Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
niedziela, 28 lutego 2010

Jolka się przeniosła. Święty Jacek nie zdetronizowany. Jolka zadzwoniła była bowiem po zmotoryzowaną koleżankę i uprzejmie poprosiła o pomoc, bo Święty Jacek nalega. A może to Święty Jacek zadzwonił? Nie wiem. W każdym razie Anna przyjechała i Jolkę wzięła w ten sposób ratując sqad świętych przed przymusowym zatrudnieniem nowego gracza.

I taaak...Teraz jestem w nowym flacie, w budynku przytulonym do murów obronnych miasta. Więc czuję się bezpiecznie. Chociaż te mury to mają z kilka wieków, ze trzy na pewno. Choć z drugiej strony, jak 3 wieki ustały, to miesiąc z Jolą pewnie też wytrzymają.

No i mam kominka:) Takiego, co można sobie w nim napalić:) I ten kominek ma dwie lwie łapy po bokach. Fajnie co? Fajnie :) Więc kto jeszcze nie był w Tallinie, niech się pakuje do busioka i przyjeżdża. Zwłaszcza takie trzy rozdoby, które miały przyjechać i się nie mogą zebrać.

A rozdob, co już był, niech też się pakuje. Do busioka pakuje. Już zostaw te tetracepsy, bo ci skóra na plecach pęknie :P

sobota, 27 lutego 2010

Jak ja się spakuję, tak ,że jeden człowiek o posturze mnie będzie w stanie to unieść, to zostanę Świętą Jolantą od Przeprowadzek i zdetronizuje Świętego Jacka.

:((

Jol.

Jola się nudzi przed przeprowadzką, więc ujawnia drugą parę oczów Kapelutków

 

(a tu pierwsza)

 

Zatem pamiętajcie - Kapelutki siepaczą na Was...

...kwadratowo

 

Jol siepaczy

 

siep siep siep

 

 

ps. aha, no i jasne, że jak będziecie się doszukiwać w tym zdjęciu fotoszopa, to go znajdziecie

Jol

piątek, 26 lutego 2010

Dzisiaj nasz ostatni dzień razem :( To jest mnie i mojego lokatora. I muszę przyznać, że na początku źle go oceniłam . To znaczy nadal uważam, że ma nieco ignorancką naturę, która mnie na początku wkurzała, ale potem okazało się, że większość z tego to była poza. No właśnie. Ludzie pozują, żeby pokazać, że są kul mając wszytsko w dupie i wychodzą na idiotów. A tak naprawdę rzadko się zdarzają takie przypadki, które faktycznie wszystko, ale to wszystko mają w assie.

I mój lokator ma wiele w dupie, ale jak tak popatrzyłam niego to z dystansem to doszłam do wniosku, że właściwie większości z nas też ma te rzeczy w dupie, ale się do tego nie przyznaje, bo nie wypada.

Polubiłam mojego lokatora, bo w kruncie rzeczy jest w porządku gościem. Wiele razy mi pomógł, tłumaczył mi na estoński opis mojej choroby, kiedy szłam do lekarza i wymagania co do jeansów, kiedy szłam kupować gacie. Poza tym ja piłam jego kawę, a on zjadał moje jajka:) (czyli, jak to zwykle bywa między lokatorami). Dziś pomógł mi wypełnić deklaracje podatkową, a właściwie to zrobił ją za mnie. Tu w Estonii deklarację wypełnia się w 2 minuty, ale tak czy siak, trzeba wiedzieć, którzy przycisk kliknąć. Gdyby nie on, nie wiedziałabym nawet, że należy mi się kilka tysięcy koron zwrotu podatku :) Yupi. (zaraz napiszę o Estonii, jako wielkim hotspocie, jak to określiła Wenus, i o moim magicznym estońskim dowodzie, który jest jednocześnie podpisem elektronicznym, dzięki któremu deklaracja podatkowa zajmuje 2 minuty).

No i dziś nasz ostatni dzień razem. Napiliśmy sie winczacha i pogadali o przyszłości. Potem on poszedł pakować rzeczy do samochodu i po chwili usłyszałam walnięcie śniegiem w okno. Se myślę: „haha, bardzo śmieszne”. I siedzę dalej. A tu znowu "dup" w okno. No to wstaje i leniwym okiem patrzę na dół, a tam lokator na mrozie :) no więc leniwą ręką otwieram okiennice i pytam słodko łot? No bo sobie kluczy zapomniał i czy mogę zejść mu drzwi otworzyć. No bo u nas domofon ni dudu. I wtedy poczułam, że ja też mu się do czegoś przydałam:))

I w sumie, myślałam, że mieszkanie z facetem będzie wkurzające, bo wiecie faceci zostawiają ciuchy tak gdzie z nich spadną, nie myją naczyń, brudzą lustro pastą do zębów, nie wiedzą z której strony odkurzacza wkłada się rurę (hm, rurę od odkurzacza a nie swoją) itd. On natomiast okazał się obyty ze sprzątaniem do tego stopnia, że ja przy nim wychodziłam na bałaganiarza. Oczywiście starałam się nie wyłazić ze swoim bałaganem poza mój pokój, ale zdarzało się nie umyć talerza. No i ja zostawiałam wszędzie moje czarne długie kłaki (chociaż on nie opuszczał klapy). Ale w sumie to żyliśmy w zgodzie. Bez grafiku mycia podłóg, bez grafiku kupowania papieru toaletowego i płynu do mycia naczyń. Jakoś naturalnie wychodziło, że jak coś się skończyło to kupowaliśmy na zmianę. Sama się dziwię, że można tak zmienić stosunek do człowieka i to, zaznaczam, nie mając z nim żadnych stosunków, o których teraz myślicie.

No a teraz świątynia dizajnu wraca w ręce właściciela. Ja przeprowadzam się na starówkę, więc będę nadawać z samego serca Tallina, a on gdzieś indziej, nie wiem gdzie. Ale cieszę się, że zostawiłam tu cząstkę siebie – klapę do kibla :))

A tu moja ulubiona część świątyni dizajnu:

świątynia dizajnu

 

I ta boska ściana z cegły, z którą kocham osobę, która zaprojektowała to mieszkanie. :)))

Było fajnie. Dzięki!

 

JOL.

 

czwartek, 25 lutego 2010

No i zaaplikowałam. Ufff. Cięzko było. Samo wypełnienie aplikacji wymagało trzech dni roboty i zwolnienia się we wtorek z pracy dwie godziny wcześniej. Za miesiąc kończy mi się umowa w Estonii, więc zaaplikowałam jeszcze dalej. Nie wiem dlaczemu, tj wiem dlaczemu tam, ale nie wiem dlaczemu tak daleko.

Jak mnie nie przyjmą to Pan M. się bedzie cieszył. A jak przyjmą, to kto będzie piszczał z radości?

 

Jol.

wtorek, 23 lutego 2010

 

Powrót do świata nauki po 6 tygodniach błogiego niekontrolowanego lenistwa był bolesny jak upadek z drugiego piętra – nikogo nie zabił, ale skutki będziemy wszyscy odczuwać jeszcze długo. Zderzenie z rzeczywistością codziennie o 6 rano nie należy do najprzyjemniejszych doświadczeń, ale cóż? Co zrobisz jak nic nie zrobisz? Nie narobisz.

Dzień mi się niemiłosiernie wydłużył, a czasu i tak nie mam na twórczą pracę magisterską. Codziennie staram się napisać chociaż jedną stronę, chociaż parę zdań i nawet piszę, ale ilość stron nieubłaganie i wciąż wskazuje na liczbę 20 – jak to możliwe ja się pytam? Nie wiem, co się dzieje. To co piszę znika chyba w jakiejś dziurze czasoprzestrzennej, może funkcjonuje na granicy wymiaru, załamania wymiaru, załamania nerwowego. Mojego.

Dlaczego do jasnej cholery nie przybywa? Halszka pisze jak szalona. Pisze, pisze, że aż w Katarze słychać, jak stuka w klawiaturę. Nie wiem, jak ona to robi, ale zawsze kończy wyrabiać normę przed 22 swojego czasu. Ja zaczynam wyrabiać swoją normę o 23 mojego czasu. Norma Halszki jest oczywiście większa niż moja, więc jej magisterka rośnie w zastraszającym tempie i niedługo mnie przerośnie.

CHWDPM!

 

Re

 

sobota, 20 lutego 2010

 

Dla mnie i dla mojego Brata Bliźniaka X-mena:)) piosnka taka oto:

 

 

I taaaak....

 

Re

środa, 17 lutego 2010

A tam, pomyślałam, i też sobie walnęłam zdjęcie cienia. W śniegu. Białym.

Tallinn by Jolanta z Chudowa

 

A tak poza tym, to takiego śniegu w życiu nie widziałam. Nawet, kiedy byłam w Laponii. No dobra, w Laponii byłam w maju, ale w innych częściach Finlandii byłam w lutym i takiego śniegu tam nie widziałam. A w piątek znowu ma padać.

Tallinn by Jolanta z Chudowa

 

Problem na łikend: Co jest pod tą kupą śniegu?

Tallinn by Jolanta z Chudowa

Tallinn by Jolanta z Chudowa

Tallinn by Jolanta z Chudowa

 

oraz: Co zrobić z tą kupą śniegu?

Tallinn by Jolanta z Chudowa

Tallinn by Jolanta z Chudowa

Fajnie, co? Kładziesz się spać - za oknem plac, wstajesz rano - za oknem stok narciarski.

 

jol.

niedziela, 14 lutego 2010

 

A pamiętacie jak wam raz w Walentynki zrobiłam placki ziemniaczane w kształcie serduch? Nawet foty jakieś z tego były, tylko nie wiem na czyim kompie teraz zalegają.

Co nie, że fajnie się ze mną mieszka?

Kto chce ze mną zamieszkać?

 

Re

 

sobota, 13 lutego 2010

 

Wielki Brat ma urodziny. Zupełnie nie wiedziałam, co mu pożyczyć. Coś tam w końcu napisałam, że wiem, że chujnia i że głupio w zaistniałych okolicznościach pierdolić o szczęściu i tak dalej. Pogadaliśmy zatem chwilę o odśnieżaniu chodników, ogrzewaniu węglem i czekoladzie. Orzekliśmy jednogłośnie, że nic nam się nie chce.

R.

 

 

Mówił na mnie "Dajana", gdy byłam mała.

Był moim wujkiem.

Był chrzestnym Miśka.

Umarł.

Nie rozpaczam. Chciałabym tylko, żeby ktoś już zawiązał ten worek nieszczęść.

 

Re

Wybaczcie, że znów wam zasmucam łikend.

 

 

Co my teraz mamy? Luty. W niedzielę minie 5 miesięcy od kiedy przyjechałam do Tallina. Pięć miesięcy. Toż to prawie pół roku. A minęło jak z piczy strzelił. Pamiętam jak wczoraj, kiedy przez pierwszy tydzień mieszkałam kątem u dziewczyny poznanej przez znajomych z Finlandii (która nomen omen i vice versa okazała się być niezwykle pomocną i miłą osobą).

Potem pierwszy dzień w pracy, cały czas chciało mi się płakać, snułam się po stołówce i czułam się jak przedszkolak bez mamy. Potem masakra szukania mieszkania, komuny artystyczne, prysznic w piwnicy i szmaty w oknach. No a potem miałam szczęście i wprowadziłam się do świątyni dizajnu, gdzie wszystko jest na prąd, błyszczy, miga, jest kwadratowe, zdecydowane i czarno białe. A ja niestety przyniosłam do łazienki swoje zielone i różowe ręczniki, do kuchni żółte ścierki i brzuchaty kubek na kawę i postawiłam kwiatka na blacie. Kwiatka mój lokator oczywiście wyrugował, ale inne kolory oprócz black i white ostatecznie zostały zaakceptowane, więc mogłam zostać. Potem był czas, kiedy pracy nie lubiłam i miałam galopującą depresję. Potem przyszła zima, Tallin zasypało i od razu zrobiło się weselej:)

No a teraz minęło pięć miesięcy i muszę przyznać, że jest dobrze. Nawet bardzo dobrze. W pracy się sprawdziłam. Poznałam fajnych ludzi. Poza tym jestem duszą towarzystwa (jak zwykle :))) no i pewnie mogłabym być most popular Polish stand up comedian in Estonia. ;) Ale nie jestem, jeszcze. Martwi mnie tylko jedno. Że trzeba będzie wrócić i znowu układać sobie życie od nowa. Damn it. Ja to jednak uwielbiam niestabilność. :/

Macie tu poza tym spóźniony apdejt z grudnia:

Parnu mnt

Kapelutki w Tallinie

 

Katedra Piotra i Pawła na Vene

Kapelutki w Tallinie

 

Lodowisko w starym mieście

Kapelutki w Tallinie

 

Prezentacja estońskiej kultury tradycyjnej w centrum miasta co by się turyści cieszyli

Kapelutki w Tallinie

 

Vabaduse Valjak (Plac Wolności)

Kapelutki w Tallinie

 

Estoński haski samojed

Kapelutki w Tallinie

 

Targ świąteczny inside

Kapelutki w Tallinie

 

Targ świąteczny outside

Kapelutki w Tallinie

 

Tradycja z bliska

Kapelutki w Tallinie

 

Tyle. Obudźcie mnie jutro o 7 to zrobię foty nowego śniegu. Obiecuję, że nie będzie żółty.

 

Jola z Tallina

czwartek, 11 lutego 2010

 

Hmm... Dostałam smsa. Treść następująca: "Przyśniłem Ci się wreszcie, czy dalej sama esbecja?" WTF? ja się pytam. Myślałam, że czaję wysublimowane poczucie humoru Autora, ale teraz mam wątpliwości. I zaczynam się bać.

Już wyjaśniam co zacz, kto zacz i o co cho.

Z Autorem poznaliśmy się na studiach. Jednych ze studiów na burzliwej drodze mojego studiowania. Początkowo nie była to znajomość jakaś szczególna. Przez 3 lata nie wypowiedzieliśmy do siebie więcej niż "cześć" dwa razy dziennie. Aż przyszła pora na ostatni ostani egzamin, który miał się odbyć (i się odbył) w formie gorącej dykusji grupowej, a miarą wiedzy miała być aktywność i argumentacja. Ani w jednym ani w drugim dobra nie jestem, więc egzamin ten stanowił dla mnie nie lada wyzwanie. Dodajmy jeszcze, że zajęcia z przedmiotu były mi wyjątkowo nie po drodze i nie pojawiłam się na nich ni razu. O czym zresztą poinformowałam wykładowcę wcześniej mejlowo z zapytaniem jaką formą zaliczenia w związku z tym mnie poczęstuje. Pan doktor nie należy do osób stających na drodze zapracowanym studentom - zwłaszcza tym z ostatniego roku, więc kazał się po prostu pojawić w dniu egzaminu i znokautować go bezwględną inteligencją. Przełamawszy wszystkie głęboko zakorzenione fobie związane z publicznym wyrażaniem opinii, powaliłam swą erudencją;) nie tylko pana doktora, który raczył mi w indeksie wymalować największe i najpiękniejsze plus pięć jakie kiedykolowiek widziałam (na marginesie, plus był tylko dla podłechtania mojej próżności iż gdyż w naszym uczelnianym stystemie najwyższą notą jest gołe pięć), więc nie tylko jego powaliłam, ale także onego kolegę, co to wcześniej z nim żadnych poważniejszych relacji nie miałam. No i się zaczęło...

Nie no, nie bójcie się. Nic strasznego w sumie. Zaczęliśmy się spotykać. Po kumpelsku rzecz jasna, kawa, piwo, pogaduchy. Nie za często. Przez myśl by mi nie przeszło, żeby coś więcej, bo raz: ja wiecznie zajęta (co za przewrotna dwuznaczność), on w szczęśliwym związku z dziewczyną o pięknym imieniu, dwa: nie w moim typie zupełnie, podmiot aseksualny dla mnie i fizycznie i mentalnie i kropka. KOLEGA. Nawet nie kumpel. Nie mówiąc już, że na pewno nie przyjaciel, bo w tej przestrzeni wszystkie miejsca od dawna są zajęte. ENYŁEJ...

Na tych naszych nielicznych spotkaniach przy piwie dało się wyczuć, że mnie LUBI. Ale ja jak to ja, wszelkie słowne tego przejawy zbywałam bagatelizującym uśmiechem. Ale jak tu zbywać teksty w stylu: "jaka szkoda, że mam dziewczynę" ??? "dlaczego cię wcześniej nie poznałem" ??? OMG, pomyślałam raz czy drugi i zaraz: "jak to dobrze, że zmieniam kontynet". No ale w końcu żyjemy w cyberprzestrzeni przez większość czasu, czyż nie? Imejl, nasza-klasa przeklęta, fejsbuk, komórka, chuje, muje, dzikie węże... Na co nam to było? Na co nam to było, JA SIĘ PYTAM? Na co mi to było. Teraz muszę odpisywać na te wszystkie wiadomości. I przeważnie wiem nawet jak: obrócić w żart, zgrać głupka, to moja specjalność, ale powoli się wypalam w tej materii. I ten dzisiejszy sms trochę wyprowadził mnie z i tak mało stabilnej równowagi. I nie wywołał uśmiechu i lekkiego zaciekawienia jak ostatni czuły sms Kryzysowego Narzeczonego. (Tak napisał: "Ślę czułego smsa..." Czyżby to znaczyło, że Flądra odpłynęła sobie w siną dal?)

Nie wiem, nie wiem, nie wiem, i nie chcę wiedzieć, co Autor miał na myśli.

A dziś podobno Tłusty Czwartek. Prawda to?

 

Re

 

 

wtorek, 09 lutego 2010

 

WAPPM (dla niewtajemniczonych – Wielka Akcja Pisania Prac Magisterskich) powraca ze zdwojoną siłą. Dlaczego ze zdwojoną? Bo zasięgiem swoich bestialskich macek musi objąć dwie osoby – Reginę i Halszkę. Dodajmy jeszcze, że Halszka ma do napisania dwie magisterki (kara za nadgorliwość), choć z drugiej strony jej dwie będą objętościowo porównywalne do jednej autorstwa Reginy, więc obie mają jednakowo przejebane. Ale Regina przynajmniej coś już ma, a Halszka...

 

Dzień 1

 

R: Już masz wszystko w głowie? Tak że siądziesz, napiszesz i będziesz magistrem?

H: No właśnie nie mam. Wczoraj sobie coś próbowałam ułożyć, ale zdiagnozowałam problem – chciałabym wszystko, co wiem, wyrazić w jednym zdaniu. Po prostu nie chce mi się siedzieć i pisać. I chciałabym, żeby to się samo napisało.

R: Zrób tak, jak ja: pierwszą stronę zostaw na tytułową, potem zrób spis treści, powypisuj tytuły rozdziałów i już masz trzy strony. Motywacji trzeba pomagać:)

H: Problem w tym, że ja nie mam spisu treści:)

R: No to jak? Z czym do ludzi?

H: No właśnie z niczym.

R: Ale zaraz, przecież miałaś jakiś konspekt – to powinien być właśnie twój spis treści.

H: No niby tak, ale z 4 rozdziałów (a nie jak mówiłam z 5) wywaliłam 2, bo nie mam materiałów:) więc daruję sobie i nie zamieszczę 2rozdziałowego spisu treści:) 2 rozdziały to za mało?

R: Brzydko wygląda:) Przydałby się jeszcze 3, możesz stworzyć jakąś własną teorię.

H: Ok, coś się wymyśli. Przerobi się podrozdział na rozdział i będzie.

R: Jak napisałaś, że „coś się wymyśli”, to myślałam, że to „coś”, to będzie jakaś nowa powalająca teoria, o której za 5 lat będą się uczyć ludzie z twojego wydziału, a nie że przekombinujesz z rozdziałami.

.............................................................................

R: A w ogóle jeszcze w związku z tym, że musimy przecież pisać nasze magisterki to jeszcze cię zapytam, bo niebezpiecznie nam się tematy kończą, co sądzisz o wyborach na Ukrainie?

H: Kibicowałam obwarzankowi.

R: No ja w sumie też. Choć jak mówią znawcy tematu, ona ma zapędy dyktatorskie. Ale w sumie, gdybym była facetem to na dyktatora z takim wyglądem pewnie bym nie narzekała.

H: Ostatnio czytałam artykuł w Newsweeku, czytałam, to dużo powiedziane, bo to angielski Newsweek był, w każdym razie to był artykuł o wyborach na Ukrainie. I normalny tekst był, a nad nim tylko zdjęcie samego obwarzanka (tzn. tego z jej głowy). Fajny pomysł. To po nim się zorientowałam, że to artykuł o Ukrainie;) No ale mogłaby coś z tymi włosami zrobić. Nudny ten obwarzanek. I tak się zastanawiam – ona codziennie go robi?

Halo zdrajco, nie pisz magisterki jak mnie odciągasz!

R: Nie piszę, czytałam rozmowę Olejnik z Arłukowiczem, która mi podesłałaś! (Bartosz Arłukowicz – nowy obiekt fascynacji Halszki)

H: Aha, no to dobrze.

R: No pewnie że ona ten obwarzanek codziennie robi! Ale to proste jest. Moim zdaniem to jest fajne. Takie jej logo.

H: Logo:)

R: No i jej córka jest żoną angielskiego muzyka hewimetalowego – to też robi wrażenie.

H: Pewnie dlatego nie wygrała. Dobra, ja się wyłączam.

R: Ok, piszemy!

H: Jakby przerobić nasze pisanie na gg, to niejedna magisterka by powstała.

R: Doktorat i habilitacja. Won!

H: Szatanie szykuj swojego potwora!

...........................................................................

H: Jak się robi przypis?

 

:)

 

13:45, kapelutki , WAPPM
Link Komentarze (16) »
niedziela, 07 lutego 2010

 

Wiem, że ostatni wpis wprowadził niezręczną sytuację na blogu. Teraz wszyscy są smutni i każdemu jest głupio się odezwać. Jola może już dawno przygotowała wesołą notkę z jajem, o tym co ją wczoraj spotkało na fotograficznym polowaniu na estoński śnieg, ale głupio jej ją opublikować, bo rozdźwięk nastrojów byłby nie do zniesienia i mógłby nas wszystkich zabić. A kapelutki jeśli mają zabijać, to tylko i wyłącznie śmiechem i w przenośni.

 

Zawsze uważałam, że do życia należy podchodzić z dystansem. Zatem do śmierci też. I łatwo jest to robić, gdy sprawy dotyczą zupełnie obcych anonimowych ludzi, bądź też bezpośrednio nas – mówiąc nas, mam na myśli konkretnie nas – nas samych. Gdy dotyczą nas niebezpośrednio, tylko kogoś z naszej rodziny czy przyjaciół, nie zawsze można podejść z humorem. Czasem jest to po prostu niewykonalne, bo humor jest zwyczajnie nie na miejscu.

Do spraw, do których nie można podejść z humorem, staram się podchodzić ze spokojem. Na przykład w przypadku śmierci w rodzinie. Ale czasem spokój też jest nieodpowiedni.

Śmierć jest niezręczna. Niezręcznie zabiera ludziom ludzi. Pozostawia niezręczną pustkę. Niezręcznie milczy. I zmusza do niezręcznego milczenia. Bo niby, jak na nią reagować kiedy brakuje słów w głowie, których zresztą pewnie i tak nie puściłoby ściśnięte gardło? Czasem można jeszcze spazmami, ale do tego trzeba mieć temperament.

 

Pamiętam jak kilka lat temu zmarł mój dziadek. Dostałam smsa od siostry: „Dziadek umarł”. Popatrzyłam chwilę na te dwa wyrazy i tak się zadumałam: „Jak to możliwe? Byłam pewna, że ten stary dziwak przeżyje nas wszystkich”. On chyba też tak myślał.

Poszłam na długi spacer. Pomyśleć. O jego dziwactwach. O tym, że był beznadziejnym dziadkiem. A ja niespecjalną wnuczką.

Następnego dnia spakowałam torbę i powiedziałam do Wenus: „Cześć. Jadę do domu.” „A co ty nie masz jutro zajęć?” – odparła. „Mój dziadek umarł. Jadę na pogrzeb” – i się uśmiechnęłam. Ale wbrew temu, co twierdzi Wenus, oskarżając mnie o nieczułość, to smutny uśmiech był!!

Jeszcze tego samego dnia pojechałam z mamą do domu dziadka na modły. Po różańcu zaczęła się debata o tym, jak powinien przebiegać pogrzeb. I tak debatowali gdzie ksiądz ma trumnę pokropić (w sensie w domu, czy pod kapliczką, bo przecież wiadomo, że nie czy początek czy koniec wieka) , bo jak to zwykle bywa ksiądz miał inną wizję pogrzebu niż rodzina, a rodzina wewnętrznie też oczywiście była podzielona. Wyglądało to wszystko przekomicznie – rzecz jasna tylko dla takich amatorów czarnego humoru, jak ja i Wielki Brat:) W końcu, gdy sytuacja była do tego stopnia wesoła, że głośno żartowaliśmy nad dziadkiem-denatem, moja matka nie omieszkała nas opierdolić i było po zabawie.

Położyłam się spać w moim zimnym pokoju, w który w styczniu (a był to właśnie styczeń) temperatura jest porównywalna z tą na zewnątrz i jakimś cudem udało mi się zasnąć. Nagle w środku nocy COŚ złapało mnie za nogę! Jeszcze nie zdążyłam się obudzić, gdy do mózgu wdarła się przerażająca myśl: „Dziadek! Dziadek jak nic! Przychodzi mnie straszyć za te żarty i niepowagę.” Udało mi się jakoś podnieść powieki i zobaczyłam, że to nie dziadek, a kot wskoczył mi na nogę i się na niej wygodnie ulokował.

Następnego dnia odbył się pogrzeb podczas którego puszczał do mnie oko jeden z łapiduchów. Wieczorem przyszły wyniki badań Miśka, bardzo złe. Natychmiast odwieziono go do kliniki.

 

Jego choroba wzięła się nie wiadomo skąd. Leżał na nefrologii i poddawał się wszystkim badaniom, które tylko lekarzom przyszły do głowy. Zdiagnozowano toczeń, choć bez przekonania. Nie było w pobliżu doktora House’a, który by im powiedział: „IT’S NOT LUPUS! IT’S NEVER LUPUS!”

Pewnego dnia przy rutynowej czynności jaką było zakładanie cewnika, lekarz przebił Miśkowi tętnicę szyjną. Co więcej, nie zauważył, że przebił i nie zauważył, że pacjent wykrwawia mu się do opłucnej. Ratowali go długo, przetaczając litry krwi. Potem OIOM i śpiączka farmakologiczna. I w końcu po tygodniu wybudzenie. Nigdy nie zapomnę wrzasku pielęgniarki, która mnie sterroryzowała na progu sali, w której leżał. Nie zapomnę też widoku jego bladej twarzy i nieobecnych oczu. W sumie dobrze, że niedługo przylazła lekarka i mnie wywaliła, bo pewnie nie potrafiłabym dłużej powstrzymać łez.

Potem powiedział, że jak był nieprzytomny, to przyśnił mu się dziadek. Nie był na jego pogrzebie, bo mama go nie puściła, więc się z nim nie pożegnał. Śniło mu się, że dziadek przyszedł do niego i nie miał z sobą laski, a przecież on zawsze chodził o lasce! Zapytał go więc: „Dziadziu, a gdzie masz laskę?”. A dziadek odpowiedział: „Tu gdzie jestem, laska nie jest mi już potrzebna”.

Ot sen. Czy to był naprawdę dziadek, czy może tylko wytwór zmęczonej podświadomości? – każdy odpowiada w sumieniu swoim.

Nerki padły, zaczęły się dializy. Misiek był niewygodnym pacjentem, bo gdzieś po drodze osiągnął pełnoletniość, a to była klinika dziecięca. W końcu go podleczyli i puścili do domu. Potem przez lata znów trafiał do szpitala co jakiś czas i na jakiś czas i zawsze go wypuszczali, zawsze podleczonego, nigdy wyleczonego.

Przed moim wyjazdem wyglądał dobrze. Patrząc na niego, nikt nie powiedziałby, że dializuje się co drugi dzień, że ma jakieś problemy zdrowotne. Uśmiechał się, żył normalnie, często do nas przychodził i pytał przewrotnie: „Co słychać Rege?” Przychodził w prawdzie do Wielkiego Brata, ale zawsze znalazł czas, żeby się zatrzymać i pogadać chwilę z każdym indywidualnie, zwłaszcza kurtuazyjnie pogawędzić z moimi rodzicami. Nie był aniołem, o nie. Był normalny, na ile tylko normalny może być dwudziestolatek.

Niedawno złapał zapalenie oskrzeli. Podleczyli go i puścili jak zwykle. Szybko do nich wrócił z niewydolnością oddechową. Znów go uśpili. Potem kilka razy próbowali wybudzić, ale płuca nie podjęły pracy. Przespał Boże Narodzenie, Sylwestra, swoje urodziny. W końcu się udało, zaczął oddychać. Czasem nawet coś powiedział, zakrywając dziurę po tracheotomii, zaczął normalnie jeść. Było coraz lepiej. Do wczoraj.

Rano spuchła mu noga od wenflonu. Powiedzieli, że chyba trzeba amputować. Nie zdążyli.

O 22.52 czasu polskiego dostałam smsa od siostry: „Michał umarł”.

 

I znów wyszło smutno, choć wcale nie chciałam. Ale tak się czuję i nic na to nie poradzę. Takie życie. Żarty są nie na miejscu. Spokój też jakoś nie pasuje. Wiem, że śmierć to początek innego życia – w to mnie nauczono wierzyć. Nie wiem tylko, co bardziej mnie przeraża – czy maleńka wątpliwość, że może jednak „potem” nic nie ma, czy perspektywa wieczności, która z definicji jest nieskończona? I czasem mi się wydaje, wbrew wyuczonej wierze, że jednak wieczność, nawet jeśli to ma być wieczne szczęście. I jeszcze nie wiem, co gorsze: że jestem tutaj sama, czy gdybym była teraz tam z nimi?

 

Rege

 

 
1 , 2
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl