|
niedziela, 29 stycznia 2012
Jako osoba twardo stąpająca po ziemi nie mam marzeń. Nie marzę. Owszem, zdarza mi się czasem w bezwarunkowym odruchu wyartykułować: "Fajnie by było, gdyby...", ale raczej sporadycznie i nie przekształca się to później w przedsenną wizualizację. Nie zasypiam z myślą na czole, nie wstaję ze słowem na ustach. (No dobra, czasem wstaję, ale zazwyczaj brzmi ono "O ja pierdolę" - taka jestem wulgarna od rana.) Czasem nawet chciałabym pomarzyć, ale nie wiem, o czym. Jedyne, czego teraz pragnę, to żeby się wyspać. Tak naprawdę - żeby wstać bez zmęczenia, z naładowanymi akumulatorami, z oczyszczonym umysłem. Ostatnio Diesel zrobił mi nieplanowaną pobudkę jeszcze przed dzwonkiem budzika. Przez kolejne pół godziny nie mogłam przeżałować tych CZTERECH minut! Nie było wyjścia - musiałam wstać lewą nogą i mieć zepsuty humor już do wieczora.
Re
czwartek, 26 stycznia 2012
Ostatnio mam poważny problem z autodefiniowaniem. To, że nie wiem, czego chcę, to dla mnie żadna nowość. Ale do tej pory przynajmniej wiedziałam, kim jestem. Wiedziałam, co myśleć. I to mnie w pewnym stopniu określało. Cogito ergo sum. Discimus quamdiu vivimus. Per aspera ad astra. Festina lente. I amicus certus in re incerta cernitur. Aha, i jeszcze dura lex sed lex. I o, tempora! O mores! Starożytne przysłowie za grosz - na każdą okazję. Alleluja i do przodu. By przeżyć kolejny dzień, zdarzenia podeprzeć jakąś mądrą mądrością. Najlepiej łacińską. Żeby przekonać samą siebie, że matura z języka Cycerona nie była tak całkiem chybionym pomysłem. To, że mam problem z podejmowaniem decyzji to też nihil novi. Ale dotąd przynajmniej zawsze potrafiłam ocenić, czy dana decyzja była dobra czy zła. Fakt, że mam tendencję do tych złych nieco ułatwiał sprawę. A teraz zupełnie straciłam orientację. Kot mi wyliniał. Ekspres do kawy brutalnie wyekspediował fusy z filiżanki. W swojej czarodziejskiej kuli nie widzę nawet skrawka przyszłości. Ale zupełnie nie mam ochoty na nowe życie...
Przysłowie na dziś? Dura lex sed durex.
Re
poniedziałek, 23 stycznia 2012
- Ej, Re - jak ty to robisz, że jesteś coraz chudsza? - Noszę coraz wyższe buty i coraz krótsze spódnice. Czego i Państwu życzę :)
Re
sobota, 21 stycznia 2012
O rany, jak dobrze być na Kapelutkach... Jak tu wchodzę po całym dniu bycia pod czyimś ostrzałem, zarówno w realu jak i w necie, to Kapelutki sa jak home sweet home. Czuję się tu jak w uchu internetu. Fajnie mieć takie miejsce w wirtualnym świecie.
JOL.
piątek, 13 stycznia 2012
Pisanie bloga to fajna sprawa, prawda? Pisanie bloga roku 2011 to jeszcze lepsza sprawa:) Bierzemy udział w ważnym dla nas konkursie: Blog Roku 2011. Blog piszemy od trzech lat, wylałyśmy w nim wiele łez, potu, żali, ale chyba też nie brakowało humoru, dystansu, absurdu, żenującego bla-bla :) i wielu innych miłych motywów :) Dlatego, jeśli lubicie, chcecie, macie czas i 1,23 zł do wydania na cel charytatywny, to wyślijce sms na Kapelutki, a będą dla Was pisać do końca świata i jeden dzień dłużej :) (o ile koniec świata będzie w 2012 roku:))
link jest tu:
http://www.blogroku.pl/kategorie/kapelutki,gwma2,blog.html
zasady są proste: 1. bierzecie telefon, smarkfon, ajfon czy inne cudo 2. piszecie sms o tresci A00812 na numer 7122 3. dajecie "wyślij", "send" czy cokolwiek, co tam oznacza czynnośc wysyłania 4. czujecie radość i dumę z dobrego uczynku
Pierwszy raz bierzemy udział w takim konkursie. Przyznajemy, że jest to ekscytujące:))
PS. Drogi blogasku, nawet jeśli nie uda Ci się zostać choćby jednym z trzydziestu blogów roku, dla nas jesteś i zawsze będziesz jedynym, niepowtarzalnym i najukochańszym blogaskiem na świecie. :*
środa, 11 stycznia 2012
Jednak koniec swiata by się przydał. Jakiś mały, nie musi być od razu wielki. Koniuszek choćby. Mała apokalipsyjka. I najlepiej jakby zaczela się od polskiej kolei. A pardon! Już się zaczeła. Aaa to przepraszam. Śpię co trzeci dzień, trzy godziny na noc. Budzę sie o 6. Do 6.40 szukam sensu nadchodzącego dnia. O 7.30 wyjeżdżam z domu. Ok. 10 zaczynam działać. Działam do 17 albo 18 albo 19 albo 20. W domu jestem o 18 albo o 19 albo o 21 albo o 23 a czasem o 24. W zależności od tego, o której jestem, w domu pracuję jeszcze 2, 3, 4 albo 5 godzin. Widzę swojego meża 1 albo 2 albo 3 godziny, zanim pójdzie spać. Myślę nad sensem życia 150 albo 151 albo 152 albo 153 razy na dobę. Nie jest źle. Bywalo gorzej. Bywało, że byłam bliska szaleju. Teraz jestem jedynie bliska wyczerpania. Psychicznego i powoli zblizam się także do granicy fizycznej. Zalegam. Zalegam z terminami. Staram się. Przechodzę na wyższy level zarządzania sobą w czasie. A raczej zarządzania w czasie tym, co ze mnie zostało. Kiedyś Cejrowski mówił o takim murzyńskim plemieniu z Etiopii, co jest sto lat przed Murzynami, bo tam ludzie pracują tylko kilka godzin dziennie i tylko na siebie. A my pracujemy 20 godzin dziennie na nasze domy, samochody, komputery oraz sieć hipermarketów Tesco. I my tych Murzynów za Chiny nie dogonimy. Nawet boso.
A skoro już o Chinach mowa, to opowiem Wam historię o potopie szwedzkim. Wiecie, jak Szwedzi spowodowali ostatnią małżeńską kłótnię w moim domu? Naszym, znaczy się. Naszym z Panem M. Otóż Szwedzi podstępem spowodowali ją produkując i wypuszczając na polski rynek takie coś jak salatka szwedzka. Tak, sałatka szwedzka okazała się niedawną kością Katarzyny Niezgody i solą w oku cyklonu mojego małżeństwa. A było to tak: dzwonię ja Wam do mego męża, że już jadę, że kocham Cię kochanie i że rybę planuję robić, jak tylko zawitam w swe progi. Dodaję też jednoznacznie, że zjadłabym do niej sałatkę szwedzką, toteż jakby jadąc te swoje szesnaście przystanków z fabryki azotów w Puławach, wstapił do sklepu i kupił rzeczoną sałatkę, byłabym wniebowzięta. Mąż przytaknął, telefon rozłączył, a ja oddałam się błogim rozmyślaniom, jak to już niedługo będę zajadać się polską rybą ze szwedzką sałatką i francuskimi ziemniaczkami. Minęła połowa godziny, dzwoni małżonek z problemem. Nie lada problemem, jak wyczułam po głosie. Otóż, na półce sklepowej słoiki z napisem "sałatka szwedzka" zawierają tylko zielone pomidory i co on ma w takim razie zrobić... - Jak to co? - mówię. Kupić sałatkę szwedzką. Problem wydał się załatwiony. Ale mąż coś nie bardzo, nie przytakuje. Wierzę jednak, że zamówienie zostało ponownie przyjęte i powracam do onanizmów kulinarnych. Kilkadziesiąt minut później przyjeżdżam do domu, gęba rozdziawiona w uśmiechu i od progu (kuchni) potykam się o jakieś czerwone buraczki. - A sałatka szwedzka gdzie? - się pytam. Tzn. jego pytam, nie się. Nie kupił. Bo jakoś podejrzanie to wygladało. Te pomidory. Mało szwedzkie. Nie było pewnosci, że w słoiku z napisem "sałatka szwedzka" Szwedzi podstępnie nie zapakowali jakiej duńskiej albo norweskiej sałatki, albo czy Polacy na zapleczu Tesco nie podmienili szwedzkiej na polską, co by sobie za zniszczenia i kradzieże potopowe odbić. Kto wie? Mogło tak być. Mogło. A jakby tak było, to na marne pieniądze by poszły na wyroby duńskie czy choćby polskie, a nie na szwedzkie, jak było przykazane. Poza tym mamy swojskie buraczki, wiec na co nam jakieś pseudo-zagraniczne pomidory. Zielone jeszcze. Jakby nie mieli zwykłych, czerwonych... Moja wyczerpana psychika i wyobraźnia pobudzona myślą o delektowaniu się szwedzką sałatką, brutalnie sprowadzona na ziemię, wprost na pole polskich buraczków, nie pozwolila mi przemilczeć tego wydarzenia. Urażone podniebienie kazało mi właśnie tego wieczoru wyciagnąć spod dywanu i roztrząsnąć wszystkie nasze nie załatwione przez lata sprawy małżeństwie, narzeczeńskie, z czasów licealnych oraz przypuszczenia na temat męża czasów szkolnych i wczesnego dzieciństwa. Roztrząsnie trwało długo. Dopóki moje urażone podniebienie nie poczuło się usatysfakcjonowane ogólnym rozkładem pożycia i współżycia tego wieczoru. Ciche szwedzkie dni trwały jeszcze półtora dnia (to bardzo długo, jak na nas). I tak szwedzka sałatka poróżniła nasze idealne małżeństwo na prawie dwa dni, co może być dowodem na to, że import szkodzi. Ale nie musi.
Puenty nie ma. Tymczasem. Jolanta
Gdy rano mam trzy minuty, żeby wykonać pełny makijaż i po upływie tego czasu nie wyglądam jak naćpany koala, to nagle w moim naiwnym kobiecym móżdżku pojawia się myśl, że oto mogę góry przenosić. Myśl ta znika w momencie, gdy wsiadam do autobusu o 7.35. Ale te sześć minut wiary w swoje nadludzkie siły pozwala mi przetrwać pierwsze dwie godziny w pracy. Potem jest mały kryzys, więc idę zapalić. Potem jest już tylko gorzej. Aż do końca dniówki, gdy wychodzę z biura i w drodze na przystanek zadręczam się myślami: "czy wyłączyłam ekspres?", "czy zamknęłam drzwi?", "czy włączyłam alarm?" Na moim ulubionym forum medycznym "Galopująca depresja Reginy" dowiedziałam się, że to może być nerwica natręctw. Czy jest na sali lekarz-psychiatra? W pracy ostatnio zajmuję się głównie kopiuj-->wklej, kopiuj-->wklej, kopiuj-->wklej. Klik, klik, klik... Ctrl+Z, Ctrl+Z, Ctrl+Z do cholery!! Ctrl+...A? Życie jest jak przesyłanie pliku z jednej rzeczywistości do drugiej (ależ pretensjonalna metafora, aż jestem z siebie dumna). U mnie nie ma jeszcze nawet 30% a system zawiesił mi się już co najmniej pięć razy. To strasznie deprymujące. Reset od czasu do czasu jak najbardziej wskazany. I tak się właśnie zastanawiam, jakie są metody (legalne, dodajmy) na autoresetowanie? Wiecie, takie kompleksowe formatowanie dysku? Halo, Computer service? I need a piece of advice...
Re
sobota, 07 stycznia 2012
Styczeń.
Luty.
Marzec.
Kwiecień.
Maj.
Czerwiec.
Lipiec.
Sierpień.
Wrzesień.
Październik.
Listopad.
Grudzień.
Podsumowując: dobry początek roku, miły koniec, całej reszty jakoby nie było. Już się boję, co się NIE wydarzy w nowym roku...
Regina F.
wtorek, 03 stycznia 2012
Kryzysowy Narzeczony ma dziewczynę. To już pewne. Opublikował ich wspólne zdjęcie na fejsbuku. "Lord Handsome & Lady Beauty" - ktoś skomentował pod spodem. Dziewczyna co gorsza jest ładna. Może nie ładniejsza ode mnie;) ale brzydka nie jest. Niestety raczej na pewno jest ode mnie mądrzejsza. W sensie lepiej wykształcona. University of London, UK. You know what it means. Trafił swój na swego. Pasują do siebie idealnie. Pod względem wyglądu, charakteru, aspiracji i pewnie poczucia humoru też. On ma lanserskie okulary. Ona idealnie ścięte blond włosy. Pochodzą z tego samego miasta, a odnaleźli się w Londynie. W sumie cudem, przez przypadek, w przerwie pomiędzy jednym a drugim szczeblem międzynarodowej kariery. Pewnie gdzieś w pobliżu Tower of London albo Tower Bridge. Stawiam całą moją marną pensję, że będą żyli długo i szczęśliwie...
Regina - I'm happy for you - Falangi
niedziela, 01 stycznia 2012
Już jest. 1stycznia 2012. Świat leniwie budzi się do nowego życia. Tak bardzo chciałby zmienić się na lepsze... Próżny trud. Sylwestrowej szalonej nocy na razie nie opisuję. Najpierw musimy z Jolantą, Panem M. i Halszką ustalić wspólną wersję zdarzeń. O ile Jol wypełni jakoś te luki w pamięci, o których pisała mi dziś rano w esemesie ;) Przed naszym spotkaniem o 22.32 byłam chwilę na rodzinnym Sylwestrze u Es. Był dobry śledź. Doba sałatka. Dobra kiełbacha. Dobry krupniok. Pięć bań w godzinę i już byłam gotowa. Gotowa do dalszej zabawy :) Fajnie było. To był całkiem udany Sylwester, jak na totalny brak planów :)
Re :)
sobota, 31 grudnia 2011
Obudziłam się dziś w gigantycznym błotnistym dole i zastanawiam się, jak do tego doszło? Bo to nawet nie jest jeszcze noworoczny dół, który pojawia się zawsze i na którego czekam w drzwiach z kieliszkiem szampana, ale ostatni dół-gigant 2011. Stary rok musi na pożegnanie kopnąć mnie w dupę - nie byłby sobą. Pisałam Wam wczoraj o tym, że ostatnimi czasy mam przemyślenia egzystencjalno-kapelutkowe w trakcie fajczenia w przerwach w pracy. Przerw nie mam wiele, przemyśleń pewnie jeszcze mniej, ale i tak muszę je gdzieś uzewnętrznić zanim się rozpuknę na progu Nowego Roku. Moja praca ssie. Ssie w najbardziej niesatysfakcjonujący sposób. Słowa poety i filozofa Micka J. - "I can't get no satisfaction" - nabierają dla mnie nowego, całkiem indywidualnego znaczenia. Robię rzeczy wymagające inteligencji na poziomie wyrośniętego orangutana i obrotów Turbo Diesela. Szkoda tylko, że spalanie coraz większe, olej napędowy coraz droższy, a wynagrodzenie nie starcza nawet na dobre wyiskanie w salonie kosmetycznym... O Boże, moje własny metafory zaczynają mnie przerażać... Mój szef nie przeczytał nawet mojego CV. Przyjął mnie, bo przyszłam listem poleconym z poprzedniej firmy, która jednakże sama mnie nie chciała.* Moje wykształcenie nie miałoby i tak najmniejszego znaczenia dla tej konkretnej pracy, ale ignorowanie go - delikatnie mówiąc - smuci mnie. Smuci mnie, że ważniejsze jest, czy jestem dobrym robolem, dobrym robokopem, dobrą maszyną wielofunkcyjną. A to że jestem dobrze wykształconym, dobrze wychowanym, dobrym człowiekiem (i zabawnym... i skromnym...), to wcale się nie liczy. Jeszcze bardziej smucą mnie pełne politowania spojrzenia pracowników innych firm z naszego budynku. Jedni mnie lubią, inni nie. Wszyscy patrzą na mnie i myślą sobie, że muszę być strasznie głupia skoro robię to, co robię (po 10-12 godzin) i pewnie nawet nie mam matury. Choć jak na taką idiotkę noszę w sumie całkiem ładne (i drogie) buty... A moje trzy chUJowe dyplomy śmieją się z tego wszystkiego szyderczo... W chwilach zwątpienia w sens czegokolwiek lub w chwilach skrajnego wyczerpania wychodzę na fajkę i staram się nie myśleć. Powtarzam sobie tylko: "Wyglądasz jak dama. Ubierasz się jak dama. Zachowujesz się jak dama. Jesteś damą do kurwy nędzy! A damy idą zawsze wyprostowane! Nawet jeśli na kolanach..." Nie mam siły narzekać już na kraj i na system, na to, że rodzice nie nauczyli mnie życiowej zaradności... Tylko paznokci żal... jak zwykle... Ale idzie nowy rok i wszystko przecież może się jeszcze zmienić. Na gorsze of kors :) Dlatego nie można za szybko wyczerpać rezerw marudzenia :))
Niech moc będzie z Wami! Do siego roku! I nawet jeden dzień dłużej! :))
Re
* No dobra, trochę wyolbrzymiam. Firma mnie chciała. Dyrekcja mnie nie chciała. Zgadza się. Dzis Kapelutki kończą trzy lata. Jak na blog, to niemal wiek dojrzały. Prawie przejrzały, rzekłabym. Z tej okazji - otworzyłam jutrzejszego szampana i popijam w samotności pól bawełnianych patrząc jednym okiem na mojego męża, który dogorywa na kanapie uparcie twierdząc, ze tylko sobie na chwilke zamknął oczy, żeby sprawdzić stan wewnętrza powiek (zawsze mogło się np. zabrudzić, prawda?). I tak popijając wspominam jak to trzy lata temu powstał spontanicznie pomysł na blog. Właściwie, to pomysłu nie było w ogóle, była tylko spontaniczna akcja zakładania bloga i rozpaczliwe próby uczynienia go atrakcyjnym. Potem okazało się, że na siłę uatrakcyjniać nie ma sensu, bo nasze codzienne przygody i perypetie:) (hehe, perypetie:)))) są juz same w sobie tak atrakcyjne, że zbyt duża ingerencja tylko zepsułaby idealne dzieło... przypadku.;) I tak infiltrując historię bloga (czort wie w jakim celu, ale infiltrując) takie mię naszły refleksje, że życie Kapelutków składa się zasadniczo z dziesięciu faz, które niniejszym pragnę przedstawić, huivi po co.
Faza rozruchu Wiadomo. Jak wyżej.
Faza Królewska W Królewskim Apartamencie zawsze było bardzo wesoło. Days of our lifes miały odpowiedni koloryt lokalny, smak, jajo i wątek kryminalny. Toteż Kapelutki rozwijały się w wybornym tempie i kierunku, lepiej niż w prywatnym przedszkolu za 5 tys. zł miesięcznie z regularnymi zajęciami jogi, gotowania na parze, lekcjami języka mandaryńskiego, kursem obrotu papierami wartościowymi i na patent żeglarza jachtowego.
Faza WAPPM Faza na pisanie prac magisterskich...a raczej faza na NIE pisanie prac magisterskich. Prace magisterskie zajęły sporo miejsca w życiu naszego bloga.
Faza wyjazdowa Ja na Północy, Re na pustyni, Hal w raju, Wen w lesie. Ale serce zawsze na Kapelutkach :)
* Moja mała faza weselna:) Wieczór panieński! Ślub! Wesele! I żyła długo i szczęśliwie w roli kury domowej :)))
Faza czarnej dupy Popowrotowa depresja. Świadomość dokonania kilku złych wyborów w najbardziej kluczowych momentach życia. Czarna dupa rzeczywistości na każdym kroku. Koniec świata odwołany.
Faza niezdrowej sławy Pamiętacie, jak nasz blog trafił na pierwsza stronę Gazety.pl? Jeden durny wpis, nawet nie jeden z najdurniejszych, i takie zamieszanie. szampan, fajerwerki, woda sodowa i te sprawy. A potem okazało się, że sława jest przereklamowana i ludzie z prawdziwego świata nie do końca rozumieją świat Kapelutków. I dobrze. Sława się skończyła i wcale nam jej nie brakuje.
Kilka faz zamykania bloga (każda nieudana)
Faza maniakalno-depresyjna Dobrze, źle, świetnie, do czarnej dupy. Nie wiemy, dokąd zmierzamy i kiedy wynajdziemy koło.
Faza obecna Nazwałabym ją fazą przejściową. Przejściowa bo mam takie silne przeczucie, że własnie ewouulujemy, ale jak to zwykle w ewolucji bywa, nie wiemy, co z nas wyrośnie. Jak wyrośnie, to się okaże. Skrzela? Ogon? Potrzeba tworzenia wpisów o palących problemach społecznych i politycznych? Dodatkowe palce (a co za tym idzie - dodatkowe paznokcie!)? Zobaczymy.
Na razie wiemy tylko, że huivi dokąd to wszystko zmierza... ... W sumie - jak to dokąd? Do siego roku! :P Czego i Wam życzę!
Jolanta z Chudowa :)
piątek, 30 grudnia 2011
O kurka wodna! Cały dzień dziś myślę, co to za dzień i nic mi nie przychodzi do głowy oprócz rocznicy ślubu moich rodziców. A toż to przecież urodziny naszego blogaska!!!! Ma już trzy latka, czyli okres natrętnego zadawania pytania "a dlaczego?" Choć ja mam wrażenie, że u nas to on akurat trwa od początku - choć może w nieco zawoalowanej wersji "Leo, WHY?" :) Wiem, że obiecywałam Wam, że kończę z pisaniem. Ale ostatnio, gdy fajczyłam w przerwach mojej niesatysfakcjonującej pracy uświadomiłam sobie, że jednak nie potrafię. Chyba dlatego, że to jedna z nielicznych rzeczy w życiu, która jako tako mi wychodzi. Oprócz włosów. Kapelutki są jak pierwsza miłość - nie da się jej wyrzucić z serca, z pamięci, z życia. Nawet jeśli bardzo się chce. Ja chciałam. Już w październiku miałam przygotowany wpis zatytułowany "Ostatnie pożegnanie" ;) Ale teraz o to uroczyście wpis ten ląduje w koszu. Nie rzucim sieci skąd nasz blog! Tradycyjne otwieranie szampana i spektakularne odpalanie fajerwerków z okazji naszych urodzin przekładam jednak na jutro. Obiecuję, że będą wszędzie dobrze widoczne ;)) A gdy je zobaczycie, pomyślcie sobie nasze urodzinowe życzenie - żeby ten nowy rok był dla nas wszystkich lepszy niż poprzedni. Ament :)
Re
Z cyklu PoGGawędki.
Halszka: Dobrą rzecz dziś przeczytałam w gazecie. Jest horoskop na 2012 i dla każdego znaku jest jakaś karta, która będzie mu towarzyszyć, np. kata fortuny... W moim przypadku to wisielec... Dobre, nie? :) Regina: No :) Halszka: Oprócz tego piszą, że mogę mieć problem ze spłatą kredytu... :) Regina: Haha, inflacja, kryzys, bankructwo... Halszka: W miłości też nie będzie łatwo - będę mieć problemy z dogadaniem się z partnerem. Na szczęście mnie to nie dotyczy. Regina: Nie, nie. To jest akurat dobry omen. Znaczy się, że znajdziesz partnera, bo jak inaczej mieć z nim problemy? :) Halszka: Jeśli chodzi o zdrowie, to dużo zależy od mojego stosunku do ludzi. W sensie życzliwe lwy nie będą narzekać. Regina: No to masz problem :) Halszka: Ale nieżyczliwe czeka operacja... Czyli jednak szykować się pod nóż... Regina: Teraz mój! Halszka: Twoja karta przewodnia to umiarkowanie. Regina: Pewnie piszą, że mam się nie obżerać. Halszka: Haha, dokładnie. Masz unikać słodyczy i środków przeciwbólowych. Regina: Słodyczy - ok. Ale jak żyć bez ibupofenu??? Halszka: Zapisz się na jogę... Jeśli chodzi o pracę - to weź się do roboty :) Regina: Ja pierdolę. Halszka: Tylko nowe pomysły pozwolą ci utrzymać pracę. Regina: Wymyślę nową technologię układania kartek w kalendarzach. Halszka: Jest szansa, że nie zabraknie ci pieniędzy. Regina: Nikła, ale jest ;) Halszka: Choć to będzie zależało od twojego stosunku do pracy. Regina: Czyli jednak szansy nie ma. Halszka: W tym roku zrozumiesz zeszłoroczne błędy :) Teraz uczucia... Regina: Dajesz. Halszka: Nie jesteś pępkiem świata... Serio! Tak napisali! Przeproś ukochaną osobę, może ci wybaczy. Wolne ryby mają szansę na miłość, ale musisz porzucić pychę... Regina: Oj tam, od razu porzucić :) Halszka: Dobry horoskop, nie? Regina: Zajebisty :)
Z tym optymistycznym akcentem życzymy Państwu do siego roku! :)))
środa, 28 grudnia 2011
Moje Święta nie były obrzydliwie wesołe. Obrzydliwe - bardzo być może. Wesołe. Niet. Oczywiście trochę dramatyzuję ;) W ogólnym rozrachunku nie było źle. Głównie dlatego, że rodzina mając na uwadze skrajne wyczerpanie mojego organizmu nawet nie próbowała ze mną zadzierać :) Poza tym było mało świątecznie. Nie licząc epizodu ze słuchaniem przeze mnie na okrągło "Feliz Navidad" w Wigilię i Boże Narodzenie i zawieszenia przy lampie bąbkowego złocistego statku Piratów z Karaibów, który dostałam w zeszłym roku od Jolanty w rewanżu za Figę z Makiem. Pamiętacie moje kultowe figi z makiem? Nie?? No jak to? Aż trudno uwierzyć, że kolejny rok nam się kończy. On to już w ogóle nie był obrzydliwie wesoły. Ale nic to. Zawsze może być gorzej. Ba, będzie! W 2012. Kryzys, inflacja, bankructwo - na tym tle koniec świata jest bajkowo pociągający, a jeźdźcy Apokalipsy to różowe małe kucyki Pony. A jakie plany na Sylwestra macie, drodzy nasi Czytelnicy? Ja (osobiście) tym razem nie planuję żadnych zagranicznych wojaży tudzież innych wypraw na podbój słońca Toskanii. Mam zamiar spędzić tę "noc przejścia" w łóżku... I nieeee, nie sama :) Nie tym razem :) Będzie... ...ze mną... ...mój... ...kot :)
Mrauuuu.
Re
|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Napisali, wspomnieli, nabąknęli o nas:
NIE PAJACUJ!
Regina podgląda:
Startujemy w konkursie na Blog Roku 2011. Można głosować... trzeba głosować! :) www.blogroku.pl/kategorie/kapelutki,gwma2,blog.html KAPELUTKEK NA DZIŚ - kapelutkowe myśli złote, złociutkie i pozłacane
Hej, jesteśmy na Facebooku: BBC Radio *UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!* |