Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
Blog > Komentarze do wpisu

*Księga tysiąca i jednej przygody*

 

Po powrocie z Hiszpanii marzyłam tylko o tym, żeby zaszyć się w samotności na końcu świata i zregenerować siły. Tak, moi drodzy, urlopy bywają bardzo męczące. Jednakże przewrotny los zdecydował inaczej i już po dziewięciu dniach z powrotem siedziałam w samolocie. Wyjazd tym razem nie był rekreacyjny (może i dobrze, bo po hiszpańskiej rekreacji miałam zakwasy, rwę kulszową i depresję) - przeciwnie, wiązał się z obiecanym zastrzykiem gotówki, który wkrótce (mam nadzieję) zasili moje konto. Taka fuszka, dzięki której na chwilę przestałam być bezrobotna. 

 

Fruuuu!

Przed wyjazdem przekonywałam samą siebie, że to propozycja nie do odrzucenia. "Pojedziesz na wycieczkę i jeszcze ci za to zapłacą" - mówiłam sobie. Ale przeczucia - złe przeczucia i wewnętrzny niepokój za wszelką cenę starały się mnie zatrzymać w domu.

Pojechałam. Stambuł w kilka godzin doprowadził mnie na krawędź wytrzymałości psychicznej, o czym z pewnością zaświadczy Halszka, do której słałam płaczliwe wiadomości z przejmującą treścią "Nienawidzę tego miasta!"... Czeski film w tureckiej odsłonie trwał w najlepsze. A jego zwieńczeniem był przykry fakt, że na kolację zjadłam najgorszego kebaba na świecie!

Kolejne dwa dni upłynęły w miarę sprawnie, choć stres jaki przeżywałam w związku z "tureckim zleceniem" powoli rozkładał mnie wewnętrznie. Prawdziwy dramat rozegrał się jednak w dniu wyjazdu. Ale po kolei.

 

Orient Express

Stambuł, jak wiadomo, to miasto olbrzymie, ludne, tłoczne i głośne. Leży po obu stronach Bosforu, o czym wiemy wszyscy, gdyż zawsze chętnie uczęszczaliśmy w szkole na geografię. Posiada dwa lotniska - po europejskiej stronie Port Lotniczy Atatürka, po azjatyckiej - Sabiha Gökçen. Odległość pomiędzy nimi to około 65 km. Na pewno już domyślacie się, że lądowałam na Atatürku, a odlecieć miałam z Sabihy. Dlaczego tak? Nie wiem, nie ja kupowałam bilety. Chodziło na pewno o jakąś oszczędność. Czasu? Pieniędzy? Jednego i drugiego? Ale, że oszczędny dwa razy traci...

Do tematu odlotu podeszliśmy rozsądnie. Ano tak - nie byłam sama. Był ze mną mój zleceniodawca. Postanowiliśmy opracować trasę do Sabihy, żeby wiedzieć, ile czasu potrzebujemy na dojazd. A mówiąc wprost zdecydowaliśmy tam po prostu dzień wcześniej pojechać i zobaczyć w praktyce. Chociaż pod względem komunikacji miejskiej Stambuł z pewnością plasuje się w czołówce, z Aksaray, gdzie mieszkaliśmy, do Sabihy jedzie się czterema środkami transportu. Około 2,5-3 godziny.

Pomimo dobrze przygotowanej akcji zwiadowczej coś poszło nie tak i samolot odleciał bez nas... Na 45 minut utknęliśmy w kolejce do odprawy paszportowej, a gdy czerwoni dobiegliśmy do bramki, ta już od kilku minut była zamknięta, a samolot radośnie zmierzał na pas startowy. Była to ewidentna złośliwość losu, bo kwadrans później, gdy zrezygnowani czekaliśmy na anulowanie wizy wyjazdowej, całe lotnisko nagle jakby opustoszało, a ruch znów odbywał się płynnie.

Na pocieszenie (samej siebie) dodam, że takich spóźnialskich jak my było więcej. W sumie uzbierało się w tym czasie kilkanaście osób. Na anulowanie wizy czekać mieliśmy około pół godziny. Po godzinie i 20 minutach nadal nikt nie chciał zwrócić nam paszportów. W końcu przyszła kobieta w średnim wieku, która po turecku tłumaczyła wszystkim, co dalej nastąpi. Angielskiego nie znała. Ostatecznie zaprowadzono nas do kasy biletowej Turkish Airlines. Pani w okienku na szczęście mówiła po angielsku, niestety przebookować naszych biletów nie mogła, gdyż zostały zakupione w promocji... Poinformowała mnie także (o czym wiedziałam, gdyż w oczekiwaniu na paszport szukałam nowych rozwiązań logistycznych), że tego dnia z Sabihy żaden samolot nie leci już do Wiednia i że musimy pojechać na lotnisko Atatürka. Stamtąd najbliższy lot był o 17.05, jednak szybka kalkulacja i perspektywa czterech przesiadek pozwoliła nam ocenić, że szanse, abyśmy na niego zdążyli, są nikłe. 

Mapka_Stambuł

 

Dygresja - Dlaczego lecieliśmy do Wiednia?

Do stolicy Austrii przyjechaliśmy z Polski samochodem, który następnie pozostawiliśmy na lotniskowym parkingu. Po przylocie ze Stambułu czekały na nas w Wiedniu kolejne załatwienia, tak więc taka trasa była dla nas optymalna.

 

Z Azji do Europy

Wykończeni psychicznie i fizycznie wyruszyliśmy w podróż do Istanbul Atatürk Airport. Po kilku godzinach byliśmy na miejscu. Wypaliłam dwa papierosy z rzędu i poszłam załatwiać nasz powrót. Zakup biletów wraz z wystawieniem faktury, odbiór kart pokładowych, przejście przez odprawę paszportową i dwie kontrole bezpieczeństwa zajęły nam w sumie około 25 minut... Do odlotu mieliśmy jeszcze ponad 3 godziny, które na szczęście przeminęły w miarę szybko. W samolocie dostaliśmy miejsca przy wyjściu ewakuacyjnym. Wystarczyło na nie zerknąć, aby stwierdzić, że już kiedyś było używane.  Szybkie spojrzenie na drugą stronę samolotu nie pozostawiało złudzeń - Airbus musiał kiedyś lądować awaryjnie. Pomyślałam, z charakterystycznym dla siebie czarnym humorem, że idealnym zwieńczeniem tego chujowego dnia byłaby katastrofa lotnicza. Byłam zbyt zmęczona, żeby denerwować się samym lotem, ale gdy pilot ogłosił, że za chwilę startujemy, światła niepokojąco "mrygnęły", a monitory kilkukrotnie schowały się i wysunęły z powrotem, wydając przy tym niekontrolowane efekty dźwiękowe. Wtedy zaczęłam się bać. Później okazało się rzecz jasna, że strach i stres były zupełnie niepotrzebne, bo lot minął spokojnie i bez komplikacji. Zjadłam ciepłą kolację, łyknęłam whiskey i odpłynęłam. Obudziło mnie charakterystyczne zderzenie z ziemią i okropny ból spowodowany ciśnieniem w uchu środkowym. I jeśli w Turcji mieliśmy tysiąc przygód, to w Austrii czekała nas tysiąc pierwsza...

 

Wiedeń

Miasto Mozarta przywitało nas chłodem, głodem i... przebitą oponą... 1,5 godziny później (około 23.10), gdy po ogarnięciu kwestii kapcia stanęliśmy u wrót recepcji zarezerwowanego hotelu, z przerażeniem przeczytałam informację, że zameldować należało się do 22.00. Ponownie - nie ja rezerwowałam noclegi, wiec nawet nie przyszło mi do głowy, że recepcja nie jest całodobowa. W środku jednak ktoś był, ale oczywiście nie chciał nam otworzyć. Postanowiłam udawać glonojada, dopóki nas nie wpuścił. Nadprogramowa obsługa była oczywiście wielkim problemem, za który musieliśmy uiścić dodatkową opłatę i przez cały proces meldowania słuchać kazania, że normalnie o tej porze w recepcji nikogo nie ma i że on wcale nie musiał nam pomagać. Kilka minut później okazało się także, że na lotnisku Sabiha podczas gdy goniliśmy uciekając samolot, w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął nam i-Pad... Mein Gott! Ya Allah! Co za dzień!

Następnego ranka zapadła decyzja, aby austriackie sprawy załatwić jak najszybciej, do minimum skrócić pobyt w Wiedniu i czym prędzej wraz z Tomaszem Knapikiem zamkniętym w GPSie wyruszyć w drogę do Ojczyzny. Udało się wyjechać już koło południa, jednak w związku z weekendem oraz licznymi karambolami na trasie podróż wydłużyła się o kilka godzin. Nie denerwowałam się. Nic nie było mnie w stanie zaskoczyć. Żadne opóźnienie nie wydawało się gorsze od straconego dnia w Stambule. A gdy o 21.00 przekroczyłam progi własnego domu, byłam najszczęśliwszą Reginą na świecie!

 

Globtroter, Re Falangi

 

 

wtorek, 17 listopada 2015, kapelutki

Polecane wpisy

  • *32*

    Nie wiem, naprawdę nie wiem, kiedy stałam się starszą panią po trzydziestce, zaczynającą dzień od słabej kawy i mocno alkoholowych pomadek wiśniowych.

  • *Dziś prawdziwych blogerów już nie ma*

    Od pewnego czasu intensywnie myślę nad tym, dlaczego nie ma już  we mnie tyle miłości do blogowania, do Kapelutków, do wywracania swojego wnętrza na l

  • *Nowy rok i nowe stare życie*

    Według analiz naszego psychofana Lumberjacka, rok 2016 był zdecydowanie najsłabszy, jeśli chodzi o częstotliwość postów na Kapelutkach. "Bo kiedy jeszcze w

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2015/11/19 23:43:24
omg... dobrze, że wróciłaś :)
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl