Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
niedziela, 29 listopada 2009

Wybaczcie mi egocentryzm, ale dzisiejszy wpis będzie w całości przeznaczony dla mnie. I może jeszcze 6 milionów Finów. No i kilku tysięcy Polaków. I pewnie paru tysięcy innych ludzi na świecie. Ale w każdym razie - z myślą o mnie.

A powód tego taki, że wpis będzie po nie-polsku i po nie-angielsku. Otóż, ponieważ, jakoże cały czas próbuję się zmobilizować kopami w pośladki do pilnej nauki fińskiego, postanowiłam opublikować wpis w tym właśnie języku. A co? Miejsca na serwerze nie ubędzie. Tj, ubędzie, ale nie aż tyle, żeby szary blogowicz się musiał z tego powodu czuć winnym. Prawda? I w ogóle SE myślę, że zrobię tutaj taką małą zakładkę do bloga, w której będę pisać po fińsku. Pisać, to za dużo powiedziane na razie. Na razie to będę pisać po polsku po czym wrzucać to co napisałam do translatora Google i rozśmieszać tą nieudolną translacją fińskich znajomych.

A dzisiaj tak, żeby zainaugurować początek upadku tego bloga (kto to będzie czytał teraz?), publikuję a raczej republikuję jeden z wcześniejszych wpisów, a co by może trochę odświeżyć Wam i sobie pamięć, że jeszcze całkiem niedawno takie ciekawe i miłe rzeczy się na przytrafiały w życiu. Wpis pochodzi z zasobów bloga a tytuł jego...no właśnie.Zgadnie ktoś? (i nie "czterdzieści i cztery"). Dla ułatwienia pogrubiłam te słowa, które dla translatora Google wydały się tak bardzo sfamiliaryzowane z językiem oryginału, że postanowił je zachować w wersji niezmienionej. (oraz dwa wyrazy, które Google zamienił na słowa angielskie, a bo tak).

 

Ja miten täällä ei saa kostonhimoinen narttu? Se ei voi olla. Tarvitaan. Se mies nousee ylös, ja jopa neljä ihmistä, 6.45 aamulla, ota raketit, pallot, telat, korot ja mennä. Mene, mene, jota kaupunkien viheralueiden, vesi, sillat, mene, kuten Rambo klo 4 aamulla ja lunta, niin että meidän ei ole lunta, mutta myös kova. JDA, vaikka ajaa vain tehdä. Joten on aikaisempi, ennen kuin niitä, jotka-ei-heidän-ehkäistä (Ubieców). Joten se toistaa. Kohteessa tennis.Tilintarkastustuomioistuimen - ja miten - ilmaiseksi.

Ja mitä Kurna? En tietenkään voi olla, että tämä tarina päättyy hyvin, koska yhteisöjen tuomioistuimen tietenkin jo käytännössä bekhendy ja forhendy estää noin kaksi - sinun täytyy lisätä - niezmachane. Pyydän jo pitkään? Reset yleinen vastaus: puoli tuntia. Vasta alkanut.Huora! Kauemmin pelaat-mitä-ennen-Nami, vastaus kysymykseen "kuinka paljon?" sisältää lyhyempi Adverbiaali aikaa: juuri alkanut, juuri alkanut, toinen sitten aloitimme, tällä hetkellä lähdetään, ei ole vielä aloitettu ... ja niin edelleen. Vaikka olemme nähneet visuaalisesti, kuten tennis tule tuntia aikaisemmin se silti sanoa, että se on vain alkanut. No se oli kaunis, mutta ainakin, joten pidättäytymään ajatellakaan pierdolisz poika, että ennen päänsärky ".

No, odota. Mutta ei toimettomana. Wypróbowałyśmy kaikki käytössä olevista puistossa, ja tietenkin kaikki kouluikäisiä lapsia, niin meidän pitkän pitkän nieszkolne ass joskus ei sovi keinut, huvipuistolaitteissa ja piaskownicach, mutta mitä tahansa. Kun asut! Nro 7 aamulla ja oli niin pieni mahdollisuus, että zobaczyłaby meille mahdollinen rakkaus elämäämme (Kurna onko meillä tarkoitus jakaa elämässä talonpoika? Ikään kuin se lausui Mr. Strange: Se ei ole huono idea. Mutta se on hyvä idea:))

Kun kaikki laitteet on testattu (mukaan lukien Kurna, jossa on pieni moottori keväällä, jossa ihminen on hänelle gibać edestakaisin, mutta pieni mies, ja olemme tässä moottoripyörä wisiałyśmy ontua takaisin viisi centymetrów maanpinnasta ja voi olla mahdotonta szataństwem gibnąć eteenpäin), katsomme kelloa ja siellä "on jo aika pitkän aikaa, on tennis soittamalla meille, me tarkastelemme tuomioistuimissa, ja katselin hänen katsella, tarkastella tuomioistuimissa jälleen hänen katsella, veitsi taskussaan hienotunteisesti avautuu, katsomme kelloa , tuomioistuimet, itse ... Ja mitä? Leikkiä! Niezmachani! O vuohi ass! Odotan niitä kaukaa wieloznaczym silmät, mutta pitkällä odotan, sitä enemmän olen sitä mieltä, että silmäni ovat voimattomia. Ei tule alas.

Ja mikä on neljä hyvätapainen, mukava, fiksu, mukava, koulutettuja, asiallinen tytöt tehdä tällaista hetkellä? Pyytää, että menit, sillä aika on pois? Vedä niiden ohjukset ja laittaa ne välillä omia pakarat? Mejbi:) Kyllä. Ne ovat pää roikkua alaspäin, ja mykistys kotiin. Hyvin se meni. Vaikka täytyy myöntää, että tunsin energian kuorittavien kirous, jotta kertoa heille, että minä halveksin kaverit, jotka käsittelevät luopua, jotta yleisissä tuomioistuimissa, he eivät voi edes Haistakaa paska, ja että ... että ... että ja niin on vähän raketti ! Real miehet ovat kuin raketti NASA: n kanssa, kuten Saturnus polttomoottorin! Anna niiden pudota puun tällaisia ohjuksia.

Otimme myös raketteja ja ohut, ilman sanaa opuściłyśmy viheralueita. Hyvin. Surullista kyllä, yhteensä vain sisäisesti owkurzałam, ja tennis ei pograłyśmy. Mutta przynajmniej raketteja johdettujen kävelemään ... Seuraavan kerran kun hylätä ne sauvat, joka kulki hyvin elokuussa.

:)))) buhahaha

 

Ale ubaw:) Ale "kurwa" przetłumaczył na "huora" co oznacza standardową "dziwkę", co mnie trochę śmieszy a trochę przestrasza, bo przecież nie to chciałam powiedzieć używając słowa na ka. Ale huivi z tym. I teraz też nie chciałam powiedzieć, tego, co to po fińsku oznacza.

 

JOL :)))) (nie może przestać się pokładać ze śmiechu oraz zrozumieć dlaczego się pokłada)

czwartek, 26 listopada 2009

Chociaż jestem chora i nie mam za wiele siły, nie darowałabym sobie, gdybym nie podzieliła się z Wami, szanownymi czytelnikami kapelutków, moją wczorajszą przedziwną rozmową z panią z dziekanatu. Jak wszyscy, którzy choć rąbkiem u spódnicy otarli się o część życia zwaną studiowaniem, wiemy - pani z dziekanatu jest dla studenta ważniejsza niż dziekan, rektor, prezydent, idol, życiowy partner, rodzice a czasem nawet i bóg. A przynajmniej pani z dziekanatu wydaje się, że tak jest oraz, że tak, w naturalnym porządku świata, być powinno.

Ale, ale. O so Chosi. Chosi o to, że jedne me studia, te drugie, w sumie spaliły na panewce, trochę ze względu na mój wyjazd, trochę dlatego, że nie podeszłam do żadnego egzaminuJ W każdym razie, po przestudiowaniu regulaminu studiów, wymyśliłam sobie, że w tym roku dam sobie spokój i dam się skreślić z listy studentów, a za rok może się reaktywuję, a może nie. Potem wyszedł wyjazd, jak pamiętacie decyzję podjęłam w ciągu kilku godzin w poniedziałek, moje pięcioletnie życie w Krakowie spakowałam do worków w ciągu dwóch następnych dni, a w sobotę wyjechałam do Tallina na pół roku.

Nie zdążyłam załatwić wszystkich pilnych spraw, jak to się śpiewa. Wyjazd i ciężkie roboty na obczyźnie oczywiście nie przeszkodziły mi w kontynuowaniu mojej pasji – czyli dostawaniu się na studia, toteż będąc w Tallinie zostałam studentką kolejnego, szóstego już, kierunku humanistycznego na mojej szacownej uczelni o, niestety, nieprzyzwoitym skrócie nazwy – UJ.

Euforia (buhahaha, raczej chleb powszedni) podostaniowa minęła szybko, kiedy okazało się, jak wiele problemów jest z wpisaniem mnie na owe studia, ponieważ ciało moje wraz z moim dowodem osobistym znajduje się w Tallinie a pisemne upoważnienie i pełnomocnik nie wystarczają w naszym dziwnym kraju, do wyegzekwowania swojego prawa do studiowania, kiedy ma się taki potencjał jak jaJ Interweniowałam nawet w konsulacie, sam konsul osobiście dzwonił w tej sprawie do dziekanatu i cóż, nie pomogło. W końcu udało mi się przeteleportować mój dowód osobisty do Polski i wpis na studia zaskoczył. Hura. Ale to nie koniec. Okazuje się, że wpisanie się na studia to pestka w porównaniu z wypisywaniem się ze studiów. Otóż na moim starym kierunku, pomimo niezłożenia indeksu i niezaliczenia sesyji, nadal teoretycznie jestem studentem, ponieważ skreślenie z listy wcale nie następuje automatycznie, ale trzeba się o nie bardzo naprosić.

Wysłałam mojego drugiego pełnomocnika w postaci tym razem kobiecej, ażeby uprzejmie poprosiła o skreślenie Pani Jolanty z listy studentów, co by ten nowy kierunek mógł podbić jej legitymację. I klops. Upoważnienie musi być notarialne. Albo konsularne (koszt ten sam). A jak nie, to mogę wysłać faksem poświadczenie mojego podpisu podbite przez mojego pracodawcęJ Ha, czaicie taki wałek? Poświadczenie podbite przez pracodawcę (który równie dobrze może być panem Zbychem z warzywniaka, u którego wcale nie pracuję, ale poprosiłam go, żeby mi cos tam podbił, bo potrzebuję) ma większą wartość niż upoważnienie podpisane moją ręką z moim podpisem? Jedno i drugie może być tak samo niewiarygodne, prawda? Prawda. Ale nie dla dziekanatu. W związku z tym, SE myślę, zadzwonię tam. I jak pomyślałam, tak zrobiłam.

Zadzwoniłam, będąc ekstremalnie uprzejmą, przedstawiłam się, wyjaśniam sytuację, mówię, co i jak i pytam: „Jak można tę sprawę rozwiązać?”. I tu zaczęła się wypowiedź, której sens nie do końca zrozumiałam, ale generalnie wyszło na to, że jestem bezczelna, ponieważ czegoś się domagam, robię wszystko nie tak jak powinno być i to jeszcze specjalnie, tylko po to, żeby utrudnić pani sekretarce życie, złośliwie zadzwoniłam w godzinach, kiedy sekretariat załatwia sprawy studenckie, żeby studenci śmiali się z pani sekretarki, że biega z telefonem, nie myślę w drugą stronę (czyli jak??), oraz, że swoim zachowaniem poruszam się na granicy dobrego smaku (???). Przy czym podkreślam – byłam bardzo uprzejma, nawet wielokrotnie przeprosiłam panią, że tak to wyszło, ale zadzwoniłam, żeby dowiedzieć się jak tę sprawę załatwić tak, jak należy. Moją ulubioną kwestią jest: „Poza tym powinna pani oddać kartę egzaminacyjną (tu biję się w pierś, że faktycznie nie przekazałam na czas mojej pełnomocniczce karty, ale będzie ją mieć w poniedziałek). Karta egzaminacyjna jest własnością Uniwersytetu Jagiellońskiego. A pani, że tak powiem, chciała skreślić się z listy studentów nie oddając cudzej własności” (?)

No i wydało się! A już myślałam, że nikt nie zauważy, że podwędziłam tę kartę. Chciałam uciec na Barbados i z perwersyjnym rechotem, tarzać się nad brzegiem oceanu w mojej najnowszej zdobyczy. Ale trudno, trzeba będzie oddać kartę i pojechać na Barbados bez.

Ale, co dalej. Ostatecznie okazało się, że CHYBA nie muszę wysyłać upoważnienia z podpisem pracodawcy i CHYBA można to załatwić ze starym upoważnieniem, byle tylko indeks był. Ale nie wiem na pewno, czy dobrze zrozumiałam.. Za dużo było w tym wszystkim absurdu. Oraz uprzejmego cynizmu (bo trzeba zaznaczyć, że pani z dziekanatu nie nakrzyczała na mnie, mówiła w sposób niezwykle miły, ale to CO mówiła było tak chamskie i niesprawiedliwe, że w połączeniu w tym JAK to mówiła, cała wypowiedź była wręcz perwersyjna, a na pewno sprawiła przyjemność pani z dziekanatu)

W każdym razie, już sama rozmowa telefoniczna przypomniała mi, jak niesprawiedliwym, pod każdym względem, okresem życia są studia.

Człowiek jest młody, pomysłowy, jurny, góry chce przenosić, a tu ani nie ma kasy, ani nie ma czasu, uczelnia jakoś przenoszeniu gór nie sprzyja, człowiek sam nie bardzo wie jak i dokąd by te góry przenieść, presja czasu, sesja, presja samospełnienia, sesja, presja kasy, sesja, presja, sesja, presja, dyplom, presja pracy, brak pracy, presja, presja, presja, starość...

Boże, strzeż nas przed paniami z dziekanatu.

 

JOL

środa, 25 listopada 2009

 

NAREŚCIE!

Święta. Idżaza. Wolne. Wprawdzie już pierwszego dnia "po" kolejny egzamin, ale na razie ta myśl nie zakłóca jeszcze mej radości z dziesięciu dni błogiego lenistwa.

Jakie mam plany? Nie mam. Wolę życie bez planu;)

Najchętniej przeleżałabym w łóżku oglądając Przyjaciół albo House'a. Ale nie da się. Trzeba wychodzić, zwiedzać, poznawać ludzi. I pisać magisterkę - na sam widok/dźwięk tego słowa dostaję mdłości, migreny, udaru i zatrzymania akcji serca.

A no i jeszcze gruntowne sprzątanie, gruntowne pranie i gruntgowne malowanie paznokci mnie czeka.

Tyle rzeczy muszę zrobić, że prawdopodobnie na błogie lenistwo już nie starczy czasu:(

I jeszcze problem na ten baaaardzo długi łikend: Dlaczego wszycy chcą się od razu ze mną żenić? Może najpierw się poznamy?

 

Re

 

poniedziałek, 23 listopada 2009

No i bendem mnieć grypem. Albo już mam.

 

JOL

Tym się ostatnio zajmuję - robię z igły widły oraz szukam dziury w całym.

Własnoręcznie wykopałam sobie dół, do którego dobrowolnie weszłam, po uprzednim przekonaniu samej siebie, że jestem nieszczęśliwa.

I tak sobie siedzę.

Słucham starych smętów, które przypominają mi różowe lata 90. oraz zupełnie przy okazji uświadamiają mi, jak krótko trwa przemijanie. I że tyle rzeczy powinnam była zrobić przed dwudziestką czwórką;) I że co się stało, już się nie odstanie. I że nie mogę zrobić wszystkiego i dlatego nie robię nic.

Myślę o tym, co będzie dalej? Co chcę, żeby było? I nie wiem. Wniosków brak. Za dużo niewiadomych w tym równaniu, a ja aż tak dobra nigdy z matmy nie byłam.

A może to całe zdołowanie to tylko, po bólu zębów albo głowy, kolejne stadium reakcji obronnej organizmu na naukę? Jutro egzamin.

Nawet miło w tym dole. Posiedzę jeszcze chwilę. Przy kawie.

 

Re

 

Tak, tak - wiem: w dupie mi się poprzewracało od tego dobrobytu.

 

niedziela, 22 listopada 2009

Koniec. Koniec Przyjaciół... Nie mogę uwierzyć, że to już... Nie będzie już kolejnego odcinka? Nowego faceta Rachel, dowcipu Chandlera, lazanii Joeya? Ross nie zrobi już nic żenującego, Phoebe nie napisze nowej okropnej piosenki a Monika na nikogo nie nakrzyczy? That's it. That's it???

To co ja mam teraz robić w życiu??? Znaczy się, w życiu w Tallinie.

:(((

 

JOL.

sobota, 21 listopada 2009

Mamy w pracy epidemię grypy. Jesteśmy przetrzebieni. W piątek cztery kolejne osoby poszły na chorobowe. Mamy do dyspozycji maseczki i nakaz zgłaszania przełożonym, że nasi koledzy źle się czują.  :) No i mamy też nakaz sterylizowania rąk po wyjściu z kibla oraz dezynfekowania klawiatury przed zasiąściem (zasiądnięciem?) do pracy. Tak więc jesteśmy na każdym kroku dezynfekowani i sterylizowani. Przyrost naturalny na pewno spadnie.

Ale, żeby nie było tak smutno, to płyn dezynfekująco-sterylizujący jest na bazie alkoholu. A ponieważ tu jest cały czas ciemno i łatwo wpaść w depresję, naszą ulubioną czynnością jest teraz chodzenie do kibla. Stamtąd zawsze wracamy z uśmiechem na twarzy spowici kojąca wonią etanolu. Ludzie w pracy jakoś od razu wydają się atrakcyjniejsi. Szkoda tylko, że jesteśmy wysterylizowani...

W ramach obrony przed grypą, wczoraj z koleżanką postanowiłyśmy się wysterylizować także od środka. Tj od strony żołądka, używając w tym celu oczywiście etanolu w postaci zabutelkowanej. Dżin z butelki powiedział mi, że ja nie będę chora, ale dziś coś kiepsko się czuję. I nie, że mnie tam głowa boli. To pikuś. Gardło mnie boli! Kaszlę. Myślę, że to przez to, że byłam zmuszona to jechania wczoraj dwa razy autobusem, czego normalnie unikam w każdy możliwy sposób. Ale wczoraj musiałam.

I co? I pewnie ktoś na mnie nakaszlał. Świńska twarz!

A teraz od kilku godzin siedzę w ciemnościach, bo słońce chyba dzisiaj też miało chorobowe. Ugotowałam kaszę gryczaną z warzywami i łososiem (znowu muszę jeść ryby, damn it!) i zastanawiam się, kiedy ktoś uprzejmy zrzuci wreszcie świńską grypę na Wielką Brytanię...

 

jol.

piątek, 20 listopada 2009

 

Chciałam się trochę zdemotywować, więc jak każdy Polak w takiej sytuacji postanowiłam odpalić demotywatory.pl....

W życiu tak się nie zdemotywowałam!


Access Denied (content_filter_denied)

Your request was denied because of its content categorization:

"Adult/Mature Content;Humor/Jokes"



For assistance, contact your network support team

 

Jak widać dorosłe/dojrzałe zadowolenie treści, humor i żarty są w tym kraju niedozwolone.

No country for old men ;)

 

Re

 


czwartek, 19 listopada 2009

Właśniem weszła, ażeby podzielić sie moimi ostatnimi odkryciami muzyczno-wizualnymi, a tu taka niespodzianka. Jestem wyrodną matką z piekła:) Nice.

Ale, do rzeczy. Muszę się przyznać, że trochę zdradziłam. Swój gust muzyczny. Żeby tak przybliżyć, to muzykę pop lubiłam do tej pory posłuchać na imprezie czy w samochodzie. Intencjonalnie, dla własnej przyjemności wybierałam raczej coś progresywnego, instrumentalnego czy z mocnym uderzeniem.  Ale jedna artystka pop ostatnio rozwala mnie na całego. Wizualnie i muzycznie też, muszę to przyznać. Mówię o Lady Gaga. Dziżusie, to jest chyba największe moje popowe odkrycie od czasu ... no właśnie...od czasu kiedy uświadomiłam sobie, że Britney Spears to też niemały muzyczny talent w swojej kategorii.

Ale Lady Gaga wymiata dubeltowo. Jej klipy, czy kto je tam dla niej robi, są po prostu jak małe idealne dzieła sztuki. Przy tym narkotyczne. Oczu nie mogę oderwać. Do tego świetne utwory, niemęczący głos, niebanalna twarz. Jestem pod wielkim wrażeniem. Doceniam słuszną muzyczną drogę, jaką ta pani obrała. Te kawałki na stówę przejdą do klasyków pop. A jak nie, to na znak protestu ja zacznę solową karierę na scenie muzycznej country (nikt tego nie przetrwa).

Po "Poker face", "Beautiful Dirty Rich" i "Just Dance" myślałam, że Gaga już mnie niczym więcej wizualno-muzycznie nie rozwali, a tu proszę, suprise!

"Paparazzi" to, mówcie co chcecie, majstersztyk. To jest tak solidnie skomponowane, że aż oczy wyłażą na wierzch. Muzyka, ruch, zdjęcia. Wszystko MUSI iść razem, osobno zupełnie traci sens. Dżizas, a te stroje. Kocham projektanta kostiumów Gagi.

Te klipy mają klimat NY lat 60. Ta sztuczność ruchów, te kolory, stroje, pozy, wydaje się, że coś takiego musi być wymuszone, a tu wcale nie. Ten świat z klipów Gagi jest niesamowicie naturalny, jakiś taki dotykalny. Oglądanie tego sprawia mi wręcz perwersyjną przyjemność.

 

Nie wiem, czy ja to tu legalnie wrzucam, ale trudno. Patrzcie i wstrzymajcie oddech

od 3:05 - Gaga wynoszona z samochodu a po drodze świetni tancerze,

3:50 - Gaga wstaje z wózka,

4:19 - marsz o kulach przeplatany fotami z miejsc zbrodni,

od 5:00 - taniec w białych strojach, nie wiem czemu, ale wymiękam tu zupełnie (mógłby być lepiej zatańczony, ale w sumie to, że Gaga trochę się spóźnia wygląda ciekawiej),

od 6:32 - cała scena po otruciu kochasia :)

 

No macie, nacieszcie już i swe zmysły:

 

ps. w tym wszystkim tylko umknął twórcom fakt, że w scenie otrucia kochaś ma klapkę na prawym oku, a Gaga grzmotnęła go w lewe :)

JOL

 

Nie ma ich.

Wyjechały.

Jedna do piekła, druga...

W sumie też.

Nie dzwonią.

Nie piszą.

Nic.

Porzuciły...

Swoje...

Kapelutki...

 

 

piątek, 13 listopada 2009

 

"Wybrałam ten dzień na napisanie maila do Ciebie, by z okazji 11

Listopada przesłać Ci odrobinę polskiego klimatu z domieszką

patriotyzmu.

Tak więc moja Kochana! U nas za oknami szaruga, pada deszcz i jest

dość chłodno.. Najprościej mówiąc, PO PROSTU PIŹDZI i nic, tylko

siedzieć w knajpie i sączyć piwo - lub jeszcze lepiej nie wychodzić

spod kołdry i wspomagać endorfiny wynalazkiem w postaci

grzanego wina:) (...) Na ścianach budynków i nad oknami

powiewają nasze piękne biało-czerwone flagi (nie mylić z flagą

Indonezji, która jakże podobna w swych kolorach do tej naszej, może

zwieść nawet najgorliwszego patriotę na emigracji!). Tak więc

powiewają te nasze flagi, ale powiewają coraz słabiej, bo mokre od

deszczu są zbyt ciężkie, by dumnie dyndać na wietrze.. Sklepy

pozamykane, większość mieszkańców Lublina cieszy się z niepodległości

w zaciszu swych domów, chodnikami spacerują zadumani harcerze...

 

Noo i to by było chyba na tyle, jeśli chodzi o aurę 11 Listopada. Opis

minimalnie podrasowany, ale tak chciałam, żebyś poczuła ojczysty

klimat! :)"

 

Poczułam.

Wszystko, co kocham zostało w Polsce...

(Mam oczywiście na myśli alkohol, szarugę i jesienną deprechę)

 

Re

 

 

środa, 11 listopada 2009

 

Wreszcie jakaś odmiana od tej uśmiechniętej, różowo-cukierkowej, uprzejmie-wkuriwjącej rzeczywistości. Wreszcie jakaś normalność.

 

WW: a ty dzisiaj świętujesz? :) skąd ten uśmiech kurwa, przecież nie mam żadnego powodu, żeby się cieszyć.

R:świętuję w ten sposób, że poszłam dziś na zajęcia ubrana na biało-czerwono i pomalowałam paznokcie na biało-czerwono oraz miałam refleksję patriotyczną. co u WW?

WW: nic dobrego. kurwa ale mam zjebany tydzień/miesiąc/rok/życie.

 

Jak ktoś nie wie, Wielki Wizjoner żył przez 4 miesiące bez internetu i już zdążyłam zapomnieć jak nam się zawsze miło GGawędzi:)

 

Re

 

Jak wielkim trzeba być ignorantem, ażeby uważać i być przekonanym w stu procentach, że:

- jeśli NIGDY nie słyszałem (ja ignorant) się o jakimś filmie, to znaczy, że jest on beznadziejny, znany tylko na Kaukazie, tani i nie wart obejrzenia (mówimy o WSZYSTKICH filmach oraz seriach Monty Pythona, filmach Davida Cronenberga, Pulp Fiction, filmach Darena Aronofskiego itd.)

- mój kraj jest centrum technologicznym i cywilizacyjnym świata i poza nim oraz Stanami Zjednoczonymi nie ma innej godnej uwagi cywilizacji, reszta świata jeszcze siedzi na drzewach lub zajmuje się łupaniem kamieni na drodze

- w życiu liczy się tylko to, jak bardzo RZECZ jest modna i dizajnerska. Nie warto, nawet za milion dolarów, założyć na siebie wycieranych spodni, bo nie są dizajnerskie

- WSZYSTKO wyprodukowane w krajach słowiańskich jest tanie, beznadziejne, niesmaczne i śmierdzi

- Polska do Kaukaz i nie ma tam nic do oglądania, w ogóle w żadnym innym kraju poza moim i Stanami nie ma nic godnego uwagi (warto zaznaczyć, że nasz ignorant nie był nigdy w  żadnym kraju na dłużej niż kilka dni, oraz nie był w większości krajów europejskich, w swoich ukochanych Stanach Zjednoczonych tyż nie)

- fajnie jest pracować w sklepie muzycznym, bo można wiedzieć, co się dzieje na świecie

- najistotniejszą sprawą w życiu jest seks, marihuana i dizajn

- wszystko produkcji estońskiej jest najlepsze na świecie, a jesli coś produkcji estońskiej okazuje się niezbyt dobre, to na pewno jest zrobione w zachodniej części w jakiejś małej firmie.

- dramatem psychologicznym jest film o duchach i paranormalnych zjawiskach w nawiedzonym domu

-  tylko ja (ignorant) potrafię w internecie zajmować się czymś innym niż oglądaniem youtube, stron porno i seriali (tak naprawdę, nie wiem, co można robić w internecie, bo cały czas z wielkim przejęciem oglądam filmy o duchach i epidemiach niszczących miasta w Stanach Zjednoczonych)

- religia jest jakąś śmieszną bajką  (jasne, że paranormalne historie są bardziej prawdopodobne) a ludzie, którzy praktykują jakąś religię nie mogą być naprawdę dizajnerscy bo są ZAWSZE bezzębnymi dziadkami w obdartych kufajkach siedzącymi przed swoimi słowiańskimi chałupami, którzy nie wiedzą, co to jest telewizja i dizajn, bo ksiądz nie pokazuje tego podczas mszy

- wszyscy ludzie są głupsi ode mnie (ignoranta), choć tak naprawdę jestem ignorantem, dlatego każdy moment, w którym ktoś okazuje się wiedzieć więcej niż ja, sprowadzam do idiotycznej odzywki najlepiej ad personam (aha, i nie wiem co to znaczy "ad personam", ale w sumie mam to w dupie) albo dotykającej spraw fizjologicznych, bo jestem pewien, że większość ludzi poczuje się w takiej sytuacji nieswojo i tym sposobem będę górą)

- najgorsze w pracy lekarza jest to, że musi myć bezdomnych, którzy mają wypadek (styczność z krwią jest niczym w porównaniu ze stycznością z brudnym bezdomnym), aha, a poza tym nie wierzę, że lekarze naprawdę myją pacjentów, przecież to okropne, wycierać komuś tyłek, fuj

- duże szczekające znienacka zza płotu psy powinny być usypiane

- mam wszystko w dupie oraz codziennie piję alkohol i bo to nonszalanckie być codziennie na lekkim rauszu (nie wiem co to znaczy nonszalancja, ale chyba pasuje, co?). Poza tym afiszuje w ten sposób posiadanie wszystkiego w dupie

- piwo jest dla plebsu, ja piję wino oraz wódkę (tak naprawdę nie mam pojęcia, co znaczy pić wódkę, bo zawsze piję wódkę smakową cytrynową z ogromną ilością soku bo smak wódki jest dla mnie trochę za mocny. Pić czystą wódkę? No coś ty, fuj...) Aha, no i po wypiciu jednego wina i dwóch piw jestem taaaaaki pijany, ojej ależ jutro będę miał kaca, uwielbiam to.

- mój komputer HP ma rewelacyjny dizajn, dlatego go kupiłem. Asus? Kiedy to było zrobione? W dziewiętnastym wieku? (co z tego, że mój HP ma tylko dwa wejścia USB i jest zaskakująco niefunkcjonalny, najważniejsze, że błyszczy i jest taki płaściejszy)

- asfalt na chodnikach wygląda tak tanio...

- jestem zajebisty bo podpalam marihuanę a moją ulubioną stroną w necie jest forum o hodowli grzybków halucynogennych

- Finowie są pijakami i gejami, Rosjanie są przestępcami, Litwini są złodziejami, Polacy są z Kaukazu a rasa żółta jest jak robaki i należy ją niszczyć

- jestem rewelacyjny i dizajnerski, nie mam zielonego pojęcia, co ludzie robią w życiu a brak świadomości  tego daje mi jeszcze większe poczucie własnej zajebistości (tak naprawdę nie mam tego poczucia, oczywiście jestem zajebisty z samej definicji mnie). A tak w ogóle, co innego można robić w życiu poza paleniem papierosów, piciem wina, jaraniem trawy, kupowaniem ciuchów z fajnymi metkami, oglądaniem seriali i byciem dizajnerskim? Oczywiście, że nic. Cała reszta światowej populacji, poza Stanami Zjednoczonymi of kors, ma życie nudne i szare jak słowiański papier toaletowy, tapla się w brudzie i smrodzie oraz je gówniane słowiańskie żarcie i niebieskie od chemikaliów polskie jabłka z robakiem w środku)

???

 

Wszystkie powyższe przykłady są jak najbardziej autentyczne i pochodzą ze złotych ust oraz przemądrej głowy Wielkiego Pięknego Pana Lokatora. Jego ignorancja sięga tak daleko, że nie jest możliwe pokazanie mu, jak bardzo się myli, ponieważ jest to człowiek bezrefleksyjnie przekonany o swojej racji oraz swojej i swojego narodu wyższości nad innymi ludźmi oraz narodami. Przypadek beznadziejny. Nie ma sensu się nawet denerwować.

Ja wiele rzeczy jestem w stanie u ludzi zrozumieć, ale ignorancja jest czymś najgorszym, bo rodzi się z głupoty, karmi się nią i sama też ją produkuje. Sama głupota-głupota jest czymś uleczalnym, głupota nie wyklucza refleksji. Ale ignorancja-głupota niestety jest nie do pokonania w standardowy sposób, ponieważ ignorancja jest trochę bardziej wyrafinowana niż głupota i skutecznie wmawia osobnikowi nią dotkniętemu, że jemu refleksja nie jest potrzebna bo jest zajebisty.

Precz z ignorancją. 

 

JOL>

 

 

poniedziałek, 09 listopada 2009

 

Drzewa na jesieni

Wszystko się zieleni

 

Wielkim wizjonerem był poeta, choć poetą nie był Wielki Wizjoner. W ogóle kwestia poety w tym przypadku jest… skomplikowana, bo jeśli dobrze wiemy, że podmiot liryczny może być zbiorowy, to o zbiorowym podmiocie autorskim już nie słyszymy tak często. Może dlatego, że gdy autorów jest dwóch, zasadnicze pytanie: co autor miał na myśli robi się problematyczne. Zwłaszcza, gdy autorów jest… trzech.

Choć z drugiej strony przy analizie poezji autor jest w sumie nieważny, bo do nas przemawia przecież podmiot liryczny. A podmiot liryczny w tym wierszu jest raczej pojedynczy, bo świadczą o tym kolejne wersy:

 

Słońce, trawa ściółka

Idę do kościółka

 

Jak w pysk strzelił 1 osoba liczby pojedynczej! Hmmm, pogubiłam się… porzucę analizowanie poezji, wyszłam z wprawy. Zresztą i tak nie o tym miało być.

W każdym razie wiersz to wizjonerski jest, bo u mnie właśnie drzewa na jesieni, wszystko się zieleni. Drzewa, trawa, ściółka też. Nawet słońce. Do kościółka wprawdzie nie chodzę, ale głównie dlatego że nie bardzo mam jak. Kwitną kwiaty i może nawet niedługo spadnie deszcz. I jako że lubię jesień tak w ooogóle, jej zielona twarz także do mnie przemawia.

A wy się cieszcie, bo właśnie opublikowałam jedną strofę wiersza nigdy wcześniej niepublikowanego, autorstwa trzech wybitnych osobiści: Pana Dziwnego, Pana B. oraz X-mena. Zrobiłam to bez ich zgody, a nawet wiedzy, więc rozkoszujcie się poezją wysokich lotów zanim zostanę oskarżona o naruszanie praw zbiorowego podmiotu autorskiego oraz zmuszona do usunięcia wpisu.

 

Re

 

 

sobota, 07 listopada 2009

A ja chciałam tylko powiedzieć, że oto uroczyście otwieram sezon 10!

I to jedna z moich ulubionych czołówek.

 

Jak się skończy, zacznę od początku:)

 

JOL.

18:16, kapelutki
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl