Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
niedziela, 13 stycznia 2019

Nigdy dotąd nie miałam kompleksu wieku. Nigdy. Nawet 30-tka przeszła bez większej refleksji. A w tym roku jest mi ciężko. Za 5 tygodni skończę 34 lata i trochę jakby nie mogę się z tym pogodzić. 

Rok 2018 minął mi stanowczo za szybko i zdecydowanie nic ciekawego się nie wydarzyło. Był to chyba najgorszy rok ostatniej dekady. Ciężki, nerwowy, monotonny. Taki, który przeżuje, wypluje, a potem jeszcze przejedzie butem po asfalcie. I mimo tego, że - dzięki Bogu, Fortunie, przypadkowi - nic traumatycznego się nie wydarzyło, zmasakrowała mnie codzienność. Czuję się tak, jakby przez ten czas na moją głowę systematycznie spadała kropla wody. Niby nic, a jednak chińska tortura wodna.

Pełna nadziei, że idzie nowe, przeczytałam horoskop roczny, żeby utrwalić w sobie przekonanie, że przecież gorzej być nie może, a tu niespodzianka. Ludzie spod znaku Ryb przez najbliższe 12 miesięcy nie mogą liczyć na nic dobrego. No trudno, pomyślałam. Przecież chodzę do kościoła. Przecież nie wierzę w horoskopy. Przecież złego diabli nie biorą. Phi... 

Obecnie leżę chora jak sto pięćdziesiąt i pierwszy raz w życiu jestem na L4.

Ale wracając do tematu. Wiem, że czasu nie cofnę ani nie zatrzymam i w związku z jego upływem wcale nie chcę czuć się depresyjnie. Jednak nie mogę wyprzeć natrętnej myśli: "Co, jeśli wszystko, co dobre, mam już za sobą?"

Youtuberzy, którzy dziś najlepiej  znają się na lajfstajlu, uwielbiają powtarzać, że trzeba o siebie zawalczyć. I opuścić swoją strefę komfortu. I wyjść do ludzi. Ewentualnie pójść na terapię. Co to, do cholery, znaczy? Nigdy nie rozpatrywałam życia w takich kategoriach. Robiłam, co do mnie należy. Wypełniałam obowiązki. Rozwijałam się. Wolny czas poświęcałam na odpoczynek, sport lub rozrywkę. Uważam, że w życiu zrobiłam wszystko, jak należy, a mimo tego coś poszło nie tak. Nigdy nie zostałam wynagrodzona za uczciwość. I co wy na to, vlogerzy, którzy rzucacie ciągle, że po pierwsze trzeba być uczciwym wobec siebie, a potem wobec innych? Byłam, jestem i co? W jaki sposób wychodzi się poza strefę komfortu? Czym w ogóle ona jest? Jak to możliwe, że macie czas się nad tym zastanawiać?

Staraj się mniej. Staraj się więcej. Nie jedz tyle. Biegaj. Jedz, módl się, pracuj. Miej ochotę na chwileczkę zapomnienia. Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady. Bądź spontaniczna. Dobrze wszystko zaplanuj. Umaluj się. Nie maluj się. Znajdź sobie faceta. Urodź dziecko, bo nie wiesz nic o życiu. Jakie ty możesz mieć problemy? A co ja mam powiedzieć?

Dawniej ludzie wpędzali mnie w przygnębienie, a teraz, gdy jestem starsza, częściej jednak nudzą. Ooood lat nie usłyszałam nic ciekawego. Czy chciałabym, żeby w moim życiu coś się zmieniło? Tak. Ale, gdyby miało zmienić się na gorsze, to wolę status quo. Moje życie jest ok. Częściej zdarza się, że to inni uważają, że coś powinno się zmienić. Bo jak to możliwe, że taka fajna, mądra, atrakcyjna laska nie ma męża? Mnie też jest przykro, ale bardziej z tego względu, że się starzeję i mój przyszły facet nie będzie miał już okazji zobaczyć mnie w mojej najlepszej wizualnie odsłonie. Może to głupie, ale tylko z tego względu upływ czasu mnie lekko deprymuje. Mam pracę, która mnie wykańcza? Zgadza się. Ale do tej pory wszystkie cztery moje prace tak na mnie działały i nie mam pewności, że gdy znów zdecyduję się na zmianę, to tym razem będzie inaczej. Po prostu jestem za dobra. Robię, co mogę, ale świata nie zmienię. Kijem Wisły nie zawrócę. Wyżej dupy nie podskoczę. Muszę żyć. Cokolwiek to znaczy.

Re

 

 

 

niedziela, 30 grudnia 2018

Im bliżej końca, rok 2018 serwuje mi coraz smaczniejsze kąski. A pisząc kąski, mam na myśli oczywiście szereg wyjątkowo wrednych zdarzeń, które doprowadzają mnie na skraj załamania nerwowego. Nie będę wchodzić w szczegóły związane z moimi życiowymi porażkami ostatnich dwunastu miesięcy - dość, że powiem, że grudzień okazał swoje wyjątkowo nikczemne oblicze. I gdy myślałam, że już nic złego nie zdoła mi się przytrafić - w końcu do końca roku zostało zaledwie 3 (słownie: trzy) dni, wybrałam się na lodowisko.

Wyjście było planowane. Emi - moja przyjaciółka od serca. l. 8, już jakiś czas temu poprosiła mnie, żebym zabrała ją na łyżwy. Więc zabrałam. I niestety zawiodłam jako ciocia. Nie wiem, dlaczego wydawało mi się, że moja mała towarzyszka umie jeździć na łyżwach. Być może dlatego, że od pewnego czasu jestem wielkim nieogarniaczem rzeczywistości. W każdym razie dość luzacko podeszłam do tematu, założyłam łyżwy na jej małe nóżki w rozmiarze 33 i na moją wielką stopę w rozmiarze 39 i sru na lód. I na początku szło nam całkiem nieźle. Niestety pewność siebie mnie zgubiła i skracając historię do minimum - asekurując dziecko sama wykonałam dwa spektakularne tulupy zakończone twardym lądowaniem na prawym nadgarstku. Naprawdę trzeba mieć talent, żeby upaść dwa razy dokładnie tak samo. Za jednym i za drugim razem myślałam, że umieram i że niechybnie stracę przytomność. I było naprawdę blisko. Przy życiu trzymało mnie tylko to, że Emi jest cała i że tercja kończy się za 8 minut. Choć muszę przyznać, że było to chyba najdłuższe 8 minut w moim życiu. Ludzie patrzyli bardzo podejrzliwie, gdy podczas jazdy słyszeli moje słowa kierowane do dziecka:

- "Nie dotykaj mnie!"
- "Trzymaj się barierki!"
- "Nie łap mnie za rękę!"
- "Nie łap mnie za ręęęękę!"
- "Nie dotyyyyykaj mmmmnie!"

Albo konwersację:

- "Ciocia, pomożesz mi ściągnąć łyżwy, bo sama nie dam rady..."
- "Nie ma mowy, radź sobie sama, o Jezu, o Jezu, nawet nie mogę ruszyć ręką, o Jezu, ekh, ekh, ekh..."

I to uczucie, gdy potem dowiedziałam się, że obca kobieta jej pomogła, a ja nawet tego nie zauważyłam... Ale największe wyzwanie było dopiero przede mną. Trzeba było jeszcze dojechać do domu....

Próba przekręcenie kluczyka w stacyjce. Ooo, Booooożeee...
Próba spuszczenia hamulca ręcznego. Ooo, Chryyyysteee...
Próba zmiany biegów. Ooo, Józefie święty...
Próba skrętu kierownicą...

Kusiło mnie bardzo, żeby po odstawieniu dziecka szczęśliwie w jednym kawałku do domu, jechać na SOR i wziąć L4 co najmniej na tydzień, ale choć trudno w to uwierzyć - nie miałam zrobionych paznokci! A zatem potwierdziła się zasada: "Jeśli nigdy nie upadasz na lodzie, i nigdy nie tłuczesz sobie ręki, to wiedz, że upadniesz i stłuczesz akurat w ten jeden dzień w roku, kiedy nie masz zrobionych paznokci i wyglądasz jak łajza." Doszłam do wniosku, że jakoś przeżyję bez konsultacji lekarskiej, ale wieczorem ręka jakby bolała bardziej. Pomyślałam więc: apteka. A że jestem sama, nie mam nikogo, kto mógłby mi pomóc albo się mną zaopiekować, żebym mogła w spokoju poużalać się nad sobą nad szklanką herbaty, wsiadłam w auto i pojechałam. Tym razem daruję Wam przytaczanie odgłosów, które wydobywał się ze mnie podczas jazdy. Ważne, że po zaparkowaniu oniemiałam, gdy zobaczyłam spektakularny dym unoszący się spod mojej maski...

I teraz siedzę sobie tak z autem, a jednak bez auta. Z ręką, a jakoby bez ręki. Boję się wyjść z domu. Boję się, że ten rok w końcu mnie dopadnie i zabije. Ma na to jeszcze całe 1,5 dnia.

A jak u Was? Koniecznie napiszcie w komentarzach - że tak zachęcę po vlogersku. Dajcie znać, czy 2018 był dla Was łaskawszy niż dla mnie, czy jednak to seryjny morderca, który nikomu nie przepuścił?


XO XO, Regina Falangi


Ps. Dziś dziesiąte urodziny Kapelutków.

 

poniedziałek, 01 października 2018

Słuchajcie!

Nasza wierna Czytelniczka Taja uświadomiła mi, że właśnie oto, za niespełna trzy miesiące minie 10 lat od grudniowego popołudnia, kiedy wraz z Jolantą założyłyśmy Kapelutki. Niby jestem taka wygadana, niby taka elokwentna, a na usta ciśnie mi się tylko jedno słowo i to w dodatku obce. WOW!

Szmat czasu. Rzadko piszemy. Ale jesteśmy nadal, nadal się przyjaźnimy. Ba! Wielka Kapelutkowa rodzina ma się dobrze, choć w pełnym składzie ostatni raz widzieliśmy się chyba na weselu Wenus i Lumberjacka. Czyli dawno. Na codzień robimy kariery (buhahahaha) lub/i spełniamy się rodzicielsko. Mnie akurat nie wiedzie się ani w jednej ani w drugiej dziedzinie, ale przecież dobrze o tym wiecie ;) Z rzeczy super ciekawych, jakie wydarzyły się ostatnio, z pewnością należy odnotować:

- lipiec: powiększyła się rodzina Wenus i Lumberjacka
- sierpień: Pan Dziwny pojawił się na Plotku (wprawdzie jako rozmazana plama na szóstym planie, ale zawsze)
- wrzesień: powiększyła się rodzina Jolanty i Pana M.
- paźdzernik: Regina siedzi w pracy i nic nie robi

Rónież Wielki Wizjoner i jego Połowica aktywnie działają na rzecz zmniejszenia niżu demograficznego - owoc tej pracy spodziewany jest w styczniu.

Czasem toczymy z Jolantą dyskusje na temat sensu istnienia blogaska, ale na ostateczne posłanie go jednym klinknięciem w przestrzeń kosmiczną na razie nie było nas stać. Chociaż uprzedzam - jeśli kiedyś po wpisaniu adresu zobaczycie komunikat, że strona nie istnieje, nie bądźcie bardzo zaskoczeni. Life is life i show must go on, co tu dużo gadać.

niedziela, 02 września 2018

Naprawdę nie chce mi się marudzić, ale o czym innym można pisać na Kapelutkach? Właśnie mija rok i dziewięć miesięcy odkąd wróciłam na Prowincję i do pracy w Instytucji Bardzo Kulturalnej. Wtedy wydawało mi się, że to najlepsza decyzja, jaką można podjąć. Jednak była to zła decyzja. Wprawdzie gdybym została w Mieście Królów, pewnie wkrótce umarłabym z głodu i bezradności, ale przynajmniej uniknęłabym psychicznej agonii, w której tkwię obecnie.

Mam pracę najgorszą z możliwych. Z jednej strony sprawia mi dużo satysfakcji i zwyczajnie ją lubię, z drugiej - pracuję w atmosferze kipiącej hipokryzji i jestem źle wynagradzana. Świadomość, że mieszkając tutaj nic lepszego nie znajdę, też nie napawa optymizmem. Mam ochotę rzucić w pizdu całą tę jebaną kulturę i wyjechać do obozu pracy zbierać tulipany czy inne winogrona. W końcu arbeit macht frei. Umiem ciężko pracować - rodzice mnie nauczyli. Znam uczucie, kiedy po dniu spędzonym w polu nie można zasnąć z bólu całego ciała. Uczyłam się, żeby mieć lżejsze życie, przez dziewiętnaście lat włożyłam wiele energii i pieniędzy w swoją edukację, ale widocznie przeznaczenia nie da się oczukać. 

Rodzice oprócz pracy nauczyli mnie niestety jeszcze jednego. Że trzeba być uczciwym człowiekiem. Sami, wyznając tę zasadę, w sensie materialnym niewiele w życiu osiągnęli. Mimo to są z siebie zadowoleni. Ja nie jestem. Ale jestem tchórzem.

Re

wtorek, 15 maja 2018

Z czego to?

Jestem w fazie totalnego zagubienia. Zastanawiam się, czy to przedwczesny okres przejściowy, czy może jakiś nieopisany dotąd przypadek innej kobiecej przypadłości. Czuję się, jakbym żyła za szybą. Nie jestem w stanie podjąć żadnej decyzji. Nie potrafię się skoncentrować. Nie mogę zebrać myśli. Kiedy piszę, a niestety jestem zmuszona pisać, to zanim w głowie ułożę całą frazę, zapominam od czego miałam zacząć. W pracy wyrabiam sto procent normy – tyle że minus sto procent. Po prostu nie wiem, co mam robić. To znaczy niby wiem, ilość zadań mnie wręcz przytłacza, ale nie wiem JAK i przede wszystkim OD CZEGO ZACZĄĆ? Obijam się o biurko, drzwi i różne urządzenia biurowe. Przez dziurawe ręce przelatują mi przedmioty, często szklane. Zapominam o jedzeniu i piciu. Ogólnie zapominam. Dziś na przykład zostawiłam na biurku księgowej pęczek rzodkiewki. Nie tylko nie pamiętałam, że zostawiłam – nie pamiętałam również, kiedy zostawiłam. W ogóle zapomniałam o istnieniu rzodkiewki. A po powrocie do domu prawie spaliłam patelnię, bo – uwaga – zapomniałam, że miałam zamiar podgrzać sobie obiad. Co się dzieje? Czy jest na sali lekarz?

Czy tak już będzie? Czy do końca życia będę czuła się jak-nie-ja? Najpierw ciało przestało współpracować – patrzę w lustro i zamiast siebie widzę brzydką starą babę…

I – nie wiem pewnie – lecz może wąsatą
Sę-symonistkę i nie idealną
Z czego to?

A teraz i umysł odmawia mi posłuszeństwa? O co kaman? Drogie Bravo…


Regina
na skraju załamania nerwowego

 

poniedziałek, 07 maja 2018

Ja jeszcze w temacie blogowania i internetu. Jako i zona karmiaca meza i syna intensywnie przegladam strony, blogi z przepisami, poradami kuchennymi itd. Robie tak od lat tak robie. I uderza mnie to, ze obecnie pod takimi artykulami o szparagach, gotowaniu bobu czy smazeniu dorsza na porządku dziennym znajduje komentarze spelniajace definicje tzw. internetowego hejtu. I nie, ze hejt w stosunku do dorsza czy bobu (to bym mogla zrozumiec, nie wszyscy lubią ryby a po bobie sie puszcza baki, wiadomo), ale zwykle ordynarne obrazanie autora przepisu czy artykułu z poradą. No rece opadaja. Byc moze przepis nie jest do konca udany, ale od tego sa przepisy, zeby je po swojemu poprawiać, modyfikowac a nie wyzywac autora od idiotow bo zupa wyszla za slona, albo dlatego, ze ktos inaczej jest nauczony robienia kopytek... Nie ogarniam tego.

 Z ciekawosci przeczytałam pierwszy z brzegu artykuł dotyczacy pogody, bo mysle sobie: "Coz moze byc bardziej neutralnego od pogody? Moze jednak gotowanie to delikatna kwestia, ktora potrafi ludzi wzburzac, dzielić i prowokować do agresji i mordow, ale pogoda? Pogoda nie moze dzielic." I co? I sie, kurła, myliłam. Moze. Nawet pod tekstem o chmurach, sloncu i wietrze znalazłam sporo negatywnych komentarzy ad personam, ze sie autor nie zna, ze glupi, pewnie z tej czy innej parti a najpewniej to złodziej, narkoman i onanista. Nie rozumiem, nie czaje, nie ogarniam. Skad tyle jadu i przede wszystkim - po co? Wszyscy sie mylimy, jedni wiedza to, inni tamto, jeden zna sie na tym, drugi na czymś innym, a internet mial byc miejscem do dzielenia sie wiedza, umiejetnosciami i doswiadczeniami, zeby wszystkim zylo sie latwiej. Widocznie sa ludzie, ktorym zyje sie latwiej tylko wtedy, gdy obraza nieznajomego czlowieka, zupelnie, jakby sami byli nieomylni, idealni i wszystkowiedzacy. Odbiera to chec nawet do gotowania bobu :(

Jol.

12:29, kapelutki
Link Komentarze (10) »
piątek, 04 maja 2018

Tak, jak napisała Jolanta – zastój na blogasku i nasze ciche dni, tygodnie i lata to nie kwestia braku miłości do Kapelutków. W moim przypadku jest to raczej brak miłości do pisania. W pracy ciągle coś piszę. A jeśli nie piszę, to robię korektę. A jeśli nie robię korekty, to robię awanturę. Po robocie zwyczajne nie mam ochoty włączać komputera. Zresztą, o czym mogłabym wam opowiadać? U mnie nudy, jak nie wiem. Nic spektakularnego się nie dzieje. Choć nie, zaraz. W kwietniu padłam ofiarą cyberprzestępstwa. Ktoś włamał się na mojego Messengera oraz na skrzynkę pocztową i wyłudził od Wielkiego Brata kilka tysięcy. Oczywiście zadarł z niewłaściwą osobą i wszystko dobrze się skończyło, ale gdyby nie szereg znajomości i nieoceniona pomoc Pana M. nie byłoby tak różowo. Tak-że-ten-tego – bądźcie czujni. To może przytrafić się każdemu.

Z rzeczy superciekawych – jakiś czas temu zarejestrowałam się w banku dawców szpiku. Spełniłam tym samym jedno założenie z dawno zapomnianej listy „100 rzeczy to do before death and dishonor”, która u mnie póki co ogranicza się do 31 rzeczy.

***

Kliknęłam właśnie w link do jednego z pierwszych wpisów: „INTRODUCTION – czyli, kto zacz?”, który został opublikowany milion lat świetlnych temu, a w którym napisałyśmy kilka słów o sobie. Jola, jako powód, dla którego postanowiła publicznie wylewać żale, podała: „Nagły i burzliwy koniec wieloletniego związku, który miał w planach doprowadzić do pięknego wesela, narodzin dwójki uroczych dzieci, wybudowania pasywnego domu na wzgórzu pachnącego kawą i cynamonem i spokojnej emerytury na ławeczce w lesie nad jeziorem.” I co? Związek udało się odbudować, na pięknym weselu zdarliśmy nogi i gardła, a drugi potomek w drodze. Jola – idziesz jak burza! :) A u mnie wszystko zostało po staremu: „Wrodzona skłonność do podejmowania błędnych decyzji, co prowadzi do wiecznego niezadowolenia z siebie. Nienawiść do świata i ludzi. Głupota własna i cudza.” Constans.

I jeszcze cytat z pierwszego wpisu: „Dzięki dla twórcy tego szablonu, kimkolwiek jest. Piękny, podoba nam się. Dzięki temu, że jest w najmodniejszym kolorze sezonu (zima 2008) możemy przebojowo zacząć wylewać swoje żale na klawiaturę a nie po cichu niszczyć i zużywać kolejne ołówki i długopisy, bo przecież mogą się przydać dzieciom w szkołach.” Historia zatoczyła koło – znów najmodniejszym kolorem sezonu jest lawendowy :)

Re

czwartek, 19 kwietnia 2018

Wiedzialam! Wiedzialam, ze zastoj na blogasku i nasze ciche dni, tygodnie i lata to tylko kwestia braku czasu a nie braku milosci do kapelutkow. Teraz, kiedy czasu mam troche wiecej, naszla mie chec i poCZeba, aby popisac. To juz bedzie trzeci wpis moj w tym roku :) (jeden usunelam). I wlasnie w tym usunietym wpisie napisalam taka wazna rzecz, ktora powtorze tutaj, bo mysle, ze wazna byla i warto ja podkreslic - otoz mam wrazenie, ze to jest jeden z najstarszych blogow w dziejach blogosfery. Stary i nadal zipie. Stary i niczego nie uczy! Ba, nie tylko niczego nie uczy, ale nawet nie jest zbyt madry chyba:) Coz za ewenement w swiecie blogow-poradnikow, pelnych ekspertow, influencerow, coachow i milosnikow, ktorzy doradza, podpowiedza, pokaza, sprzedadza itd itp. A kapelutki - nic nie doradza, nic nie podpowiedza, nie pokaza modnej sukienki ani kapelusza (a nazwa az sie prosi!) i pies z kulawa noga nie napisze do nich o artykul sponsorowany :) Oh yeah! I tak ma byc i tak bedzie zawsze. Choc mialysmy czasem ochote pojawic sie w Dzien Dobry Sniadanie (nie, zeby ktos nas zapraszal) i opowiedziec o poczatkach bloga, ktory powstal z potrzeby wylania wiadra zali i z rozpaczy nad czarna dupa rzeczywistosci. Ale nie, nie poszlysmy i nie pojdziemy (tzn. nie wiem, jak Re, ale ja nie), chocby nam placili w zlocie, koronkach i ptasim mleczku. Never. No way. 

Cieszy mnie stala, od lat nie rosnaca liczba 24 czytelnikow-widmo :) Lubie tu przyjsc od czasu do czasu i poczytac sobie, jak to kiedys bylo, zobaczyc, gdzie zaszlysmy (daleko nie trzeba patrzec :)), przypomniec sobie czasy naszej swietnosci (5 komentarzy) i uronic lezke wzruszenia nad listem wiernej czytelniczki, ktora ubolewa, ze za malo przeklinamy ;)

No to moze tyle wzruszen. Z rzeczy aktualnych - jesli wszytsko dobrze pojdzie, jesienia zostane dubeltowa matka dwoch facetow i nie mam na mysli mojego syna i meza tylko syna i nowego syna. Ciesze sie bardzo, boje sie jeszcze bardziej. Teraz siedze, leze i odpoczywam, czytam ksiazki, internety (stad wiem, ze kapelutki sa juz takie stare), maluje i lecze ciazowe dolegliwosci, bo mialam ich sporo. Maz, po swojej wpadce z kryzysem wieku sredniego, chce mi teraz nieba uchylic, co sam deklaruje, wiec czuje sie jak krolowa gminy.  Dlatego tez ide lezec dalej a was, kimkolwiek jestescie, pozdrawiam cziule ;)

 

JOL.

11:19, kapelutki
Link Komentarze (3) »
środa, 04 kwietnia 2018

Malz stwierdzil, ze nie wie co w niego wystąpiło i nie wie, dlaczego tak powiedzial. Moze ma kryzys wieku sredniego. Kocha bardzo i nawet jesli nie chcial to teraz nie zaluje. Nie do konca jestem usatysfakcjonowana, ale nie mam sily walczyc. Budujemy od nowa. Ciagle budujemy i rozwalamy. Budujemy i rozwalamy. Halszka stwierdziła, że my po prostu nie umiemy żyć że sobą inaczej niż na hustawce. Moze to prawda. Nie wiem, czy to jest zdrowe, ale faktycznie tak to wygląda. Nasze małżeństwo na pewno nie przechodzi czasów nudy. Albo kocham jak szalony/na albo nienawidzę cię i odejdź z mojego życia. To trochę jak że sportem ekstremalnym, wiesz, że to może się źle skończyć, ale robisz to, bo nie umiesz bez tego żyć. 

Jol.

08:15, kapelutki
Link Komentarze (2) »
niedziela, 01 kwietnia 2018

Kiedy dawniej słuchałam, jak dorośli użalali się nad tym, jak szybko mija im czas, myślałam, że dramatyzują. Nie wiem, kiedy sama stałam się dorosła. Ba! Nie tylko ja. Wszyscy się staliśmy. Chodzimy do pracy. Zarabiamy pieniądze. Mamy obowiązki. Większość z nas założyła rodziny. A "pakowe spotkańska" zmieniły się niepostrzeżenie w kinderparties. Nadal pijemy drinki z palemką, ale coraz częściej bezalkoholowe. Nadal malujemy paznokcie, ale głównie hybrydą.

Czy żal mi "tamtych" dni? Nie. Ja, Regina F., jestem zadowolona ze swojego życia. Choć obiektywnie muszę stwierdzić, że poukładało mi się chyba "najmniej" z wszystkich. Nie mam męża, zarabiam mało, jeżdżę Golfem 3 rocznik 1993, którego dostałam w prezencie od Braci i Taty. Nie mam nawet kredytu hipotecznego, w związku z czym nadal mieszkam z rodzicami, co rzeczywiście postrzegam jako swego rodzaju porażkę. Choć, żeby było jasne, mam całe piętro dla siebie (metraż większy niż niejedna kawalerka), więc mieszkam z nimi, a jakoby osobno. Choć jednak w dużej mierze razem. Wolne dni spędzam w barłogu i generalnie jestem zadowolona. Niestety, nie czuję się już, jak młody buk. Tu mnie kłuje, tam uwiera - jednym słowem nadgryzł mnie ząb czasu. Ale poza tymi drobnymi niedogodnościami, summa summarum jest w porządku. Myślę, że jakoś to będzie. Doceniam nudę, jaka mnie otacza. Czasem tylko jeszcze zapominam, że nie warto się szarpać i robię awanturę w pracy, bo mój imperatyw wewnętrzny mówi: "idź i zrób awanturę". A potem żałuję, postanawiam się poprawić i nie pozwolić więcej ponieść się histerii. Circle of life.

 

Re

 

 

wtorek, 10 października 2017

Źle mi. Od dwóch tygodni leży mi coś na sercu i wątrobie, a najbardziej to na płucach. Wykaszlałam już kilka razy oskrzela, a one jakoby nadal są i nadal niezdrowe. Pofatygowałam się nawet wczoraj do przychodni, ale to był błąd. Tylko się zdenerwowałam w rejestracji, a potem w kolejce. Nienawidzę ludzi.

Jestem zmęczona. Mam problemy z pamięcią. W pracy przestaję ogarniać. Źle mi jakoś tak ogólnie. Wyglądam brzydko. I staro. I grubo rzecz jasna. 

Re

 

19:08, kapelutki
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 września 2017

Przeczytałam ostatni post, a potem spojrzałam na datę publikacji. Uśmiechnęłam się. 

Po urlopie niewiele się zmieniło. Sytuacja z wypowiedzeniem powtórzyła się w lipcu. Było jeszcze gorzej i jeszcze ostrzej (darłam ryja tak głośno, że było mnie słychać w promieniu 5 km), ale nadal pracuję. Sama nie wiem, jak to możliwe. To znaczy wiem - w gruncie rzeczy lubię tę pracę. I chcę, żeby było dobrze. Chcę, żebyśmy byli PRO. Chcę, żeby wszystko grało. Myślę, że kolejna awantura zbliża się wielkimi krokami ;)

Ale nie uprzedzajmy faktów.

Dziś mam pierwszy od niepamiętnych czasów wolny dzień. Taki wolny, wolny - kiedy naprawdę nie muszę nic. Kiedy bezkarnie mogę siedzieć w barłogu. Pogoda paskudna. Trochę szkoda, że listopad dopadł nas w tym roku już we wrześniu. Kolejna wymówka, żeby nie zmienić swojego życia. Zresztą po co? Skoro między coraz krótszymi okresami depresji pojawiają się coraz dłuższe okresy manii? Może jednak idzie ku dobremu? ;)

Regina F.

 

 

wtorek, 30 maja 2017

Kiedy pełnia spotyka się z moim PMSem istnieje ryzyko, że wszyscy zginiemy. 

Ostatnio miałam naprawdę ciężki czas. Nastąpiła kumulacja wszystkiego co złe, cała negatywna energia świata została skierowana w moją stonę. A dobrze wiemy, że gdy mnie jest źle, to robię tak, aby innym było jeszcze gorzej. Skończyło się załamaniem nerwowym (w moim przypadku nihil novi), a wypowiedzenie umowy o pracę wisiało na włosku. Oczywiście, że miałam je przygotowane w szufladzie (moja frustracja + niewyparzony jęzor). Oczywiście, że szef również miał je przygotowane w szufladzie (urażona dyrektorska duma). Skończyło się happy endem - nadal się lubimy. Przyrzekłam mocne postanowienie poprawy, obiecałam regularnie odwiedzać psychoterapeutę i codziennie rano łykać nerwomix. Dla dobra ludzkości wypisałam wniosek urlopowy. I tym sposobem już pojutrze z dniem 1 czerwca rozpoczynam prawdziwy czternastodniowy urlop - pierwszy taki odkąd zaczęłam pracować zawodowo.

Do tej pory nie miałam szczęścia do urlopów. Zazwyczaj wyglądało to tak, że papier przyjął wszystko, a ja i tak przychodziłam do roboty albo pracowałam zdalnie, a potem odbierałam zaległe dni pojedynczo. Jedyne dłuższe wolne dziwnym trafem pokrywało się z okresem mego bezrobocia. Niestety bezrobotny jest najbardziej zarobionym człowiekiem pod słońcem - szukanie zatrudnienia to orka na ugorze.

Dlatego tym razem postanowiłam, że będę odpoczywać. Nie jestem pewna, czy jeszcze potrafię. Jakieś złote rady?

Czołem! Regina

 

 

21:23, kapelutki
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Triduum przeleżałam chora. W Wielkanoc dopadła mnie migrena (z pawiem w roli głównej). A dziś podwichnęłam bark. Wolne mi nie służy. Na szczęście jutro już do roboty. Uff.

 

Re

23:45, kapelutki
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 marca 2017

Dzien dobry, tu Jola. Weszłam po dluzszej nieobecnosci na Kapelutki i oko w łezce mi się zakrecilo, nie powiem, ze nie :( Zwłaszcza, jak przeczytalam wpis Re o poczatkach naszego blogowania i dziwnej fazie schylkowej blogosfery w ooooogóle, ktorej wlasnie jestesmy swiadkami. Nie moge sie bardziej zgodzic. Świat zmienia sie tak szybko, ze nawet te konstatacja jest juz przestarzalym banalem zanim jeszcze zdazy dobrze wybrzmiec na klawiaturze. 

Prawda - nie ma juz blogow o zyciu. Są blogi o byciu. Byciu ekspertem, trendsetterem, treserem czy terierem. Whatever. Nigdy nie bylysmy w blogosferze  ekspertkami od niczego, pamietam, ze mialysmy nawet problem z zaklasyfikowaniem Kapelutkow do jakiejs kategorii na bloxie (kobiety? eee, nie do konca... zycie codzienne!  ale to jest zycie? codzienne? moze codzienne żale! nie ma takiej kategorii... porady? buahahahahaha...). No bylo, bylo. Byli ziomale z bloxa, byla ekscytacja kazdym nowym komentarzem i wejsciem z nieznajomego bloga w statystykach. I moment, kiedy okazalo sie, ze nasz blogowanie to tak naprawde tylko "zenujace bla bla" :) A niech tam! Moze byc i zenujace bla bla. Jakby byla taka kategoria na bloxie to na pewno bysmy sie do niej z przyjemnoscia zapisaly :)

Tez sie czuje staro, ale nie martwi mnie to. Po prostu wiecej rozumiem i coraz mniejsza mam ochote komentowac cokolwiek. Coraz mniej mnie dziwi. Coraz mniej oburza. Ale tez coraz mniej mnie smieszy. Za to zauwazylam, ze wiecej cieszy. To faktycznie chyba dojrzewanie :) 

Ale co ja chcialam powiedziec? U mnie o dziwo nie po staremu. Jak ostatnio raz tu pisalam to bylam w trakcie loadowania nowego projektu. Niestety loading sie nie powiodl. System niespodziewanie padł. Konieczne bylo formatowanie dysku. Nie wszystkie funkcje teraz dzialaja poprawnie. System nie jest stabilny i co jakis czas sie zwiesza lub przestaje dzialac. No troche sie poprzewracalo. Klocuszek sie wywalil i nastapil efekt domina. Ale pracuje nad tym. 

Brakuje mi Paki i krolewskiej kawy na balkonie, cieplej kuchni i wigilii :/ Brakuje mi ludzi, rzeczy, ktore kiedys robilismy myslac o tym, jak bardzo chcemy juz robic cos innego. Teraz z checia wrocilabym do tego, co robilismy wtedy. Przeciez to nie bylo wcale tak dawno temu...

Wlasnie probujemy z Re smsowo umowic sie na jakies spotkanie, kiedys, w przyszlosci :) Nie wiem, czy cos z tego wyjdzie. Ale nie tracimy nadziei :)

Tyle chcialam wylac zali. Kapelutek odkurzony :)

 

JOL.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 60
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl