Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
wtorek, 30 maja 2017

Kiedy pełnia spotyka się z moim PMSem istnieje ryzyko, że wszyscy zginiemy. 

Ostatnio miałam naprawdę ciężki czas. Nastąpiła kumulacja wszystkiego co złe, cała negatywna energia świata została skierowana w moją stonę. A dobrze wiemy, że gdy mnie jest źle, to robię tak, aby innym było jeszcze gorzej. Skończyło się załamaniem nerwowym (w moim przypadku nihil novi), a wypowiedzenie umowy o pracę wisiało na włosku. Oczywiście, że miałam je przygotowane w szufladzie (moja frustracja + niewyparzony jęzor). Oczywiście, że szef również miał je przygotowane w szufladzie (urażona dyrektorska duma). Skończyło się happy endem - nadal się lubimy. Przyrzekłam mocne postanowienie poprawy, obiecałam regularnie odwiedzać psychoterapeutę i codziennie rano łykać nerwomix. Dla dobra ludzkości wypisałam wniosek urlopowy. I tym sposobem już pojutrze z dniem 1 czerwca rozpoczynam prawdziwy czternastodniowy urlop - pierwszy taki odkąd zaczęłam pracować zawodowo.

Do tej pory nie miałam szczęścia do urlopów. Zazwyczaj wyglądało to tak, że papier przyjął wszystko, a ja i tak przychodziłam do roboty albo pracowałam zdalnie, a potem odbierałam zaległe dni pojedynczo. Jedyne dłuższe wolne dziwnym trafem pokrywało się z okresem mego bezrobocia. Niestety bezrobotny jest najbardziej zarobionym człowiekiem pod słońcem - szukanie zatrudnienia to orka na ugorze.

Dlatego tym razem postanowiłam, że będę odpoczywać. Nie jestem pewna, czy jeszcze potrafię. Jakieś złote rady?

Czołem! Regina

 

 

21:23, kapelutki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Triduum przeleżałam chora. W Wielkanoc dopadła mnie migrena (z pawiem w roli głównej). A dziś podwichnęłam bark. Wolne mi nie służy. Na szczęście jutro już do roboty. Uff.

 

Re

23:45, kapelutki
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 marca 2017

Dzien dobry, tu Jola. Weszłam po dluzszej nieobecnosci na Kapelutki i oko w łezce mi się zakrecilo, nie powiem, ze nie :( Zwłaszcza, jak przeczytalam wpis Re o poczatkach naszego blogowania i dziwnej fazie schylkowej blogosfery w ooooogóle, ktorej wlasnie jestesmy swiadkami. Nie moge sie bardziej zgodzic. Świat zmienia sie tak szybko, ze nawet te konstatacja jest juz przestarzalym banalem zanim jeszcze zdazy dobrze wybrzmiec na klawiaturze. 

Prawda - nie ma juz blogow o zyciu. Są blogi o byciu. Byciu ekspertem, trendsetterem, treserem czy terierem. Whatever. Nigdy nie bylysmy w blogosferze  ekspertkami od niczego, pamietam, ze mialysmy nawet problem z zaklasyfikowaniem Kapelutkow do jakiejs kategorii na bloxie (kobiety? eee, nie do konca... zycie codzienne!  ale to jest zycie? codzienne? moze codzienne żale! nie ma takiej kategorii... porady? buahahahahaha...). No bylo, bylo. Byli ziomale z bloxa, byla ekscytacja kazdym nowym komentarzem i wejsciem z nieznajomego bloga w statystykach. I moment, kiedy okazalo sie, ze nasz blogowanie to tak naprawde tylko "zenujace bla bla" :) A niech tam! Moze byc i zenujace bla bla. Jakby byla taka kategoria na bloxie to na pewno bysmy sie do niej z przyjemnoscia zapisaly :)

Tez sie czuje staro, ale nie martwi mnie to. Po prostu wiecej rozumiem i coraz mniejsza mam ochote komentowac cokolwiek. Coraz mniej mnie dziwi. Coraz mniej oburza. Ale tez coraz mniej mnie smieszy. Za to zauwazylam, ze wiecej cieszy. To faktycznie chyba dojrzewanie :) 

Ale co ja chcialam powiedziec? U mnie o dziwo nie po staremu. Jak ostatnio raz tu pisalam to bylam w trakcie loadowania nowego projektu. Niestety loading sie nie powiodl. System niespodziewanie padł. Konieczne bylo formatowanie dysku. Nie wszystkie funkcje teraz dzialaja poprawnie. System nie jest stabilny i co jakis czas sie zwiesza lub przestaje dzialac. No troche sie poprzewracalo. Klocuszek sie wywalil i nastapil efekt domina. Ale pracuje nad tym. 

Brakuje mi Paki i krolewskiej kawy na balkonie, cieplej kuchni i wigilii :/ Brakuje mi ludzi, rzeczy, ktore kiedys robilismy myslac o tym, jak bardzo chcemy juz robic cos innego. Teraz z checia wrocilabym do tego, co robilismy wtedy. Przeciez to nie bylo wcale tak dawno temu...

Wlasnie probujemy z Re smsowo umowic sie na jakies spotkanie, kiedys, w przyszlosci :) Nie wiem, czy cos z tego wyjdzie. Ale nie tracimy nadziei :)

Tyle chcialam wylac zali. Kapelutek odkurzony :)

 

JOL.

niedziela, 26 lutego 2017

Nie wiem, naprawdę nie wiem, kiedy stałam się starszą panią po trzydziestce, zaczynającą dzień od słabej kawy i mocno alkoholowych pomadek wiśniowych. Nie mówię, że codziennie, ale w niedzielę? Kto starszej pani zabroni?

W zeszłym tygodniu świętowałam urodziny i, o dziwo, był to całkiem miły poniedziałek. W mojej życiowej karierze to drugi przypadek, kiedy tego dnia nie roniłam łez nad bezsensem istnienia, nie rozsadzała mnie złość, że wszystko jest nie tak, nie miałam myśli samobójczych. Podeszłam bowiem do tematu ze spokojem i postanowiłam, przynajmniej ten jeden raz, nie stawiać sobie i światu wygórowanych wymagań. Podziałało. Kwiat lotosu i "tylko spokój nas uratuje". To najlepszy dowód na to, że mnie nadgryzł ząb czasu. Poza tym standard - coraz lepiej widoczne zmarszczki mimiczne i brak turgoru na całej powierzchni ciała.

Jednak mimo podeszłego wieku mam jeszcze sporo planów życiowych i marzeń. Nie ukrywam, że wygrana w totolotka bardzo ułatwiłaby mi ich realizację. Tymczasem zjem wiśniową czekoladkę i poleżę jeszcze trochę w barłogu. Coś mnie łupie w kręgosłupie.

Re

 

środa, 25 stycznia 2017

Od pewnego czasu intensywnie myślę nad tym, dlaczego nie ma już  we mnie tyle miłości do blogowania, do Kapelutków, do wywracania swojego wnętrza na lewą stronę i tak dalej. Początkowo myślałam, że stało się tak, bo się zmieniłam (dorosłam?), potem - że w moim życiu nic ciekawego się nie dzieje, więc nie ma o czym pisać. Ale ostatnio zupełnie znienacka mnie olśniło. Dziś nie ma już prawdziwej blogosfery.

Gdy zaczynałyśmy z Jolą blogować, a było to zimą 1996 roku ;), sieć nie była jeszcze tak zasyfiona i zepsuta jak dziś. W internecie,na forach i blogach spotykali się prawie wyłącznie zwyczajni, którzy byli zwyczajnie ciekawi, jak wygląda życie innych zwyczajnych. Ludzie pisali o swoich przeżyciach, uczuciach, przygodach i niepowodzeniach. Kapelutki głównie o niepowodzeniach i czarnej dupie rzeczywistości ;) Blogerzy i czytelnicy lubili się, tworzyli społeczność. Nie było tyle hejtu. Nikomu nie chciało się tracić energii na hejt. Po prostu nigdy więcej nie wracało się na stronę, która nie przypadła do gustu. Miało się więcej czasu na życie w realu.

Mam wrażenie, że dziś ludzie nie opowiadają już historii tylko kształtują swój wizerunek. Szafiarstwo, włosomaniactwo, wnętrzarstwo i słowo klucz: "stylizacja" - to kwintesencja współczesnej blogosfery. I oczywiście każdy jest ekspertem. A za każdym ekspertem stoi wierne grono fanów-dupowłazów, którzy za jedno słowo krytyki (nie mylić z hejtem) gotowi byliby odgryźć głowę. Każdy bloger, który ma więcej niż 26 fanów na FB dostaje z miejsca propozycję pisania tekstów - o dupę rozbić - sponsorowanych. Nawet te zgrabne i nienachalne powodują u mnie refluks. My u zarania dałybyśmy się zabić, żeby nie uchylić rąbka kapelutka, dziś każdy epatuje idealnie upudrowaną fizys (żeby tylko).

Każdy szanujący się bloger ma własną domenę. Strony z rozszerzeniem bloxa, blogspota czy innego wordpressa to przecież obciach. Fioletowy szablon? Żenada...

 

Regina
we współpracy z Producentem Maści na Ból Dupy

 

 

 

czwartek, 12 stycznia 2017

Według analiz naszego psychofana Lumberjacka, rok 2016 był zdecydowanie najsłabszy, jeśli chodzi o częstotliwość postów na Kapelutkach. "Bo kiedy jeszcze w 2015 roku pojawiał się przynajmniej jeden wpis w każdym miesiącu, tak w 2016 roku zaowocowały tylko trzy miesiące." Poczułam ukłucie w głębi mej czarnej duszy. Czy to możliwe, że było aż tak źle? Moja niezależna ekspertyza była szybka. Możliwe.

Na swoje usprawiedliwienie dodam, że dużo się u mnie działo w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Poprzedni wpis zaczęłam słowami:

"W ciągu miesiąca rzuciłam pracę, dostałam pracę, dostałam propozycję nowej starej pracy i odrzuciłam propozycję."

Życie szybko dopisało jeszcze jedno zdanie: "Ponownie dostałam propozycje nowej starej pracy i przyjęłam propozycję." Zgadza się, moi mili, wróciłam na nowe stare śmieci do Instytucji Bardzo Kulturalnej. Lepiej być grubą rybą w małym jeziorku niż płotką w oceanie, nieprawdaż? Łudzę się, że tym razem nie zostanę wydymana.

Tak, słuszna konkluzja - w roku 2016 dwa razy spektakularnie rzuciłam pracę! Czego chcieć więcej? Moja zawodowa próżność została zaspokojona 150%. Najbardziej bolesne było  rozstanie z "Kawiarenką", zwaną również "Chatką kopulatką", to jest moim mieszkaniem. Ale brakło czasu na sentymenty. 30 listopada byłam jeszcze w starej nowej pracy, a 1 grudnia już w nowej starej pracy. Warto zauważyć, że po drodze zaliczyłam jeszcze przeogromnego, największego w mojej karierze kaca-giganta, który skończył się wyrzyganiem żołądka wraz z dwunastnicą i śledzioną.

Minusem ostatniej w 2016 roku (i mam nadzieję, że w ogóle w ciągu kolejnych 5 lat) zmiany pracy jest fakt, że wróciłam na Prowincję i straciłam luksus mieszkania w pojedynkę. Na razie po okresie, kiedy po opłaceniu rachunków zostawało mi na życie 350 zł (z czego 400 zł wydawałam na fajki), postanowiłam nie szukać nowych zobowiązań w celu odkucia się i odbicia od finansowego dna. Później zobaczymy. Może pójdę w "kredo" i dołączę do elitarnego grona ludzi zadłużonych w banku na najbliższych 300 lat. Will see. 

Tymczasem moim noworocznym postanowieniem jest stare dobre: wrzucać więcej wpisów na Kapelutki! Amen.

 

Regina F.

 

 

poniedziałek, 05 września 2016

Nigdy nie myślałam, że moja kariera nabierze takiego tempa. W ciągu miesiąca rzuciłam pracę, dostałam pracę, dostałam propozycję nowej starej pracy i odrzuciłam propozycję. Na gruncie zawodowym czuję się kobietą spełnioną. Jestem gotowa, aby przejść na emeryturę.

Moja obecna robota jest naprawdę całkiem fajna. Gdy przyszłam pierwszego dnia, przywitała mnie szefowa działu i zaprowadziła na me gabinety. Na drzwiach wisiała już tabliczka z moim nazwiskiem i stanowiskiem - bardzo mile uczucie, nie powiem. Dodatkowo okazało się, że mam pokój większy od mojego mieszkania - śmiało można grać w siatkówkę. Pierwszy tydzień był oczywiście kryzysowy. Moja tendencja do przesady i dramatyzowania dała się we znaki nie tylko mnie samej, ale też kilku przyjaciołom, w tym Halszce. Oczywiście biadoliłam, że nie podołam, że nie dam rady, że jedyne o czym marzę, to zwinąć się w kłębek pod kołdrą i udawać, że nie istnieję. Jednak czas leczy frustrację. Gdy okazało się, że w drodze do pracy wcale nie trzeba wypalać czterech fajek z rzędu, a po powrocie do domu wpadać w stan przedzawołowy zrozumiałam, że postąpiłam słusznie, porzucając prestiż i pieniądze na rzecz prestiżu i biedy. Stanęłam w oknie z widokiem na 5th avenue, wciągnęłam do płuc solidną dawkę spalin i poczułam ulgę. I wtedy los ze mnie zadrwił.

Znacie to  powiedzenie? Chcesz rozbawić Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach? Niespełna tydzień wcześniej, w przypływie gorzkich żali, wybełkotałam w stronę niebios: "Ech, gdyby tylko zadzwonili z Instytucji Bardzo Kulturalnej, to dziś rzucam wszystko, wracam na Prowincję i mam w nosie wielkomiejskie życie!" - i zadzwonili. Przez chwilę nawet się wahałam. A raczej kombinowałam, jak upiec dwie sroki na jednym ogniu. Nie dało się, więc odmówiłam. I chyba poczułam lekką satysfakcję.

Jak widzicie, praca zdominowała nasze życie. Jola szuka równowagi pomiędzy pracą a życiem. Ja chyba ją właśnie odnalazłam. Halszka robi wszystko, żeby pracy nie znaleźć, a gdy chcą ją zatrudnić, to szuka wymówek i idzie na dzienne studia ;) Tylko Wenus siedzi i pielęgnuje latorośl i czasem z przerażeniem myśli o wszystkich tych zaległościach, które będzie musiała nadrobić po powrocie z urlopu wychowawczego...

 

Re

 

 

sobota, 03 września 2016

Dzien dobry, 

it is I- Jolanta. Zapomnialam hasla do bloga. Chcialam po latach stworzyc wpis zawiazujacy do starych, dobrych poczatkow Kapelutkow - czyli wpis pelen zali i afirmacji czarnej dupy rzeczywistosci - a tu, zonk! Nie mogiem sie zalogowac, bo nie pamietam hasla. To tak, jakby zapomniec imie wlasnego dziecka. Albo swoje. Wstyd troche. Ale co zrobisz? Dobrze, ze mam druga glowe w postaci Reginy, wiec udalo mi sie zalogowac i oto - na tarczy, ale jednak - powracam na Łono Kapelutków.

A powrot moj oznacza podwojna dawke swiezych zali, tak jak lubicie najbardziej :)))  

Wielu z Was... może kilkunastu... kilku.... no moze jeden z Was.... albo nawet nikt.... zastanawia się, co ciekawego porabialam przez ostatnie milion lat nieobecnosci na Kapelutkach. Odpowiedz moze Was zaskoczyc! Otóż - nie wiem, chyba nic godnego uwagi. Ale nie oznacza to, ze o tym nie opowiem :) Przeciez nie jestesmy tu po to, zeby codziennie wyruszac w rejs po Morzu Jonskim, skakac ze skał na latawcu, wychodzic za maz za milionera na białym koniu, wygrywac miliard w zdrapkach, krasc serca telewidzow skaczac w talent show do pustego basenu czy robic sobie kosztowne operacje plastyczne twarzy, zeby wygladac jak Brangelina czy ... Vincent Cassel itd. itp. Jestesmy tu po to, by wiesc nudne, ordynarne zycie pelne sprzecznosci i przeszkod rzucanych nam pod nogi przez rzeczywistosc, najblizsza rodzine a - głownie - nas samych. 

A mowiac serio, jak nietrudno sie domyslic, przez ostatnie milion lat pracowalam. Pracowalam w pracy, pracowalam po pracy, pracowalam w domu. W wieku 31 lat doszlam jednakze do wniosku, ze to do niczego nie prowadzi. I o tym mial byc ten wpis.

Przez wiele lat myslalam, ze praca mnie definiuje, konstytuuje moje jestestwo, okresla kim jestem. Że im wiecej pracuje, tym bardziej jestem i tym bardziej mam prawo byc. Pracuje, wiec jestem. Tylko nie myslalam o tym, czy to, kim jestem jako pracownik, jest tym kim chce byc jako czlowiek. Jako kobieta. Zona. Matka. Dopiero, kiedy zaczelam czuc zmeczenie psychiczne (rozne od stresu) i wyczerpanie fizyczne spowodowane wlasnie tym zmeczeniem umyslu, cos mnie tknelo. Powiecie - "spadlas z ksiezyca? przeciez to proste i jasne, ze nie mozna sie zapracowac na smierc". No nie dla kazdego proste. Nigdy nie bylam mistrzem odmawiania i nawet kiedy zaczelam pracowac etatowo po 10, 11, 12 godzin dziennie nadal przyjmowalam zlecenia na rzeczy po pracy. I pracowalam w nocy. Po czym zdychalam dnia nastepnego, zeby wieczorem znowu siasc do komputera, na jakichs wspomagaczach swiadomosci (wszystkich legalnych of cors) i dalej dlubac do poznej nocy albo bladego switu.

Nie jestem ironmanem, dlatego po roku takiego zycia moje zasoby energii wyczerpaly sie, co objawilo sie okropnym bolem plecow, problemami ze skora, przybraniem na wadze, kolataniem serca, problemami z pamiecia, napadami zlosci, placzu, wkurwu i wszytskiego, co w czlowieku najgorsze. Przyszedl taki moment ze wreszcie to sobie uswiadomilam, ze w takim trybie zycia nie zajde daleko. Najpewniej umre albo trafie do wariatkowa.

Tylko, że samo uswiadomienie sobie, to dopiero poczatek. Nie jest latwo wychodzic z pracy po 8 godzinach, nie zawsze sie da, a jak sie da to i tak powiedzenie sobie, ze "to, ze nie skonczylam dzisiaj jeszcze nie jest tragedia, moge skonczyc jutro, a teraz musze wstac, wyjsc i zaczac zyc" nie jest latwe.  Nie jest latwo odmawiac, gdy ktos prosi. Ale probuje. Potem przezywam wyrzuty sumienia, musze sobie sama tlumaczyc te odmowy. 

W tym roku pierwszy raz od 5 lat wyjechalam na urlop. Tzn. na wywczasy. Takie z torba podrozna i samolotem. Bez dziecięcia. Do tej pory albo nie robialam sobie przerw w pracy albo urlop wykorzystywalam na pracowanie (najlepiej sie pracuje wtedy, gdy inni mysla, ze jestes na urlopie, bo nikt nie dzwoni i nie pisze maili - oh yeah!) i nawet udalo mi sie nie sprawdzac poczty firmowej (ok, tylko raz). Poczulam sie dobrze. Lepiej. Nabralam oddechu, troche energii. Ale szybko musialam wrocić do rzeczywistosci i powrot byl bolesny. Energii urlopowej nie starcza na pol roku, to sciema. Tydzien góra. Ale ciagle mysle o tym, ze musze... chce zyc inaczej. Zyc w ogole. 

Lubie moja prace, lubie to co robie i to kim jestem, ale jesli nie znajde jakiejs rownowagi na inii praca-zycie to sie za...bie na smierc. To jest pewne. Karoshi mam jak w banku. 

Ostatnio nadzieje pokladam w moim dziecieciu i jego nowym przedszkolu, ktore czynne jest do 17:00. Tym samym - czy chce czy nie - musze wyjsc z pracy o 4, zeby odebrac mojego potomka na czas, co by go nie oddano do policyjnej izby dziecka. Oto przyklad jak rodzicielstwo czyni ludzi lepszymi. :)

Ale, zeby za dobrze nie bylo, to wrzesien jeszcze spedze na pracy na dwa fronty bo mam zalegle zlecenie, przed ktorym nie moglam sie obronic i musialam je wziac. Musialam. Ale od pazdziernika ide na emeryture. I na studia. Bo jeszcze sie na studia dostalam.... Znowu... Ale nie trzeciego wieku, spokojnie. Bede 30 letnim emerytem-licencjuszem.  No i bede miala na papierze wytlumaczenie, dlaczego w weekend nie moge pracowac. Studia maja swoje prawa. :)

 

Jol. 

niedziela, 24 lipca 2016

Okazuje się, że pomimo usilnych starań, aby unicestwić Kapelutki, w czerwcu wciąż miałyśmy całe dwie czytelniczki. Asia i Taja - pozdrawiamy Was serdecznie :) Co więcej! Przybył nam jeden fan na fejsbuku. To nie dzieje się naprawdę ;)

Z tej strony Regina. Uprzejmie donoszę, że żyję.

Jak wiecie lub nie wiecie, w lutym tego roku z dnia na dzień przeniosłam się do Miasta Królów i Królowych. Na rodzinnej Prowincji zawaliło się wszystko, co mogło się zawalić. Straciłam zatrudnienie. Skończyło się love story. W piątek dostałam pracę w jednej z bardziej prestiżowych instytucji w Polsce. Szok i niedowierzanie. W poniedziałek bladym świtem spakowałam plecak na plecy, przez jedno ramię przewiesiłam podróbę Prady (nabytą podczas tej podróży), przez drugie ramię torbę z laptopem i pojechałam. Prosto z pociągu poszłam do nowej roboty. Pamiętam, że wieczorem rozbuczałam się nad talerzem pierogów u przyjaciół, u których waletowałam. Ze zmęczenia. Ze stresu. I koszmarnego bólu głowy, który promieniował na całe ciało. To był pierwszy z wielu kryzysów, które przeszłam przez ostatnie pół roku, nim spełniłam swoje życiowe marzenie i spektakularnie rzuciłam pracę. Teraz jeszcze tylko muszę zrobić tatuaż i zapisać się do banku dawców szpiku ;)

Były dwa zasadnicze minusy - odpowiedzialność finansowa, która mnie stresowała oraz zbyt intensywny kontakt z klientem, który mnie wkurwiał. Pieniądze i ludzie - dwie sfery, z którymi zawodowo nigdy nie chciałam mieć do czynienia. Oczywiście były też dwa zasadnicze plusy. Do pracy miałam 10 minut pieszo i napraaaaawdę dobrze płacili. Nowa praca z kolei ma dwa zasadnicze plusy i jeden równoważący je zasadniczy minus. Nadal mam 10 minut pieszo (przeniosłam się po prostu na drugą stronę ulicy) i będę robić naprawdę fajne rzeczy, niestety aby przetrwać muszę rzucić palenie i jedzenie i nauczyć się żyć energią słoneczną, gdyż pensja starczy mi zaledwie na opłacenie mieszkania i rachunków. Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że przecież nie muszę mieszkać w Śródmieściu, sama, wciśnięta w kąt 34-metrowej kawalerki, w pięknej kamienicy z widokiem na... inną piękną kamienicę. Tylko, że ja lubię moje mieszkanie. Jest na tyle przestronne, że śmiało można by urządzić disco party. Ma też dwa duże okna, które sięgają mi prawie do kolan, a za oknami lipy. I  jest tak cicho... No, chyba że sąsiedzi z góry akurat się kłócą, to wtedy nie jest ;) Może znajdę dodatkową pracę? Może wygram w totka? Może bogato wyjdę z mąż? Nie wiem. Jak prawdziwa Scarlett O'Hara - pomyślę o tym jutro. Tymczasem urlop, domowe pielesze, kawa na tarasie i maliny prosto z krzaka, wcześniej prawdopodobnie obsikane przez naszego psa, ale co tam. Chwilo trwaj. Chwilo jesteś piękna...

 

 

 

niedziela, 13 marca 2016

 

Wszyscy wiedzą, że luty to dobry miesiąc i właśnie w lutym nasza kapelutkowa rodzina powiększyła się o Małą Wenus Boticelliego von Lumberjack. Po Mamie odziedziczyła bujny włos oraz urocze paciochy, po Tacie wdzięk i bezpretensjonalność. Przynajmniej tak nam się wydaje - na pierwszy rzut zdjęcia. Całej trójcy życzymy wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia! A Lumberjackowi przypominamy pradawną prawdę, że jak ojciec ma syna to pilnuje syna, a jak ma córkę to pilnuje całego osiedla. Tak że powodzenia, Lumberjacku! Nim się obejrzysz, kawalerka zacznie rzucać kamykami w okna i coś nam się wydaje, że ta strzelba, co to ganiasz z nią po lasach, znajdzie zastosowanie i w obejściu ;) 

Do rodziny kulawym krokiem (ze względu na chorą łapę) wszedł także Kwiatek - czworonogi przyjaciel Państwa Dziwnych. I tutaj wielkie ukłony w ich stronę, za to że zrezygnowali z pomysłu wydania kilku tysięcy na rasową maskotkę i wzięli największą bidę ze schroniska. Zasługa na niebo jak się patrzy.

Ale to nie wszystko. Za kilka miesięcy powitamy na świecie Małego Wielkiego Wizjonera, który póki co zerka na nas nieśmiało przez ultrasonograf. Tak że, proszę państwa, rośniemy w siłę. Jest nas coraz więcej, a jeszcze nie powiedzieliśmy ostatniego słowa! :)

 

Re

 

 

 

poniedziałek, 07 marca 2016

 

Czas przerwać to najdłuższe w historii milczenie Kapelutków i zalać was, naszych wiernych 24 czytelników, falą czarnej jak moja Reginowa dusza goryczy. 

W mym życiu zaszły zmiany. Jak pamiętacie (albo i nie) moja kariera w Instytucji Bardzo Kulturalnej dobiegła końca z końcem sierpnia ubiegłego roku. Postanowiono nie przedłużać mi umowy, tłumacząc konieczność pozbycia się mnie względami finansowymi. Podziękowano mi - jednemu z najbardziej wydajnych, kreatywnych i elastycznych pracowników wszech czasów. Był żal i smuteczek, ale echh... trudno się mówi, bierze się prozac i żyje się dalej. Jakież było moje zaskoczenie, gdy już kilka tygodni później tu i ówdzie zaczęły krążyć plotki, że na moje stanowisko szykowany jest pewien przydupas pewnego dyrektora z jednostki samorządowej, pod którą podlega instytucja... Dacie wiarę? Pozbyli się mnie, żeby na ciepłej posadce mógł usadzić swoje dupsko jakiś chłoptaś, o którym wiadomo było tylko tyle, iż przez kilka lat nosił dyrektorską teczkę i u tegoż samego dyrektora-profesora pisał doktorat. No to się zdenerwowałam. Poczucie krzywdy i niesprawiedliwości towarzyszy mi do dziś. I mimo że ostatecznie znalazłam inną pracę, nie mogę w sobie jakoś tego przegryźć.

Może i chłoptaś nie jest nietzschemu winny. Może i nawet jest całkiem ogarnięty i miły. ALE! Z pewnością brak mu honoru skoro przyjął posadę wiedząc, że kogoś z niej wykopano w białych rękawiczkach. Albo raczej skarpetkach. Mokasynach? Oczywiście może jestem naiwna myśląc, że w dzisiejszych czasach ktokolwiek ma jakiekolwiek skrupuły w podobnej sytuacji. Mnie jednak to wszystko napawa obrzydzeniem i żądzą zemsty. I chociaż siedząc skulona w kątku cicho medytuję świętą sylabę "OOOOMMMMMMMMM" w nadziei, że karma odwali za mnie brudną robotę, moja czarna dusza jest jeszcze bardziej czarna i nie zaznaje spokoju. Ja to jednak nie mogłabym żyć ze świadomością, że ktoś przeze mnie stracił posadę i środki do życia. Chyba jestem jakaś dziwna. Jakaś inna. Zbyt uczciwa. Zbyt wrażliwa. Być może właśnie z tego powodu każdy pracodawca potrafi mnie fachowo i rasowo wyruchać. 

Tymczasem wróciłam na łono Jadwigi i jestem równie nieszczęśliwa jak za dawnych dobrych studenckich lat :) Pracuję w Najbardziej Renomowanej Instytucji w Polsce (albo przynajmniej jednej z najbardziej renomowanych), nieźle zarabiam, ale jednak czegoś mi brak... Czego? Muszę się dowiedzieć. I mam nadzieję, że dowiem się właśnie tu - na Kapelutkach. Stay tuned!

Regina

 

 

 

środa, 23 grudnia 2015

Święta za pasem. Staram się zachować spokój. Jest to trudne zwłaszcza, że zapomniałam uzupełnić zasoby relanium. Nie umiem świętować chociaż bym chciała. Jak już znajdę męża to mam nadzieję, że będzie takim samym introwertycznym dziwakiem jak ja. Będziemy sobie siedzieć przy nieperfekcyjnej choince, popijać whiskey i grać w szachy. On zawsze będzie wygrywał, a ja będę się złościć i obrażać.

Z rzeczy smutniejszych niż Święta - przytyłam :( Wszystko było normalnie i nagle bach! Pewnego dnia obudziłam się 6 kilo cięższa :( Podjęłam szybkie i radykalne kroki i zaczęłam biegać. Wcześniej w ramach mobilizacji wydałam kilkaset złotych na nowe termoaktywne joggingowe fatałaszki - podziałało. Polecam. 4 tygodnie i 3 kilo mniej. A jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa.

Tymczasem idę podjeść świątecznych rarytasów - jutro już nie będą smakować tak dobrze ;)

 

Re

 

 

czwartek, 26 listopada 2015

Szaleństwo. Moje ostatnie miesiące, dokładnie pięć moge opisać jako totalne, absolutne szaleństwo. Pracuję w takim tempie, że obawiam się, że niedługo wyrośnie mi komin i pójdzie z niego dym fabryczny. Nigdy wcześniej nie pracowałam w takim tempie. Nie dość, że pracuję szybko, to jeszcze - surprise - pracuję dużo. Pracuję po 10, 11 a nieraz i 12 godzin dziennie. Uwielbiam tę pracę, ale fizycznie jestem wykończona. Wzięłam sobie urlop, ale - żeby mi nie było za dobrze - dostałam duże ciekawe zlecenie, więc na urlopie, zamiast odpoczywać, pracuję. Wrócę z urlopu wykończona i pójdę na chorobowe. Ale nie narzekam. Zawsze gorzej się czułam, kiedy nie miałam co robić, albo miałam za mało do roboty. 

W zasadzie to nie mam nic ciekawego do powiedzenia, nie jeżdżę po swiecie jak Re, nie mam przygód na lotnisku, nic się nie dzieje. Pracuję. Czasem coś rysuję. Jestem beznadziejnym przypadkiem pracoholika. Mój syn mówi do mnie "tato", bo zapomina, że coś takiego jak "mama" istnieje. Ale jak skończę to zlecenie, to już naprawdę, obiecuję - 8-16 i do widzenia. 

Wracam do roboty.

 

JOL.

wtorek, 17 listopada 2015

 

Po powrocie z Hiszpanii marzyłam tylko o tym, żeby zaszyć się w samotności na końcu świata i zregenerować siły. Tak, moi drodzy, urlopy bywają bardzo męczące. Jednakże przewrotny los zdecydował inaczej i już po dziewięciu dniach z powrotem siedziałam w samolocie. Wyjazd tym razem nie był rekreacyjny (może i dobrze, bo po hiszpańskiej rekreacji miałam zakwasy, rwę kulszową i depresję) - przeciwnie, wiązał się z obiecanym zastrzykiem gotówki, który wkrótce (mam nadzieję) zasili moje konto. Taka fuszka, dzięki której na chwilę przestałam być bezrobotna. 

 

Fruuuu!

Przed wyjazdem przekonywałam samą siebie, że to propozycja nie do odrzucenia. "Pojedziesz na wycieczkę i jeszcze ci za to zapłacą" - mówiłam sobie. Ale przeczucia - złe przeczucia i wewnętrzny niepokój za wszelką cenę starały się mnie zatrzymać w domu.

Pojechałam. Stambuł w kilka godzin doprowadził mnie na krawędź wytrzymałości psychicznej, o czym z pewnością zaświadczy Halszka, do której słałam płaczliwe wiadomości z przejmującą treścią "Nienawidzę tego miasta!"... Czeski film w tureckiej odsłonie trwał w najlepsze. A jego zwieńczeniem był przykry fakt, że na kolację zjadłam najgorszego kebaba na świecie!

Kolejne dwa dni upłynęły w miarę sprawnie, choć stres jaki przeżywałam w związku z "tureckim zleceniem" powoli rozkładał mnie wewnętrznie. Prawdziwy dramat rozegrał się jednak w dniu wyjazdu. Ale po kolei.

 

Orient Express

Stambuł, jak wiadomo, to miasto olbrzymie, ludne, tłoczne i głośne. Leży po obu stronach Bosforu, o czym wiemy wszyscy, gdyż zawsze chętnie uczęszczaliśmy w szkole na geografię. Posiada dwa lotniska - po europejskiej stronie Port Lotniczy Atatürka, po azjatyckiej - Sabiha Gökçen. Odległość pomiędzy nimi to około 65 km. Na pewno już domyślacie się, że lądowałam na Atatürku, a odlecieć miałam z Sabihy. Dlaczego tak? Nie wiem, nie ja kupowałam bilety. Chodziło na pewno o jakąś oszczędność. Czasu? Pieniędzy? Jednego i drugiego? Ale, że oszczędny dwa razy traci...

Do tematu odlotu podeszliśmy rozsądnie. Ano tak - nie byłam sama. Był ze mną mój zleceniodawca. Postanowiliśmy opracować trasę do Sabihy, żeby wiedzieć, ile czasu potrzebujemy na dojazd. A mówiąc wprost zdecydowaliśmy tam po prostu dzień wcześniej pojechać i zobaczyć w praktyce. Chociaż pod względem komunikacji miejskiej Stambuł z pewnością plasuje się w czołówce, z Aksaray, gdzie mieszkaliśmy, do Sabihy jedzie się czterema środkami transportu. Około 2,5-3 godziny.

Pomimo dobrze przygotowanej akcji zwiadowczej coś poszło nie tak i samolot odleciał bez nas... Na 45 minut utknęliśmy w kolejce do odprawy paszportowej, a gdy czerwoni dobiegliśmy do bramki, ta już od kilku minut była zamknięta, a samolot radośnie zmierzał na pas startowy. Była to ewidentna złośliwość losu, bo kwadrans później, gdy zrezygnowani czekaliśmy na anulowanie wizy wyjazdowej, całe lotnisko nagle jakby opustoszało, a ruch znów odbywał się płynnie.

Na pocieszenie (samej siebie) dodam, że takich spóźnialskich jak my było więcej. W sumie uzbierało się w tym czasie kilkanaście osób. Na anulowanie wizy czekać mieliśmy około pół godziny. Po godzinie i 20 minutach nadal nikt nie chciał zwrócić nam paszportów. W końcu przyszła kobieta w średnim wieku, która po turecku tłumaczyła wszystkim, co dalej nastąpi. Angielskiego nie znała. Ostatecznie zaprowadzono nas do kasy biletowej Turkish Airlines. Pani w okienku na szczęście mówiła po angielsku, niestety przebookować naszych biletów nie mogła, gdyż zostały zakupione w promocji... Poinformowała mnie także (o czym wiedziałam, gdyż w oczekiwaniu na paszport szukałam nowych rozwiązań logistycznych), że tego dnia z Sabihy żaden samolot nie leci już do Wiednia i że musimy pojechać na lotnisko Atatürka. Stamtąd najbliższy lot był o 17.05, jednak szybka kalkulacja i perspektywa czterech przesiadek pozwoliła nam ocenić, że szanse, abyśmy na niego zdążyli, są nikłe. 

Mapka_Stambuł

 

Dygresja - Dlaczego lecieliśmy do Wiednia?

Do stolicy Austrii przyjechaliśmy z Polski samochodem, który następnie pozostawiliśmy na lotniskowym parkingu. Po przylocie ze Stambułu czekały na nas w Wiedniu kolejne załatwienia, tak więc taka trasa była dla nas optymalna.

 

Z Azji do Europy

Wykończeni psychicznie i fizycznie wyruszyliśmy w podróż do Istanbul Atatürk Airport. Po kilku godzinach byliśmy na miejscu. Wypaliłam dwa papierosy z rzędu i poszłam załatwiać nasz powrót. Zakup biletów wraz z wystawieniem faktury, odbiór kart pokładowych, przejście przez odprawę paszportową i dwie kontrole bezpieczeństwa zajęły nam w sumie około 25 minut... Do odlotu mieliśmy jeszcze ponad 3 godziny, które na szczęście przeminęły w miarę szybko. W samolocie dostaliśmy miejsca przy wyjściu ewakuacyjnym. Wystarczyło na nie zerknąć, aby stwierdzić, że już kiedyś było używane.  Szybkie spojrzenie na drugą stronę samolotu nie pozostawiało złudzeń - Airbus musiał kiedyś lądować awaryjnie. Pomyślałam, z charakterystycznym dla siebie czarnym humorem, że idealnym zwieńczeniem tego chujowego dnia byłaby katastrofa lotnicza. Byłam zbyt zmęczona, żeby denerwować się samym lotem, ale gdy pilot ogłosił, że za chwilę startujemy, światła niepokojąco "mrygnęły", a monitory kilkukrotnie schowały się i wysunęły z powrotem, wydając przy tym niekontrolowane efekty dźwiękowe. Wtedy zaczęłam się bać. Później okazało się rzecz jasna, że strach i stres były zupełnie niepotrzebne, bo lot minął spokojnie i bez komplikacji. Zjadłam ciepłą kolację, łyknęłam whiskey i odpłynęłam. Obudziło mnie charakterystyczne zderzenie z ziemią i okropny ból spowodowany ciśnieniem w uchu środkowym. I jeśli w Turcji mieliśmy tysiąc przygód, to w Austrii czekała nas tysiąc pierwsza...

 

Wiedeń

Miasto Mozarta przywitało nas chłodem, głodem i... przebitą oponą... 1,5 godziny później (około 23.10), gdy po ogarnięciu kwestii kapcia stanęliśmy u wrót recepcji zarezerwowanego hotelu, z przerażeniem przeczytałam informację, że zameldować należało się do 22.00. Ponownie - nie ja rezerwowałam noclegi, wiec nawet nie przyszło mi do głowy, że recepcja nie jest całodobowa. W środku jednak ktoś był, ale oczywiście nie chciał nam otworzyć. Postanowiłam udawać glonojada, dopóki nas nie wpuścił. Nadprogramowa obsługa była oczywiście wielkim problemem, za który musieliśmy uiścić dodatkową opłatę i przez cały proces meldowania słuchać kazania, że normalnie o tej porze w recepcji nikogo nie ma i że on wcale nie musiał nam pomagać. Kilka minut później okazało się także, że na lotnisku Sabiha podczas gdy goniliśmy uciekając samolot, w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął nam i-Pad... Mein Gott! Ya Allah! Co za dzień!

Następnego ranka zapadła decyzja, aby austriackie sprawy załatwić jak najszybciej, do minimum skrócić pobyt w Wiedniu i czym prędzej wraz z Tomaszem Knapikiem zamkniętym w GPSie wyruszyć w drogę do Ojczyzny. Udało się wyjechać już koło południa, jednak w związku z weekendem oraz licznymi karambolami na trasie podróż wydłużyła się o kilka godzin. Nie denerwowałam się. Nic nie było mnie w stanie zaskoczyć. Żadne opóźnienie nie wydawało się gorsze od straconego dnia w Stambule. A gdy o 21.00 przekroczyłam progi własnego domu, byłam najszczęśliwszą Reginą na świecie!

 

Globtroter, Re Falangi

 

 

środa, 04 listopada 2015

 

Hiszpania była miłą odskocznią od nienormalności. Pozostało po niej kilka widokówek i przesuszona skóra, która non stop domaga się balsamu. Nie zdążyłam nawet zaczerpnąć ostrego polskiego powietrza, jak wciągnął mnie wir załatwiania nie swoich spraw. Moja wina, dałam się zaskoczyć. Jak zwykle zresztą. Z godziny na godzinę mam coraz większą ochotę wrzucić komórkę do kanalizacji, a laptopem cisnąć o ścianę. Mam wrażenie, że większość mojego czasu zajmują mi sprawy, które nic dobrego nie wnoszą do mojego życia. Przeciwnie - tylko stres i negatywne emocje.

Ostatnio usłyszałam od mądrej życiowo osoby, że inni traktują mnie pogardliwie lub protekcjonalnie, bo im na to pozwalam. To był cios prosto w serce... Twierdzenie jest prawdziwe...

Nie mogę cofnąć czasu, ale będę pracować nad sobą. Zacznę od czegoś małego - na początek przestanę się tłumaczyć.

 

Re

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 59
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl