Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
poniedziałek, 05 września 2016

Nigdy nie myślałam, że moja kariera nabierze takiego tempa. W ciągu miesiąca rzuciłam pracę, dostałam pracę, dostałam propozycję nowej starej pracy i odrzuciłam propozycję. Na gruncie zawodowym czuję się kobietą spełnioną. Jestem gotowa, aby przejść na emeryturę.

Moja obecna robota jest naprawdę całkiem fajna. Gdy przyszłam pierwszego dnia, przywitała mnie szefowa działu i zaprowadziła na me gabinety. Na drzwiach wisiała już tabliczka z moim nazwiskiem i stanowiskiem - bardzo mile uczucie, nie powiem. Dodatkowo okazało się, że mam pokój większy od mojego mieszkania - śmiało można grać w siatkówkę. Pierwszy tydzień był oczywiście kryzysowy. Moja tendencja do przesady i dramatyzowania dała się we znaki nie tylko mnie samej, ale też kilku przyjaciołom, w tym Halszce. Oczywiście biadoliłam, że nie podołam, że nie dam rady, że jedyne o czym marzę, to zwinąć się w kłębek pod kołdrą i udawać, że nie istnieję. Jednak czas leczy frustrację. Gdy okazało się, że w drodze do pracy wcale nie trzeba wypalać czterech fajek z rzędu, a po powrocie do domu wpadać w stan przedzawołowy zrozumiałam, że postąpiłam słusznie, porzucając prestiż i pieniądze na rzecz prestiżu i biedy. Stanęłam w oknie z widokiem na 5th avenue, wciągnęłam do płuc solidną dawkę spalin i poczułam ulgę. I wtedy los ze mnie zadrwił.

Znacie to  powiedzenie? Chcesz rozbawić Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach? Niespełna tydzień wcześniej, w przypływie gorzkich żali, wybełkotałam w stronę niebios: "Ech, gdyby tylko zadzwonili z Instytucji Bardzo Kulturalnej, to dziś rzucam wszystko, wracam na Prowincję i mam w nosie wielkomiejskie życie!" - i zadzwonili. Przez chwilę nawet się wahałam. A raczej kombinowałam, jak upiec dwie sroki na jednym ogniu. Nie dało się, więc odmówiłam. I chyba poczułam lekką satysfakcję.

Jak widzicie, praca zdominowała nasze życie. Jola szuka równowagi pomiędzy pracą a życiem. Ja chyba ją właśnie odnalazłam. Halszka robi wszystko, żeby pracy nie znaleźć, a gdy chcą ją zatrudnić, to szuka wymówek i idzie na dzienne studia ;) Tylko Wenus siedzi i pielęgnuje latorośl i czasem z przerażeniem myśli o wszystkich tych zaległościach, które będzie musiała nadrobić po powrocie z urlopu wychowawczego...

 

Re

 

 

sobota, 03 września 2016

Dzien dobry, 

it is I- Jolanta. Zapomnialam hasla do bloga. Chcialam po latach stworzyc wpis zawiazujacy do starych, dobrych poczatkow Kapelutkow - czyli wpis pelen zali i afirmacji czarnej dupy rzeczywistosci - a tu, zonk! Nie mogiem sie zalogowac, bo nie pamietam hasla. To tak, jakby zapomniec imie wlasnego dziecka. Albo swoje. Wstyd troche. Ale co zrobisz? Dobrze, ze mam druga glowe w postaci Reginy, wiec udalo mi sie zalogowac i oto - na tarczy, ale jednak - powracam na Łono Kapelutków.

A powrot moj oznacza podwojna dawke swiezych zali, tak jak lubicie najbardziej :)))  

Wielu z Was... może kilkunastu... kilku.... no moze jeden z Was.... albo nawet nikt.... zastanawia się, co ciekawego porabialam przez ostatnie milion lat nieobecnosci na Kapelutkach. Odpowiedz moze Was zaskoczyc! Otóż - nie wiem, chyba nic godnego uwagi. Ale nie oznacza to, ze o tym nie opowiem :) Przeciez nie jestesmy tu po to, zeby codziennie wyruszac w rejs po Morzu Jonskim, skakac ze skał na latawcu, wychodzic za maz za milionera na białym koniu, wygrywac miliard w zdrapkach, krasc serca telewidzow skaczac w talent show do pustego basenu czy robic sobie kosztowne operacje plastyczne twarzy, zeby wygladac jak Brangelina czy ... Vincent Cassel itd. itp. Jestesmy tu po to, by wiesc nudne, ordynarne zycie pelne sprzecznosci i przeszkod rzucanych nam pod nogi przez rzeczywistosc, najblizsza rodzine a - głownie - nas samych. 

A mowiac serio, jak nietrudno sie domyslic, przez ostatnie milion lat pracowalam. Pracowalam w pracy, pracowalam po pracy, pracowalam w domu. W wieku 31 lat doszlam jednakze do wniosku, ze to do niczego nie prowadzi. I o tym mial byc ten wpis.

Przez wiele lat myslalam, ze praca mnie definiuje, konstytuuje moje jestestwo, okresla kim jestem. Że im wiecej pracuje, tym bardziej jestem i tym bardziej mam prawo byc. Pracuje, wiec jestem. Tylko nie myslalam o tym, czy to, kim jestem jako pracownik, jest tym kim chce byc jako czlowiek. Jako kobieta. Zona. Matka. Dopiero, kiedy zaczelam czuc zmeczenie psychiczne (rozne od stresu) i wyczerpanie fizyczne spowodowane wlasnie tym zmeczeniem umyslu, cos mnie tknelo. Powiecie - "spadlas z ksiezyca? przeciez to proste i jasne, ze nie mozna sie zapracowac na smierc". No nie dla kazdego proste. Nigdy nie bylam mistrzem odmawiania i nawet kiedy zaczelam pracowac etatowo po 10, 11, 12 godzin dziennie nadal przyjmowalam zlecenia na rzeczy po pracy. I pracowalam w nocy. Po czym zdychalam dnia nastepnego, zeby wieczorem znowu siasc do komputera, na jakichs wspomagaczach swiadomosci (wszystkich legalnych of cors) i dalej dlubac do poznej nocy albo bladego switu.

Nie jestem ironmanem, dlatego po roku takiego zycia moje zasoby energii wyczerpaly sie, co objawilo sie okropnym bolem plecow, problemami ze skora, przybraniem na wadze, kolataniem serca, problemami z pamiecia, napadami zlosci, placzu, wkurwu i wszytskiego, co w czlowieku najgorsze. Przyszedl taki moment ze wreszcie to sobie uswiadomilam, ze w takim trybie zycia nie zajde daleko. Najpewniej umre albo trafie do wariatkowa.

Tylko, że samo uswiadomienie sobie, to dopiero poczatek. Nie jest latwo wychodzic z pracy po 8 godzinach, nie zawsze sie da, a jak sie da to i tak powiedzenie sobie, ze "to, ze nie skonczylam dzisiaj jeszcze nie jest tragedia, moge skonczyc jutro, a teraz musze wstac, wyjsc i zaczac zyc" nie jest latwe.  Nie jest latwo odmawiac, gdy ktos prosi. Ale probuje. Potem przezywam wyrzuty sumienia, musze sobie sama tlumaczyc te odmowy. 

W tym roku pierwszy raz od 5 lat wyjechalam na urlop. Tzn. na wywczasy. Takie z torba podrozna i samolotem. Bez dziecięcia. Do tej pory albo nie robialam sobie przerw w pracy albo urlop wykorzystywalam na pracowanie (najlepiej sie pracuje wtedy, gdy inni mysla, ze jestes na urlopie, bo nikt nie dzwoni i nie pisze maili - oh yeah!) i nawet udalo mi sie nie sprawdzac poczty firmowej (ok, tylko raz). Poczulam sie dobrze. Lepiej. Nabralam oddechu, troche energii. Ale szybko musialam wrocić do rzeczywistosci i powrot byl bolesny. Energii urlopowej nie starcza na pol roku, to sciema. Tydzien góra. Ale ciagle mysle o tym, ze musze... chce zyc inaczej. Zyc w ogole. 

Lubie moja prace, lubie to co robie i to kim jestem, ale jesli nie znajde jakiejs rownowagi na inii praca-zycie to sie za...bie na smierc. To jest pewne. Karoshi mam jak w banku. 

Ostatnio nadzieje pokladam w moim dziecieciu i jego nowym przedszkolu, ktore czynne jest do 17:00. Tym samym - czy chce czy nie - musze wyjsc z pracy o 4, zeby odebrac mojego potomka na czas, co by go nie oddano do policyjnej izby dziecka. Oto przyklad jak rodzicielstwo czyni ludzi lepszymi. :)

Ale, zeby za dobrze nie bylo, to wrzesien jeszcze spedze na pracy na dwa fronty bo mam zalegle zlecenie, przed ktorym nie moglam sie obronic i musialam je wziac. Musialam. Ale od pazdziernika ide na emeryture. I na studia. Bo jeszcze sie na studia dostalam.... Znowu... Ale nie trzeciego wieku, spokojnie. Bede 30 letnim emerytem-licencjuszem.  No i bede miala na papierze wytlumaczenie, dlaczego w weekend nie moge pracowac. Studia maja swoje prawa. :)

 

Jol. 

niedziela, 24 lipca 2016

Okazuje się, że pomimo usilnych starań, aby unicestwić Kapelutki, w czerwcu wciąż miałyśmy całe dwie czytelniczki. Asia i Taja - pozdrawiamy Was serdecznie :) Co więcej! Przybył nam jeden fan na fejsbuku. To nie dzieje się naprawdę ;)

Z tej strony Regina. Uprzejmie donoszę, że żyję.

Jak wiecie lub nie wiecie, w lutym tego roku z dnia na dzień przeniosłam się do Miasta Królów i Królowych. Na rodzinnej Prowincji zawaliło się wszystko, co mogło się zawalić. Straciłam zatrudnienie. Skończyło się love story. W piątek dostałam pracę w jednej z bardziej prestiżowych instytucji w Polsce. Szok i niedowierzanie. W poniedziałek bladym świtem spakowałam plecak na plecy, przez jedno ramię przewiesiłam podróbę Prady (nabytą podczas tej podróży), przez drugie ramię torbę z laptopem i pojechałam. Prosto z pociągu poszłam do nowej roboty. Pamiętam, że wieczorem rozbuczałam się nad talerzem pierogów u przyjaciół, u których waletowałam. Ze zmęczenia. Ze stresu. I koszmarnego bólu głowy, który promieniował na całe ciało. To był pierwszy z wielu kryzysów, które przeszłam przez ostatnie pół roku, nim spełniłam swoje życiowe marzenie i spektakularnie rzuciłam pracę. Teraz jeszcze tylko muszę zrobić tatuaż i zapisać się do banku dawców szpiku ;)

Były dwa zasadnicze minusy - odpowiedzialność finansowa, która mnie stresowała oraz zbyt intensywny kontakt z klientem, który mnie wkurwiał. Pieniądze i ludzie - dwie sfery, z którymi zawodowo nigdy nie chciałam mieć do czynienia. Oczywiście były też dwa zasadnicze plusy. Do pracy miałam 10 minut pieszo i napraaaaawdę dobrze płacili. Nowa praca z kolei ma dwa zasadnicze plusy i jeden równoważący je zasadniczy minus. Nadal mam 10 minut pieszo (przeniosłam się po prostu na drugą stronę ulicy) i będę robić naprawdę fajne rzeczy, niestety aby przetrwać muszę rzucić palenie i jedzenie i nauczyć się żyć energią słoneczną, gdyż pensja starczy mi zaledwie na opłacenie mieszkania i rachunków. Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że przecież nie muszę mieszkać w Śródmieściu, sama, wciśnięta w kąt 34-metrowej kawalerki, w pięknej kamienicy z widokiem na... inną piękną kamienicę. Tylko, że ja lubię moje mieszkanie. Jest na tyle przestronne, że śmiało można by urządzić disco party. Ma też dwa duże okna, które sięgają mi prawie do kolan, a za oknami lipy. I  jest tak cicho... No, chyba że sąsiedzi z góry akurat się kłócą, to wtedy nie jest ;) Może znajdę dodatkową pracę? Może wygram w totka? Może bogato wyjdę z mąż? Nie wiem. Jak prawdziwa Scarlett O'Hara - pomyślę o tym jutro. Tymczasem urlop, domowe pielesze, kawa na tarasie i maliny prosto z krzaka, wcześniej prawdopodobnie obsikane przez naszego psa, ale co tam. Chwilo trwaj. Chwilo jesteś piękna...

 

 

 

niedziela, 13 marca 2016

 

Wszyscy wiedzą, że luty to dobry miesiąc i właśnie w lutym nasza kapelutkowa rodzina powiększyła się o Małą Wenus Boticelliego von Lumberjack. Po Mamie odziedziczyła bujny włos oraz urocze paciochy, po Tacie wdzięk i bezpretensjonalność. Przynajmniej tak nam się wydaje - na pierwszy rzut zdjęcia. Całej trójcy życzymy wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia! A Lumberjackowi przypominamy pradawną prawdę, że jak ojciec ma syna to pilnuje syna, a jak ma córkę to pilnuje całego osiedla. Tak że powodzenia, Lumberjacku! Nim się obejrzysz, kawalerka zacznie rzucać kamykami w okna i coś nam się wydaje, że ta strzelba, co to ganiasz z nią po lasach, znajdzie zastosowanie i w obejściu ;) 

Do rodziny kulawym krokiem (ze względu na chorą łapę) wszedł także Kwiatek - czworonogi przyjaciel Państwa Dziwnych. I tutaj wielkie ukłony w ich stronę, za to że zrezygnowali z pomysłu wydania kilku tysięcy na rasową maskotkę i wzięli największą bidę ze schroniska. Zasługa na niebo jak się patrzy.

Ale to nie wszystko. Za kilka miesięcy powitamy na świecie Małego Wielkiego Wizjonera, który póki co zerka na nas nieśmiało przez ultrasonograf. Tak że, proszę państwa, rośniemy w siłę. Jest nas coraz więcej, a jeszcze nie powiedzieliśmy ostatniego słowa! :)

 

Re

 

 

 

poniedziałek, 07 marca 2016

 

Czas przerwać to najdłuższe w historii milczenie Kapelutków i zalać was, naszych wiernych 24 czytelników, falą czarnej jak moja Reginowa dusza goryczy. 

W mym życiu zaszły zmiany. Jak pamiętacie (albo i nie) moja kariera w Instytucji Bardzo Kulturalnej dobiegła końca z końcem sierpnia ubiegłego roku. Postanowiono nie przedłużać mi umowy, tłumacząc konieczność pozbycia się mnie względami finansowymi. Podziękowano mi - jednemu z najbardziej wydajnych, kreatywnych i elastycznych pracowników wszech czasów. Był żal i smuteczek, ale echh... trudno się mówi, bierze się prozac i żyje się dalej. Jakież było moje zaskoczenie, gdy już kilka tygodni później tu i ówdzie zaczęły krążyć plotki, że na moje stanowisko szykowany jest pewien przydupas pewnego dyrektora z jednostki samorządowej, pod którą podlega instytucja... Dacie wiarę? Pozbyli się mnie, żeby na ciepłej posadce mógł usadzić swoje dupsko jakiś chłoptaś, o którym wiadomo było tylko tyle, iż przez kilka lat nosił dyrektorską teczkę i u tegoż samego dyrektora-profesora pisał doktorat. No to się zdenerwowałam. Poczucie krzywdy i niesprawiedliwości towarzyszy mi do dziś. I mimo że ostatecznie znalazłam inną pracę, nie mogę w sobie jakoś tego przegryźć.

Może i chłoptaś nie jest nietzschemu winny. Może i nawet jest całkiem ogarnięty i miły. ALE! Z pewnością brak mu honoru skoro przyjął posadę wiedząc, że kogoś z niej wykopano w białych rękawiczkach. Albo raczej skarpetkach. Mokasynach? Oczywiście może jestem naiwna myśląc, że w dzisiejszych czasach ktokolwiek ma jakiekolwiek skrupuły w podobnej sytuacji. Mnie jednak to wszystko napawa obrzydzeniem i żądzą zemsty. I chociaż siedząc skulona w kątku cicho medytuję świętą sylabę "OOOOMMMMMMMMM" w nadziei, że karma odwali za mnie brudną robotę, moja czarna dusza jest jeszcze bardziej czarna i nie zaznaje spokoju. Ja to jednak nie mogłabym żyć ze świadomością, że ktoś przeze mnie stracił posadę i środki do życia. Chyba jestem jakaś dziwna. Jakaś inna. Zbyt uczciwa. Zbyt wrażliwa. Być może właśnie z tego powodu każdy pracodawca potrafi mnie fachowo i rasowo wyruchać. 

Tymczasem wróciłam na łono Jadwigi i jestem równie nieszczęśliwa jak za dawnych dobrych studenckich lat :) Pracuję w Najbardziej Renomowanej Instytucji w Polsce (albo przynajmniej jednej z najbardziej renomowanych), nieźle zarabiam, ale jednak czegoś mi brak... Czego? Muszę się dowiedzieć. I mam nadzieję, że dowiem się właśnie tu - na Kapelutkach. Stay tuned!

Regina

 

 

 

środa, 23 grudnia 2015

Święta za pasem. Staram się zachować spokój. Jest to trudne zwłaszcza, że zapomniałam uzupełnić zasoby relanium. Nie umiem świętować chociaż bym chciała. Jak już znajdę męża to mam nadzieję, że będzie takim samym introwertycznym dziwakiem jak ja. Będziemy sobie siedzieć przy nieperfekcyjnej choince, popijać whiskey i grać w szachy. On zawsze będzie wygrywał, a ja będę się złościć i obrażać.

Z rzeczy smutniejszych niż Święta - przytyłam :( Wszystko było normalnie i nagle bach! Pewnego dnia obudziłam się 6 kilo cięższa :( Podjęłam szybkie i radykalne kroki i zaczęłam biegać. Wcześniej w ramach mobilizacji wydałam kilkaset złotych na nowe termoaktywne joggingowe fatałaszki - podziałało. Polecam. 4 tygodnie i 3 kilo mniej. A jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa.

Tymczasem idę podjeść świątecznych rarytasów - jutro już nie będą smakować tak dobrze ;)

 

Re

 

 

czwartek, 26 listopada 2015

Szaleństwo. Moje ostatnie miesiące, dokładnie pięć moge opisać jako totalne, absolutne szaleństwo. Pracuję w takim tempie, że obawiam się, że niedługo wyrośnie mi komin i pójdzie z niego dym fabryczny. Nigdy wcześniej nie pracowałam w takim tempie. Nie dość, że pracuję szybko, to jeszcze - surprise - pracuję dużo. Pracuję po 10, 11 a nieraz i 12 godzin dziennie. Uwielbiam tę pracę, ale fizycznie jestem wykończona. Wzięłam sobie urlop, ale - żeby mi nie było za dobrze - dostałam duże ciekawe zlecenie, więc na urlopie, zamiast odpoczywać, pracuję. Wrócę z urlopu wykończona i pójdę na chorobowe. Ale nie narzekam. Zawsze gorzej się czułam, kiedy nie miałam co robić, albo miałam za mało do roboty. 

W zasadzie to nie mam nic ciekawego do powiedzenia, nie jeżdżę po swiecie jak Re, nie mam przygód na lotnisku, nic się nie dzieje. Pracuję. Czasem coś rysuję. Jestem beznadziejnym przypadkiem pracoholika. Mój syn mówi do mnie "tato", bo zapomina, że coś takiego jak "mama" istnieje. Ale jak skończę to zlecenie, to już naprawdę, obiecuję - 8-16 i do widzenia. 

Wracam do roboty.

 

JOL.

wtorek, 17 listopada 2015

 

Po powrocie z Hiszpanii marzyłam tylko o tym, żeby zaszyć się w samotności na końcu świata i zregenerować siły. Tak, moi drodzy, urlopy bywają bardzo męczące. Jednakże przewrotny los zdecydował inaczej i już po dziewięciu dniach z powrotem siedziałam w samolocie. Wyjazd tym razem nie był rekreacyjny (może i dobrze, bo po hiszpańskiej rekreacji miałam zakwasy, rwę kulszową i depresję) - przeciwnie, wiązał się z obiecanym zastrzykiem gotówki, który wkrótce (mam nadzieję) zasili moje konto. Taka fuszka, dzięki której na chwilę przestałam być bezrobotna. 

 

Fruuuu!

Przed wyjazdem przekonywałam samą siebie, że to propozycja nie do odrzucenia. "Pojedziesz na wycieczkę i jeszcze ci za to zapłacą" - mówiłam sobie. Ale przeczucia - złe przeczucia i wewnętrzny niepokój za wszelką cenę starały się mnie zatrzymać w domu.

Pojechałam. Stambuł w kilka godzin doprowadził mnie na krawędź wytrzymałości psychicznej, o czym z pewnością zaświadczy Halszka, do której słałam płaczliwe wiadomości z przejmującą treścią "Nienawidzę tego miasta!"... Czeski film w tureckiej odsłonie trwał w najlepsze. A jego zwieńczeniem był przykry fakt, że na kolację zjadłam najgorszego kebaba na świecie!

Kolejne dwa dni upłynęły w miarę sprawnie, choć stres jaki przeżywałam w związku z "tureckim zleceniem" powoli rozkładał mnie wewnętrznie. Prawdziwy dramat rozegrał się jednak w dniu wyjazdu. Ale po kolei.

 

Orient Express

Stambuł, jak wiadomo, to miasto olbrzymie, ludne, tłoczne i głośne. Leży po obu stronach Bosforu, o czym wiemy wszyscy, gdyż zawsze chętnie uczęszczaliśmy w szkole na geografię. Posiada dwa lotniska - po europejskiej stronie Port Lotniczy Atatürka, po azjatyckiej - Sabiha Gökçen. Odległość pomiędzy nimi to około 65 km. Na pewno już domyślacie się, że lądowałam na Atatürku, a odlecieć miałam z Sabihy. Dlaczego tak? Nie wiem, nie ja kupowałam bilety. Chodziło na pewno o jakąś oszczędność. Czasu? Pieniędzy? Jednego i drugiego? Ale, że oszczędny dwa razy traci...

Do tematu odlotu podeszliśmy rozsądnie. Ano tak - nie byłam sama. Był ze mną mój zleceniodawca. Postanowiliśmy opracować trasę do Sabihy, żeby wiedzieć, ile czasu potrzebujemy na dojazd. A mówiąc wprost zdecydowaliśmy tam po prostu dzień wcześniej pojechać i zobaczyć w praktyce. Chociaż pod względem komunikacji miejskiej Stambuł z pewnością plasuje się w czołówce, z Aksaray, gdzie mieszkaliśmy, do Sabihy jedzie się czterema środkami transportu. Około 2,5-3 godziny.

Pomimo dobrze przygotowanej akcji zwiadowczej coś poszło nie tak i samolot odleciał bez nas... Na 45 minut utknęliśmy w kolejce do odprawy paszportowej, a gdy czerwoni dobiegliśmy do bramki, ta już od kilku minut była zamknięta, a samolot radośnie zmierzał na pas startowy. Była to ewidentna złośliwość losu, bo kwadrans później, gdy zrezygnowani czekaliśmy na anulowanie wizy wyjazdowej, całe lotnisko nagle jakby opustoszało, a ruch znów odbywał się płynnie.

Na pocieszenie (samej siebie) dodam, że takich spóźnialskich jak my było więcej. W sumie uzbierało się w tym czasie kilkanaście osób. Na anulowanie wizy czekać mieliśmy około pół godziny. Po godzinie i 20 minutach nadal nikt nie chciał zwrócić nam paszportów. W końcu przyszła kobieta w średnim wieku, która po turecku tłumaczyła wszystkim, co dalej nastąpi. Angielskiego nie znała. Ostatecznie zaprowadzono nas do kasy biletowej Turkish Airlines. Pani w okienku na szczęście mówiła po angielsku, niestety przebookować naszych biletów nie mogła, gdyż zostały zakupione w promocji... Poinformowała mnie także (o czym wiedziałam, gdyż w oczekiwaniu na paszport szukałam nowych rozwiązań logistycznych), że tego dnia z Sabihy żaden samolot nie leci już do Wiednia i że musimy pojechać na lotnisko Atatürka. Stamtąd najbliższy lot był o 17.05, jednak szybka kalkulacja i perspektywa czterech przesiadek pozwoliła nam ocenić, że szanse, abyśmy na niego zdążyli, są nikłe. 

Mapka_Stambuł

 

Dygresja - Dlaczego lecieliśmy do Wiednia?

Do stolicy Austrii przyjechaliśmy z Polski samochodem, który następnie pozostawiliśmy na lotniskowym parkingu. Po przylocie ze Stambułu czekały na nas w Wiedniu kolejne załatwienia, tak więc taka trasa była dla nas optymalna.

 

Z Azji do Europy

Wykończeni psychicznie i fizycznie wyruszyliśmy w podróż do Istanbul Atatürk Airport. Po kilku godzinach byliśmy na miejscu. Wypaliłam dwa papierosy z rzędu i poszłam załatwiać nasz powrót. Zakup biletów wraz z wystawieniem faktury, odbiór kart pokładowych, przejście przez odprawę paszportową i dwie kontrole bezpieczeństwa zajęły nam w sumie około 25 minut... Do odlotu mieliśmy jeszcze ponad 3 godziny, które na szczęście przeminęły w miarę szybko. W samolocie dostaliśmy miejsca przy wyjściu ewakuacyjnym. Wystarczyło na nie zerknąć, aby stwierdzić, że już kiedyś było używane.  Szybkie spojrzenie na drugą stronę samolotu nie pozostawiało złudzeń - Airbus musiał kiedyś lądować awaryjnie. Pomyślałam, z charakterystycznym dla siebie czarnym humorem, że idealnym zwieńczeniem tego chujowego dnia byłaby katastrofa lotnicza. Byłam zbyt zmęczona, żeby denerwować się samym lotem, ale gdy pilot ogłosił, że za chwilę startujemy, światła niepokojąco "mrygnęły", a monitory kilkukrotnie schowały się i wysunęły z powrotem, wydając przy tym niekontrolowane efekty dźwiękowe. Wtedy zaczęłam się bać. Później okazało się rzecz jasna, że strach i stres były zupełnie niepotrzebne, bo lot minął spokojnie i bez komplikacji. Zjadłam ciepłą kolację, łyknęłam whiskey i odpłynęłam. Obudziło mnie charakterystyczne zderzenie z ziemią i okropny ból spowodowany ciśnieniem w uchu środkowym. I jeśli w Turcji mieliśmy tysiąc przygód, to w Austrii czekała nas tysiąc pierwsza...

 

Wiedeń

Miasto Mozarta przywitało nas chłodem, głodem i... przebitą oponą... 1,5 godziny później (około 23.10), gdy po ogarnięciu kwestii kapcia stanęliśmy u wrót recepcji zarezerwowanego hotelu, z przerażeniem przeczytałam informację, że zameldować należało się do 22.00. Ponownie - nie ja rezerwowałam noclegi, wiec nawet nie przyszło mi do głowy, że recepcja nie jest całodobowa. W środku jednak ktoś był, ale oczywiście nie chciał nam otworzyć. Postanowiłam udawać glonojada, dopóki nas nie wpuścił. Nadprogramowa obsługa była oczywiście wielkim problemem, za który musieliśmy uiścić dodatkową opłatę i przez cały proces meldowania słuchać kazania, że normalnie o tej porze w recepcji nikogo nie ma i że on wcale nie musiał nam pomagać. Kilka minut później okazało się także, że na lotnisku Sabiha podczas gdy goniliśmy uciekając samolot, w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął nam i-Pad... Mein Gott! Ya Allah! Co za dzień!

Następnego ranka zapadła decyzja, aby austriackie sprawy załatwić jak najszybciej, do minimum skrócić pobyt w Wiedniu i czym prędzej wraz z Tomaszem Knapikiem zamkniętym w GPSie wyruszyć w drogę do Ojczyzny. Udało się wyjechać już koło południa, jednak w związku z weekendem oraz licznymi karambolami na trasie podróż wydłużyła się o kilka godzin. Nie denerwowałam się. Nic nie było mnie w stanie zaskoczyć. Żadne opóźnienie nie wydawało się gorsze od straconego dnia w Stambule. A gdy o 21.00 przekroczyłam progi własnego domu, byłam najszczęśliwszą Reginą na świecie!

 

Globtroter, Re Falangi

 

 

środa, 04 listopada 2015

 

Hiszpania była miłą odskocznią od nienormalności. Pozostało po niej kilka widokówek i przesuszona skóra, która non stop domaga się balsamu. Nie zdążyłam nawet zaczerpnąć ostrego polskiego powietrza, jak wciągnął mnie wir załatwiania nie swoich spraw. Moja wina, dałam się zaskoczyć. Jak zwykle zresztą. Z godziny na godzinę mam coraz większą ochotę wrzucić komórkę do kanalizacji, a laptopem cisnąć o ścianę. Mam wrażenie, że większość mojego czasu zajmują mi sprawy, które nic dobrego nie wnoszą do mojego życia. Przeciwnie - tylko stres i negatywne emocje.

Ostatnio usłyszałam od mądrej życiowo osoby, że inni traktują mnie pogardliwie lub protekcjonalnie, bo im na to pozwalam. To był cios prosto w serce... Twierdzenie jest prawdziwe...

Nie mogę cofnąć czasu, ale będę pracować nad sobą. Zacznę od czegoś małego - na początek przestanę się tłumaczyć.

 

Re

 

wtorek, 20 października 2015

Już za  parę godzin wyruszamy z Halszką na podbój Andaluzji. Boję się zasnąć, żeby nie zaspać.

Dwa tygodnie temu postanowiłam się w ekspresowym tempie wylaszczyć w związku z Costa de la Luz. Zaczęłam intensywnie biegać. Przez dwa dni z rzędu. Skończyłam zdychając przewlekle w związku z zapaleniem oskrzeli. Wizja bikini trochę mnie zatem przeraża... Ale nie ma się co martwić na zapas. Pewnie i tak będzie padać ;)

Adiós amigos! Nie dajcie się jesiennej szarudze! :)

Re

 

poniedziałek, 05 października 2015

Wrzesień przeleciał z prędkością światła. Jakież było moje zaskoczenie 1 października, gdy okazało się, że minął miesiąc mojego bezrobocia, a ja nawet nie zaczęłam szukać pracy. Wbrew pozorom wrzesień był pracowity. Okazało się, że siedzenie w domu wpływa destrukcyjnie na autoorganizację. Siedzenie w domu wysyła czytelny sygnał do reszty domowników, że oto osoba ma dużo czasu - całe mnóstwo - i może śmiało zajmować się sprawami, które do tej pory zupełnie jej nie dotyczyły w związku z rozbujałym życiem zawodowym - buhahahaha. Okazało się zatem, że:

1. Gotowanie to straszna strata czasu.

2. Gdy nikt nie widzi, spod szafy wypełza armia małych bliżej niezidentyfikowanych obiektów, które rozprzestrzeniają kurz, kruszą w kuchni i ogólnie bałaganią na wszystkich kondygnacjach.

Wpadłam w błędne koło - może nie prowadzenia domu, bo to z pewnością za dużo powiedziane - ale opieki nad domem. Z niecierpliwością czekam na pierwszy śnieg - moi rodzice przestaną jeździć do hacjendy, a ja zacznę szukać zatrudnienia. Ale nie tak szybko. Za dwa tygodnie jeszcze Andaluzja. Październik spisałam już na straty. Wielkie nadzieje pokładam natomiast w listopadzie. Listopad to dobry miesiąc. W listopadzie wszystko się zmieni.

Tymczasem muszę ratować mikrokosmos. W trakcie pisania tego posta armia niezidentyfikowanych obiektów zamieniła mój dom w pobojowisko i teraz przeprowadza atak na obejście. Na samą myśl jestem zmęczona.

 

Regina F.

 

poniedziałek, 07 września 2015

 

Siedzę sobie w barłogu i czuję się dobrze. Psychicznie. Fizycznie nie bardzo. Tradycyjnie pod koniec sierpnia dopadł mnie jakiś upierdliwy wirus i walczę z nim już 14 dzień z rzędu. A końca nie widać. 

Bałam się bezrobocia i boję się nadal. Nie finansowo. Tak się szczęśliwie składa, że zawsze mam jakieś zaskórniaki, które pozwalają mi przetrwać trudne miesiące bez stałych wpływów na konto. Powiem więcej, ten pozbawiony pracy czas jest przeważnie owocny w podróże - ostatni raz za granicą byłam na przełomie 2010 i 2011 roku, właśnie kiedy jarzmo etatu nie ciążyło na mojej duszy globtrotera. W bezrobociu natomiast zawsze najbardziej przerażał mnie brak pracy. Nie źródła dochodu. Zajęcia.

Jestem człowiekiem czynu, lubię działać, lubię coś robić. Lubię nadawać tempa sprawom, lubię poganiać, popędzać i wytykać błędy. Typowa Pani Kierowniczka. W pracy jestem połączeniem perfekcjonisty z cyborgiem. Najwięcej radości sprawia mi zespół, który działa, jak dobrze naoliwiona maszyna. SprawiałBY. Bo jeszcze na taki nie trafiłam. Jedno jest pewne - nadaję się do tego, aby rządzić :)

Ludzie przeważnie źle podchodzą do pracy. W sposób marzycielski zamiast zadaniowy. Ostatnio kolega zwierzał mi się, że on to by chciał mieć taką pracę, w której czułby się spełniony, w której atmosfera byłaby życzliwa, a szef składał hołd i dziękczynienie za każdy najmniejszy wypełniony pracowniczy obowiązek. Bo najgorzej to czuć się niedocenionym przez pracodawcę. Na moje pytania wypowiedziane wielkimi literami: "CHŁOPIE, ILE TY MASZ LAT? W JAKIM TY ŚWIECIE ŻYJESZ?" odpowiedział tylko smętnie: "Może masz rację..."

Generalizując, ludzie dzielą się na tych, którzy zarzynają się po to, aby wspiąć się na najwyższy szczebel drabiny zawodowej albo na takich, którzy robiąc minimum oczekują spektakularnych gratyfikacji pieniężnych oraz oczywiście dobrego słowa od przełożonego. Jedni i drudzy są sfrustrowani. Pierwsi dlatego, że spoglądając z najwyższego szczebla na swoje życie zbyt często nie potrafią odnaleźć w nim ani grama sensu, drudzy - bo ich podejście to już nawet nie jest naiwność tylko głupota w najczystszej postaci. Przeważnie niestety nieuświadomiona. Dotyczy to zazwyczaj osób latami przyspawanych do stołka, dla których podnoszenie kwalifikacji jest bardzo ważne pod warunkiem, że za szkolenie zapłaci pracodawca. W innym wypadku jest to wymaganie nie do przyjęcia. Kto to widział marnować swój prywatny czas na samodoskonalenie zawodowe? W godzinach pracy też nie ma mowy, bo przecież najnowsze trendy same się nie przejrzą i tak dalej. Nie ma mowy! Nie za te pieniądze! (I uwierzcie, nie mam tu na myśli osób pracujących na umowy śmieciowe, czy za najniższą krajową.)

To niestety najczęściej problem średnich miast, gdzie osoby dobrze wykształcone, pracowite i kreatywne, wylatują ze względu na zbyt krótki staż pracy w firmie, a ci, którzy przez 20 lat zdążyli rozwinąć się jedynie w dziedzinach samozadowolenia i roszczeniowości mają się wprawdzie chujowo, ale stabilnie.

Ech, sama nie wiem, do czego zmierzam. Najwyraźniej moje wewnętrzne rozżalenie związane z utratą pracy wciąż ze mnie wyłazi na każdym kroku. Może to i dobrze - gdy już wylezie i zniknie, będę mogła zacząć szukać nowych rozwiązań na przyszłość.

 

Regina

 

 

 

sobota, 29 sierpnia 2015

 

Myślałam, że skutki stresu związanego z utratą pracy dopadną mnie dopiero, gdy będę już oficjalnie bezrobotna. Jednak kwas, jaki panuje w firmie w związku z wizją zmian, jest nie do wytrzymania i niestety odbija się też na mnie. Wybór dyrektora nastąpi prawdopodobnie pod koniec września, a tu Wódz samorządu już zdążył palnąć podczas konferencji prasowej o masowym pogromie w dziale administracyjno-księgowym (zastępując szybko brzydkie słowo "zwolnienia" ładnym zwrotem "restrukturyzacja zatrudnienia"). W owym dziale pracuje obecnie 5 osób - wliczając mnie i księgową, więc skoro za chwilę mnie już nie będzie, a stanowisko księgowej jest ugruntowane w statucie, to łatwo obliczyć na kogo wypadnie, na tego bęc. Pozostałe trzy osoby trzęsą aktualnie porami zastanawiając się kto pierwszy będzie musiał opuścić ciepły do tej pory kurwidołek. Dział techniczny też się trzęsie, ale jakby mniej, gdyż zgodnie z wolą Wodza "zapuszczony kompleks" ma wypięknieć, a przecież budynki same się nie wysprzątają, jak również trawa sama się nie skosi. Zatem dział techniczny w nieco lepszym humorze, jednak starym zwyczajem marudzi, jak to ma źle i niedobrze, wprawiając wszystkich pozostałych w stan lekkiego podkurwienia. Oraz momentami siejąc lekki zamęt. Firmowe koalicje, które potworzyły się w ostatnich tygodniach są śmieszne i straszne jednocześnie. Hejt został skierowany w stronę kozła ofiarnego - osoby, na którą jeszcze 2 miesiące temu nikt nie ośmieliłby się na głos wypowiedzieć złego słowa. A teraz jawne zarzuty, oskarżenia i komentarze, które dawno przestały być choćby przyzwoite.

Ja jestem cichym obserwatorem. Nie wchodzę w animozje. Zapierdalam jak mały samochodzik, żeby wszystkie niedokończone sprawy zapiąć na ostatni guzik. Taką mam zasadę - to co rozgrzebałam, muszę to doprowadzić do końca. Tyle  że w obecnej sytuacji najrozsądniej byłoby wszystko rzucić, skoro reszta osób przejęta tylko i wyłącznie własnym losem większość czasu zamiast na pracy spędza na plotkowaniu, knuciu, zakwaszaniu atmosfery i użalaniu się nad sobą.

Takiej zbiorowej histerii dawno nie widziałam. Piękny i dorodny przykład tego, jak brak obiektywnej oceny sytuacji, stan zagrożenia, egoizm i roszczeniowa postawa powolutku prowadzą do klęski. To będzie taka piękna katastrofa! I pomyśleć, że mogłabym po prostu rzucić zapałkę... i patrzeć jak wszystko zaczyna płonąć...

Dużo widzę. Umiem słuchać. Umiem dodać dwa do dwóch. Budzę zaufanie. I NIE jestem paplą. Dzięki temu posiadam wiedzę, której nie są świadomi wszyscy pozostali. I gdy tak patrzę na tę gamę żałosnych zachowań i równie żałosnych koalicji mam ochotę na koniec jeszcze trochę namieszać. Z zasady nigdy się nie wtrącam, zwłaszcza gdy temat już mnie właściwie nie dotyczy. Ale w ramach zemsty za zepsuty ostatni tydzień pracy, brak empatii i dwulicowość... no korci mnie.

Kuriozalne jest to, że chcąc pomóc wszystkim na około sama stałam się przedmiotem plotek. Z dobrego serca zgodziłam się pracować zamiast siedzieć na urlopie. Wykonuję wszystkie polecenia bez mrugnięcia okiem. Robię rzeczy, które nie leżały nawet obok zakresu moich czynności. I jak się to kończy? Choróbsko, bezsenność i wykluczenie społeczne. Bo skoro się nie buntuję, to znaczy że kolaboruję z wrogiem. 

Nie mogę pojąć, jak można poświęcać całą swoją życiową energię na pielęgnowanie zgnilizny. Nie mogę uwierzyć, że ta zgnilizna uderzyła w moją życiową energię i doprowadziła mnie do skrajnego wyczerpania - fizycznego i psychicznego. Jakoś muszę rozładować stres, bo się wykończę.

To co? Namieszać czy nie namieszać? Iść w kwasy czy zostać przy zasadach?  A może zmienić zasady i jednak pójść w kwasy? ;)

 

Re

 

 

 

 

niedziela, 23 sierpnia 2015

 

Spośród Królowych byłam pierwsza. Wkrótce po mnie dopadło Jolantę. Potem długo długo nic, aż do dziś, kiedy z rzeczywistością przyszło zmierzyć się Halszce...

Regina: Witamy w Klubie 30. Dajesz radę ze świadomością, że młodość bezpowrotnie minęła? :P Najlepszego na kolejne 30 lat! :)

Halszka: Dzięki :( Nigdy się z tym nie pogodzę ;(

Pan Dziwny kiedyś dobrze określił 30-ste urodziny. "To w sumie taka fajna rocznica - okrągła, ale jeszcze nie smutna" :) Wenus wciąż z dwójką z przodu. Ale już nie długo. Jeszcze tylko kilka dni i nocy :) To jest nasz odcinek "Przyjaciół". Ten konkretny. The one where they all turn thirty.

 

 

Re

 

czwartek, 20 sierpnia 2015

Tu Jolanta. Wywołana do tablicy przerywam milczenie. Doszły mnie słuchy o końcu Kapelutków, którym mam moralny obowiązek zaprzeczyć (słuchom, nie Kapelutkom). Kapelutki będą trwały, nawet jak całe internety się skończą. I tak juz mam wrażenie, że jesteśmy prawdziwymi dinozaurami w blogowej przestrzeni internetów. I ciągle 24 fanów. :) To w sumie tyle, ile mamy lat, prawda Regino?

Wracając jednak - wywołana do tablicy przerywam milczenie, choć nie bardzo wiem, jak pisać o tym, co u mnie w obliczu tego, co u Reginy. Pewne aspekty życia idą mi bardzo dobrze, inne gorzej, a jeszcze inne zupełnie do dupy. O tych ostatnich mówić nie będę, te środkowe też przemilczę.

Dobrze mi od jakiegoś czasu w sferze zawodowej. Otóż jestem chodzącym przykładem sytuacji, w której to praca znalazła człowieka.  Jak wiecie, lub nie, ponad rok temu porzuciłam dotychczasowe zatrudnienie (mówiąc "zatrudnienie" stosuję daleko idący eufemizm), aby zająć się obowiązkami rodzicielskimi. Przez pół roku prowadziłam sobie dom, od czasu do czasu wykonując małe i większe zlecenia, które pozwalały mi zupełnie nie zdziczeć i nie zapomnieć swoich biznesowych skillsów. Po spektakularnej utracie pracy przez mojego małżowinka, postanowiłam potrenować chodzenie na rozmowy kwalifikacyjne. Było ich kilka, każda z podobnym rezultatem, tylko powód inny. Odpowiadałam oczywiście jedynie na oferty z branży, w której do tej pory pracowałam etatowo (znów eufemizm), mój drugi skill pozostawiwszy w sferze własnego biznesu. Aż tu pewnego popołudnia otrzymałam telefon od rekrutera zainteresowanego tymże skillem, któremu ktoś gdzieś kiedyś przypadkiem o mnie wspomniał. Nieco zaskoczona takim obrotem spraw, odpowiedziałam, że ja ja naturlich jawohl i tak oto zostałam włączona do procesu rekrutacyjnego. Najszybszego procesu rekrutacyjnego, jaki widziałam - po trzech dniach otrzymałam propozycję pracy. Na umowę o pracę. Z wynagrodzeniem, o które nie śmiałam prosić ("Zapłacimy dwa razy więcej"). Z dodatkami, które to ja dostaję, a nie przynoszę do pracy. W biurze, które znajduje się dokładnie 9 minut jazdy od mojego kwadratu. W fantastycznym - jak się okazało - zespole.

Na początku myślałam, że ktoś mnie wkręca i jak tylko wyjdę z pracy, z krzaków wyskoczy ekipa telewizyjna krzycząc "Mamy cię!. Twoja umowa jest nieważna a ten budynek jest z tektury!" Ale jak na razie nic takiego nie nastąpiło. Oczywiście cały czas się zastanawiam, czy mnie za tydzień nie wypidrolą, zgodnie z zasadą, że co dobre szybko się kończy. Nie wiem. Staram się, jak mogę, aby nie mieli powodu. 

I poza tym, że pracuję - dodatkowo - wreszcie robię coś, do czego czuję się stworzona. Czyli to, co cały czas robiłam w ramach własnych biznesów, ale nigdy nie myslalam, żeby przełożyć to na pracę etatową. W zasadzie nie wiem, dlaczego... Jestem wdzięczna losowi i szczęśliwemu kapelutkowi, że ktoś uczynił to za mnie. Teraz czuję się, jakbym nie pracowała, tylko robiła coś fajnego, co mnie ogromnie cieszy, a ktoś mi za to płacił. Dlaczego nie wpadłam na to wcześniej? :) 

Manifestując swoją pozytywną energię radośnie zmieniłam także kolor włosów na marchewkowy... Chociaż w sumie może na tę przygodę spuszczę laskę milczenia. Zmieniałam kolor. Tyle wystarczy.

Ale - my tu gadu gadu a tam chłop kapustę kradnie. Dlatego pozwolicie, że na tym zakończę ten nudnawy wpis i załatwię jeszcze kilka ważnych spraw, zanim mi pole opustoszeje.

Niebawem wrócę. Tymczasem podążajcie za szczęśliwym kapelutkiem.

Jol.  

21:04, kapelutki
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 58
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl