Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
piątek, 28 lutego 2014

 

Wczoraj był Tłusty Czwartek, od dziś jest tłusty tyłek ;) Żartuję. Mój tyłeczek mógłby mieć (w moim mniemaniu) nieco większe krągłości zwłaszcza, że płaskodupie nigdy nie było w modzie. Ale nie o tym, nie o tym.

Nie wiem, czy pamiętacie moją niepełną listę 100 rzeczy, których pragnę dokonać, nim się egzystencjalnie wykopyrtnę na wieki wieków ament. Lista na razie ma 23 punkty, a ja mam już 29 lat, więc do setki może dobiję do setki. 

LISTA LISTA

 

Na pierwszym miejscu (choć oczywiście kolejność jest przypadkowa) jak byk widnieje, co? NAUCZYĆ SIĘ SMAŻYĆ PĄCZKI. Nadarzył się Tłusty Czwartek, więc podjęłam się zadania. Moją nauczycielką zgodziła się być Bebe (mama mojej przyjaciółki Es), która przy okazji postanowiła pokonać traumę sprzed lat, kiedy to napiekła pączków, nakarmiła nimi swoich gości, a na końcu uświadomiła sobie, że sama jeszcze nie zdążyła spróbować. Spróbowała i to był błąd. Nieświadomość jest błogosławieństwem. Pączki były SUROWE w środku.

Do zajęć praktycznych z Bebe przygotowywałam się długo pod względem merytorycznym, korzystając z rad mojego wirtualnego cukierniczego guru, czyli Autorki strony

www.mojewypieki.com

 

Naszprycowana wiedzą, z olejem za pazuchą udałam się do sąsiadki. Efekt naszych działań był wielce zadowalający.

 

W przyszłym roku podejmę wyzwanie i postaram się zrobić pączki sama! :):):) 

 

Regina

 

Ps. Jaki wasz wczorajszy pączkowy status? U mnie było coś koło pięciu. Dziś mam nadzieję na poprawiny ;)

środa, 26 lutego 2014

 

Chyba jestem jedyną kobietą na kuli ziemskiej, która woli pójść do ginekologa niż do fryzjera. Serio! Może dlatego, że najbardziej intymną częścią mego ciała jest mózg, a jak ktoś mi kombinuje z włosami, to znajduje się już całkiem blisko i sprawia, że zaczynam czuć się nieswojo. Nigdy nie lubiłam, nie lubię i robię się agresywna, gdy ktoś dotyka moich włosów. Zwłaszcza, że jestem przesądna i wierzę, że jak ktoś chwali moje miękkie, błyszczące pasma i dodatkowo wkłada w nie łapę, to na bank połowa wypadnie przy kolejnym myciu. Jest takie pogańskie wierzenie, które mówi, że ktoś ciągnąc w swoją stronę czyjeś włosy zabiera je właścicielce, żeby wzmocnić swoje. Fryzjerów nie podejrzewam o takie czary, choć niejednokrotnie okazywało się już, że najciemniej pod latarnią. Może dlatego wizyta w salonie fryzjerskim jest dla mnie najbardziej wyszukaną formą kary.

Po pierwsze MYCIE. O słodki Jezuuu. Najgorsza część już na wstępie. Myjka fryzjerska to w moim przekonaniu wyrafinowane narzędzie tortur. Nie dość, że siadając na niej wprowadzam siebie w mało wygodną i mocno krępującą ruchy pozycję, to jeszcze ktoś mi myje głowę... Mycie jest czynnością intymną, głowa jest intymną częścią ciała. Moja strefa intymna czuje się mocno zagrożona.

Kiedyś Pani myślała, że robi mi dobrze poprzez masaż, który tego dnia był w pakiecie. Modliłam się, żeby skończyła zanim moja głowa odpadnie i potoczy się po posadzce, bowiem po dwóch minutach miałam zdrętwiały kark, a ból powoli robił się nie do wytrzymania. KOSZMAR.

Kolejnym punktem programu jest SIEDZENIE BEZ RUCHU przez kolejne 40 minut. Pani przykrywa całe moje ciało wielką płachtą, z której wystaje tylko głowa. Nie dość, że jest niewygodnie i klaustrofobicznie, to jeszcze wyglądam jak Buka. Wtedy przeważnie zaczyna swędzieć mnie nos. Po raz pierwszy. Nie wiem, dlaczego, ale siedząc bez ruchu automatycznie przestaję mrugać i oddychać. Gdyby nie konwersacja pewnie zemdlałabym z powodu niedotlenienia.

Zaczyna się najbardziej problematyczna część spotkania. STRZYŻENIE. Zanim trafiłam na Panią Ewę moje historie z podcięciem końcówek kończyły się zazwyczaj tragicznie, względnie tragikominicznie. Nie od dziś wiadomo bowiem, ze fryzjerzy w życiu zawodowym posługują się rosyjskim systemem miary, a przecież rosyjskie linijki są najdłuższe na świecie. Ergo - na końcu okazuje się, że jeden centymetr i jeden centymetr fryzjerski to zgoła dwie różne jednostki. I klops.

Historia. Mieszkałam wówczas w Zakopanem. W rodzinne strony zawitałam ze względu na jakieś tam wybory i przy okazji postanowiłam skorzystać z usług fryzjerskich, coby dobrze prezentować się w urnie. Z przerażeniem obserwowałam, jak moje całkiem już długie włosy zostają zarzynane brzytwą fryzjerską (sic!) i smętnie padają bez ducha na podłogę. Jednym zdaniem można by skomentować sytuacje tak: "Tnę, tnę i ciągle za krótko." Nawet prostownica nie była w stanie wydobyć długości włosów, w których po umyciu wyglądałam jak wczesny Michael Jackson. Moja mama potraktowała mnie bezlitośnie. "Jak ty wyglądasz?" i "Coś ty zrobiła?" przeplatały się z "No trudno, odrosną." Cóż... Nigdy nie była mistrzynią w pocieszaniu. Przepłakałam bite dwa tygodnie. Po roku włosy nieco podrosły i jedno trzeba przyznać - nigdy wcześniej ani nigdy później nie były tak zdrowe i nie kręciły się tak pięknie. Ja wyciągnęłam naukę ze zdarzenia, cała winą obarczyłam własny brak asertywności i postanowiłam, że nigdy więcej nie dam się skrzywdzić brzytwą fryzjerską.

Pani Ewa, do której chadzam obecnie, jest osobą godną zaufania. Choć kiedyś zaniepokoiłam się, gdy wyznała, że chciałaby mnie wygolić maszynką.. 8} Asymetrycznie... 8} Moje: "Na Boga, nieeeee!" chwilowo ochłodziło jej fryzjerski temperament. Ostatnio powiedziała, że już nawet nie pyta "Jak?", bo doskonale wie, co usłyszy: "Jak naaajmniieeeeeeej!".

"To co? Centymetr, jak zwykle?"

"Zaszalejmy, niech będzie 1,5" ;)

KONWERSACJA. Oczywiście nie lubię. Na szczęście w wykonaniu Pani Ewy jest nienachalna. Ale spotykałam na swojej drodze takie fryzjerki, które na siłę próbowały podtrzymywać rozmowę nawet wtedy, gdy z powodu huku suszarki nie słyszałam nawet własnych myśli.

MODELOWANIE. Nie lubię. Bolą mnie cebulki, a siedząc za zasłoną z własnych włosów staram się w pierwszej kolejności zignorować dyskomfort związany z nagłym kuciem w oko tudzież swędzeniem nosa. W drugie kolejności staram się nie zasnąć.

Najprzyjemniejszy moment to ten, w którym wreszcie wychodzę zamykając za sobą drzwi :) I to pod warunkiem, że nie jestem niezadowolona z efektu. Od ginekologa nigdy nie wyszłam niezadowolona ;)

 

Re

 

 

niedziela, 23 lutego 2014

 

Ceremonia zamknięcia igrzysk olimpijskich utwierdziła mnie w jednym - Vladimir Putin jest w moim typie. Smutne, wiem. Ale już dawno zauważyłam, że mam koszmarny gust, jeśli chodzi o mężczyzn. Generalnie lubię brzydkich. Im brzydszy, tym lepszy. Dość przypomnieć wpis, w którym razem z Halszką zachwycałyśmy się Dimitrijem Miedwiediewem zgodnie twierdząc, że jest ekstraordynaryjnie hegemoniczny. Niczym Leam Neeson (?!) Aż trudno uwierzyć, że z takimi upodobaniami wciąż jesteśmy niezamężne.

Kompromitującą rozmowę dotyczącą DM można przeczytać TU.

Ale Putin... On to dopiero jest ekstraordynaryjnie hegemoniczny. I ekstraordynaryjnie demoniczny. Może dlatego mi się podoba. I ta jego jaszczurowata fizjognomia... Jestem zboczona, wiem.

Wracając do ceremonii. Podobała mi się. Nie powiem, że nie. Ale bardziej pierwsze pół, niż drugie. Pod koniec już się trochę nudziłam. Za to bardzo przypadł mi do gustu fakt, że wpadkę z otwarcia potrafili obrócić na swoją korzyść, pokazując dziś dystans i poczucie humoru. Prezydent zapewne musiał wyrazić zgodę. A zatem potwierdza się teoria, że prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy ;)

 

http://eurosport.onet.pl/soczi-2014/soczi-2014-xxii-zimowe-igrzyska-olimpijskie-oficjalnie-zamkniete/3pblf

 

Re

 

Apdejt, nim Halszka zacznie się pluć w komentarzach :P Do wszystkich, którym nie będzie chciało się czytać naszego dialogu o DM. Na końcu doszłyśmy do wniosku, że wygląda jak kuzyn ze wsi, a nie prezydent atomowego mocarstwa, którym był wówczas ;)


piątek, 21 lutego 2014

 

Znamy się tyle lat, a ja nigdy nie zaprosiłam moich przyjaciół na strudel. Do wczoraj. Wczoraj była dobra okazja. Moje ostatnie urodziny trzeciego dziesięciolecia - ostatnie z dwójką na przedzie.

 

http://www.frommovietothekitchen.pl/2013/01/bekarty-wojny-strudel-jabkowy.html

 

Niestety nie wszyscy mogli przybyć, gdyż życie potoczyło im się lepiej i nie utknęli w tym smutnym jak najbardziej samotny wieloryb hometownie. Ale nikt nie zapomniał mi powinszować, za co jestem ogromnie wdzięczna. Nawet Wenus, która zwykle jest roztargniona, dała radę - wystarczyło jej tylko dwa razy przypomnieć :P Love U Wenus ;)

Tym, którzy zjawili się na strudel jestem podwójnie wdzięczna - nie tylko za obecność i życzenia (o, to nawet potrójnie), ale także za urocze upominki. 

Herbata i strudel - czegóż chcieć więcej w 29 urodziny ;)

 

 

Tymczasem kolejny rok nie przyniósł większych zmian - nie licząc utraty pracy. Ciągle zastanawiam się, czy powinnam rozpatrywać to w kategorii porażki czy szczęścia. Tak, jak i fakt, że każdy dzień zaczynam tabliczką czekolady lub/i kanapką z czekoladą lub/i gorącą czekoladą. Niby jest to spełnienie marzeń, a jednak... Ach te mieszane uczucia. 

Gdy startowały Kapelutki byłam młodą 24-letnią rusałką... A teraz? Marsowe czoło, kurze łapki i opadająca coraz bardziej powieka dramatycznego lemura. Grawitacja jest okropna. I cellulitis. Życzenia "stu lat" są w tym kontekście co najmniej nie na miejscu ;)

 

Regina

poniedziałek, 17 lutego 2014

 

Brak pracy ma swoje dobre strony. Wreszcie mam czas na swoje pasje. Łyżwy. Bieganie. Kino. Gorąca czekolada... Muszę przyznać, że luty jak dotąd upływa po znakiem relaksu. Relaksu, na który moje skołatane nerwy w pełni zasłużyły. I skołatana przeze mnie rodzina też.

Nerwica na ex-szefa jeszcze do końca mi nie minęła. Zwłaszcza, że w ostatnich dniach mojej pracy dowiedziałam się, że oto firma dostała długo wyczekiwany paszport do eksportu! Oraz że w związku z tym, jej właściciel nie zamierza czekać ani chwili, zabiera własny paszport i wyjeżdża. Cała sprawa owiana była tajemnicą. A ja byłam prawdopodobnie jedyna osobą, przed którą powyższe informacje ściśle utajono. O przyznaniu dotacji dowiedziałam się od zbłąkanego kontrahenta, który pomylił miejsce spotkania i zamiast do mieszkania ex-szefa przyjechał do biura. Kwestia "tajemniczego wyjazdu" obiła mi się o uszy już wcześniej, ale nie uruchamiałam źródeł, bo doszłam do wniosku, że zwyczajnie mam to w dupie. Oczywiście ostatecznie radosna wieść dotarła i do mnie na Przedmieście. Indie.

Swoją drogą byłaby to niezwykle przewrotna koincydencja, gdyby właśnie w Indiach ex-szefa dopadła KARMA odpowiedzialna za moje pracownicze krzywdy znoszone przez ostatnie 2 lata. Oczywiście, ja mu źle nie życzę...

नमस्ते! Re

 



czwartek, 06 lutego 2014

 

Głównie siedzę w barłogu i piszę listy motywacyjne. Zamiennie z: robię wszystko, żeby nie pisać listów motywacyjnych.

Heh, to jeszcze poniedziałkowa przygoda z PUP-em. Do urzędu dotarłam około godziny 10.00. Był to poniedziałek. Pierwszy roboczy dzień miesiąca. I pierwszy roboczy dzień po tym, jak jedna z miejscowych firm ogłosiła upadłość i kazała 200 pracownikom zająć się sobą. W tłumie szybko zawiązał się komitet kolejkowy, który bardzo sprawnie informował wciąż przybywających o tym, kto, gdzie, przed kim i za kim. "Tak, przed panem, który przede mną stoi pani, która poszła na papierosa, za nim jestem ja, a potem jeszcze dwie panie, które wyskoczyły na targ po ziemniaki". Kiedy już byłam tuż przy drzwiach pokoju rejestracji zażartowałam do pań za mną: "Najlepiej, jak się już jest w środku i się wtedy okazuje, że brakuje jakiegoś mało istotnego dokumentu". Po czym stwierdziłam, że w sumie to patrzyłam na moje świadectwa pracy, ale było to w biurze w nerwach, więc być może coś przeoczyłam... Zaiste przeoczyłam. Kutwa, gdybym popatrzyła godzinę wcześniej, to mogłabym podejść rzut beretem do firmy, ale teraz już byłam proszona do środka. Oczywiście okazało się, że pani nie może mnie zarejestrować, ale była na tyle uprzejma i zgodziła się na moją prośbę, że ja szybko uzupełnię, bo firma rzut beretem. W każdym razie wszystko trwało bite 4 godziny z życia.

Regina

 

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl