Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
wtorek, 28 lutego 2012

 

Ależ miałam dziś sen. Aż postanowiłam wykorzystać fakt, że szef pojechał na narty do słonecznej Italii i zmarnować trochę roboczego czasu zanim zapomnę, co mi się śniło.

Otóż. Jechałam do Wrocka do... okulisty. Pomimo iż mam lepszy wzrok niż sam Inspektor Gadget, najwyraźniej potrzebowałam konsultacji jakiegoś bardzo ważnego i bardzo starego specjalisty. Podróż miałam z przesiadką. A przesiadka wypadła w jakiejś strasznej dziurze, tak mi się wydaje, skoro na kolejny pociąg nie mogłam poczekać na stacji (całą noc miałam czekać) tylko musiałam się zbunkrować w jakiejś wielkiej drewnianej pachnącej sianem stodole... (A może to po prostu senna metafora dworców PKP?)

Zalogowałam się na boisku przy jakimś sąsieku czy innej skrzyni na zboże. I tak sobie czekam czekam cierpliwie. Czasem ziewnę, czasem przysnę, jakoś leci. Gdy wtem, słyszę głosy... "Ki czort?" - myślę. Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałam, że ciemna postać wyłaniająca się z jeszcze ciemniejszej ciemności ma ogon, rogi a nawet widły. Moje wprawne oko dostrzegło, że jednakowoż nie ma kopyt, więc z miejsca uznałam, że to nie prawdziwy diabeł tylko koleś w jego przebraniu. Był z nim Ten Drugi. Spod równie ciemnej gwiazdy. Miałam ochotę uciekać, ale nie mogłam. Poza tym stwierdziłam, że wtedy na pewno mnie zobaczą, a jeśli będę siedzieć cichutko jak wiejska mysz pod skrabachą, to jest szansa wyruchać szympansa (a jak pójdzie gładko to i cale stadko), czyli że przeczekam niezauważona aż sobie pójdą. Niestety. Zobaczyli mnie, zziębniętą dziewczynkę z zapałkami, sparaliżowaną strachem, wciśnięta w kąt ciemnej stodoły.

Szli w moim kierunku. Drżałam.

Już miałam umrzeć ze strachu, gdy zobaczyłam, że Ten Drugi to... Marek Mostowiak! Marek, uuuuff. Mareczek. Szlachetny dobry poczciwy Mareczek, syn Barbary i Lucka. Niestety moja radość nie trwała długo, bo Marek Mostowiak przemówił głosem Marka Mostowiaka bez ogródek: "Dawej kase!". I bynajmniej nie miał na twarzy wymalowanej cierpiętniczej dobroci, która tak cechuje całą rodzinkę z Grabiny.

Nerwowo zaczęłam szukać w torbie portfela. A każdy, kto widział bałagan jaki tam panuje wie, że to niełatwe zwłaszcza, gdy trzęsą się ręce. Diabeł kręcił się dookoła i nic się nie odzywał. Chyba patrzył, czy nikt nie idzie.  Potem podszedł do mnie i zaczął mnie chamsko wypytywać. A co ja tutaj robię? A dokąd jadę? I że "taaa, że na pewno dymam przez całą Polskę do Wrocławia, bo w całym Białymstoku nie ma okulisty". "Chuj cię to obchodzi dokąd jadę i w jakim celu, tupeciarzu!" - pomyślałam, ale nie odważyłam się wyartykułować swoich rozważań, a diabeł znów się oddalił.

Grzebię w tej torbie dalej, grzebię i uświadamiam sobie, że przecież mam dużo pieniędzy i jak mi je zabiorą, to nie będę miała jak wrócić do domu i umrę w tym smutnym jak pizda miejscu. "Pincet! muszę uratować choć pincet!" - myślałam nerwowo. Wyciągnęłam pincet z portfela i wcisnęłam ukradkiem w najciemniejszy kąt mojej przepastnej torby, zostawiając dla szajki 120 złotych i.. 70 euro... Skąd mi się wzięło to euro i dlaczego nie zdążyłam przekalkulować, że to w sumie też dużo i schować chociaż 20-stki...? Nie pytajcie. Nie wiem. Uznajmy, że działałam w afekcie.

Marek spojrzał na trzęsące się banknoty w moich rozdygotanych rękach i z politowaniem powiedział: "Schowaj". Tak jakby widząc moje ubóstwo (phi, co to jest 120 złotych i 70 euro) zrezygnował ze swojej działki, ale ostrzegł, że z Diabłem nie pójdzie mi tak łatwo...

Czyli jednak dobry...

Rozejrzałam się. Diabeł znów szedł w moim kierunku. Dostałam wytrzeszczu oczu. Żyłka mi pękła. Zaschło mi w ustach. I wtedy...

 

....zadzwonił budzik :))

 

I teraz tak. Czy ktoś mógłby mi zinterpretować ten dziwny sen? Tylko nie mówcie, że mam nie oglądać więcej "M jak miłość", bo to już wiem ;) I druga rzecz - czy macie jakieś pomysły na zakończenie tego thrillera psychologicznego?:))

 

Re

sobota, 25 lutego 2012

 

Pierwszy tydzień nowego życia (życia, które nieuchronnie zmierza ku trzydziestce) był bardzo, proszę ja was, kiepski. 

Po pierwsze - bo dopadła mnie koszmarna choroba. Jeszcze nigdy nie pragnęłam śmierci tak mocno. No dobra, dramatyzuję. Bywało, że pragnęłam bardziej, ale tym razem też było grubo.

Po drugie - dotarło do mnie, że skończyłam 27 lat. Co więcej, uświadomiłam sobie, że wiąże się to z rozpoczęciem 28 roku życia!!! A to już nie przelewki. Zwłaszcza, gdy zaraz napływają natrętne myśli, że oto nic w życiu nie osiągnęłam ani na płaszczyźnie zawodowej ani prywatnej. Nie mam zajebistej i zajebiście płatnej pracy, nie mam męża i gromadki nieznośnych bachorów, nie mam domu z czerwoną dachówką, nie mam nawet krzaku jałowca. 

Co zatem mam? Nowe włosy. Już nie jestem ruda. W dobie, gdy wszystkie niewiasty farbują się na rudo, ja postanowiłam wrócić do korzeni i teraz mam na głowie miód spadziowy. How sweet. 

Zupełnie nie wiem, dlaczego nam kobietom wydaje się, że zmiana fryzury wystarczy, żeby zmienić całe życie. Strasznie to głupie :) 

 

 

 

Re

 

poniedziałek, 20 lutego 2012

 

Dobrze jest czasem obejrzeć się za siebie i z perspektywy czasu zobaczyć, co się zmieniło. A raczej, jak się zmieniliśmy. Nie zbyt często, bo wtedy można nie wychwycić subtelnych różnic. Dobrze, gdy dochodzimy do wniosku, że jesteśmy mądrzejsi. Mądrzej mówimy, mądrzej piszemy, mocniej czujemy, lepiej rozumiemy. 

Gdybym nie była sobą, chciałabym być sobą. Jako że jestem sobą, chciałabym być kimś innym. Logiczne.

Temopra mutantur et nos mutamur in illis.

 

Re

 

Refleksje POST SCRIPTUM

1. Jeśli chorujesz, nie pij alkoholu. Nawet, gdy akurat są twoje urodziny.

2. Jeśli chcesz się przekonać, kto o tobie pamięta, usuń datę swoich urodzin z fejsbuka, naszej klasy, gadu-gadu, a najlepiej to z całego internetu.

3. Jeśli chcesz swoje urodziny przeżyć po japońsku (jako tako), weź dzień wolny od pracy i nawet na chwilę nie wstawaj z łóżka (bardzo żałuję, że tego nie zrobiłam).

 

Dzień urodzin jest gorszy od piątku 13-nastego - zawsze przytrafia mi się wtedy wszystko, co najgorsze. Ale nic to! Szczęście jest dla mięczaków, a złego diabli nie biorą.

Wszyscy piją moje zdrowie! Bo bardzo mi go dziś brakuje. 

 

W zeszłym tygodniu dowiedziałam się, co to jest karoshi. Wczoraj tego doświadczyłam. Niestety, jak to zwykle bywa, zaraz zmartwychwstałam i musiałam pracować dalej. 

JOL.

niedziela, 19 lutego 2012

 

Wykaszlałam płuca, wysmarkałam mózg, chcę umrzeć. Chciałabym nie dożyć urodzin.

W chorobie jestem okropna. Chciałabym zarazić wszystkich dookoła, żeby męczyli się tak samo, jak ja. Żeby nie mogli oddychać tak, jak ja nie mogę. Żeby mieli okropny czerwony nochal. I nie mogli palić papierosów. Żeby zostawali w robocie po godzinach i żeby nie pojechali na urlop...

Jak żyć?

 

 

Re

piątek, 17 lutego 2012

 

Jestem mistrzynią w planowaniu. I koniec. Z realizacją planów idzie mi trochę znacznie gorzej.

Godzinę temu (na przykład) zaplanowałam sobie, że pół godziny temu pójdę się kąpać i od 15 minut będę spać. Tymczasem wciąż leżę w barłogu czekając na Godota. Leżę i nie pachnę.

Jeśli ktoś na tym świecie nie jest stworzony do pracy, to właśnie ja. A może ktoś jeszcze? Jak się zbierze 15 osób, to se założymy stowarzyszenie rejestrowe, które może "korzystać z ofiarności publicznej i przyjmować dotacje od organów władzy państwowej i innych instytucji". Można by je nazwać "PNR - Pierdolę, nie robię". Statut, pkt 1: "Co masz zrobić dziś, zrób pojutrze - będziesz mieć dwa dni wolnego". 

Nie wierzę ludziom, którzy twierdzą, że lubią pracować. Szaleńcom nie można wierzyć. Normalny człowiek, gdy przychodzi do domu po pracy, to marzy jedynie o tym, żeby położyć się na katafalku i dokonać żywota. Ament. Ale, że przeciętny Polak nie posiada w domu katafalku, to z tak zwanego braku laku kładzie się w wannie, żeby spłukać z siebie widzialny i niewidzialny brud pracy i przy odrobinie szczęścia zabija go ulatniający się z nieszczelnego piecyka gazowego (który akurat można znaleźć w co drugim polskim domu) czad. Ale że w Polsce kryzys szczęścia, wiadomo nie od wczoraj...

Trzeba więc żyć? Jak? - może zapytać mnie ktoś, kogo ja chciałabym spytać o to samo (Wisłocka jakaś, na przykład). Jak to jak? To proste: KRÓTKO.

 

Re

 

 

czwartek, 16 lutego 2012

 

Miał być upojny tydzień - w sensie alkoholowym. Miał być tydzień hedonizmu: fryzjer, solarium, sauna, manicure i voulez vous coucher avec moi ce soir... A wyszło jak zawsze - tyram nadgodziny :(( 

Ech... życie...

 

Re

wtorek, 14 lutego 2012

 

13 lutego 2012 r. Poniedziałek. Późne popołudnie. Dom Reginy. Regina wysyła do swojej sąsiadki Es krótką wiadomość tekstową:

"Grzejemy wieczorem?"

Dom Es. Es odczytuje na głos wiadomość Reginy. Bebe - matka Es otwiera szeroko oczy ze zdumienia i mówi:

"Tak od poniedziałku chlanie?.... DOBRA! Pewnie, niech przychodzi!"

 

Tak, że proszę Państwa znów mam ciężki tydzień :)

 

Re

 

niedziela, 12 lutego 2012

 

Piję kawę z cynamonem i wcinam czekoladę z okienkiem. Przed 12.00 można!

Tydzień był bogaty w nadużycia. Nadużywałam alkoholu, pączków, pizzy i kebaba. Ale od jutra wracam na właściwe tory. A właściwie już od dziś, bo wieczorem planujemy z Es basen i saunę. RR - ruch i relaks! Choć w sumie nie ma się co chwalić przedwcześnie, bo nasze plany aktywnego spędzania czasu czasem dają w łeb i koniec końców ograniczamy się do ugotowania poczwórnej porcji makaronu z czterema rodzajami sera i  skonsumowaniu go na kanapie do ścieżki dźwiękowej "M jak miłość" i popijając tym, co akurat oferują nam alkoholowe zasoby BeBe, czyli mamy Es, zwanej też niekiedy pieszczotliwie Babką. Od niej właśnie zależy nasz dzisiejszy wieczór - wystarczy, że zawetuje wniosek o zaopiekowanie się ukochaną wnusią Emi (kąpanie i usypianie gratis!), a my możemy już stawiać wodę na makaron. Sprawa jest śliska, bo BeBe idzie dziś na nockę do fabryki, więc bardzo być może okropnie nie mieć ochoty na dodatkowe atrakcje przed pracą.

A ja wyjątkowo mam okropną ochotę na ten basen (i saunę). Pasowałoby wreszcie rozdziewiczyć któryś z nigdy nieużywanych kostiumów kąpielowych zanim do reszty zeżrą je zaprzyjaźnione mole. I zanim mnie spektakularnie wybuli po tych wszystkich pączkach i szarlotkach na ciepło z lodami i bitą śmietaną o 23.05, Regina bój się Boga!

Tymczasem piątkowy i sobotni wieczór spędziłam w towarzystwie Halszki i Pana Dziwnego. Było tak. W piątek wybraliśmy się na "Hugo. Seans, którego nie było". Ale jakie miasto, takie kino. Zwłaszcza, że kino w zasadzie poza miastem. Postanowiliśmy więc udać się do centrum na "Różę". (Piękny film o miłości. Powinni go puszczać na Walentynki.) Potem poszliśmy na piwo, gdzie pozostając w temacie kinematografii, próbowałam przekonać Pana Dziwnego, żeby obsadził mnie w swojej nowej produkcji. Wyglądało to mniej więcej tak:

Pan Dziwny: Mógłbym cię odwieźć do domu.

Regina: Mógłbyś mi dać rolę w swoim filmie.

Pan Dziwny (zrezygnowany): No dobrze. Jaka to miałaby być rola?

Regina: Bo ja wiem... Mogłabym zaaagraaać... może... mogłabym zagrać na przykład... hmmm.... jakąś lafiryndę.

Halszka: Nie musiałabyś wcale tak grać...  

 

W sobotę udało się zobaczyć "Hugo". 

 

Re

 

 

Wiadomość specjalna dla stroskanych brwi Martina Scorsese: EUROPA DOCENIA!!! :)

 

 

środa, 08 lutego 2012

 

Poniedziałek - upiłam się.

Wtorek - upiłam się.

Środa - upiłam się.

Czwartek - mam w planach się upić.

................................................

A weekend się nawet jeszcze nie zaczął :)))

 

 

Re

poniedziałek, 06 lutego 2012

Pierwszy raz pożyczyłam dzis moje auto męzowi. A on co zrobił? Rozbił je.

Raz pojechał. Facet wyjechał na czerwonym i wpieprzył się w moje auto, skracając je o przód. 

Mąż ma się dobrze, tak wiem, dobrze, że ma sie dobrze i nic sie nikomu nie stało, ale pozostaje fakt, że w sobotę miałam jechac samochodem na wesele do pracy. Teraz pewnie pojadę sankami. 

Jestem szczerze przygnębiona. Nie mam już poczucia humoru. 

 

Jol.

niedziela, 05 lutego 2012

 

Pionowa zmarszczka wpłynęła na suchego przestwór czoła mego.

Pojawia się ona wówczas, gdy jestem zmęczona lub/i niewyspana lub/i boli mnie głowa lub/i mam szkopuł. Albo gdy wszystko na raz - jak obecnie.

Są sprawy, którymi nie chce się dzielić z innymi. Są zmartwienia, których nie chce się ruszać, żeby nie oberwać rykoszetem. Są ludzie, którym się nie ma sił pomagać.

Są emocje, których nie da się nazwać, których wolałoby się nigdy nie wyrażać. I takie, które są tak jednoznaczne, że same chcą rozerwać pierś i wydrzeć się na zewnątrz. W jednym i drugim przypadku wszystko kończy się źle.

Nie da się wziąć na siebie całej odpowiedzialności. Nie da się zrobić dobrze wszystkim na około. Nie da się być przyjacielem wszystkich. Bo czasem ludzie, którzy pozornie znajdują się w jednym zbiorze to w rzeczywistości zdarzenia losowe rozłączne... Lojalność to po prostu taka wredna suka, która ogranicza człowieka wbrew jego woli. 

Przez ten tydzień nad moim czołem nazbierało się wiele cumulusów. I zupełnie nie wiem, gdzie mogłabym się schronić. Nie ma nikogo, kto pomógłby mi kompleksowo rozwiazać wszystkie problemy. Tym bardziej, że największy problem i tak zawsze mam z ich werbalizacją i eksplikacją. 

Jedyne moje pocieszenie jest takie, że z największych opresji zawsze wychodziłam sama. Mam w tym doświadczenie. Zacznę od tego, że zamiast obiadu zjem czekoladę.

Tak, BIAŁĄ!

 

Re

 

sobota, 04 lutego 2012

 

Tydzień był intensywny. Był... Jest!

Poniedziałek, wtorek - nadgodziny.

Środa - pracowity dzień i upojna noc z "Alkoholowym Chińczykiem". Szczegółów nie zdradzę, ale kto ma wyobraźnię, ten sobie sam dośpiewa. Im bujniejsza (wyobraźnia), tym lepiej :)

Czwartek - wycieczka do Krk na spotkanie z pewnym Saudyjczykiem poznanym w Katarze, który urlopował się w Polsce. Tu rozwinę temat. Saudyjczyk ten przejawia ewidentne zainteresowanie moją osobą. Myślę, że chętnie widziałby mnie w roli matki swoich sześciorga dzieci. Ta "szóstka" nie wzięła się znikąd. Między wierszami wyszło, że to satysfakcjonująca go liczba potomstwa. Może trzeba było od razu się przyznać, że jeśli o mnie chodzi, to moją szczęśliwą liczbą jest "zero"...? Ale głupio mi było tak bezpruderyjnie go spławiać. Zwłaszcza, że już raz go wystawiłam do wiatru w Katarze. Oraz zwłaszcza, że dostałam na powitanie piękny prezent - perfumy Al Fairooz (dowód na to, że opakowanie też się liczy), daktyle (już ich nie ma, bo wszystkie zjadłam, palce lizać) i tytoń do sziszy (ma ktoś sziszę? zapalimy). Jedyna nadzieja w tym, że może już mu się nie podobam tak, jak kiedyś. "Aww Aga! Nie poznałem cię! W Katarze byłaś bardziej... okrągła!" - mam wrażenie, że wyczułam nutkę żalu ;))) 

Piątek - w pracy ogólne osłabienie przed metą, a wieczór w gościach. 

Sobota - dopiero w planach. A co się planuje? Wieczorem długo oczekiwana parapetówka. 

Niedziela zapowiada się... zanikająco....

 

 

Re

 

 

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl