Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
wtorek, 31 stycznia 2012

Właśnie zamierzam użyć umiejetności, która nabyłam na studiach. Uwaga, czyli oznacza to, że jednak jest coś, czego człowiek uczy sie na studiach, co przydaje mu się w zyciu. Otóz, jest to umiejetność zapierdzielania z bardzo dużą ilością materiału do załatwienia w bardzo ograniczonym czasie mając bardzo konkretny termin, po którym nie ma uproś.

Mam dokładnie 12 dni, z czego tylko trzy pełne a reszta ograniczona do 5 godzin wieczorem, na zrobienie czegoś wielkiego i nie jest to wielki klops. Jesli to zrobię czeka mnie nagroda, jeśli nie -  będzie kara, na którą mój portfel nie jest przygotowany. Więc CZAS START! Zapierdzielam i do zobaczenia za 12 dni!!! Wszelki doping mile widziany (wysyłajcie kurierem, jakby co).

 

Jolanta The Fast

 

niedziela, 29 stycznia 2012

 

Jako osoba twardo stąpająca po ziemi nie mam marzeń. Nie marzę. Owszem, zdarza mi się czasem w bezwarunkowym odruchu wyartykułować: "Fajnie by było, gdyby...", ale raczej sporadycznie i nie przekształca się to później w przedsenną wizualizację. Nie zasypiam z myślą na czole, nie wstaję ze słowem na ustach. (No dobra, czasem wstaję, ale zazwyczaj brzmi ono "O ja pierdolę" - taka jestem wulgarna od rana.)

Czasem nawet chciałabym pomarzyć, ale nie wiem, o czym. Jedyne, czego teraz pragnę, to żeby się wyspać. Tak naprawdę - żeby wstać bez zmęczenia, z naładowanymi akumulatorami, z oczyszczonym umysłem. 

Ostatnio Diesel zrobił mi nieplanowaną pobudkę jeszcze przed dzwonkiem budzika. Przez kolejne pół godziny nie mogłam przeżałować tych CZTERECH minut! Nie było wyjścia - musiałam wstać lewą nogą i mieć zepsuty humor już do wieczora. 

 

Re

 

16:02, kapelutki
Link Komentarze (1) »
czwartek, 26 stycznia 2012

 

Ostatnio mam poważny problem z autodefiniowaniem. To, że nie wiem, czego chcę, to dla mnie żadna nowość. Ale do tej pory przynajmniej wiedziałam, kim jestem. Wiedziałam, co myśleć. I to mnie w pewnym stopniu określało. Cogito ergo sum. Discimus quamdiu vivimus. Per aspera ad astra. Festina lente. I amicus certus in re incerta cernitur. Aha, i jeszcze dura lex sed lex. I o, tempora! O mores! Starożytne przysłowie za grosz - na każdą okazję. Alleluja i do przodu. By przeżyć kolejny dzień, zdarzenia podeprzeć jakąś mądrą mądrością. Najlepiej łacińską. Żeby przekonać samą siebie, że matura z języka Cycerona nie była tak całkiem chybionym pomysłem.

To, że mam problem z podejmowaniem decyzji to też nihil novi. Ale dotąd przynajmniej zawsze potrafiłam ocenić, czy dana decyzja była dobra czy zła. Fakt, że mam tendencję do tych złych nieco ułatwiał sprawę. A teraz zupełnie straciłam orientację. 

Kot mi wyliniał. Ekspres do kawy brutalnie wyekspediował fusy z filiżanki. W swojej czarodziejskiej kuli nie widzę nawet skrawka przyszłości. Ale zupełnie nie mam ochoty na nowe życie...

 

Przysłowie na dziś? Dura lex sed durex. 

 

Re

 

 

poniedziałek, 23 stycznia 2012

 

- Ej, Re - jak ty to robisz, że jesteś coraz chudsza?

- Noszę coraz wyższe buty i coraz krótsze spódnice.


Czego i Państwu życzę :)

 

Re

 

sobota, 21 stycznia 2012

O rany, jak dobrze być na Kapelutkach... Jak tu wchodzę po całym dniu bycia pod czyimś ostrzałem, zarówno w realu jak i w necie, to Kapelutki sa jak home sweet home. Czuję się tu jak w uchu internetu. Fajnie mieć takie miejsce w wirtualnym świecie. 

 

JOL.

 

piątek, 13 stycznia 2012

Pisanie bloga to fajna sprawa, prawda? Pisanie bloga roku 2011 to jeszcze lepsza sprawa:) 

Bierzemy udział w ważnym dla nas konkursie: Blog Roku 2011.  Blog piszemy od trzech lat, wylałyśmy w nim wiele łez, potu, żali, ale chyba też nie brakowało humoru, dystansu, absurdu, żenującego bla-bla :) i wielu innych miłych motywów :)

Dlatego, jeśli lubicie, chcecie, macie czas i 1,23 zł do wydania na cel charytatywny, to wyślijce sms na Kapelutki, a będą dla Was pisać do końca świata i jeden dzień dłużej :) (o ile koniec świata będzie w 2012 roku:))

 

link jest tu: 

 

http://www.blogroku.pl/kategorie/kapelutki,gwma2,blog.html 

 

zasady są proste:

1. bierzecie telefon, smarkfon, ajfon czy inne cudo

2. piszecie sms o tresci A00812 na numer 7122

3. dajecie "wyślij", "send" czy cokolwiek, co tam oznacza czynnośc wysyłania

4. czujecie radość i dumę z dobrego uczynku

 

Pierwszy raz bierzemy udział w takim konkursie. Przyznajemy, że jest to ekscytujące:))

 

PS. Drogi blogasku, nawet jeśli nie uda Ci się zostać choćby jednym z trzydziestu blogów roku, dla nas jesteś i zawsze będziesz jedynym, niepowtarzalnym i najukochańszym blogaskiem na świecie. :*

 

 

 

 

środa, 11 stycznia 2012

Jednak koniec swiata by się przydał. Jakiś mały, nie musi być od razu wielki. Koniuszek choćby. Mała apokalipsyjka. I najlepiej jakby zaczela się od polskiej kolei.

A pardon! Już się zaczeła. Aaa to przepraszam.

Śpię co trzeci dzień, trzy godziny na noc. Budzę sie o 6. Do 6.40 szukam sensu nadchodzącego dnia. O 7.30 wyjeżdżam z domu. Ok. 10 zaczynam działać. Działam do 17 albo 18 albo 19 albo 20. W domu jestem o 18 albo o 19 albo o 21 albo o 23 a czasem o 24. W zależności od tego, o której jestem, w domu pracuję jeszcze 2, 3, 4 albo 5 godzin. Widzę swojego meża 1 albo 2 albo 3 godziny, zanim pójdzie spać. Myślę nad sensem życia 150 albo 151 albo 152 albo 153 razy na dobę.

Nie jest źle. Bywalo gorzej. Bywało, że byłam bliska szaleju. Teraz jestem jedynie bliska wyczerpania. Psychicznego i powoli zblizam się także do granicy fizycznej.

Zalegam. Zalegam z terminami. Staram się. Przechodzę na wyższy level zarządzania sobą w czasie. A raczej zarządzania w czasie tym, co ze mnie zostało. Kiedyś Cejrowski mówił o takim murzyńskim plemieniu z Etiopii, co jest sto lat przed Murzynami, bo tam ludzie pracują tylko kilka godzin dziennie i tylko na siebie. A my pracujemy 20 godzin dziennie na nasze domy, samochody, komputery oraz sieć hipermarketów Tesco. I my tych Murzynów za Chiny nie dogonimy. Nawet boso.

 

A skoro już o Chinach mowa, to opowiem Wam historię o potopie szwedzkim. Wiecie, jak Szwedzi spowodowali ostatnią małżeńską kłótnię w moim domu? Naszym, znaczy się. Naszym z Panem M. Otóż Szwedzi podstępem spowodowali ją produkując i wypuszczając na polski rynek takie coś jak salatka szwedzka. Tak, sałatka szwedzka okazała się niedawną kością Katarzyny Niezgody i solą w oku cyklonu mojego małżeństwa.

A było to tak: dzwonię ja Wam do mego męża, że już jadę, że kocham Cię kochanie i że rybę planuję robić, jak tylko zawitam w swe progi. Dodaję też jednoznacznie, że zjadłabym do niej sałatkę szwedzką, toteż jakby jadąc te swoje szesnaście przystanków z fabryki azotów w Puławach, wstapił do sklepu i kupił rzeczoną sałatkę, byłabym wniebowzięta. Mąż przytaknął, telefon rozłączył, a ja oddałam się błogim rozmyślaniom, jak to już niedługo będę zajadać się polską rybą ze szwedzką sałatką i francuskimi ziemniaczkami.

Minęła połowa godziny, dzwoni małżonek z problemem. Nie lada problemem, jak wyczułam po głosie. Otóż, na półce sklepowej słoiki z napisem "sałatka szwedzka" zawierają tylko zielone pomidory i co on ma w takim razie zrobić...

- Jak to co? - mówię. Kupić sałatkę szwedzką.

Problem wydał się załatwiony. Ale mąż coś nie bardzo, nie przytakuje. Wierzę jednak, że zamówienie zostało ponownie przyjęte i powracam do onanizmów kulinarnych.

Kilkadziesiąt minut później przyjeżdżam do domu, gęba rozdziawiona w uśmiechu i od progu (kuchni) potykam się o jakieś czerwone buraczki.

- A sałatka szwedzka gdzie? - się pytam. Tzn. jego pytam, nie się.

Nie kupił. Bo jakoś podejrzanie to wygladało. Te pomidory. Mało szwedzkie. Nie było pewnosci, że w słoiku z napisem "sałatka szwedzka" Szwedzi podstępnie nie zapakowali jakiej duńskiej albo norweskiej sałatki, albo czy Polacy na zapleczu Tesco nie podmienili szwedzkiej na polską, co by sobie za zniszczenia i kradzieże potopowe odbić. Kto wie? Mogło tak być. Mogło. A jakby tak było, to na marne pieniądze by poszły na wyroby duńskie czy choćby polskie, a nie na szwedzkie, jak było przykazane. Poza tym mamy swojskie buraczki, wiec na co nam jakieś pseudo-zagraniczne pomidory. Zielone jeszcze. Jakby nie mieli zwykłych, czerwonych...

Moja wyczerpana psychika i wyobraźnia pobudzona myślą o delektowaniu się szwedzką sałatką, brutalnie sprowadzona na ziemię, wprost na pole polskich buraczków, nie pozwolila mi przemilczeć tego wydarzenia. Urażone podniebienie kazało mi właśnie tego wieczoru wyciagnąć spod dywanu i roztrząsnąć wszystkie nasze nie załatwione przez lata sprawy małżeństwie, narzeczeńskie, z czasów licealnych oraz przypuszczenia na temat męża czasów szkolnych i wczesnego dzieciństwa. Roztrząsnie trwało długo. Dopóki moje urażone podniebienie nie poczuło się usatysfakcjonowane ogólnym rozkładem pożycia i współżycia tego wieczoru.

Ciche szwedzkie dni trwały jeszcze półtora dnia (to bardzo długo, jak na nas). I tak szwedzka sałatka poróżniła nasze idealne małżeństwo na prawie dwa dni, co może być dowodem na to, że import szkodzi. Ale nie musi.

 

Puenty nie ma. Tymczasem.

Jolanta 

 

 

Gdy rano mam trzy minuty, żeby wykonać pełny makijaż i po upływie tego czasu nie wyglądam jak naćpany koala, to nagle w moim naiwnym kobiecym móżdżku pojawia się myśl, że oto mogę góry przenosić.  Myśl ta znika w momencie, gdy wsiadam do autobusu o 7.35. Ale te sześć minut wiary w swoje nadludzkie siły pozwala mi przetrwać pierwsze dwie godziny w pracy.

Potem jest mały kryzys, więc idę zapalić. Potem jest już tylko gorzej. Aż do końca dniówki, gdy wychodzę z biura i w drodze na przystanek zadręczam się myślami: "czy wyłączyłam ekspres?", "czy zamknęłam drzwi?", "czy włączyłam alarm?" Na moim ulubionym forum medycznym "Galopująca depresja Reginy" dowiedziałam się, że to może być nerwica natręctw. Czy jest na sali lekarz-psychiatra? 

W pracy ostatnio zajmuję się głównie kopiuj-->wklej, kopiuj-->wklej, kopiuj-->wklej. Klik, klik, klik... Ctrl+Z, Ctrl+Z, Ctrl+Z do cholery!! Ctrl+...A?

Życie jest jak przesyłanie pliku z jednej rzeczywistości do drugiej (ależ pretensjonalna metafora, aż jestem z siebie dumna). U mnie nie ma jeszcze nawet 30% a system zawiesił mi się już co najmniej pięć razy. To strasznie deprymujące. Reset od czasu do czasu jak najbardziej wskazany.

I tak się właśnie zastanawiam, jakie są metody (legalne, dodajmy) na autoresetowanie? Wiecie, takie kompleksowe formatowanie dysku? Halo, Computer service? I need a piece of advice...

 

Re

 

 

 

sobota, 07 stycznia 2012

 

Styczeń.

  • Sylwester pod słońcem Toskanii, a potem kilka dni na słonecznej Malcie - jak na osobę bezrobotną, całkiem udany początek roku.
  • FejsBUC eliminuję Reginę ze swej rzeczywistości. 

Luty.

  • Regina obchodzi 26 zimę swojego życia. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie... Grawitacja zaczyna dawać się we znaki...

Marzec.

  • Rozpoczęcie akcji "Biegaj z Reginą", która na przełomie kolejnych miesięcy wytworzyła w organizmie R. odpowiednią do uniknięcia śmierci samobójczej ilość endorfin oraz wysmukliła jej piękne ciało.
  • Pracy jak nie było, tak nie było.
  • Smoking is QL and you know it!

Kwiecień.

  • Bezsenność. Bessęsu.

Maj.

  • Końca świata nie było. Wielkie rozczarowanie. Harold, WHY?
  • Pracy też nie było.

Czerwiec.

  • Czerwca też nie było.

Lipiec.

  • Regina ląduje na stażu w instytucji kulturalnej i dowiaduje się, że kultura kulturze nierówna.
  • Początek fascynacji horoskopem z Dziennika Polskiego.

Sierpień.

  • Dno i dziesięć metrów mułu. Przez cały miesiąc. 

Wrzesień.

  • Września nie było.

Październik.

  • Regina choruje. Smarka, kicha, kaszle i ma wypieki. Bardzo seksi.
  • Niespodziewany koniec pracy. Zupa była za słona.

Listopad. 

  • Dawno niewidziane bezrobocie. 
  • Listopada prawie nie było. Przynajmniej w realu. Bo wirtualnie był całkiem miły. Sweet November rzec by można.

Grudzień.

  • Nowa robota. Nowy robot. 
  • Kilka naprawdę miłych grudniowych dni. Albo nocy... 

 

Podsumowując: dobry początek roku, miły koniec, całej reszty jakoby nie było. Już się boję, co się NIE wydarzy w nowym roku...

 

Regina F.

 

 

wtorek, 03 stycznia 2012

 

Kryzysowy Narzeczony ma dziewczynę. To już pewne. Opublikował ich wspólne zdjęcie na fejsbuku. "Lord Handsome & Lady Beauty" - ktoś skomentował pod spodem.

Dziewczyna co gorsza jest ładna. Może nie ładniejsza ode mnie;) ale brzydka nie jest. Niestety raczej na pewno jest ode mnie mądrzejsza. W sensie lepiej wykształcona. University of London, UK. You know what it means.

Trafił swój na swego. Pasują do siebie idealnie. Pod względem wyglądu, charakteru, aspiracji i pewnie poczucia humoru też. On ma lanserskie okulary. Ona idealnie ścięte blond włosy. Pochodzą z tego samego miasta, a odnaleźli się w Londynie. W sumie cudem, przez przypadek, w przerwie pomiędzy jednym a drugim szczeblem międzynarodowej kariery. Pewnie gdzieś w pobliżu Tower of London albo Tower Bridge. 

Stawiam całą moją marną pensję, że będą żyli długo i szczęśliwie...

 

Regina - I'm happy for you - Falangi

 

niedziela, 01 stycznia 2012

 

Już jest. 1stycznia 2012. Świat leniwie budzi się do nowego życia. Tak bardzo chciałby zmienić się na lepsze... Próżny trud.

Sylwestrowej szalonej nocy na razie nie opisuję. Najpierw musimy z Jolantą, Panem M. i Halszką ustalić wspólną wersję zdarzeń. O ile Jol wypełni jakoś te luki w pamięci, o których pisała mi dziś rano w esemesie ;)

Przed naszym spotkaniem o 22.32 byłam chwilę na rodzinnym Sylwestrze u Es. Był dobry śledź. Doba sałatka. Dobra kiełbacha. Dobry krupniok. Pięć bań w godzinę i już byłam gotowa. Gotowa do dalszej zabawy :)

Fajnie było. To był całkiem udany Sylwester, jak na totalny brak planów :) 

 

 

Re :)

 

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl