i zaczął zamiatać parking (Pan Zamiatacz! Mercedesem! A ja po trzech fakultetach na najbardziej UJowej uczelni w tym kraju jeżdżę, o pardon!, stoję maluchem! Nie, żebym miała cos do Pana Zamiatacza, ale poczułam się, jakby ktoś dał mi miotłą w twarz.) Podeszłam jeszcze do Pana Zamiatacza, chyba tylko z potrzeby interakcji społecznej, i zapytałam czy nie wie, czy mogę tu tak zostawić samochód, bo nieoczekiwanie wziął i zdechł. Pan Zamiatacz, nie kryjąc rozbawienia, zapytał ; „Co zrobił?”. No, zdechł, zgosł, nie pojedzie. „A to, jak zgosł, to co zrobić?” No właśnie, co zrobić? Nic, trzeba zostawić. Toteż zostawiłam poszłam bez namysłu w stronę wschodzącego słońca.

W tym miejscu historia mogłaby się kończyć, ale nie, tak łatwo nie będzie. Idę lekko otępiała i łzawię od tego blasku słonecznego. Wyglądałam zapewne jakbym wracała do domu po okrążeniu nad ranem. Wstąpiłam jeszcze do całodobowego po doładowanie do taktaka, a tam Pan Żul właśnie mocował się z kieszenią u własnych spodni w celu wydobycia z niej 9 groszy, żeby dopłacić do dwóch win Patria. Pomyślałam sobie „A to Polska właśnie” i głowę zwiesiłam niemo. Z tej patriotycznej zadumy wyrwał mnie Pan Żul, który wysupławszy wreszcie dłoń z kieszeni, rzucił grosze na ladę i zaklął, że do każdego interesu trzeba tylko dopłacać. To mi dało do myślenia. A może to wcale nie był Pan Żul, tylko biznesman prowadzący poranną działalność gospodarczą pod sklepem? A Polska to wcale nie alkohol aromatyzowany Patria za 6.80 ale beaujolais nouveaou, młode buzujące wino, które jeszcze nie pokazało swojego prawdziwego potencjału…?

Nie wiem. Zabrałam swoje doładowanie, Pan Żul zabrał swoje i wyszliśmy z całodobowego zacząć nowy dzień.  Zanim doszłam na piechotę do domu, Pan M zdążył dojechać pociągiem do punktu B, zanim skończyłam ten wpis mój Szanowny Ojciec zdążył naprawić przewód paliwowy  w automobilu. Zaraz tu będzie i pojedziemy na parking byłej jednostki wojskowej reanimować mojego grata. Na parkingu nie będzie już Pana Zamiatacza ani zbudowanych żołnierzy. Zanim wrócimy Pan Żul zdąży wypić dwa wina Patria, a Pan M. napisać egzamin. Świat wraca do swojej codziennej dupy. Niczego się dziś nie nauczyłam.

 

JOLANTA

 

sobota, 25 września 2010, kapelutki

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/09/25 12:14:16
nie mówi się miotła, tylko MIEEETŁA ;)

a i czy ten całodobowy, który mam na myśli, to nasz ulubiony Sklep Dla Spóźnionych Żuli?

i dlaczego nie jesteś tam, gdzie miałaś być i nie robisz tego, co miałaś robić?
-
2010/09/25 12:18:38
bo mnie chcieli, a ja mam to w dupie
-
2010/09/25 12:23:22
naaaaaajs :) /Re
-
2010/09/25 12:33:27
zaraz ... miałam napisać: "bo mnie NIE chcieli"
-
2010/09/25 12:33:48
jedno słowo a sens zupełnie inny :)
-
2010/09/25 12:49:19
aaaaa :) no to... CHWD...P :)
-
2010/09/25 13:06:49
samochód chodzi. paliwo złe było (bo to złe paliwo było) i się filter tudzież rurka zatkała i paliwo zamiast tam, gdzie powinno trafiać paliwo trafiało uj wi gdzie i samochód nie miał papu. (jako kobieta mechanik byłabym urocza :)) ale w każdym razie Szanowny Ojciec gołymi rekami naprawia samochody, ciężarówki, czołgi, samoloty i statki (serio :)), więc wszystko gra i mogę pojechać na dworczyk odebrać Pana M. z pociągu byle jakiego.
jol.
-
2010/09/27 21:08:31
to co, nikt nie wie, co to jest małdrzyk?
-
2010/09/28 14:31:53
ja wiem, co to znaczy "złożyć ręce w małdrzyk".

Regi
-
2010/09/28 14:35:08
no co to jest małdrzyk też już wiem;) nie zapytałam googla, ale zapytałam mamę;)

Regi pnownie
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl