Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
poniedziałek, 31 stycznia 2011

 

Gdy Trzej Królowie przemierzali pół świata, by złożyć dary przed boskim żłobem, Trzy Królowe ruszały w zupełnie przeciwnym kierunku… Halszka zamiast złota wzięła laptopa, Regina zamiast kadziła wzięła papierosy, Wenus zamiast mirry wzięła Lumberjacka. Każda zabrała to, co dla niej najcenniejsze i bynajmniej nie po to, żeby komuś później oddać w prezencie. O nie! I tak 30 grudnia grupa bezrobotnych absolwentów uniwersyteckich wyruszyła do ziemi włoskiej z Polski. Żądna przygód!

Cały misterny plan wycieczki posypał się jednak dość szybko, bo już na lotnisku w Krakowie w związku z dwugodzinnym opóźnieniem samolotu. W konsekwencji spóźniliśmy się na pociąg, który miał nas zabrać z Bolonii do Florencji. Następny był dopiero o 23.30, czyli za kilka godzin. Na dworcu nie było nawet gdzie usiąść, więc postanowiliśmy wybrać się na małą nocną wycieczkę miastoznawczą. Już wtedy wyszło na jaw, że Lumberjack, to prawdziwy führer. REISEFÜHRER! (Nie mylić z reisefieber.)

Przewodnikiem po włoskich drogach był Lumberjack. Natomiast rolę przewodnika po drogach włoskiej sztuki pełnił nie kto inny jak nasza (nomen omen) Wenus Botticelliego. To dzięki niej dowiedzieliśmy się, co jest bardzo ważne, a co jest bardzo stare, co zapoczątkowało renesans w architekturze, co zapoczątkowało renesans w rzeźbie i że Bruno Leski był Polakiem;)

(Tak rodzi się plotka;))

Okeeey, sumienie nie pozwala mi narażać na szwank zawodowej reputacji Wenus. Sprostowanie: Bruno Leski nie był Polakiem. Był Włochem. W dodatku nazywał się Brunelleschi. Filippo bodajże. A wyglądał mniej więcej tak.

 

 

Obowiązkowym punktem wycieczki była Galeria Uffizi, gdzie zobaczyliśmy słynne dzieła Wojowniczych Żółwi Ninja;) Tylko Donatello jakoś nie dopisał. A raczej nie dorzeźbił. Pozwolę sobie tu jeszcze mimochodem rzucić takie nazwiska, jak Giotto, Lippi, Rubens i Dürer. Dowiedzieliśmy się też absolutnie wszystkiego na temat Caravaggio i jego uczniów. (Mi osobiście to wszystko zdążyło już ulecieć.) I najważniejsze! Wenus Botticelliego stanęła OKO W OKO z Wenus Botticelliego. Poza tym, wiadomo, Primavera i te sprawy. Chętnie napisałabym coś więcej, ale niestety nie pamiętam. Pamiętam za to dokładnie, że pod koniec wędrówki korytarzami, którymi niegdyś biegał Hannibal Lecter zabójczo (heh) bolały mnie nogi;)

 

Ale ale! Do tej pory nie napisałam jeszcze nic o Sylwestrze! A przecież przydarzył on się nam jeszcze przed Galerią Uffizi!

Było tak. Około godziny 23 wybraliśmy się na spacer, żeby zobaczyć jak się bawi jak się bawi Flo-ren-cja! Okazało się, że bawi się nieźle. Najlepszym tego wyrazem było odpalanie petard w tłumie ludzi. Szybko postanowiliśmy się stamtąd ulotnić, gdyż jedna mądra uczestniczka naszej wycieczki (i wcale nie powiem, że chodzi o Reginę) nie wykupiła ubezpieczenia podróżnego, a reszta odmówiła osłaniania jej własnym ciałem w sytuacji zagrożenia życia lub zdrowia. Przed północą udaliśmy się na Ponte Santa Trinitá, jeden z malowniczych florenckich mostów, bo wykoncypowaliśmy sobie, że będzie tam dobry widok na fajerwerki. I zaiste byłyby dobry, gdyby fajerwerki rzeczywiście były. To znaczy nie że nie było ich wcale. Ale generalnie były kiepskie i dupy nam nie urwały. Nie mówiąc już o ręce, czy nodze. Wytrąbiliśmy więc jeno szampona i zmarznięci wróciliśmy do hostelu, gdzie urządziliśmy sobie zawody w piciu piwa na czas:)

 

 

 

 

Florencja jest piękna. Zbyt piękna. Mój Reginowy zasób słów nie wystarczy by wyrazić jej urodę i urok. Niech zatem to miasto (nazywane także Dużym Krakowem;)) przemówi do Was samo za siebie ze zdjęć autorstwa Wenus B.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W następnym odcinku o tym, jak wyprostowaliśmy Krzywą Wieżę w Pizie.

 

Re

 

 

piątek, 28 stycznia 2011

 

Wczoraj dowiedziałam się, że tak naprawdę nie istnieję. Fejsbóg postanowił wyeliminować mnie ze swojej rzeczywistości. Nie powiem, zabolało. Zabolało, jak cholera! Postanowiłam, że tak tego nie zostawię! Jakem Regina!

Zajrzałam do FejsDekalogu. I tak, pierwsze trzy przykazania brzmią:

 

1. You will not provide any false personal information on Facebook, or create an account for anyone other than yourself without permission.

2.You will not create more than one personal profile.

3.If we disable your account, you will not create another one without our permission.

 

Co to kurwa ma być? Ja się pytam!

Po pierwsze: czy to, że Fejsbóg raczył mnie skasować oznacza, że mnie nie ma? Tak? Naprawdę? W takim razie, kto własnie pisze tę notkę? Kto od grudnia 2008 (słownie: dwa tysiące ósmego) roku pisze tego bloga? No kto? Bo mi się wydaje, że ja. Ja - Regina Falangi. Regina Falangi, to ja.

Po drugie: co z ludźmi funkcjonującymi w świecie pod pseudonimami? Wszyscy wielcy pisarze i inni artyści stworzyli w swoim życiu choć jedno dzieło podpisując je pseudonimem. Co z ludźmi, którzy zmienili tożsamość, bo ściga ich sycylijska mafia /seryjny morderca /psychopatyczny fan /komornik /prokurator /skarbówka - niepotrzebne skreślić? Co z ludźmi chorymi na schizofrenię, rozdwojenie jaźni, mającymi złożoną osobowość?

Po trzecie: czy sługusy Fejsa mogą bez jednego najmniejszego ostrzeżenia wysadzić mój profil w powietrze, natomiast gdy ja chcę się odrodzić jak Feliks Z Popiołów to muszę ich błagać o pozwolenie?

No bez przesadyzmu, proszę państwa!

Czuję się oszukana. Czuję się zraniona. Czuję się zdyskryminowana. Czuję się zanegowana. Czuję się tak, jakby Fejsbóg postawił przy moim nazwisku wielki MINUS.

 

Fejsbóg, dobre sobie. Okazuje się, że to internetowy rasista. Zwykły FejsBUC.

 

 

Tobą się kończy ta pieśń, dawny boże.

Obmyłem twój laur w słów ognistych deszczu

I pokazałem, że na twojej korze

Pęknięcie serca znać - a w liści dreszczu

Widać, że ci coś próchno duszy porze.

Bądź zdrów! - A tak się żegnają nie wrogi,

Lecz dwa na słońcach swych przeciwnych - Bogi.

 

 

Re, bóg Słońca, stwórca świata i pan ładu we wszechświecie

 

21:34, kapelutki
Link Komentarze (3) »

 

 

W związku z tym, że jesteśmy obecnie między jednymi Złotymi Globami a drugimi złotymi Oscarami, czyli generalnie jesteśmy w nastroju filmowym, mam propozycję (nie mylić z "Propozycją"). A nawet dwie propozycje. Może widzieli, a może nie widzieli...

 

A tutaj zajawki:

 

 

 

RE

 

Działa?

 

ps. przy okazji - świetna animacja, piękny film. Polecam.

J.

wtorek, 25 stycznia 2011

 

 

ALE NUDA!

 

 

R.

piątek, 21 stycznia 2011

 

 

Halszka: Burza u nas. Z pierunami. Pierwszy raz.

Regina: Fajnie. Burze z pierunami są fajne.

Halszka: W Polsce mamy lepsze. Tu są takie półpieruny i ćwierćburza. No ale lepsza taka niż żadna.

 

„Idzie burza, bo mi się wydłuża” – jak mawia Pan M. Wam też się wydłuża, jak idzie burza?

 

wtorek, 18 stycznia 2011

Wiecie, co jest dowodem na to, że żyjemy w świecie, który jest więzieniem? W którym jesteśmy zniewoleni (uhu, ogromne to słowo, ale innego nie ma), kontrolowani jak dzieci? Patrzy się nam na ręce, mówi: "zostaw, bo zepsujesz!", "nie rób, nie umiesz, mama za ciebie zrobi", "ty nie wiesz, czego chcesz, ja wiem co jest dla ciebie dobre"? Wiecie? Pomijam nasze, polskie swojskie objawy więzienia - niewolniczy system emerytalny, skrzywioną logikę polityki prorodzinnej, kanon lektur szkolnych i w ogóle cały system edukacji. Mówię o więzieniu globalnym. Mówię o takim pojęciu jak ukryta reklama i zakazie reklamy, bez uprzedniego pierdzielnięcia odbiorcy ogromną migającą strzałką z napisem "Uwaga! Uwaga! Teraz nastąpi jawna promocja produktu lub usługi! Przygotuj się!".

Co to w ogóle ma być ta reklama ukryta? To jest jakaś tajemnica Poliszynela, że istnieje coś takiego, jak reklama? Wiecie, co to jest tajemnica Poliszynela? No jasne, że wiecie. Każdy ma wiedzieć. Inaczej, wylotka ze szkoły, nieuki! (raz, raz! próba systemu edukacji :)).

Reklama dźwignią handlu, jak mówią. Handel krwioobiegiem gospodarki. Wszyscy wiedzą, że bez reklamy byłoby źle, kto z was… z nas może z ręką na śledzionie powiedzieć, że nigdy, ale to przenigdy nie kupił czegoś, bo dowiedział się o tego czegoś istnieniu z reklamy? Zobaczył w tiwi, że w kerfurze sprzedają zajebiste czerwone sweterki, zapałał miłością do sweterka, kupił go i czuje się szczęśliwy? Czy ktoś zaprzeczy? Nie. Chyba, że od lat 20 mieszka w dole na pustyni mając za kompana jeno krzak jałowca. Czy ktoś powie, że człowiek ten tak naprawdę nie jest szczęśliwy, bo nie chciał kupić tego sweterka, tylko reklama, ta podstępna świnia,  wtłoczyła mu do głowy podprogowy przekaz, ze bez takiego sweterka jego dalsza egzystencja nie ma najmniejszego sensu (biedak poszedł i kupił, choć w głębi serca marzył o przepasce na biedra, dole na pustyni i krzaku jałowca)? Zapewne wielu tak powie.

A ja powiem: czy tych wielu na głowę upadło? Być może człowiek ów faktycznie nie potrzebował kolejnego czerwonego sweterka, ale jednak był jakiś powód, dla którego go kupił. Może ten odcień czerwieni pasował do koloru oczu jego żony, może marzył o takim fasonie od kiedy, jako dziecko po raz pierwszy pokochał kapitana Picarda ze Star Treka, a może chciał sobie poprawić humor kupując kolejny czerwony sweter z pełną świadomością tego, że nie jest mu on do niczego potrzebny? Nie wiem. Wierzę jednak w to, że żadna reklama, nawet ta ukryta, niezdarnie wplątana w fabułę ulubionego serialu o wielopokoleniowej rodzinie z Grabiny, wypowiedziana niechcący przez gościa tok szoł, opublikowana na forum dla narciarzy przez sprzedawcę nart, nie jest w stanie odebrać człowiekowi świadomości i zdolności podejmowania niezależnej decyzji – kupię lub nie kupię.

Dlaczego zakazuje się product placement w filmach o zwykłych ludziach, skoro wiadomo, że ci zwykli ludzie używają takich samych zwykłych przedmiotów, jakie można kupić w supermarkecie? Oczywiście, nawet product placement trzeba umieć wyreżyserować i zagrać. Wszystkie te żenujące teksty o wspaniałej przyprawie Knorr, dzięki której pieczone udka kurczaka stają się początkiem nowej pięknej miłości między nią a nim, są dowodem na nieudolność reżysera, scenarzysty i aktorów, którzy to zagrali. Ale o co to całe zmieszanie i sraczka ustawodawcza, aby czegoś zakazać, skoro większość* ludzi i tak wie, że to jest reklama i nie można wierzyć w opis cudownego działania tej przyprawy.

Ale nie można też zaprzeczyć faktowi, że ta przyprawa istnieje. Zatem dowiedzieliśmy się czegoś nowego – że Knorr produkuje przyprawę do kurczaka! I dobrze. Jakbym jadła kurczaki, to może bym kupiła tę przyprawę. A może nie. Nie wiem. Jest wiele czynników wpływających na moje decyzje zakupowe. Połowa z nich jest sterowana marketingiem, wiem. I co? This is the world we live in! A jak ktoś próbuje nam wmówić, że reklama to ZUOO, że jest ciałem obcym w naszym wspaniałym świecie, to jest zwykłym hipokrytą. Reklama była, jest i będzie. Wiadomix. To jest koloryt lokalny kapitalizmu, damn it! A jak ktoś nie wie o so cho, to może sobie odwiedzić Centrum im. Adama Smitha

(Warszawa, ul. Bednarska 16, http://www.smith.org.pl/pl/#).

 

Dlaczego ktoś zakazuje pokazać, że coś takiego a takiego można kupić, działa to tak a tak i jeszcze wygląda zajebiście? Dlaczego na forach zamyka się usta ludziom, którzy jawnie przyznają, że chcą coś polecić, bo sprawdzili to i myślą, że jest fajne, może komuś innemu się przyda? Dlaczego nie mogę dostać ulotki z supermarketu do własnej skrzynki na glisty, tylko muszę wygrzebywać ją z błota obok klatki schodowej, bo jakiś idiota napisał na drzwiach, że za wnoszenie ulotek grozi kara ucięcia jaj? Ja chcę wiedzieć, co jest na promocji i chcę wiedzieć, czego używają inni. I wcale nie znaczy to, że od razu dostanę amoku i wykupię wszystko, o czym ktoś powiedział „fajne”. Znaczy to tylko tyle, że WIEM i mogę iść, przyjrzeć się temu i zdecydować, czy faktycznie jest fajne, czy nie.

Jestem wolnym człowiekiem, zbieram i analizuje informacje, jakie do mnie docierają. Dlaczego ktoś ma mi zasłaniać oczy, dla mojego dobra, żebym nie widziała otaczającej mnie promocji produktów i usług? Dlaczego mam tracić czas na bieganie po sklepach czy grzebanie w necie po omacku, skoro mogę zebrać katalog różności i potem grzebać w necie celowo, szukając danych i opinii na temat konkretnych rzeczy?

I tak wiadomo, że człowiek uczy się na własnych błędach i dopóki, czegoś nie spróbuje to nie będzie wiedział, czym to jest. A czemu nie wolno mi próbować? Czemu mam nie kupić masła za poleceniem Hanki Mostowiak, skoro ja lubię Hankę Mostowiak? Czemu nie? Jak masło będzie do dupy, to więcej go nie kupię. Mój bezpośredni eksperyment kosztował mnie 3 zł. Dużo? Mało? Zależy dla kogo.

I tak te najbardziej poważne i obiektywnie drogie dla przeciętnego człowieka zakupy (dom, samochód, kredyt) NIE są dokonywane pod wpływem reklamy. Kto nie wierzy, niech się przyjrzy reklamom samochodów. Wszystkie są historiami post factum, które mają jedynie przekonać, że dokonałeś pan, panie Kowalski, Smith, Gruber, Jensen, Svoboda i Ivanow, dobrego wyboru kupując ten a nie inny samochód. Samochód, który w rzeczywistości kupiłeś po długiej analizie stosunku ceny do jakości do swoich marzeń, do wyobrażeń, oczekiwań rodziny, liczby dzieci i zwierząt, wysokości kredytu, wielkości garażu, koloru, pojemności silnika, wyposażenia, stanu dróg w twoim kraju, cen paliw, planowanych wyjazdów zagranicznych, wytargowanego rabatu i tuzina innych czynników. Czyż nie tak? Ja myślę, że tak.

Reklama to informacja. Wszyscy wiemy, że informacja przekoloryzowana. Wiadomo, że reklama zachwala produkt, który sprzedaje. Od tego ona jest, od tego jest ona. W różnych miejscach. Ale jeśli ktoś kupuje bubel, bo w reklamie powiedzieli, że jest super, a on zawsze bierze reklamy na serio, to znaczy, że jest… no… trochę naiwny. Ale to jego sprawa.

Ja chcę żyć w wolnym świecie! Chcę móc konsultować z Hanką Mostowiak wybór masła, bo ja lubię Hankę Mostowiak! Uważam, że to świetna kobieta. Widzieliście M jak miłość? Fantastyczny serial. Polecam wam. Emisja już dziś o 20. 40. Tylko w Dwójce.

O tu jest więcej informacji: http://www.m-jak-milosc.pl/ . :)

 

Zdrówka życzę

 

JOL.

 

 

* Mniejszość, która myśli, że reklama zawsze mówi prawdę i na niej opiera swoje postrzeganie świata… cóż … ma problem z dokonywaniem wyborów z głowy. Ale to jest informacja jawna, że reklama kłamie. Czyli rozumiem, że dokonali wyboru: „wiem, że to reklama, ale sugeruję się nią, bo tak jest mi wygodniej”. I dobrze.

 

środa, 12 stycznia 2011

 

Na lotnisku w Bolonii nie można się zgubić. A szkoda. Gdybym się w piątek zgubiła, miałabym prawie dobę, żeby się odnaleźć. Zamiast tego musiałam cały czas siedzieć na dupie i teraz mnie boli.

Nie mam pojęcia, jak przetrwałam to czekanie – bez laptopa, książki, gazety… Chyba potwierdza się teoria, że najlepiej bawię się w swoim własnym towarzystwie. Przeprowadziłam więc długą rozmowę z samą sobą, żeby nie dojść do zupełnie żadnych wniosków. Pomalowałam paznokcie w lotniskowej kawiarni z widokiem na pas startowy. Wypaliłam paczkę papierosów. Wypiłam litr kawy. Zaraziłam się świńską grypą.

Najgorsze było pierwsze 23 godziny, potem już przeleciało ;)

 

RE

wtorek, 11 stycznia 2011
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl