Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
sobota, 31 stycznia 2009

W czasie sesji Kapelutki się nudzą. Zwłaszcza, jak muszą się uczyć. W celu zapobiegania nudzie zrobiłyśmy se, o pardon! sobie, zupę ogórkową (Regina zrobiła) a potem wycieczkę po kamienicy. Najpierw oczywiście nie omieszkając (takie słowo naprawdę istnieje??) zrobić się na dwa powalające i rzucające na kolana bóstwa. Przecież to logiczne, że jak się idzie pożyczyć szklankę cukru, zawsze można przypadkiem trafić przed drzwi tego właśnie sąsiada, o którym nie można powiedzieć nic innego poza: "ehhhh". Całkiem przypadkiem, uwzględniłyśmy go w planie "sąsiedzka pożyczka".

Wielki plan zakładał pożyczenie od Boskiego Emillo trzech lampek do szampana, szampana i kiści winogron, ale skończyło się na pożyczeniu tłuczka od sąsiadki. Potem jeszcze skoczyłyśmy po makutrę do tych-tam-z dołu. Oczywiście nie mieli. Ale za to mina, z jaka otworzyli drzwi, mówiła mniej więcej tyle: „Do cholery! Jest sesja, trzecia po południu! Śpię! I what the fuck is makutra?”. Wielki plan wziął w łeb. Wróciłyśmy więc napić się popołudniowej kawy i pogadać o bzdetach. Po czym Regina wyszła na szybkie randez vous z kimś tam-kogo-widziałam-dwa-razy-w życiu, a Jolanta niestety została, główkując co by tu jeszcze zanurzyć w otchłani wnętrza kapelutka. 

JOL.

 

Przygotowanie do egzaminu. Dzień apokalipsy

O 5 rano budzi nas, radośnie szeleszcząc reklamówkami, Wenus Botticelliego, która nie ma sesji, więc właśnie wyjeżdża na narty. W myślach życzymy jej korków na Zakopiance. Przez godzinę próbujemy zwlec się z łóżka. Udajemy się do łazienki i tam, czyszcząc zęby, staramy się nie zwymiotować. Przypominamy sobie o istnieniu Boga, więc czym prędzej uderzamy w Niego aktem strzelistym i zasypujemy obietnicami nawrócenia i poprawy. Zazwyczaj nie jemy śniadania, bo nie możemy, ale obowiązkowo pijemy kawę lub herbatę. Ubieramy się, czeszemy, wzdychamy do Judy Tadeusza i innych Świętych Pańskich (grupa wsparcia) oraz, co bardzo ważne, malujemy paznokcie! Nic tak nie poprawia nastroju, jak ładne paznokcie i nic tak nie uspokaja, jak zapach acetonu. Satysfakcja gwarantowana.

Wychodzimy z mieszkania i w połowie drogi do tramwaju/ autobusu/ szkoły uświadamiamy sobie, że zapomnieliśmy dokumentów/ portfela/ indeksu/ szczęśliwego długopisu. Wracamy. Pakujemy zapomniany przedmiot, przysiadamy, liczymy do siedmiu, całujemy stópki Jezuska i idziemy na egzamin. Na miejscu staramy się nie ulec ogólnemu popłochowi i nie słuchać o tym, jakie „on/a straszne egzaminy robi! Połowa oblała w tamtym roku!". Siadamy gdziekolwiek - w końcu i tak nie umiemy ściągać, a stosunkowo nieduża ilość zdających i spore odstępy pomiędzy ławkami nie pozostawiają nadziei na konsultacje. Rozpoczyna się egzamin. W głowie tabula rasa i na stoliku tabula rasa, a myślenie boli, jak nigdy. Ale nie poddajemy się bez walki! O nie! Walczymy do końca i z zaskoczeniem stwierdzamy, że gdzieś tam niespodziewanie zaczyna dzwonić i chyba nawet wiemy, w którym kościele. Dostajemy nagłej iluminacji i bijemy rekord w pisaniu na czas. Bo czas goni nas. Piszemy, piszemy, piszemy, piszemy. Myślimy, myślimy, piszemy. Piszemy, piszemy, piszemy, myślimy, piszemy, piszemy. Piszemy, piszemy - o rety! ale piszemy! Piszemy, jak nigdy! Aleśmy napisali! No, popisaliśmy się że hoho! Oddajemy kartkę egzaminatorowi i ulatniamy się jak najszybciej z pola egzaminacyjnej bitwy, w celu uniknięcia kolektywnego porównywania odpowiedzi.

Wracamy do mieszkania i cieszymy się wolnym popołudniem - jupi! Po obiedzie zauważamy, że męczy nas nadmiar energii, więc postanawiamy pobiegać. Po powrocie z joggingu bezwstydnie marnujemy czas. Jemy dobrą kolację i sprawdzamy, komu mamy odpowiedzieć na maile. W związku z tym, że pisze do nas tylko Rossmann i Pizza Hut (lovely spam, wonderful spam), a listy były wygenerowane automatycznie, jesteśmy zwolnieni z obowiązku odpisywania. Chwilę się jeszcze plątamy, a potem podejmujemy decyzję, że czas iść spać. Ale nie możemy zasnąć, bo czuwamy...

 

dr Regina Falangi

piątek, 30 stycznia 2009

Właśnie się zorientowałam, że metodę „uczenia się na kapelutka” stosowałam w zasadzie przez całe studia (jedne, drugie, trzecie), choć zupełnie nie wiedziałam, że tak to się nazywa.

Po całodniowej refleksji nad teorią dr Reginy (co sprawiło, że nie mogłam się przez jeden dzień uczyć) naszło mnie nagłe natchnienie. Otóż to właśnie metoda na kapelutka jest najbardziej rozpowszechnioną metodą nauki na egzaminy! Posłużę się wizualizacją.

Metoda uczenia się

Metoda nauki "na kapelutka" wg. dr Jolanty z Chudowa 

 

Szerokość ronda kapelutka zależy od ilości dni, które zostały nam do egzaminu. Wizualizacja przewiduje dość optymistyczną wersję. Zwykle rondo ma niewiele ponad 2 milimetry. Ofiara, dajmy na to w postaci Jolanty, porusza się ruchem kołowym po rondzie kapelutka zataczając coraz to mniejsze koła. Po czym, kiedy przedegzaminacyjny wybieg się kończy, wpada w czarną otchłań, którą dobrze oddaje wnętrze kapelutka (na wizualizacji fioletowe, bo jakże by inaczej, ale w rzeczywistości czarne jak dusza Reginy). I tam już zostaje. Do następnego egzaminu. Który oczywiście też kończy się w czarnej dziurze (zwanej przez niektórych badaczy także „czarną dupą”). I tak znowu, znowu i znowu. Po sesji obiecuje sobie, że podczas następnej sesji tak się obkuje, że będzie, jak to się mówi „srał i rzygał wiedzą”

             (w celu tego drugiego dobrze jest pomóc sobie sposobem Jolanty czyli zalogowaniem się na n-k).

O ile będzie następna sesja. Zresztą metoda na kapelutka sprawdza się w wielu sytuacjach wymagających przygotowywania do czegoś, do czego nie specjalnie mamy ochotę się przygotowywać, a nasz pstryczek pod tytułem: „Nie jestem przecież jak te rzesze nieudaczników, którzy dwa dni egzaminem jęczą z bólu nad książkami. Ja nad książkami jęczę z rozkoszy!” zepsuł się jakieś cztery lata temu. Co gorsza pstryczek „O jaka jestem niepoprawna politycznie! Pójdę na egzamin nic się nie ucząc. Nic a nic” też w sumie nigdy nie działał za dobrze. Jeśli nie mamy na tyle silnej autoperswazji, żeby sobie wmówić, że to dla naszego dobra, pozostaje tylko pstryczek: „Jak zwykle będę umieć mniej niż bym mogła, ale za to będę bardziej niewyspana i maksymalnie wkurwiona”.   

Ta genialna wizja naszła mnie, kiedy czuwałam w nocy po wieczornym piciu w samotności herbaty. Teraz wracam do zataczania okręgów. Na jednej nodze, bo druga już nurza się w otchłani ( i jak łódka brodzi…?..nie....to chyba nie tak szło).

 

Też Specjalistka Jolanta

czwartek, 29 stycznia 2009

 

Przygotowanie do egzaminu. Dzień drugi

Od 5 rano walczymy z budzikiem, który zaczął dzwonić pół godziny po tym, jak udało nam się zasnąć. Walka kończy się druzgocącą klęską ok.7.30, choć częściej się zdarza, że dopiero o 9. Wyłazimy z łóżka i smętnym krokiem udajemy się do kuchni po kawę. Od progu witamy domowników wytartym sloganem: „Niech mnie ktoś kopnie w głowę!" Bierzemy pod pachę kawałek własnego lasu amazońskiego zwanego popularnie „ksero" i lokujemy się w cichym kątku, w celu zgłębienia wiedzy niezbędnej do osiągnięcia sukcesu (od 3,5 w górę). Całą swoją energię wkładamy w próbę zrozumienia, co autor (notatek) miał na myśli. W skrajnych przypadkach konsultujemy się z miejscowym grafologiem. Nie jemy, nie pudrujemy noska - kujemy! Kujemy, kujemy, kujemy, kujemy. Nie zwracamy uwagi na sąsiadkę z mieszkania obok, która swoim ukochanym rmf max próbuje zagłuszyć nasze kucie. Cały czas kujemy. Bez przerwy. Kujemy, kujemy. Po kilku godzinach dochodzimy do wniosku, że czytanie ze zrozumieniem to jednak sztuka. Robimy krótką przerwę, włączamy gg i ze smutkiem stwierdzamy, że nikt do nas nie napisał. Na pocieszenie zjadamy tabliczkę czekolady. Wracamy do kucia, ale w kuchni zaczyna się ogólne poruszenie. Robi nam się przykro, że inni nie kują. Rzucamy książki i notatki i idziemy na obiad, w skład którego wchodzi zupa z prawdziwej polskiej torebki oraz odgrzewany kotlet. Po podzieleniu się z wszystkimi swoją małą obawą: „Nie zdam egzaminu!:(" wracamy do swojego naukowego kątka i przez kolejne kilka godzin z niego nie wychodzimy. Kujemy! Kujemy, kujemy, kujemy, kujemy, kujemy, kujemy, kujemy, kujemy. Nie umiemy. Kujemy nadal. Dopada nas klasyczny „syndrom jednego dnia": „Ech, gdyby tak mieć jeszcze jeden dzień..." Pogodzeni z ewidentnymi brakami w swojej edukacji, około 2 lub 3 w nocy idziemy spać. Ale nie możemy zasnąć, bo czuwamy...

 

dr Regina Falangi

środa, 28 stycznia 2009

 

Uwagi wstępne:

  1. Regina wypowiada się na ten temat dlatego, iż w swoim krótkim życiu zdała ponad 80 egzaminów związanych ze studiami, więc się na tym zna.
  2. Porady są przeznaczone raczej dla dziewcząt, gdyż autorka nawet w najśmielszych wizjach nie była chłopcem i nie ma bladego pojęcia, co im radzić.

 

Przygotowanie do egzaminu. Dzień pierwszy

Zasada jest prosta - trzeba się nauczyć. Ściąganie odpada, bo primo: jest nieetyczne, secundo: Regina nigdy nie umiała ściągać, więc nie ma w tej materii żadnego doświadczenia i nie może się wypowiadać.

Co do tak zwanego „uczenia się na bieżąco", to owszem - bardzo pożyteczne, tylko ile osób jest w stanie sobie na to pozwolić? Zatem odrzucamy wersję optymistyczną, że coś już wiemy i przygotowujemy się do egzaminu w dwa dni. Pierwszego dnia śpimy do południa, żeby zregenerować siły witalne. Wstajemy, jemy śniadanie, pijemy kawę i witamy się z naszym bogiem - internetem (w nomenklaturze naukowej ta ostatnia czynność funkcjonuje także pod frazą: oddawanie pokłonu szatanowi). Sprawdzamy pocztę, pocztę oraz pocztę, kapelutki, n-k, kapelutki, pudelka, kapelutki, portal z newsami z kraju i ze świata, żeby być na bieżąco i obowiązkowo! kapelutki. Następnie, w ramach relaksu przednaukowego, odpalamy „grę na tę sesję", bo zaraziła nas tym Wenus Botticelliego. W zależności która to sesja, gramy w hangaroo, mahjonga, rzucamy chomikami lub układamy pasjansa - wszystko do momentu, aż uda nam się pobić poprzedni rekord. Okazuje się, że nieoczekiwanie przyszła pora obiadowa, więc udajemy się do kuchni, gdzie właśnie zaczyna się ogólne poruszenie. Gotujemy obiad. Jemy obiad. Pijemy kawę poobiednią i zauważamy, że jest już godzina 17. W lekkim popłochu wypadamy z kuchni i wpadamy do pokoju, zwarci i gotowi do nauki. Dzwoni telefon. Umawiamy się z dziewczynami/chłopakami na wspólną naukę w zacisznej herbaciarni, położonej na drugim końcu miasta. Tam u pana, który wygląda jak morderca, zamawiamy napar, po wypiciu którego, mamy czuwać przez trzy noce. Po mniej lub bardziej efektywnej nauce w mniejszym lub większym gronie, około północy wracamy do domu i pakujemy się do łóżka. Ale nie możemy zasnąć, bo czuwamy...

 

dr Regina Falangi, lek. med. bardzo niekonwencjonalnej

sobota, 24 stycznia 2009

Regina ma trzy niespełnione miłości sportowe - i nie chodzi tym razem o sportowców;) Bo gdyby chodziło, lista byłaby o wiele dłuższa:)

Otóż - pierwszą moją miłością niespełnioną jest koszykówka. W szkole byłam mistrzem parkietu, z piłką potrafiłam zrobić wszystko. Wprawdzie wzrost nie pozwalał mi „robić wsadów" á la Michael Jordan i z dorzuceniem piłką do kosza z połowy boiska też bywał problem, ale wszystkie inne dwutakty, pivoty, rzuty za dwa, za trzy oraz osobiste, myki z kozłowaniem za plecami i między nogami, kręceniem piłki na palcu, ręce, dupie i czym tam jeszcze chcecie miałam opanowane całkiem nieźle. Kochałam koszykówkę do tego stopnia, że potrafiłam wstać w środku nocy, żeby oglądać transmisje rozgrywek NBA. Kochałam grać w kosza i spędzałam całe dnie na sali gimnastycznej, na tak zwanych SKSach. SKSy niby nie były koedukacyjnie, ale my - dziewczyny i tak przychodziłyśmy na zajęcia chłopaków, a oni zostawali na nasze. Pełna symbioza:) Życie było piękne. Wszyscy najfajniejsi chłopcy w szkole grali w kosza, a z najfajniejszych lasek grałam tylko ja:) Bajka! Ale w każdej bajce pojawia się zawsze czarny charakter, albo jak w przypadku mojej bajki - dwa: mama i tata. Nie pozwoli mi się zapisać do prawdziwej drużyny i chodzić na prawdziwe treningi, tłumacząc się jakąś głupią troską o moje zdrowie, że niby jak się przewrócę, to umrę, więc lepiej zrujnować moją koszykarską karierę. Ale Regina się nie poddaje, o nie!

Po jednych zawodach sportowych w lekkoatletyce zostałam namówiona do przyjścia na trening miejscowego klubu. Nauczona doświadczeniem poszłam bez zgody i wiedzy rodziców - o czym oczy nie wiedzą, tego oczom nie żal;) Trenowałam jakiś czas, ciężko było to utrzymać w tajemnicy i w końcu prawda wyszła na jaw. Ku mojemu zdziwieniu rodzice machnęli ręką i powiedzieli, że mogę robić, co chcę. (Wprawdzie zbiegło się to w czasie z niewyjaśnionym, choć drastycznym obcięciem mojego budżetu, ale to na pewno był przypadek.) Zwycięstwo! Ale, jak już wiecie, w każdej bajce pojawia się czarny charakter.

Był normalny trening, taki najnormalniejszy w świecie. Miałyśmy na koniec jeszcze odbębnić jeden bieg na 400 metrów, a potem to już tylko pobiec do domu. I oczywiście się kurwa musiało stać. Biegłyśmy w parach - ja z koleżanką w ostatniej. Biegłam nieco szybciej i już byłam w ogródku, już witałam się z trenerem Gąską, a tu nagle JEEEEEB! W niespodziewanie szybkim tempie pokonałam w pozycji horyzontalnej 4 metry - 2 w powietrzu i 2 sunąc po bieżni - dosłownie: SUNĄC. Byłam w szoku pourazowym. Zupełnie nie wiedziałam jak się TO stało, bo co się stało to było jasne - wyglebałam! Gdy trener lizał moje rany - żartuję:) Gdy trener spryskiwał lewą stronę mojego ciała czymś co piekło nieziemsko, ja miałam w głowie tylko jedną myśl: „Jeśli się zaplątałam o własne nogi, to się zabije - lepsza śmierć niż taki wstyd!" Wiecie, miało się te 13 lat i się myślało, że nie można by się było już bardziej zbłaźnić;) Ale dla dobra mojej kondycji, w tym wypadku psychicznej, szczęściem w nieszczęściu okazała się prawda. Moja cudowna koleżanka, której imienia nie chcę pamiętać, „nabieeeegła na mnie", jak wyznała ze łzami, bo „zamknęęęłaa oooczy". Jak można kurwa biec z zamkniętymi oczami? No nie można kurwa, bo to się kończy wypadkiem! Tylko dlaczego moim? (Swoją drogą, wywaliłam się i nie umarłam! Cud!) Dzięki Bogu, moja piękna buzia nie została naruszona. Wróciłam do domu z przekonaniem, że nie mogę przyznać się do zajścia. (Hehe, ale to fajnie brzmi;)) I się nie przyznałam. Plan był ambitny - w środku lata miałam chodzić w dresie. I chodziłam.

- „Rozbierz się! Jest przecież upał!"

- „Nie mamo, nie jest mi gorąco."

Akurat! Myślałam, że zdechnę, taki był gorąc;) Hmmm, może to wtedy zaczęła się moja nienawiść do lata...

Sprawa się rypła, jak to się mówi, przy bardzo prozaicznej czynności, jaką jest mycie naczyń. Nigdy nie myłam i nagle mi się zachciało. I pech chciał, że do kuchni weszła mama i zobaczyła blizny na rękach. Na pewno wiecie, że od wkurwionej matki gorsza jest tylko... Nie, nie ma nic gorszego od wkurwionej matki. I tak zakończyła się moja kariera lekkoatletyczna.

Po tym wszystkim sport wyczynowo uprawiam już tylko na kanapie;) przed telewizorem, oglądając transmisje z różnych sportowych imprez, a miłość do sportu zamieniłam na miłość do sportowców;)

I to by było na tyle.

Aaaaale! Zapomniałabym - w końcu miało być o trzech miłościach! I właściwie, to dzisiejsze spotkanie tej trzeciej skłoniło mnie do pisania.

Trzecia sportowa miłość przypomniała o sobie, gdy zmierzałam do kuchni po herbatę i przez przypadek zerknęłam na telewizor. Patrzę, a tu Mistrzostwa Europy w jeździe figurowej, echh... Tak, łyżwiarstwo figurowe, to moja trzecia niespełniona miłość. Niespełniona do tego stopnia, że nigdy nie miałam łyżew na nogach:) Ale zawsze, odkąd pamiętam, uwielbiałam oglądać w telewizji łyżwiarki, w tych pięknych strojach, takie piękne, echhh... Łyżwiarzy także lubiłam oglądać, oczywiście, że lubiłam. Ale te łyżwiarki... Echhhh... Jednak przez to, że w tv niedawno pokazywali, jak gwiazdy męczą się na lodzie, prawie zapomniałam, jaki to piękny sport, to łyżwiarstwo figurowe... Echhh...

R.

piątek, 23 stycznia 2009

Przepraszam, że pojadę tu i teraz uczuciowym wpisem, od którego połowa czytaczy pewnie się porzyga, ale muszę. Związkowiec - Tyle Ci chciałam powiedzieć. Indiosi mówią wszytsko (czemu do cholery na 10 przypadków pisania na klawiaturze słowa "wszystko" 9 razy piszę "wszytsko"???)

 

czwartek, 22 stycznia 2009

Co prawda nie mam teraz czasu na pisanie, ale temat do napierdalania sam się zrodził, więc nie będę marudzić i sobie ponapierdalam.

Czy 90 procent facetów, których poznaje na swojej drodze życia musi mieć jakiś defekt? Musi. Albo Nawiedzony, albo Nawiedzony Artysta, albo Nawiedzony Złamas, albo, albo , albo… Jak to się mówi: zawsze coś, zawsze coś, zawsze kurwa coś!

A tym razem był Pan Totalny-Nudziarz-Który-Prawdopodobnie-Onanizuje-Się-Własnymi-Opowieściami. Jak można przy pierwszym piwie, z osobą, którą poznało się dwa dni wcześniej, opowiadać przez prawie półtorej godziny całą historię swojego życia, nawet kiedy dostaje się uprzejme, ale czytelne w naszej kulturze, znaki, że czas zmienić temat, bo ten dawno już przestał być pasjonujący??? Można. I takie rzeczy nie dzieją się tylko w Erze. Przez pierwsze 15 minut opowieść o zainteresowaniach Pana TNKPOSWO była ciekawa, nie powiem. Ale kiedy słowami „Wstaję o 7.45 rano…” zaczął rozkładać na czynniki pierwsze przebieg każdego swojego dnia, przez siedem dni w tygodniu, trochę się przeraziłam. Wymiękłam przy dokładnym opisie ułożenia czegoś tam-w czymś tam-w czym tam-kiedyś tam bywa, z dokładnością do pół metra, kolorem i dźwiękami, które temu towarzyszą.

Po godzinie i 10 minutach byłam tak styrana psychicznie, że z łatwością mogłabym w okrutny sposób zabić go kostką cukru.

Kiedy zaczęła się opowieść pt: „To była tylko jedna wersja tego-tam-tego, jest jeszcze druga, a wygląda tak…” dopiłam swojego pysznego Pilsnera Urquela (tak, teraz czeski browar przelewa na moje konto grube korony) i powiedziałam, że było mi niezmiernie miło, ale muszę już lecieć, bo właśnie sobie przypomniałam, że mam do załatwienia parę spraw związanych z uratowaniem kilku kontynentów przed zagładą obcych z kosmosu, i naprawdę jak teraz nie wyjdę, to pół globu pochłonie nicość i będę się musiała ostro tłumaczyć swoim przełożonym. No i, na dodatek, zostawiłam wodę na gazie i żelazko w piekarniku, więc naprawdę, chciałabym zostać, ale muszę lecieć. „No trudno, fajnie, że wpadłaś, do zobaczenia… i bla bla bla”.

I powiedzcie mi, co taki Pan wyniósł z naszego spotkania? O ile naprawdę nie onanizuje się własnymi opowieściami, to pewnie niewiele. Ja mogę teraz sprzedać jego dane kontaktowe i dokładny opis codziennych nawyków specom od reklamy bezpośredniej, a on nie wie nawet ile mam lat. Chyba, że czyta Kapelutki, w co wątpię, bo czytamy je tylko my (i kilka tysięcy fanów na całym świecie). I w ogóle jestem zdegustowana. Chyba, że to był bardziej wyrafinowany okaz męskiego hegemona? (rządził falami akustycznymi w swoim otoczeniu).

Nie, kurde, nie dam sobie nic wmówić. Gdzieś muszą być hegemoniczni i optymistyczni faceci przed trzydziestką, którzy szanują cudze i swoje wnętrze i nie wywalają go od razu bezpardonowo na stół, jak sztukę mięsa do podziwiania.

 

wkurwiona J.

PS. zwłaszcza, że Jolanta nie je mięsa z nie-ryb.

wtorek, 20 stycznia 2009

Umarł król, niech żyje król! Wiadomo, nie ma się co rozczulać (w końcu mówi Wam to Królowa) zwłaszcza, że ostatni „król" był trochę nadpobudliwy. Choć trzeba mu oddać, że królem gaf pozostanie jeszcze długo i ciężko go będzie zdetronizować. Nic to! Jest nowy - czterdziesty czwarty prezydent USA. I można to skomentować tak, jak pan, który zadzwonił dziś do Trójki: „ja się pytam, co nas to obchodzi?". A jednak obchodzi, skoro zaprzysiężenie, to wiadomość dnia. I chociaż Ameryka nie sprawuje już niepodzielnej władzy nad światem, to oczy wszystkich wciąż są i będą zwrócone na nią, nie tylko dziś. Ale ja nie o tym chciałam...

Ale o czym ja chciałam...?

Aha! Nie da się ukryć (zresztą nikt nie podejmuje takich prób;)) że nasz* nowy amerykański prezydent jest (szeptem) czarny. Amerykanie mają, co prawda, z tego powodu swoją Obamomanię, ale w niektórych zakątkach naszego ojczystego grajdołka fakt ten może budzić obamę ...obawę, że KONIEC jest blisko... Bo następni w kolejności to czarny James Bond i czarny papież, a potem już tylko Jeźdźcy Apokalipsy, w tym jeden na białym koniu.

I co? Miało być wesoło , a niechcący wyszło trochę rasistowsko, bo jeździec na białym koniu symbolizuje Zwycięzcę, a pozostałe trzy niestety głód, wojnę i śmierć...:/

Tu miałam zamiar zakończyć, ale zauważyłam, że mam za mało wyartykułowaną puentę.

Halszka poradziła: „No wiesz, o co chodzi, musisz ją wyrazić explicite! Expressis verbis! ..... Ora pro nobis! Nie wiem, co dalej."

Ja wiem: Ora pro nobis peccatoribus!;)

Podążajcie za tykwą! yyy.... za puentą!

R.

 

Ps. Korzystając z okazji, pragnę złożyć serdeczne podziękowania Halszce, która przyczyniła się do powstanie niniejszego wpisu. Jej cierpliwość i nieocenione rady umożliwiły jego udostępnienie w obecnej formie. Kłaniam się w pas!:)



* celowo piszę „nasz" - w końcu jesteśmy takimi sojusznikami Stanów, że łohohoho!

poniedziałek, 19 stycznia 2009

 

Stało się! Jola Rutowicz myśli, że będzie kiedyś jak Jolanta z Chudowa i próbuje publicznie poruszać te same tematy co co-gwiazda Kapelutków (obok co-gwiazdy Reginy). Nie dalej jak trzy dwa wpisy temu opisałam swój ideał mężczyzny, a tu co dziś, kurwa ;) widzę na wp.pl? Jolanta Rutowicz opisuje swój ideał mężczyzny! I co musi mieć idealny ogier dla Joli? „Musi posiadać stajnię koników, fabrykę błyszczyków, pasek z flagą Brytanii, jasne buty w czubek, włosy postawione na żel, irokeza i jasne wycierane jeansy z dziurami...”. Ta to dopiero nie ma wysokich wymagań. Z łatwością może je spełnić 98 proc. facetów na Ziemi (stajnia i firma kosmetyczna…wszytsko da się załatwić). I tu się właśnie różnią Jolanty. Prawdziwa Jolanta z Chudowa (właściwie Urszula Jolanta, żeby była jasność) miała kosmiczne wymagania co do męskiej osobowości, a nie garderoby, dlatego konsekwentnie odmawiała zamążpójścia za pierwsze lepsze gacie, za co, co prawda, została żywcem zamurowana, ale w jakim stylu! Z klasą zamurowana. I z wymaganiami.

 

A tu właściwie więcej roszczeń co do ubrań, a nie mężczyzny. Idealny pasek dla Joli musi być z flagą Brytanii, idealne buty muszą być jasne i w czubek, idealne jeansy jasne i w dziury wycierane. A co pod spodem? Cokolwiek. Może być tryton.... Albo jaszczurka.

 

Wszystko jedno, byle miało irokeza (nie wiem czy tryton ma irokeza, ale dla pewności można zastąpić go jeżem...).

Tylko co, jak ideał ściąga spodnie, albo, co gorsza, zmienia? Czar pryska. Jola zatem będzie musiała zamiast faceta brać do łóżka jego ciuchy. W sumie może i dobrze jest być trytonem Joli Rutowicz. Nic nie trzeba robić. Zatem Panowie, do dzieła! Jolanty z Chudowa mieć już nie będziecie, ale zawsze możecie wysłać swoje ciuchy do Jolki R. Byle spodnie były w porządne dziury wycierane, a nie jakieś tam szparki. Nic tak nie świadczy o mężczyźnie jak wielkość jego dziur w gaciach. Nieprawdaż ...?

 

Jolanta

 

ps. Zwierzęta zapożyczyłam z wikipedii.pl, hasła "jaszczurka" i "jeż"... Żeby nie było.

sobota, 17 stycznia 2009

 

Modły wysłuchane! Wolfgang Loitzl pierwszy w Zakopanem! Mój kochany, niedoceniany przez lata Wolfgang, w tym sezonie w wielkiej formie! (Tak naprawdę ostatnie zdanie ukradłam Włodzimierzowi Szaranowiczowi. Od siebie dodałam tylko „mój kochany".) Zastrzelcie mnie, bo nie kibicuję Małyszowi. Trudno.

Co roku powtarza się to samo - postanawiam nie oglądać skoków, a potem tata nie daje mi wyboru - kto ma pilota, ma władzę. I znów z poważnej osoby, zajmującej się poważnymi rzeczami;) staję się rozentuzjazmowaną czternastką, która zakłada sobie foldery ze zdjęciami gwiazd sportu (proceder powtarza się kilka razy w ciągu roku, w zależności, jakie imprezy sportowe transmituje akurat tv). Mater Dei!  Może kiedyś wydorośleję...

Przykro mi trochę, że nie widziałam konkursu, w którym Wolfgang tak pięknie i daleko lądował (przepraszam, panie Włodzimierzu - znów kradnę pana słowa), ale jechałam w tym czasie pociągiem, rozkminiając, jakie nielegalne interesy prowadzi mój współpasażer - pan Gadający Przez Telefon Przez Całą Drogę. Chcąc nie chcąc, dość dokładnie słyszałam, o czym mówi. Było o kasie, pożyczkach, DŁUGACH, sprzedawaniu mieszkań, wykiwaniu i o choć czym jeszcze. Puściłam wodze fantazji. Pan GPTPCD jechał do mojego miasta (a moje miasto to Białystok, a moje życie to Białystok) i miał być z powrotem za trzy godziny. Szybka kalkulacja - hmmm....nie załatwi wiele w Białymstoku (załóżmy, że to naprawdę moje miasto) -  czasu w sam raz, żeby odrąbać komuś głowę łopatą i wrócić do domu....  W każdym razie nie zdziwię się, gdy jutro (dzisiaj?) w Fucktach usłyszę jakieś zabójcze nowiny z mojej gminy.

Długa ta dygresja, w dodatku urwana w połowie (właśnie odniechciało mi się kontynuować) i zupełnie nie związana z tematem. Chociaż nie! W pociągu było tak zimno (lodowato!), że zmarzło mi to i owo. No, te - stopy. A wy myśleliście, że co?

Wracając... ad rem. Przykro mi, że nie widziałam konkursu. Zdążyłam na samą końcówkę, gdy wzruszony Wolfgang Loitzl stał na podium. A potem był z nim wywiad. Niestety całą moją uwagę przykuł przepytujący Bartosz Heller, który albo przesadził z solarką albo z sokiem marchewkowym... Nie wiem, co mówił Wolfgang Loitzl, ale na pewno był bardzo szczęśliwy i zafascynowany wspaniałą atmosferą, którą zafundowali kibice;) Ooooo, ale uroczo:)  Jak tu nie kochać Wolfganga Loitzla? Choć to miłość skomplikowana. I wcale nie dlatego, że znam go z telewizji;) Ale Simon Ammann i Harri Olli, to bajka na zupełnie inną noc:)

R.

środa, 14 stycznia 2009

Co prawda nie jest to blog o Wielkim Wizjonerze, ale jego wielkość ostatnio mocno na nas wpływa, więc ku pokrzepieniu serc tych, którzy nie mają zaszczytu z nim obcować, publikuję te siedem dialogów, niczym siedem życiowych drogowskazów.

1. WIEDZ JAK SIĘ W ŻYCIU USTAWIĆ
Wielki Wizjoner przesyła Jolancie stronę z wizualizacją inwestycji budowy looftów mieszkalnych w Warszawie.
Jolanta: Ja też taki chcę.
Wielki Wizjoner: Na mnie nie licz
J: Szkoda. A już na ciebie liczyłam.
WW: Ale jedno tylko mieszkanie? Czy cały budynek?
J: Może być jedno
WW: To umówmy się, że jak będę już miał 10 mln zł to Ci kupię
J: Zgoda.
WW: Łatwo poszło…


2. NIE SPODZIEWAJ SIĘ HISZPAŃSKIEJ INKWIZYCJI
WW: A Ty lubisz Monopoly?
J: Jak grałam 390 lat temu to lubiłam, ale wtedy miałam jakieś 10 lat
WW: Ja sobie na kompa ściągnąłem i gram:)
J: Na kompie? Z kim grasz?
WW: Z Panem Butem, Panem Samochodem i z Panem Kapeluszem
J: Co?
WW: No
J: Prawie jak: „jedna ż belek szpadła na kierat”.


3. GRAJ KRÓTKĄ PIŁKĄ

J: …Hej, a można grać w rozbierane Monopoly?
WW: Moszna.


4. STOSUJ EKO DIETKI
J: A masz wersję papierową Monopoly?
WW: Nie mam. Ale myślałem, żeby sobie kupić
J: Ile kosztuje taka plansza?
WW: 85 zł
J: Trochę. Jak ją kupisz teraz to będę o 85 zł dalej od looftu, który masz mi kupić, jak uzbierasz 10 mln zł
WW: Jedzenia pewnie też mi odmówisz...?
J: Możesz jeść banany. Ale nie teraz, bo teraz są drogie!
WW: Bleeeh
J: Jedz owsiankę
WW: Ale na mleku?
J: Lepiej na wodzie (woda tańsza)


5. NIE DAJ SIĘ ZASTRASZYĆ
J: Mój idealny mężczyzna ma dużo pieniędzy, choć nie pracuje, bo całe dnie spędza za mną, jest wysokim brunetem z kwadratowa szczęką i niebieskimi oczami, ma samochód i dom, jego rodzina mieszka daleko, uprawia przynajmniej dwa sporty, ogląda dużo filmów, ale tylko po to, żeby o nich dyskutować w towarzystwie, gra na instrumencie, jest świetnym kochankiem i kucharzem, umie tańczyć i śpiewać, nie ma próchnicy, zawsze ładnie pachnie, wie gdzie są dobre sklepy z męskimi ciuchami i nie chrapie. Aha, i ma skończone 3 kierunki studiów.
WW: Eee, to nie masz dużych wymagań
J: Samo "spędza całe dnie ze mną" dla 98 proc. facetów jest niewykonalne


6. MIEJ MOTTO I PATRZAJ W MOTTO
WW: Przy mieszkaniu razem bez seksu to nawet się przy gotowaniu zupy można pokłócić
J: Udany seks to połowa dobrego pożycia
WW: Moje motto:)
J: Słuszne. Czyli A z B jednak nie są gejami. Bo im się źle razem mieszkało i musieli się rozstać
WW: Raczej mieli nieudany seks
J: Racja. A rozstali się przez skostniałe zasady moralne w społeczeństwie


7. NIGDY NIE PYTAJ: WHAT THE FUCK?
WW: A Ty masz ulubionych aktorów filmów porno?
J: Jedyny pełnometrażowy film porno jaki widziałam miał tytuł Lotos, albo Czarny lotos
i były tam same ciasne Azjatki i biali faceci z wielkimi członkami. Nie mam pojęcia jak się nazywali
WW: Ja Azjatek nie lubię
J: Ja też. Są za ciasne
WW:
I jest ich za dużo


Teraz już wiecie jak żyć. To wynocha sprzed komputerów i do życia.

Jolka 

Wielki Wizjoner: chyba zima źle na Ciebie działa (reakcja na wiadomość, że myślę o przeprowadzce do Lublina)
Regina: uwielbiam zimę. moja ulubiona pora roku
WW: czemu?
R: nie wiem, lubię zimę. może dlatego, że nienawidzę lata
WW: jak dla mnie, zima jest najgorszą porą roku. czemu nienawidzisz lata? lato to moja ulubiona pora roku:) w zimie nic tylko się siedzi w domu, sportów nie można uprawiać
R: w lecie jest mi gorąco. nienawidzę, jak mi jest gorąco. wolę marznąć niż się przegrzać
WW: to może trzeba co nieco z siebie zrzucić, jak jesteś taka gorąca dziewczyna. jak każdy mężczyzna mam jedną opinię w tym zakresie
R: skóry nie można już zrzucić. w lecie jak jest gorąco możesz się rozebrać do naga i tak ci będzie gorąco, a jak jest zima, to możesz ubrać się tak mocno, że w końcu będzie ci ciepło
WW: ja czerpię przyjemność z tego że mnie słonko grzeje
R: a ja wręcz przeciwnie, jak temperatura przekracza 22˚C to jestem wkurwiona
WW: co?
R: bo jest mi gorąco. ja się pocę. ludzie się pocą. to obrzydliwe. poza tym na ulicy zawsze wtedy śmierdzi - kurzem spalinami. ludzie palą papierosy na przystankach, a ja się duszę
WW: wieje wiaterek i można się w cieniu schować
R: czasem nie można się schować, bo musisz na przykład iść w miasto, bo coś tam, albo pracować w polu, albo pracować w ogóle
WW: możesz chodzić spacerkiem, albo własnym samochłodem jeździć
R: nie przekonasz mnie - nienawidzę lata
WW: i jeszcze Ciebie jako kobietę powinno cieszyć w lecie to, że się wzbudza większe zainteresowanie facetów...
R: nie cieszy mnie to wcale
WW: no jak to?
R: poza tym, wiosną też można wzbudzać. i jesienią. nawet zimą. zawsze można wzbudzać
WW: ale nie tak publicznie, bo jest zimno
R: ta rozmowa do niczego nie zmierza:)
WW: nie no ja się staram pokazać dobre strony lata
R: w ostatecznym rozrachunku dobre strony i tak przegrywają z wadami. no ja po prostu lepiej się czuję fizycznie jak jest chłodno niż gorąco. nic nie zrobię - tak jest
WW: ale lubić zimę i nie lubić lata? trawy nie ma
R: ale jest śnieg:) w lecie nie ma śniegu:)
WW: no i co Ci po tym śniegu? brudno wszędzie. jak mróz, to się wywalić można na lodzie
R: w lecie można dostać udaru słonecznego
WW: a w zimie zamarznąć
R: i na łyżwach można jeździć. i na sankach. i bałwana lepić. i rzucać się śnieżkami:)
WW: ile razy tej zimy rzucałaś się śnieżkami?
R: nikt się nie chce ze mną rzucać. nikt nie lubi zimy:)
WW: w zimie można łatwo przytyć bo nie ma ruchu. choć mi to nie grozi:/

WW: w zimnie na wolnym powietrzu nie można uprawiać seksu, ha!

WW: widzę, po czasie reakcji że to mój najlepszy z dotychczasowych argumentów:)
R: pojedziesz na gorące źródła i możesz:) nie dość że na wolnym powietrzu, to jeszcze w wodzie;)
WW: no ale musisz jeździć
R: zresztą większość ludzi nie uprawia seksu na wolnym powietrzu nawet w lecie . chyba że pod namiotem, a to też się wiąże z wyjazdem
WW: haha, jak ktoś ma ogród może sobie namiot rozbić koło domu
R: jak ktoś ma ogród to sobie może igloo zbudować;)
WW: generalnie nie zgadzam się z argumentem że jak seks na wolnym powietrzu, to tylko w namiocie:) i w zimie nie możesz oglądać męskich torsów in public
R: :) nawet seks na wolnym powietrzu nie przekonuje mnie do lata
WW: nawet seks na wolnym powietrzu nie przekonał Cię do lata?
R: Jolanta ostatnio zasnęła na pół godziny w środku nocy na balkonie więc jeśli się da zasnąć na pół godziny na mrozie, to seks też da się uprawiać;)
WW: też jestem zdania, że się da, ale jaka z tego przyjemność? no ale wyjaśnijmy sobie jedno - była ubrana
R: normalna - przyjemność:) no i co? jak ktoś uprawia seks na kuchennym stole też nie musi robić tego całkiem nago;)
WW: no jak sobie odmrożę co nieco, to chyba nie bardzo
R: bez przesady:)
WW: ok, ale jednak zgodzisz się że się tego zazwyczaj nie robi
R: zazwyczaj seks uprawia się w sypialni a nie na zewnątrz
WW: jakbyś to robiła na stole kuchennym niecałkiem nago to dopiero mogłabyś się zapocić... a przecież tego nie lubisz:)
R: :) nie lubię się pocić bez żadnego wysiłku:)
WW: zależy kto akurat na górze
R: ta rozmowa zmierza w złym kierunku:)
WW: e tam, muszę zapytać Jolantę jak ona postrzega seks na mrozie
R: koniecznie:)
WW: poza tym jak facetowi jest zimno to mu nawet gorąca kobieta może nie pomóc
R: :)
WW: ha! kolejny dobry argument
R: e tam

WW: naprawdę chciałabyś uprawiać seks na mrozie? :)
R: to że odpierałam twoje argumenty nie oznacza, że chciałabym uprawiać seks na mrozie. ale jak by zdarzyła się ochota i możliwość - nie mówię nie :)
WW: że aż tak gorąca kobieta jesteś, że godzisz się z seksem na mrozie...
R: :)
WW: czy to znaczy że wolisz unikać seksu w lecie?:)
R: :) bez przesady:)
WW: ha! czyli przeciw seksowi na wolnym powietrzu w lecie też byś zbytnio nie protestowała?
R: no jasne że nie:)
WW: czyli jakbyś miała do wyboru seks na wolnym powietrzu w zimie i w lecie to wybrała byś...?
R: ale to nie jest kwestia pory roku tylko seksu w ogóle. i zależy z kim...
WW: mając do wyboru tego samego partnera, tylko albo w zimie albo w lecie
R: i w zimie i w lecie:)
WW: :) podoba mi się taka odpowiedź :)
R: haha
WW: to jest dobry tok myślenia
R: :)
WW: czyli rozmowa o seksie na wolnym powietrzu w zimie pobudziła Cię do dalszej pracy?
R: :) niezbyt, szczerze mówiąc:)
WW: kurde, od rozmowy o seksie na wolnym powietrzu rozumiem że bardziej pobudzający byłby tylko seks na wolnym powietrzu?
R: hahaha, chyba tak
WW: to musisz wybaczyć ale na odległość nic nie dam rady w tym zakresie uczynić
R: wybaczam:)
WW: uff...

R.

wtorek, 13 stycznia 2009

Bóg dał człowiekowi 28 zębów, a ósemki na pewno dorzucił diabeł - tak myślę. Na osłodę mąk związanych ze „starczym ząbkowaniem", wrzynaniem w policzek i późniejszym (zazwyczaj) chirurgicznym usuwaniem nazwał je „zębami mądrości". Że niby jak już wylezą, to mądrość wylewa się uszami. Zresztą to nie jedyny raz, gdy zagrał kartą mądrości - pamiętacie, jak po jednej akcji „zjedz owoc, a pozjadasz wszystkie rozumy" wylecieliśmy z hukiem z uroczego gaju, gdzie mogliśmy do woli hasać na golasa? No właśnie. Ale to nie cały problem. Przecież mamy jeszcze całkiem sporo innych zębów, które wcale nie czynią nas mądrzejszymi. I prędzej czy później (choć przeważnie później) trzeba podjąć męską decyzję, głowę zwiesić... niemo(?) i pójść wyprostowanym wśród tych, co (przez wizję bólu) na kolanach - pójść do gabinetu sadysty.

A na fotelu dentystycznym człowiek czuje się totalnie bezbronny, a nawet ubezwłasnowolniony. I dentysta, jeśli ma sadystyczne zapędy, może się nad pacjentem znęcać do woli:) Bo jak już otworzy pacjent paszczę, to koniec - już się nie obroni. I może sobie jęczeć, może nawet łzę uronić, a sadysta i tak słodko powie: „jeszcze momencik, już kończymy", a potem bo(b)ruje zęba jeszcze 10 minut. I jeden gwałtowny obronny ruch i wiertło ląduje w policzku, albo rozwala dziąsło. Do tego dochodzi problem rurek, wacików, diabłów, iwanów... Niektórzy, gdy wkładają łyżkę do ust, to mają odruch wymiotny, a co dopiero taka ilość sprzętu. A jak ktoś (tak, jak ja) ma jeszcze niesubordynowaną śliniankę, której marzy się bycie fontanną? Obciach, jak beret (choć berety akurat są w modzie). Mam to szczęście, że moje zęby leczy osoba bez sadystycznych zapędów, którą w dodatku znam od zawsze, więc nawet wybryki zwariowanej ślinianki są do przeżycia. No i odporna jestem i sporo przetrzymać potrafię. I w całym tym bólu zębowego istnienia pociesza mnie zawsze jedna myśl: dentysta też człowiek i swoje zęby ma:)

R.
poniedziałek, 12 stycznia 2009

Drugą, poza oglądaniem zdjęc na NK, naszą ulubioną rozrywką jest zjadanie sobie nawzajem słodyczy. Z naciskiem na "nawzajem" a nie "słodyczy", bo wbrew pozorom nie chodzi tu o dostarczenie swojemu organizmowi kolejnej dawki pustych kalorii, ale o spalenie tychże podczas karkołomnych akcji poszukiwawczych...

Jolanta: macie coś słodkiego do opylenia?
Regina: nie mamy:(
J: to fatalnie
R: ja mam trzy racuchy
J: mamy ziemniaki
R: i krakersy Wenus Botticelliego
J: hmmmm......a krakersy za ile?
R: za darmochę jak dasz trochę. Wenus nie musi o niczym wiedzieć. i tak nie lubi krakersów;)
J: o widzę tu jakieś nieczyste konszachty
R: eeeeee gdzie tam
J: dobra
R: ?
J: to ja zaggadam Wenus z ty weź jej krakersy
R: ok. będę za 30 sek


Za ok. 30 sekund
R: houston mamy problem! nie mogę znaleźć!
J: ma je w szafce
R: akcja krakersy wznowiona
J: jak ci idzie? allo allo tu mocny jastrząb. to znaczy - nocny.
R: nie ma!! to teraz ja zaggadam Wenus a ty idź szukaj
J: ok.

Za dalsze 30 sekund.
J: Halszka je zjadła!
R: o mój boże!!
J: jaki plan? ktoś wyszedł (?!)
R: Wenus poszła do kuchni. trzeba nam czekać
J: przeszukaj jej szafki
R: które??
J: :) nie wiem. wszystkie
R: w kuchni już przeszukałam.
J: zbobruj jej łóżko

Za jeszcze dalsze 30 sekund:
J: krakersów nie ma
R: buuu:(
J: ile my mamy pokoi w mieszkaniu?
R: dwa. o ile mi wiadomo, a bo co? mamy jeszcze kuchnię i łazienkę
J: nic, tak na marginesie
R: i przedpokój
J: czyli plan wziął w łeb, tak?
R: no są jeszcze krakersy Halszki
J: ale Halszki nie ma
R: może nie zauważy że zniknęły;)
R: i są ziemniaki. i kisiel
J: zreflektowałam na kanapkę z serem bo mi się nie chce nic innego robić
R: hmmm...jak tak to tak
J: plan był dobry
R: no. to był świetny plan. indżoj jor mil. help jorself łif kanapka z serem. idę się uczyć
J: ja tez
R: narazicho zdzicho

Bez odbioru. Kszszszszsz............. 

 
1 , 2
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl