Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
niedziela, 25 listopada 2012

 

Napisałam kiedyś tu na Kapelutkach, że jeśli do końca roku nie wyprowadzę się z domu, to stracę do siebie szacunek. Cóż... nic nie wskazuje na to, że się wyprowadzę... Doszłam jednak do wniosku, że powinnam zrobić przynajmniej COŚ. Postanowiłam więc spakować do pudeł wszystko to, co chciałabym ze sobą zabrać, gdybym miała wynieść się na swoje. Zdecydowałam też zakupić nową kordłę. Dużą. 180x200 minimum. Gdy już będę mieszkać sama, zamierzam nie spać sama. Nie wiem wszakże, kogo mogłabym wpuścić do wyra, ale może do momentu wyprowadzki ktoś się napatoczy. Oby.

A zatem szykuję sobie wyprawkę. Wiano, o którym moi rodzice nawet nie chcą myśleć. Za karę, gdy przyjdzie co do czego, zabiorę im najładniejsze kieliszki, które od 25 lat tylko kurzą się w kredensie. Zawczasu urządzę mieszkanie, którego jeszcze nie mam. Wszak wizualizacja ma wielką moc!

Poza tym, modlę się do świętego Jacka. Podobno pomaga w przeprowadzkach.

 

 

Re

 

sobota, 24 listopada 2012

Jolanta do Pana M.: Dlaczego chodzisz do pracy w swetrze? Jeszcze takim starym.

Pan M.: A co jest złego w swetrze?

Jolanta: Jest nieelegancki. Nie mógłbyś założyć koszuli i marynarki? 

Pan M.: Ale po co mam być elegancki, skoro nie przyjmuje klientów?

Jolanta: Bo to świadczy o mnie! Ludzie z pracy sobie pomyślą, że żona o Ciebie nie dba bo Ci pozwala chodzić w takim starym swetrze!

 

Kilka dni później Pan M. siada do śniadania w ładnej koszuli i najlepszej marynarce, wypachniony, uczesany niczym boski Fabio.

Jolanta: Czemu się tak ładnie ubrałeś do pracy? Dla kogo? Zdradzasz mnie. 

Pan M.: O_o

 

 

:) Ale za chwilę sobie przypomniałam :)

 

JOL. 

środa, 21 listopada 2012

Jestem przerażona. Serio. Właśnie sobie przypomniałam, że jestem przerażona tylko miałam za dużo pracy ostatnio, żeby porządnie się nad sobą użalić. Najchętniej bym się upiła. Kupiłam sobie nawet aromatyzowany napój a la wino, ale nie zadziałał. Moja trzeźwa percepcja jest niezachwiana.

Jeśli kiedykolwiek mówiłam o czymś innym, ze jeszcze nigdy nie byłam tak przerażona, to zmieniam zdanie – TERAZ jeszcze nigdy nie byłam tak przerażona (mówiąc teraz mam na myśli cały stan byyyłogosławiony ze szczególnym naciskiem na początki tego stanu oraz nawrót przerażenia obecnie). Boję się bardzo a mój strach odbija się bólem w plecach i innych fizycznych częściach ciała. Nawet nie wiem, czego się boję. Chyba nieznanego. Egzaminy, rozmowy kwalifikacyjne, inne stresujące sytuacje, które do tej pory zdarzały się w żywocie Jolanty mogłam sobie wyobrazić, ale teraz nie wyobrażam sobie nic. Nie wiem, jak sobie wyobrazić. Dziś mi się śniło, że urodziłam dziecko, które było zrobione z masy koksowej i polane czekoladą, słowem było taką dużą kokosową pomadką. Wiec je zjadłam. A co miałam zrobić? Jedząc je myślałam, że w sumie i tak nie wyszło za dobre, więc zrobię jakieś nowe, lepsze. Wiem, senna patologia. Co ja poradzę?

To jest wszystko przerażające. I wcale nie jest tak, że skoro „wiedziałam, jak się robi dzieci” i „sama chciałam” to nie znaczy, że się tego nie boję. Długo myśl, że urodzi się dziecko była trochę obok mnie, ale od kiedy zaczęłam czuć kopniaki w pęcherz, myśl ta stała się z całą mocą uświadomiona. Jak to mówi Dylan Moran: Yes… this is true. It is… happening… to you.

I cholera, też nie jest tak, że chciałabym cofnąć czas czy, że się nie cieszę.  Po prostu się boję. Czuję się jak człowiek, który  jednocześnie otrzymał dwie bardzo ważne informacje: że właśnie wygrał milion dolarów z całą masą nagród i że zostało mu tylko 3 minuty życia (ah, ten Dylan Moran). Coś jakby:

 

 

I jakoś nie potrafię siedzieć na forach i wklejać zdjęć swojego brzucha (z cyckami). Tzn. inaczej – na forach siedzę tylko biernie, szukam odczuć podobnych do moich, ale zwykle zamiast tego znajduję zdjęcia brzucha (z cyckami… swoją drogą, jest na sali jakiś socjolog? bo ja tu widzę nowy socjo-porno-trend do zbadania).

 

I znowu nie mogę przestać gryźć paznokci a dostałam niedawno w prezencie milion lakierów. Może sobie samochód przemaluję… Aaa, kurna. Już mi się nie chce gadać. Może poprzestanę na:

 

 

 

JOL.

poniedziałek, 19 listopada 2012

 

Odkąd mój ŚP-RIP-Laptop spoczął w pokoju gdzieś pomiędzy "Dzienniczkiem dorastającej dziewczynki" autorstwa Michel Quoist a pracą magisterską autorstwa mego tj. w Kąciku Rzeczy Nieużywanych, wykorzystuję każdą możliwą chwilę, gdy Wielki Brat przebywa w bliżej nieokreślonym miejscu i siedzę przyssana do ekranu jego komputra niezależnie od tego, czy po drugiej stronie wirtualnej króliczej nory rzeczywiście jest coś godnego uwagi czy też nie. Siedzę i gapię się i nie robię nic pożytecznego. Czuwam. Pilnuję. Czasem przysypiam, nieważne. Ważne, że mój Pan Internet jest blisko.

Mogłabym przecież odpisać na te wszystkie wiadomości, bo w końcu naprawdę ktoś może poczuć się urażony, ale zupełnie nie mam do tego głowy. Zwalam to wszystko na czas, który ostatnio jakoś dziwnie mi się zagina. Wczoraj na ten przykład potrzebowałam 8 godzin, żeby odpisać Jolancie na smsa... Nie wiem, o co cho i co zacz, ale zaczyna mnie to wszystko martwić. Chyba chodzi o to, że podświadomie się izoluję. Tak przynajmniej twierdzi moja rodzina, oskarżycielsko wytykając mnie palcem wskazującym. Pardon, nic z tym nie potrafię zrobić. Instynkt samozachowawczy typowy dla osobników ze skłonnością do myśli samobójczych.

Mogłabym też na przykład iść spać. Jak człowiek. Wziąć kąpiel z olejkiem "Bazylia, trawa cytrynowa, melisa", na oczy założyć nocną opaskę à la Blair Waldorf i pierdolnąć się w świeżej pachnącej pościeli, ale nie. Ja mam swój schemat - najsampierw muszę pokatować swój kręgosłup pozycją siedząco-leżąco-podkocną i dopiero w okolicach godziny 1.14 względnie 0.49 transformować się w piżamę i powłócząc odnogami udać się do łazienki w celu umycia uzębienia.

Zauważyłam coś dziwnego w swoim zachowaniu. Mianowicie. Przy zapalanym świetle, w ubraniu i najlepiej jeszcze w barłogu zasypia mi się najlepiej. Natomiast przy zachowaniu wszystkich przepisów związanych z higieną snu - za chuja. Wczorajsza noc jest tego najlepszym przykładem. O godzinie 2.01 brak snu doprowadził mnie już do takiego wkurwienia, że wbrew zasadzie nie palenia w przestrzeni rodzinnej wyszłam na balkon zafajczyć. Najwyraźniej tego było mi trzeba i może jeszcze tych kropel deszczu, które zaczęły dudnić w dach akurat wtedy, gdy napalona wróciłam do wyra. Natychmiast ogarnęła mnie senność.

Dudniący deszcz zawsze mnie uspokaja.

 

Re

 

niedziela, 18 listopada 2012

No i stało się. Zapisałam się do szkoły marudzenia. Teraz będę mogła bezkarnie marudzić ile wlezie (w ramach ćwiczeń of cors :)). No i nauczą mnie jak marudzić w sposób profesjonalny. Mam nadzieję. 

Chcieliśmy też zapisać Kosmonautę do żłobka, ale się nie dało. Musi mieć PESEL. Jak będzie miał PESEL trzeba zaczekać jakieś 12 do 14 miesięcy, aby dowiedzieć się, czy pozytywnie przeszliśmy ostrą selekcję na bramce i zostaniemy klientami żłobka czy nie. Nasze szanse rosną, jesli już mamy w tym samym żłobku jakieś inne nasze dziecko, którego jeszcze nie mamy. Jak dobrze pójdzie Kosmonauta załapie się do żłobka tuż przed pierwszą klasą podstawówki...Yeah!

Tak na rozgrzewkę przed pierwszą lekcją w szkole marudzenia chciałam tylko zamarudzić a propos żłobkowej czarnej polskiej dupy: gdzie są do ciężkiej cholery moje podatki, dlaczego nie idą na żłobki i przedszkola, dlaczego ten kraj na każdym kroku okazuje się być dołem kloacznym i kto za to wszystko odpowiada? Ufff... od razu mi lepiej. Internet jednak ciągle daje ujście obywatelskim frustracjom i powstrzymuje ich przed wyjściem na ulicę. Podejrzane, nieprawdaż?  

 

JOL.

sobota, 17 listopada 2012

 

Halszka: Pytanie z cyklu "Wyzwania współczesności. Internetowy savoir-vivre": wysłałam służbowego maila, żeby mi ktoś coś w nim uzupełnił, dostaje odpowiedz i jednocześnie wysyła mi się potwierdzenie przeczytania tej odpowiedzi. Mam tam chyba coś takiego w treści ustawione, ze dziękuję za wiadomość, postaram się jak najszybciej odpowiedzieć. I teraz pytanie- czy jak wysłało się to potwierdzenie, to ja muszę jeszcze odpisywać, że dziękuję za maila czy już nie?

Regina: Hmmm... Nie wiem, bo w sumie w tym potwierdzeniu sugerujesz, że postarasz się jak najszybciej odpowiedzieć, więc ten ktoś może jednak czekać na jakiegoś maila od ciebie. Wg mnie nie zaszkodziłoby wysłać jeszcze raz coś krótkiego, że dziękujesz i polecasz się na przyszłość :)

Halszka: No, tylko z drugiej strony, ktoś w miarę rozgarnięty kapnie się, że ta odpowiedz, to automat i że ja wcale tego nie napisałam. Ale zgadzam się- polecić się na przyszłość zawsze można.

Regina: No wiem, wiadomo że automat. Ale ktoś może się poczuć urażony, że mimo że ci pomógł potraktowałaś go... automatycznie :)

Halszka: Dla mnie to nie problem napisać tego maila, tylko: 1) nie chcę komuś spamować skrzynki, 2) nie chce żeby ktoś uznał, ze jestem-super-zajebiście-w-dupę-uprzejma. 

Regina: Ja tam wolę jak ktoś, z kim koresponduję (w sensie klient) jest w dupę uprzejmy niż np. odwrotnie.

Halszka: Wiem, że ty wolisz- ale byłabyś bardziej wiarygodna, gdybyś była wredną suką, a nie początkującą wredną suką :)

Regina: Każda wredna suka była kiedyś początkującą wredną suką ;)

Halszka: No wiadomo- ale można np. zacząć być początkującą wredną suką i zamiast dodatkowego maila z podziękowaniem, poprzestajesz na automatycznej odpowiedzi ;)

Regina: Good idea. Od tej pory będę niemiła dla klientów :) Masz rację, jestem zbyt miła dla obcych. Za bardzo się spoufalam. Ale to się zmieni.

Halszka: Poza tym, gdzieś słyszałam, że słowo "dziękuję" się degeneruje, w sensie jego wartość, przez jego ciągłe powtarzanie. I zgadzam się z tym, bo sama tak robię.

Regina: Wind of change!

Halszka: :)

Regina: Poza tym praktykantka już zdążyła mnie zdenerwować. Bo ona se wyobrażała, że co najmniej będzie za szefem blendę nosić, a ja tymczasem kazałam jej kleić magnesy na zakładkach do książek. Kręciła nosem, więc powiedziałam, że może iść do domu. Kolejny egzamin z bycia wredną suką oblany. Powinnam była kazać kleić jej te magnesy bite osiem godzin, a na koniec jeszcze ochrzanić, że połowa jest źle zrobiona.

Halszka: Chyba bycie wredną suką nie leży w twojej naturze.

Regina: Nie no, trening czyni mistrza. Już przynajmniej mam refleksję - widzę swój błąd.

Halszka: Tzn. umówmy się - bycie wredna suką do obcych, bo do rodziny, to chyba ci całkiem nieźle wychodzi ;)

Regina: Uczyłam się od najlepszych :P

Halszka: Nie przeczę ;)

Regina: Dlatego trzeba trochę odwrócić proporcje. Ocieplić wizerunek w rodzinny kręgu, a dla obcych być wredną suką.

Halszka: Ja np. chyba nigdy nie bede dobrą wredną suką, ze względu na niską samoocenę i potrzebę, żeby wszyscy mnie lubili. Tzn. czasem mi to całkiem dobrze wychodzi, ale to tylko przebłyski. Ponadto trzeba mieć dużą wiedzę i pewność w tym, co się robi. Dziś poznałam prawdziwą wredną sukę - księgową. Tzn. nie że była dla mnie niemiła czy coś, ale jest pewna siebie. Tak, w byciu wredną suką najważniejsza jest pewność siebie.

Regina: Z drugiej strony, jak jesteś dla wszystkich miła i dobra, to ludzie przestają to doceniać. Uważają, że to jest twój obowiązek a nie dobra wola, że traktujesz ich dobrze.

Halszka: Powiem inaczej- jak jesteś miła, to kobiety pomyślą, że to twój obowiązek, a faceci, że z nimi flirtujesz ;)

Regina: Exactly! Zimna suka. Zimna suka. Zimna suka.

Halszka: Afirmujesz? :)

Regina: Tak jest! Wind of change!



wtorek, 13 listopada 2012

 

Z cyklu "Jak żyć?". Dlaczego warto być wredną suką?

 

SCENA PIERWSZA

Wysłałam Halszce moje zaktualizowane cv.

Jest tam trzy foty - chodzi mi o to, żeby wybrać najlepszą. Wg mnie najmniej idiotycznie wyszłam na focie pierwszej od lewej.

Po kilku godzinach Halszka odpisała:

Rzeczywiście najmniej idiotycznie wyszłaś na tym pierwszym z lewej. To środkowe całkiem bym wykluczyła. To ostatnie - gorsze od pierwszego (ale niewiele gorsze), lepsze od środkowego. Jeśli mogę coś doradzić, to:

1) nie uśmiechaj się ;)

2) na tym pierwszym zdjęciu wyglądasz trochę jak wredna suka ;) więc bym złagodziła spojrzenie

3) z kolei na ostatnim zdjęciu mina jest całkiem ok, tylko trochę smutna, więc popracowałabym nad takim pogodniejszym wyrazem twarzy

4) to pochylenie głowy jak na 1 zdjęciu jest ok, bo masz wtedy szczuplejszą twarz :)

Odpowiedziałam:

Gadasz jak profesjonalny fotograf - mam się nie uśmiechać, ale mam być pogodna ;) Jak dla mnie chyba niewykonalne - bo zawsze na wszystkich zdjęciach do dyplomów itp. wychodziłam albo smutna albo jak ktoś by mnie pobił, więc chyba pozostanę przy wrednej suce. Chciałabym być wredną suką ;)

Halszka nie mogła się nie zgodzić:

No, bycie wredną suką jest fajne :) tak że w sumie to dobra decyzja.

 

SCENA DRUGA

Jestem u mej sąsiadki Es. Prowadzę wywód na temat zemsty: "Zemścić się, czy się nie zemścić? Oto jest pytanie".

Zemsta najlepiej smakuje na zimno, więc muszę poczekać aż wciąż żywe emocje wyciągną kopyta. Czas. Musi minąć trochę czasu. Zemsta jest słodka. Jest jak duży zimny deser lodowy z bitą śmietaną. Tylko trzeba uważać, żeby się po wszystkim nie porzygać. Żeby nie przekroczyć cienkiej granicy, gdy mściciel(ka) staje się ofiarą własnej zemsty. Po wszystkim nie chciałabym się czuć zażenowana samą sobą. Nie chciałabym stwierdzić, że to co robię, jest śmieszne. Słabe. Dziecinne. Że upadłam tak nisko. Przecież normalnie nie jestem mściwa. Przeważnie jest tak, że wolę machnąć ręką, dać spokój - przede wszystkim sobie, zignorować, pominąć, zapomnieć, pójść dalej. Tylko wiesz o co chodzi? Ludzie tego nie potrafią docenić, wręcz przeciwnie - czekają tylko, żeby to wykorzystać. Staram się być dobra, wyznaję ahinsę, nie robię krzywdy, gadam z kwiatkami. Nie mam parcia na zwycięstwo, nie jestem życiowym fajterem za wszelką cenę. Nie idę do celu po trupach, nie osiągam satysfakcji kosztem innych, a potem i tak okazuje się, że to ja jestem na straconej pozycji. Bo ktoś, komu podaję rękę, podkłada mi nogę. Chcę się zemścić, ale się boję. Boje się konsekwencji. Boję się, że mogę kogoś zranić. Boję się pomimo tego, że ja już wcześniej zostałam przez tego kogoś zraniona. Boję się pewnie, że próbując zranić kogoś, najbardziej zranię siebie...

Es wysłuchała mego monologu w skupieniu godnym samego Salomona, po czym uśmiechnęła się szeroko, klepnęła mnie w ramię i podała mi gotowe rozwiązanie rozterki:

Regina, do boju! Przecież fajnie jest być wredną suką! :)

 

EPILOG

Wredne suki mają w życiu lepiej. Wiem, bo sama kiedyś byłam wredną suką. W podstawówce. Serio. Że mała dziewczynka nie może być wredną suką? Bzdura! Przecież to właśnie dzieci potrafią być najbardziej okrutne. To dziecko z pełną premedytacją potrafi wbić sztylet w serce matki. Nie mówcie, że nie. Nie raz widziałam na własne oczy.

W podstawówce byłam gwiazdą. Byłam najlepszą uczennicą. Z wszystkich przedmiotów - łącznie z wuefem. Każdy chłopak wysyłał mi walentynkę w Walentynki, każda dziewczyna chciała siedzieć ze mną w ławce. Byłam przewodniczącą klasy. Byłam wyszczekana. Była złośliwa. Nie miałam problemu, żeby wytargać za kudły inną bezczelną smarkulę albo wypraskać po myjoku kolesia, który ośmielił się obrazić moją przyjaciółkę. Zapewne nikt mnie nie lubił, ale każdy mnie podziwiał. Każdy chciał być mną, a że nie mógł - to przynajmniej chciał być ze mną. Bo ten, kto nie był ze mną, był przeciwko mnie. A ci mieli przejebane.

A potem niestety się zakochałam. Nieszczęśliwie. Zostałam odtrącona i to odtrącenie sprawiło, że zrozumiałam, że istnieje coś takiego jak uczucia. Że każdy ma jakieś uczucia. Że każdemu czasem jest smutno. Mnie dotąd nigdy nie było smutno. Nie odczuwałam smutku ani rozczarowania, bo wszystko przychodziło mi łatwo, nie przytrafiały mi się porażki. Wtedy pierwszy raz złapałam doła. I tak to wszystko się zaczęło. Zaczęłam być dobra. Wykoncypowałam sobie, że przecież lepiej będzie, gdy inni będą mnie lubili za to, że jestem milutka i fajniutka, grzeczna, uprzejma i uczynna. Że dlatego muszę zmienić nastawienie, przebaczać i zło dobrem zwyciężać. Miałam jakieś 15 lat. Dziś zwalam wszystko na dojrzewanie i hormony.

Po kilkunastu latach bycia dobrą, grzeczną dziewczynką uświadomiłam sobie, że to głupie. Nie można wszystkim dookoła robić dobrze, a potem nagle dokonać odkrycia, że każdy pomimo tego (a w rzeczywistości właśnie dlatego) chce mnie wydymać. Czasem w przenośni, czasem dosłownie.

Ludzie w większości nie są i nigdy nie byli dobrzy. Udają takich, żeby osiągnąć pewne cele. Są obłudni. Są hipokrytami. Kłamią. Everybody lies - jak mawiał wybitny amerykański poeta, Gregory House.

Poza tym prawda jest taka, że faceci uwielbiają wredne suki. Bo one są charakterystyczne i przede wszystkim charakterne. Stanowią wyzwanie, któremu każdy samiec chciałby przynajmniej spróbować sprostać. A anioły w białych sukienkach w kolanko? One są po prostu tak doskonałe, że aż nudne. Są tak idealne, że każdy boi się ich dotknąć, żeby nie zostawić sińców na ich bladej porcelanowej skórze. A już najbardziej boją się tego, żeby samemu nie wypaść blado na ich tle. Ten kto staje do walki z ideałem, z miejsca skazany jest na porażkę.

 

Dlatego właśnie chciałabym być wredną suką. Będę wredną suką! Fajnie jest być wredną suką!

 

Re

czwartek, 08 listopada 2012

 

Urlop mija mi bardzo przyjemnie. Prawie nie myślę o pracy. A jak myślę, to głównie o tym, jak bardzo nie chce mi się tam wracać. Dlatego staram się jednak koncentrować na odpoczynku i relaksie. Budzę się codziennie około 7.30 a potem z satysfakcją przewracam się na drugi bok i wyleguje się do 8.00. Potem aromatyczna kawa i śniadanie. Poza tym biegam. Bieganie jest super.

Dopracowałam cv, zaktualizowałam fotografię, napisałam sobie referencje w imieniu pracodawców. Jeszcze czekam tylko na ich błogosławieństwo w postaci podpisów i mogę słać. 

Chciałabym, żeby ten listopad już minął. I grudzień zresztą też.

 

Re

sobota, 03 listopada 2012

 

Od poniedziałku jestem na urlopie. W końcu muszę pozałatwiać sprawy, na które nie ma czasu normalnie - pójść do lekarza i do komórek przedłużyć umowę i na wycieczkę po moich ulubionych szmatexach. Będę wstawać rano, ale bez pośpiechu. Będę biegać. Może pojadę do Krk odwiedzić wszystkich dawno nieodwiedzanych znajomych? A dziś spotkanie paki po latach. Wreszcie zobaczymy brzuchatą Jolantę.

Ostatnio mam doła. To nie wina jesieni, to moja wina. Bo nie lubię zmian i nie umiem podjąć ryzyka.

Dziś kumulacja w lotto. Grać czy nie grać? Oto jest pytanie. Zagrałabym, ale pewnie i tak zapomnę kupić kupon.

 

Re

czwartek, 01 listopada 2012

 

Wraz z Bratem i Wielkim Bratek staliśmy w rządku na górce pośród grobowców i dzielnie stawialiśmy opór wichurze. Miejscowy proboszcz kończył kazanie już chyba szósty raz. Szósty raz z mej piersi wyrywał się niemy krzyk "AMEN!". Z piersi mej ciotki wyrwał się on raz nawet całkiem głośno i sprowadził na nią oburzone spojrzenia innych uczestników zgromadzenia. Jeszcze większe oburzenie ciocia sprowadziła na siebie, gdy w jej kieszeni rozbrzmiało radosne ding ding, a ona bezpretensjonalnie odebrała połączenie i podała koleżance przepis na kurczaka w jabłkach. Ale ona jest z Wrocławia. We Wrocku ludzie są bardziej wyluzowani niż ci tutaj.

Z Bratem i Wielkim Bratem po angielsku opuściliśmy cmentarz. Byłam oburzona, że co to w ogóle ma być, żeby tak marznąć i w ogóle msza powinna być w kościele a nie na tym wygwizdowie. Brat odrzekł, że przesadzam, że raz w roku można pomarznąć, że jest jakoś tak inaczej niż zwykle.

- Jakbyś co najmniej nabożnie we mszy uczestniczył - odparłam. Uśmiechnął się tylko i powiedział:

- Ale przynajmniej można sobie ludzi pooglądać.

Podobno było na czym oko zawiesić. W sensie, że kilka niezłych sztuk przyszło na lans cmentarny ubłocić sobie całkiem nowe kozaczki ze srebrną szpilką i zwichrzyć burzę loków na głowie. Coś w tym jest, że we Wszystkich Świętych damska część wiernych ma parcie, aby wyglądać o niebo lepiej niż na co dzień. Podobno to zjawisko ma już nawet swoją fachową nazwę. NAGROBING.

 

Re

 

 

Od wczoraj mam doła-giganta i nie wiem, z czym on jest związany. A może wiem, tylko nie chcę się przyznać...

Nie lubię święta Wszystkich Świętych. Kojarzy mi się z marznięciem na cmentarzu i ubłoconymi butami. Co roku odbywa się według tego samego schematu i kazanie zawsze jest to samo. "Czym ty jesteś, ja byłem. Czym ja jestem, ty będziesz..." i "Czas ucieka, wieczność czeka..."

W dodatku przyjechała do nas rodzina. Jakoś trzeba przetrwać piętrzącą się frustrację. Mam ochotę na lampkę koniaku. Albo dwie. I strasznie chce mi się palić.

 

Re

 

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl