Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
niedziela, 06 maja 2012

 Fragmenty dyskursu mieszkalnego według Jolanty von Chudów (z każdym dniem coraz bardziej lubię to miejsce). A na końcu bonus - Jolanta w sosie własnym wg Pana M. :)

 

Jolanta z Chudowa www.kapelutki.blox.pl

 

Jolanta z Chudowa www.kapelutki.blox.pl

 

Jolanta z Chudowa www.kapelutki.blox.pl

 

Jolanta z Chudowa www.kapelutki.blox.pl

 

Jolanta z Chudiwa www.kapelutki.blox.pl

 

kapelutki.blox.pl

 

Jol.

 

sobota, 05 maja 2012

 

Może nie dobrze, ale na pewno lepiej. Tatę przebadali, napoili kroplówką, kazali wrzucić na luz i wieczorem wypuścili do domu. Ja wciąż jestem słaba i odczuwam ból, ale już chyba bliżej niż dalej końca tej katorgi. Trochę mi się sflaczało przez ten tydzień. Od poniedziałku trzeba się wziąć za siebie - jogging, hantle, aerobiczna 6 veidera... ;)

Tymczasem... jeszcze sobie odpocznę...

 

Re

piątek, 04 maja 2012

 

3 maja, czwartek

 

godz: 14.59

Halszka: Żyjesz?

 

godz: 15.37

Halszka: ?

Regina: No. Żyję.

Halszka: No ale lepiej niż przed sadystą? Wyrwał ci coś? Na przykład rękę?

Regina: Urwał mi głowę ;) Lepiej - jak tylko mnie zobaczył kazał mi iść do dobrego psychologa tylko nie w naszym zaściankowym mieście, bo wszystkie moje problemy ze zdrowiem są na tle nerwowym.

Halszka: No to dobry z niego lekarz, jak problemy psychiczne z zębów wyczytuje.

 

Osiemnaście godzin wcześniej leżałam w swoim łóżku i wyłam. Atak ósemki szybko przeszedł w atak szóstki, a ta w mojej szczęce jest zdecydowanie najbardziej upierdliwym zębem. Pojechałam na pogotowie stomatologiczne - niestety mimo zachęcającego hasła: "czynne 24/7" nikogo nie zastałam. Nawet rzeźnika nie mówiąc o dentyście.

Potem moja siostra obdzwoniła wszystkich znanych jej prywatnych sadystów, ale wszyscy najwyraźniej wyjechali za miasto. Cioteczka Jill uruchomiła kontakty, ale okazało się, że w caaaaałym mieście nie ma jednego dyżurującego stomatologa. Nigdzie. Załatwiła mi więc antybiotyk i dużo ibuprofenu i powiedziała, że jakoś muszę przeżyć do piątku.

"Nie dam rady" - pomyślałam i poszłam ryczeć, jak nienormalna. Przed północą dostałam wiadomość, że jeden lekarz się odezwał i że mnie przyjmie następnego dnia o 14.00. "O ile dożyję" - pomyślałam i chyba zasnęłam... Albo straciłam przytomność - what ever.

 

- Choć męczennico, śmiało - Doktor K. posadził mnie na fotelu i nawijał dalej. - Chłodno tu, chociaż od południa! Bardzo fajnie, bardzo. Ale nie śmierdzi dentystą? Nie śmierdzi dentystą?

Pokiwałam głową, że nie i pomyślałam: "Gawędziarz mi się trafił", ale szybko skarciłam samą siebie za takie uwagi. Przecież byłam w takim stanie, że dałabym się rozwiercić nawet małpie ubranej w fartuch. Doktor K. nie przypominał małpy i nie miał fartucha. Mimo bólu i ogłupienia dokonałam szybkiej oceny wizualnej.

"Lat około 50. Całkiem przystojny, postawny, dobrze ścięty. Oczy niebieskie. Dłonie zadbane, palce długie, obrączki brak. Ach te przyzwyczajenia, odruchy bezwarunkowe. Przecież nie przyszłam tu na podryw. Zwłaszcza, że zaraz będę zmuszona otworzyć przed nim paszczę z tą całą katastrofą. I w ogóle to, kurde fajka, już nawet facet ginekolog nie jest chyba tak krępujący, jak facet dentysta..."

- Bo ja się bardzo staram, żeby nie śmierdziało dentystą. Mam tu dużo różnych fajnych gadżetów. To co pani brała, słoneczko?

- Ibuprofen.

- Ile?

- Dużo.

- A tak orientacyjnie?

- W nocy w sumie tylko 4, ale od 7.00 rano mi się pogorszyło...

- ...i wzięłam...?

- ...dwadzieścia... pięć...?

- Chryste Panie, to że mają czerwone słodkie skorupki, to nie znaczy, że można je łykać jak cukierki! - krzyczał na mnie, ale się uśmiechał.

- BOLAŁO MNIE! - to i ja weszłam w rolę.

- Może uda nam się uratować zęba, ale po wszystkim trzeba będzie przeszczepić ci żołądek.

Potem jeszcze przez 5 minut kłóciliśmy się o to, czy się boję - on twierdził, że tak, bo jest coś takiego jak zapach strachu, który on niczym owczarek niemiecki potrafi wyczuć. Ja upierałam się, że nie, ale na próżno, bo nie chciał zacząć, dopóki nie przyznam mu racji. 

Wiercenie i czyszczenie trwało jeszcze 1,5 godziny. Pewnie dałoby się to zrobić szybciej, ale gdzieś po drodze okazało się, że Doktor K. w wolnych chwilach studiuje Wedy, nauki Buddy, Koran, Torę, Biblię, Kamasutrę i Rajskie Ogrody Przyjemności i ma bardzo dużo do powiedzenia w tych kwestiach, a pierwszy raz trafił mu się zorientowany pacjent. Poza tym - otworzył gabinet specjalnie dla mnie, więc nie wypadało mi go pospieszać. 

Dwa lub trzy razy bał się chyba, że mu zejdę - widocznie moje źrenice przestawały reagować, bo zaczynał mnie testować, zadając pytania typu: Kiedy żył Abraham? Jak się nazywa król Jordanii? Ilu było archaniołów oprócz trzech, którzy zstąpili na ziemię? Skąd się wzięło wielożeństwo w islamie? A mnie ciężko było odpowiedzieć inaczej niż "tak" lub "nie". 

Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Następną randkę mamy we wtorek.

 

Jak widzicie mój długi majowy weekend mija mi niezbyt przyjemnie. Od poniedziałku jestem o jednym jogurcie i dwóch talerzach rosołu bez makaronu. Boli mnie szczęka, czaszka i rozkłada mnie grypa. I jeszcze w tym momencie się okazało, że mój tata dostał właśnie skierowanie do szpitala...

 

Re

 

wtorek, 01 maja 2012

 

Kwiecień mnie wykończył. Jestem wrakiem kobiety.

Zaczęło się od tego, że nie dostałam wypłaty w terminie. Szef dyplomatycznie unikał tematu, a ja nie znalazłam w sobie odwagi, żeby zapytać WTF?! Bank nie miał skrupułów i w czwartym dniu zwłoki z ratą kredytu upomniał się o swoje. Dostałam zawału. Weszłam na konto ojca i zapłaciłam. Dzień przed świętami wielkanocnymi dostałam pierwszą część wynagrodzenia. Tegoż samego dnia moja ósemka przypomniała sobie o mnie i zaczęła uparcie pchać się na świat.

Przerwę świąteczną spędziłam leżąc w łóżku naszprycowana ibuprofenem. W związku z tym, że miałam nawet problem z przełknięciem śliny, mało jadłam i schudłam 1,5 kilo. Matka codziennie robiła mi awanturę, że zdziwiam i że chcę się wpędzić w choroby. Ząb uspokoił się w dniu powrotu do pracy. 

Nabuzowana jak messerschmitt czekałam na resztę kasy za marzec. I po kilka dniach się doczekałam... kolejnej raty... Na pozostałą część czekam do dziś. Jak również na wypłatę za kwiecień, która powinnam wpłynąć na moje konto najpóźniej do wczoraj...

Wczoraj... Ostatni dzień w robocie przed majówką. O godzinie 14.00 ósemka ruszyła do ataku. O 21.00 bolała mnie już cała głowa. Wzięłam prochy i poszłam spać. Budziłam się co godzinę, a o 4.30 nastąpił kryzys. Wzięłam kolejną dawkę i po pewnym czasie jakimś cudem zasnęłam. Obudziłam się o 10.00 w nastroju co najmniej drętwym. Potem było już tylko gorzej. 

Każda próba podniesienia się z łóżka kończyła się pojawieniem się braci Mroczków przed oczami, co z kolei przeradzało się w odruch wymiotny. W końcu zemdlałam. Nie wiem, czy przedawkowałam ibuprofen, czy to od tego bólu, co mi rozsadza szczękę, czy w końcu przez to że od 26 dni mam okres... 

Potem chwyciły mnie dreszcze. Na zewnątrz 35 stopni, a ja pod kołdrą i kocem trzęsłam się jak galareta. Bolały mnie wszystkie kości, wszystkie stawy, cała skóra, a nawet cebulki włosów na rękach i nogach. Nigdy w życiu tak nie żałowałam, że w swoim marazmie zaniechałam depilacji. Z włosami na głowie też nie było łatwo. Wstałam nawet w poszukiwaniu nożyczek, ale na szczęście ich nie znalazłam, bo teraz na pewno bym tego żałowała. 

Dwie godziny później dreszcze występowały już tylko od pasa w dół, a od pasa w górę było mi gorąco. Potem było mi już tylko gorąco. 

Ciągle ktoś przyłaził i zawracał mi dupę akurat w momencie, gdy udało mi się zasnąć. Pierwsza był moja matka, która bezpretensjonalnie zaczęła się wydzierać na temat, jaka jestem nieodpowiedzialna i że to wszystko moja wina, bo się głodzę - co jest totalną bzdurą. I że nerwy mnie zjadają i że dla wszystkich jestem niemiła i w ogóle powinnam się nad sobą zastanowić. Siedem razy mówiłam, żeby wyszła z mojego pokoju, ale skutek był wręcz odwrotny, bo stała nade mną i się darła. To wpadłam w histerię - nie miałam wyboru.

Co chwilę wpadała moja troskliwa siostra pytając jak się czuję i czy czegoś mi nie potrzeba. A ja potrzebowałam tylko świętego spokoju. W końcu przyniosła mi rosół i postawiła go na firmowym katalogu Wielkiego Wizjonera, co doprowadziło mnie do szału. Potem ktoś przyniósł jakieś tabletki. Matka wpadła jeszcze raz z opierdolem. Aż wreszcie zjawił się ojciec budząc mnie trzaskającymi drzwiami. Gdy poprosiłam, żeby sobie poszedł i nie wisiał nade mną, obraził się.

O 17.00 udało mi się wstać i wziąć prysznic i od tamtej pory jakoś funkcjonuję. Dziąsło boli mnie nadal - oczywiście. Najwyraźniej stres (nie tylko ten związany z pracą i domem) ciągle we mnie siedzi. Albo właśnie się ulatnia. W końcu wpadłam w histerię jeszcze przed południem, to o czymś świadczy. 

Mam dość tego, że wszyscy mnie wykorzystują bo jestem miła, uśmiechnięta, sympatyczna i ładna i nie umiem się bronić inaczej niż przez zaaplikowanie sobie zomirenu i pójście spać. 

 

Re

sobota, 28 kwietnia 2012

Sobota rano. Teoretycznie dzień odpoczynku po ciężkim tygodniu. Teoretycznie. 

Muszę po raz kolejny w życiu napisać maturę. Dlaczego? Bo jestem mało asertywna i wszyscy to wykorzystują - bohaterowie literaccy w poszukiwaniu szczęścia, mój szef...

Z bohaterami męczę się już od miesiąca. Codziennie mówię - jutro. Jutro ich wykończę. Szkoda, że tym razem esej musi być na dziś. W nocy, gdy około 1.20 dostąpiłam nagłego przebudzenia (obudził mnie szum laptopa, na którym spoczywała moja głowa) pomyślałam sobie, że przecież za moich czasów maturę pisało się w pięć godzin w zamkniętej klasie bez legalnych pomocy naukowych, więc kurde - wstanę o 5 i do 10 będzie po zawodach. Wstałam o 8.30 i jak na razie jestem na etapie siedzenia w barłogu i picia kawy.

Jestem przemęczona. Włosy mam przesuszone. Paznokcie połamane. Mam anemię. Gruźlicę. I pewnie jeszcze wrzody (choć wolałabym nie, bo to choroba mało romantyczna). Nieograniczone - jak mi się kiedyś wydawało - pokłady mojej cierpliwości jednak powoli się wyczerpują. Potem nastąpi Wielki Wybuch.

Tymczasem otwieram Worda...

 

Re

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

I taaaak...  Co by tu jeszcze.... Eeech życie.... Znacie jakieś inne funkcje fatyczne, bo te coś nie działają. 

Nic się nie dzieje. Ptaki kwitną, drzewa ćwierkają, pracujmy, nie pijemy, nie piszemy. Nuda.

U mnie po nowemu - antresola stoi, mieszkanie nie sprzedane, podwyżki nie dostałam ale firmę chcę rebrandingować (mądre słowo), nie mam psa ale mam kolejne buty, nie mam doła ale też nie mam weny, nadużywam kawy i zwrotu "że tak powiem", zaliczyłam pierwszą spektakularną porażkę we własnej firmie ale też zarobiłam coś ponad moją dotychczasową normę. Tyle. Nuda.

Nie ma co pisać. Przydałaby się jakaś zmiana, co? Może jakiś wypad na Islandię na 6 miesięcy?

 

Jol. 

sobota, 14 kwietnia 2012

Coś czuję, że czas na sunshine reggae imprezę...

 

 

Nie sądzicie? *

JOL.

 

* Nie sądźcie a nie będziecie sądzeni.

środa, 11 kwietnia 2012

 

Dopadł mnie poniedziałkowy dół. Co z tego, że dziś środa. Przyszłam do biura i co zobaczyłam? Wszystkie filiżanki umorusane kawą i mrówki w koszu na śmieci. Za to szefa brak. Zadzwonił, że dziś go nie będzie. Mam ochotę się poobijać, ale nie mogę. Mój wysoko rozwinięty imperatyw bernardyński mi na to nie pozwala. Ora et labora.

Dziś czuję się wyjątkowo nieszczęśliwa. Nie pomogło nawet, że rano nałożyłam na twarz resztki mojego serum sensai kanebo. Myślałam, że gdy poczuję się jak kobieta luksusowa, to poczuję się... lepiej. Nie. Poczułam się jeszcze gorzej, gdy sobie uświadomiłam, że na kanebo mnie nie stać.

Może jednak trochę się poobijam...? Wypiję late, zapalę kurwirurkę, poszukam najtańszych połączeń lotniczych z Kuala Lumpur...? Środa minie? Tydzień zginie? Od poniedziałku zacznę nowe życie...?

 

Re

wtorek, 10 kwietnia 2012

Czy jest na sali ktoś, kto jeszcze chce czytać kolejną relację ze świąt? Nie? No to Wam opowiem J Tzn. właściwie nic arcyciekawego się nie stało. W sumie bardziej pasjonująca jest opowieść o przeprowadzce. No to Wam opowiem też o przeprowadzce.

Otóż przeprowadził nas Wielki Wizjoner swoim wielkim białym samochodem. Za co Wielki Wizjonerze stokrotne dzięki oraz stokrotne stokrotki – bez Ciebie do dziś dowozilibyśmy kolejne elementy naszych mebli i sprzętów kuchennych, przeklinając pomysł przeprowadzania się. Odpracuję to osobiście dziś w nocy (no co? robię dla WW projekt, a pracuję nad nim głownie nocą, bo wtedy się lepiej myśli).

Ale żeby nie było łatwo, i tak nie przewieźliśmy wszystkiego. Tzn. wszystko co było niezbędne tak, ale co robić z pięcioma tonami rzeczy zbieranych od czasu ukończenia trzeciego roku życia, do których czuje się sentyment, a z każdym związana jest jedyna w swoim rodzaju niepowtarzalna, przejmująca historia? („to puste opakowanie po strunach wzięłam ze sceny po koncercie jazzowym, na którym byłam w 1998 roku w piwnicy tego tam klubu literackiego i strasznie zakochałam się w takim jednym saksofoniście, a że po koncercie na scenie z nie zostało nic związanego z saksofonem, ale było to puste pudełko po strunach, a gitarzysta stał obok saksofonisty, wzięłam to pudełko i przechowuje je do dziś w tym pudle pełnym innym wartościowych śmieci”) .

Tych śmieci mam chyba z osiem pudeł. I drugie tyle książek i zeszytów ze szkoły podstawowej i liceum. Plus studia oczywiście. Wszystko ważne, wszystko może się przydać. Tak zwany „przydaś”. Tych przydasiów po latach jest tyle, że po dwóch dniach wywożenia pudeł do teściów moje stare mieszkanie nadal wygląda jak magazyn. Prawdę mówiąc jest to przerażające. Przerażające jest to, że jestem tak bardzo przywiązana do rzeczy z przeszłości, ze nie ma miejsca na rzeczy z teraźniejszości. Chciałabym, żeby przyjechał rycerz van Gansewinkel na białej ciężarówce, uwolnił mnie od tych rzeczy, wywiózł  je gdzieś i zakopał. Sama nie potrafię tego wyrzucić. Może kiedyś. Albo może przyjedzie rycerz.

Ale, co do mieszkania w mieście królów i królików – powiem jak dama -  jest w pytę J Tzn. mieszanie z antresolą jest super. Jeśli nie zważać na wszystkie zderzenia czołowe i potylicowe z belką stropową, to antresola ma same zalety. Zwłaszcza w 1-pokojowym mieszkaniu. Bo to tak, jakby mieć dwa pokoje, prawda? Można mieć na antresoli zbobrowane łóżko i jednocześnie przyjmować gościa w salonie J))  Zrzucanie i wrzucane rzeczy na antresolę to oczywiście standard. Straszenie męża głosem z antresoli to mój patent J Każdy powinien mieć swoją antresolę. Albo nawet dwie.

Mam tylko podejrzenie, że ktos pod naszą nieobecność zostawia piaszczyste ślady na podłodze i wypija nam herbatę. Ale to jeszcze sprawdzę i zamelduję. Policji.  

Generalnie mam teraz znacznie więcej czasu i zdrowia psychicznego niż w kiedykolwiek w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Mam duży balkon, kwadratowy, w sam raz na stolik, krzesła i grylla (wiem, wiem, nie wolno, ale jak sąsiad też sie dołączy to co? nadal nie wolno?). A wokół same pola, drzewa, rozbite betonowe kręgi, ptaki, koty, małe dzikie wysypisko śmieci, jest super:)  

Jeszcze tylko, żeby udało się sprzedać mieszkanie z mieście, z którego wybyłam, byłoby błogo. (reklama) Mieszkanie ładne, duże i sympatyczne, cena rozsądna, sprzedawca uczciwy. Jakby ktoś był choć trochę zainteresowany można pisać na kapelutki@gazeta.pl. (koniec reklamy) 

 

A! Miało być o świętach. No święta, święta i po owocu. Święta upłynęły pod znakiem rodziców, teściów i kartonowych pudeł (prawie, jak u Mostowiaków J) Za tydzień powtórka. Święty Jacku, szybciej z tą przeprowadzką!

 

PS. Jest jakiś święty od sprzedaży mieszkań? Dajcie namiar do niego. (świetego Gumtreego juz znam)

 

JOL.

 

 

Przez Święta schudłam 1,5 kilo. Od piątku mam atak bólu istnienia. Boli mnie ząb czasu. Ząb mądrości na dole po prawo plus po sąsiedzku dziurawa szóstka, która na załatanie czeka od listopada. Doigrałam się. Boli mnie cała szczęka i niecierpliwe czekam, kiedy napuchnę. Ni w ząb nie skorzystałam na wielkanocnym obżarstwie. Ale opiłam się i zapaliłam hasz, więc w sumie święta należy uznać za udane. Dziś jeszcze urlop, pranie, sprzątanie, jogging, a od jutra dąb, dupa dębowa rzeczywistości.

Święta, Święta i po Świętach!

 

Re

sobota, 07 kwietnia 2012

 

Święta mijają mi nieświątecznie. Od trzech dni boli mnie głowa, brzuch i ząb, co - gdy dodamy jeszcze do mojego permanentnego przeziębienia - wprawia mnie w ogólne przygnębienie. Głównie śpię ukołysana ibuprofenem.

Byłam wczoraj do spowiedzi. W końcu, jak to mawia mój kumpel-ksiądz, najwięksi grzesznicy spowiadają się w Wielki Piątek ;) Pół bazyliki katedralnej wysłuchało opowieści o moim życiu erotycznym. Nie dlatego, że miałam potrzebę wywnętrzania się, ale pechowo trafiłam na księdza z pociągiem do konfesjonału, który nie zważa na kolejkę zakręcającą już piąty raz, tylko ROZMAWIA. Na szczęście w odpowiednim momencie włączyła mi się dyplomacja, bo jeszcze bym w tym wszystkim rozgrzeszenia nie dostała. Dlatego, gdy spowiednik perorował, że gdy postępuję źle, to NA PEWNO mam kaca moralnego - nie wyprowadzałam go z błędu. Teraz zastanawiam się, czy moja spowiedź w ogóle jest ważna. Bo z pięciu warunków dwa ewidentnie u mnie kuleją - żal i mocne postanowienie poprawy. 

O tym, jak nie lubię się spowiadać i jak mało sensu w spowiedzi widzę, mogłabym pisać dłuuugo i namiętnie, ale mi się nie chce (VII - lenistwo). Poza tym, jako osoba wychowana w duchu mocno katolskim nie zamierzam kościoła atakować. A to, że się z nim nie zawsze zgadzam -  to chyba od tego mam swój własny rozum i wolną wolę, co nie? Ale jedno okropnie mnie irytuje. Nie można się wyspowiadać, żeby od razu nie dostać wykładu na temat czystości. Ten temat zawsze, ale to zawsze musi zdominować wszystkie inne. Człowiek może permanentnie kłamać, obmawiać, krzywdzić innych, ale i tak najważniejsze będzie to, że bzyknął koleżankę z pracy na biurku albo że zwalił sobie (przepraszam za wyrażenie) pod prysznicem. Demonizowanie seksu i erotyzmu doprowadza mnie do szału, bo potem małżeństwa od problemów właśnie w tej sferze rozpoczynają swój kryzys i produkują kolejne pokolenia emocjonalnych paralityków zawstydzonych własną zmysłowością. 

Kościół lubi wrzucać wszystkie sprawy związane z seksem do jednego worka z napisem rozwiązłość moralna, kreując ją na zmorę naszych czasów. Gówno prawda. Rozwiązłość była zawsze, momentami dużo większa niż obecnie. Osobiście uważam, że bardziej szkodliwe dla ludzkości są takie grzechy jak powszechne zakłamanie, zawiść, zazdrość, nienawiść i całe to zło, które skierowane jest pod adresem drugiego człowieka. I znęcanie się nad zwierzętami. A już najbardziej nie mogę zdzierżyć tych wszystkich zakłamanych osób, które w niedzielę świętojebliwie świecą przykładem w pierwszej ławce, a następnego dnia podkładają świnię sąsiadowi, przestawiają paliki poszerzając swoją działkę o 20 cm., piszą donosy do gminy i zwyczajnie po chamsku robią drugiemu na złość. I nigdy, przenigdy nie widzą belki we własnym oku.

 

 

Re

 

środa, 04 kwietnia 2012

 

Regina: Hej, przecież ty miałaś metamorfozę w poniedziałek! I jak? Powalasz?

Halszka: A Kopernik powalał?

Regina: O kurwa! :) Kiedy mogę zobaczyć tę katastrofę? :)

Halszka: Najlepiej nigdy :(

Regina: To będę o 19.

 

Cisza.

 

Regina: No chyba że nie mogę...

 

Cisza.

 

Regina: Ok, nie mogę... Nie mogę? :)

Halszka: Jak musisz, to możesz ;)

Regina: Obiecuję, że zrobię co w mojej mocy, żeby źle wyglądać :)

 

Tymczasem was opuszczam, gdyż jadę do Halszki nadstawić jej swój rękaw, żeby mogła się w niego wysmarkać :)

Adieu! 

 

wtorek, 03 kwietnia 2012

 

Niech to szlag!

Zaczęło się od tego, że rano spierdolił mi autobus (za przeproszeniem). Na szczęście Wielki Brat jest aktualnie bezrobotny, więc dał się zwlec z łóżka i odwiózł mnie do roboty. Dzięki czemu pierwszy raz od dwóch miesięcy byłam w biurze o czasie - ale na tym kończy się lista dzisiejszych sukcesów.

Około godziny 9.00 szef raczył mnie poinformować, że nie przelał mi pensji (jakbym od piątku nie sprawdzała konta pierdylion razy na dobę i sama nie zauważyła), gdyż inna firma nie zapłaciła mu jeszcze faktury, w związku z czym nie ma środków odpowiadających zawrotnej kwocie mojego wynagrodzenia, aby mi wypłacić za marzec. Ciśnienie skoczyło mi na 300, ale nie dałam po sobie poznać - niestety. Nieumiejętność upominania się o swoje bardzo mi ciąży, zwłaszcza gdy żyję w przejmującym stresie, że komornik lada chwila zapuka do mych drzwi z racji niezapłaconej raty kredytu oraz że tata zorientuje się, że wyprowadzam z jego konta coraz większe kwoty...

Żeby było mało po wyjściu z biura rozmyślając o tym, że ja to mam kurwa przejebane i zawsze piasek w oczy, kij w nery i muchy w zęby zaplątałam się o własne nogi na prostej drodze wyjebałam takiego orła, jakiego świat dawno nie widział. Przy świadkach, dodajmy, żeby było weselej. 

A wracając do domu w autobusie tuż obok usiadła Pani Baba! Pani Baba... Wyobraźcie sobie najbardziej okropną panią babę i pomnóżcie przez 1000 - może zbliżycie się do mojej Pani Baby. Pani Baba chyba ma jakiś czujnik, który informuje ją o tym, że mam okropny dzień, żeby mogła złapać ten sam autobus i jeszcze się trochę nade mną poznęcać. Pani Baba UWIELBIA gadać. I zawsze znajdzie sobie kogoś, kto będzie zmuszony jej słuchać. W konsekwencji słuchają jej wszyscy. Pół biedy, że gada straszne bzdury, ale ten jej ton... ten głos... Jakby mi ktoś wiertłem dentystycznym bobrował w mózgu. Gdybym nie była dobrym człowiekiem, to przysięgam, PRZYSIĘGAM, że bym tam ją dziś zamordowała. I jestem pewna, że inni pasażerowi zaczęliby mi bić brawo.

Jestem wkurwiona i mam doła jednocześnie. Głębokie oddychanie nie pomaga. A dzień się jeszcze nie skończył...

 

Re

niedziela, 25 marca 2012

Dzień moich urodzin jest o godzinę krótszy. Hm... To dobrze czy źle? Co, tym samym, chce mi powiedzieć Stwórca? Gdzie jest granica między dobrym a złym? Skąd przychodzimy? Dokąd zmierzamy? Kiedy wynajdę koło? ...

Wiem jedno - muszę zdążyć  pójść do Dominium odebrać moją darmową pizzę za okazaniem dowodu osobistego :))))

 

JOL.

piątek, 23 marca 2012

 

Regina: Aha, no i musiałam podać osobę, której jako jedynej lekarz będzie mógł udzielać informacji na temat mojego stanu zdrowia, więc podałam ciebie. Niestety musiałam też podać twój numer telefonu, na wypadek, gdy będę umierająca. Wiem, że nie jesteś zachwycona, ale inaczej nie mogliby się z tobą skontaktować.

Halszka (z grymasem): No dobra, niech będzie. 

Regina: Ale za to napiszę ci potrzebne pełnomocnictwa i w razie czego to ty będziesz mogła odłączyć mnie od respiratora.

Halszka: Oooo! Super!

:)

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Napisali, wspomnieli, nabąknęli o nas:
NIE PAJACUJ!
Regina podgląda:



Startujemy w konkursie na Blog Roku 2011. Można głosować... trzeba głosować! :)

www.blogroku.pl/kategorie/kapelutki,gwma2,blog.html




KAPELUTKEK NA DZIŚ - kapelutkowe myśli złote, złociutkie i pozłacane


PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl

Listy miłosne do Reginy słać na: re_fala[maupa]hotmail.com
Hosting Branica