Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
czwartek, 21 listopada 2013

Czytając ostatnie wpisy na naszym blogu przypomniałam sobie o... depresji :) Tzn. o fakcie jej istnienia w ogóle i o tym, że był taki czas w moim życiu, że miałam depresję ustawiczną (nie, nie taką, którą się ustawia... jeśli już to taką, która ustawiała mnie... głównie pod ścianą). Depresja ta wynikała z nie-wiem-z-czego, była wszechpanująca i trwała w-chuj-długo. Zawsze. Nawet, jak się kończyła to i tak była gdzieś blisko. Gotowa do powrotu w pełnym... rynsztoku.

A teraz, od jakiegoś czasu, nie ma jej. Po prostu przestałam czuć ten magnes, który ciągnął mnie w dół. I mówię to z radością, ponieważ tamten stan - w porównaniu z obecnym - był prawdziwą katorgą (o czym nie wiedziałam wtedy). Tylko zastanawia mnie, po co to było? Dlaczego to było, to ja wiem. Tylko po co? Nie dawało to nic, z czego można byłoby cokolwiek pożytecznego zrobić.  Teraz po prostu jestem. Wkurzam się, jestem zmęczona, zła, smutna, albo wesoła, uskrzydlona, whatever. Ale pożegnałam się z dołkiem, który paraliżował moje życie. Nie mam na niego czasu ani ochoty. Nie potrzebuje tego i nie chcę.

Fakt, że sobie to uświadomiłam głośno daje nadzieję, że to jest stan trwały i że nie wrócę do czarnowidztwa i ciągłego "tak, ale...", nawet jeśli coś się zepsuje.

 

  Chyba się starzeję.

 

 

www.dancretu.tumblr.com

 

 JOL. 


wtorek, 19 listopada 2013

 

Z radością chwytam promienie słońca mając świadomość, że to jedne z ostatnich tej jesieni. Już niebawem za oknem będzie biało - miejmy nadzieję. Choć znając życie śnieg szybko zamieni się w błoto pośniegowe i cały zimowy urok chuj w bombki strzeli. 

Lubię zimę, ale z roku na rok coraz gorzej ją znoszę. Choruję w sensie. Tym bardziej obawiam się tej nadchodzącej, gdyż od sierpnia przeziębienie dopada mnie mniej więcej raz w miesiącu. Stres, przemęczenie i takie takie dają się we znaki mojej odporności. 

Kicham, ale się nie daję i aktywnie spędzam wolne od pracy dni. Wolne od pracy pseudo-zawodowej, gdyż przepełnione wykonywaniem prac domowych. Odkryłam, że niektóre moje szpilki zupełnie nie nadają się do chodzenia, ale za to świetnie zdają egzamin w procesie wieszania firanek :) 

Listopad darzę sentymentem. Lubię, gdy jest. Gdy się kończy wpadam w grudniową depresję związaną zapewne z faktem, że kolejny rok odchodzi do lamusa. Koniec roku i urodziny zawsze wprawiały mnie w przygnębienie. A przez to, że następują one w przeciągu około 1,5 miesiąca pozostaje w depresyjnym cugu ;) Ale póki co... Życie jest piękne ;)

 

Re

 

sobota, 16 listopada 2013

 

Po ciężkim (choć tylko 4-dniowym) tygodniu pracy czas na trzy dni urlopu dla podratowania zdrowia. 

Bilans: zbindowane 1500 kalendarzy ściennych, złożona jedna publikacja albumowa.

W drugim przypadku współpraca była co najmniej ciężka (bo bardziej konfliktowa niż współpraca z bindownicą). Dla owego "Klienta" robiliśmy już wcześniej publikację. Wszystko odbyło się w trybie ekspresowym - dwa tygodnie. Czyli krótko. Bardzo krótko. Projekt koordynowała przemiła Pani Ala i obyło się bez jakichkolwiek zgrzytów. Przynajmniej na etapie współpracy. Zarząd Instytucji... No dobra - bez tajemnic. Zarząd Powiatu, gdy tylko zobaczył efekty końcowe natychmiast orzekł, że jest to ich najlepsza dotychczasowa publikacja. Afera wybuchła jednak już następnego dnia, gdy właściciel publikowanych w albumie starych widokówek zrobił awanturę na pół miasta twierdząc, że książka jest "spieprzona", a my jesteśmy "partaczami" :) Wydzwaniał (pamiętam) do mojego szefa i wrzeszczał mu w słuchawkę obelgi :) Pan ów miał mnóstwo znajomości na najwyższych szczeblach, więc zaczęliśmy się bać, że namówi Starostę, aby ten nie przelał kasy i kazał robić wszystko od nowa. Tak się jednak nie stało. Pocztówkowy choleryk pohuczał, pohuczał, a potem wszystko ucichło. Ale referencji za wykonaną pracę nie dostaliśmy do dziś ;)

Dwa tygodnie temu okazało się, że znów realizujemy dla tego Powiatu projekt. Tym razem koordynowała Pani Krysia, z którą nie szło już tak łatwo, jak z Panią Alą ;) Najpierw długo długo nic się nie podobało, a jedyną sugestią było: "Bo tamtą publikację zrobiliście tak pięknie... a to to nieee... Nieładne... Proszę zaproponować coś innego." Gdy zaczęło robić się nerwowo, bo czas leciał a korekty nie spływały słyszeliśmy, że przecież "tamtą publikację zrobiliśmy taaak szybko". I że co to ma być, że ona - Pani Krysia - "musi zostawać po godzinach, gdy wszyscy inni zakończyli już pracę i poszli do domu. I że bardzo bardzo jej się to nie podoba."

Urzędnicy.

Nie rozumieją, że projekt zależy od charakteru publikacji.

Nie rozumieją, że album ciężko jest złożyć w dwa tygodnie.

Nie rozumieją, że gdy "dostarczają wszystkie materiały", to zdjęcia powinny być w dobrej rozdzielczości i "obrobione", logotypy w wersji wektorowej, a TEKSTY (co mnie szczególnie dotyczy) SFORMATOWANE. Zamiast tego grafik dostaje fotki robione komórką, na których widać cienie osób fotografujących albo zdjęcia ściągnięte ze stron internetowych, ja natomiast pliki, w których autor namiętnie najebawszy spacji i enterów oraz błędów stylistycznych i literówek. 

Nie rozumieją wielu rzeczy.

Urzędnicy.

Panią Krysię mimo wszystko polubiłam, choć momentami miałam ochotę jej jebnąć ze łba. Pewnie gdyby współpraca potrwała dłużej ciężko byłoby mi się powstrzymać. Ale szczęśliwie wczoraj o godzinie 18:39 przyszedł najmilszy z miłych mail: "Akceptuję projekt do druku."

 

 

Najgorzej współpracuje się z Urzędem Pracy. Dlatego obecnie już się nie współpracuje ;) Z zasady. Mam zakaz startowania w przetargach ogłaszanych przez  PUP-y i im podobne. Uniwersytety i szkoły wyższe też są niemile widziane - jakieś złe doświadczenia szefa z przeszłości. 

Z moich obserwacji najlepiej współpracowało się z pewnym Ministerstwem. Nie opieprzali się. Potrafili wyartykułować swoje oczekiwania. Korekty spływały szybko i przede wszystkim były dokładne. Wystawili referencje ;)

Najgorsi są tacy, którzy "nieee, nie mają pomysłów, nie maaaają sugestii", wymyśl coś, zaskocz mnie i tak będę niezadowolona. I są niezadowoleni. Kiedyś po dwóch miesiącach pracy nad projektem, gdy wysłaliśmy gotowe wydawnictwo z myślą, że akceptacja to tylko formalność okazało się, że projekt trzeba zrobić od nowa... Bo się NIE PODOBA. Tylko wcześniej nikt nie mówił, że się nie podoba. 

Urzędnicy.

Historie mogłabym mnożyć :)

 

Re

piątek, 08 listopada 2013

Ten wpis będzie trącił myszką. A nawet trzema. Buszującymi w gratach. Na moim strychu.

W zeszłym tygodniu obiły mi się o uszy jakieś dziwne dźwięki dobiegające z naszego strychu. Strychu, który – muszę się pochwalić – otrzymał niedawno zupełnie nowe schody łączące go z mieszkaniem. Ale do rzeczy. Albo raczej do dźwięków.  Było to coś na kształt szu szu szu połączone czasem z łubudu i potem znowu szu szu. Myślę SE: mysz. Albo kuna. Albo nietoperz. Albo wielki pająk. Małżonek głosem nie znoszącym sprzeciwu stwierdził, ze mysz i nie ma może być inaczej. A on się na tym zna, ponieważ wychował się na wsi spokojnej, wsi wesołej. No generalnie, że jest wsiokiem i myszy nie mają przed nim żadnych tajemnic.

Poszliśmy zatem wespół na strych stwierdzić  naocznie. Myszy nie było, ale nie było też suszących się na gazecie orzechów.  A więc mysz. Jako ludzie przepełnieni humanizmem i umiłowaniem natury długo debatowaliśmy, co z tym fantem zrobić. Jak przemówić myszy do rozsądku i przekonać ją, że jest co najmniej tuzin lepszych miejsc do życia niż nasz strych.  Jednocześnie jako kobieta przepełniona macierzyńskim trotylem, byłam gotowa – gdyby mysz ta zbliżyła się do mojego dziecka – eksplodować i rozerwać gryziona na strzępy.  Na szczęście małżowinek szczelnie zamknął wyjście na strych płytą regipsową i pudłami po pampersach, dlatego wizja myszy biegającej po przewijaku stała się nieco mniej namacalna.  

Następnego dnia tak się złożyło, że mi przypadło kupienie pułapek na myszy. Tak, wiem, to straszne . Też tego nie chciałam, ale małżowinek stwierdził, że albo my albo myszy i nie widzi innego sposobu pozbycia się gryzoni.  Byłam do tego stopnia niepogodzona z planem użycia pułapek, ale kupując je w Obi Łan Kenobi, musiałam wziąć też dla siebie coś na uspokojenie. Kiedy położyłam na taśmie dwie pułapki na myszy i Snickersa, kasjerka najpierw spojrzała na moje zakupy,  potem na mnie i dopiero po chwili wzięła się za kasowanie.  A co? Nie można łapać myszy na Snickersy?  Ale serio, my łapaliśmy na boczek.

No i niestety złapała się. Mąż wyniósł w pola. Ledwo wrócił a ze strychu dobiegło nowe szu szu szu.  Czyli,  że jest ich więcej.  Druga mysz powędrowała na łono mysiego Abrahama następnego dnia.  Mąż znowu wyniósł w pola. Wrócił, położył się na kanapie a ze strychu cap!.  Cóż, jak to się mówi… jak to się mówi?  Maż znowu poszedł w pola.  Na razie nie było nowego cap ani nowego szu szu, ale mamy oczy dookoła uszu.

No przykro mi, że tak się stało, ale jak inaczej wypędzić myszy ze strychu? Kot nie wchodzi w grę, bo to nie dom  tylko mieszkanie.  Trutki podobno są jeszcze gorsze. Łapanie ich do słoika i wynoszenie jest trochę kłopotliwe, zwłaszcza w punkcie „łapanie”. I ciekawe, czy pożarły coś poza orzechami. Np. moje buty... 

 

biała myszka

 

Jol. 

piątek, 01 listopada 2013

 

Wszystkich! Bez wyjątku! ;)

Żarcik. Oczywiście mam na myśli dzień. Nie lubię tego święta. Przeraża mnie. Przerażają mnie te chryzantemy. I znicze. Nie mam nic przeciwko chryzantemom - u mojej babci w ogródku zawsze kwitły jesienią i raczej dobrze mi się kojarzą. Podobają mi się. Lubię je. Ale 1 listopada ich zapach mnie mdli. A światło zniczy oślepia. Pewnie ze względu na ilość.

Daleka jestem od rzucania oskarżeń, że ludzie pamiętają o zmarłych tylko jeden dzień w roku. Więcej, uważam, że to nieprawda. Na cmentarzach, na których spoczywają moi krewni groby są zadbane, a opuszczone i zapuszczone mogiły zdarzają się sporadycznie. 

1 listopada ma wywoływać emocje. Jak niektórzy mawiają ZADUMĘ. U mnie wywołuje depresję - pomimo przecież, że to święto radosne, święto wszystkich zbawionych. Nic na to nie poradzę, że mnie dołuje. Tak sobie myślę, że to i tak lepsze niż kompletny brak emocji, który oznaczałby, że zapewne sama już nie żyję. 

Przytłaczająca ilość wszystkiego mnie razi, ale nie w sposób, w jaki razi osoby antypatycznie nastawione do kościoła ;) Nie wywołuje we mnie chęci krytykowania (oprócz tematu lansu cmentarnego, o którym pisałam w zeszłym roku*). Tak to już było u zarania dziejów chrześcijaństwa (ale i innych religii, też pogańskich), że ludzie gromadzili się, aby świętować. Dziś też tak jest. I w sumie jest to fajne. W kupie siła. Kupy nikt nie ruszy. W kupie przyjemniej się świętuje. A żeby robić to należycie trzeba najpierw ogarnąć przybytek (łącznie z myciem okien i praniem firanek), napełnić lodówkę po brzegi i zrobić trwałą ondulację. I uważam, że to jest pozytywne zjawisko. Każdy ma prawo od czasu do czasu poczuć się odrobinę luksusowo. A wszelkiej maści święta są do tego świetną okazją. Dają pretekst do tego, aby się ogarnąć - przynajmniej w kwestiach fizycznych. A jak dobrze pójdzie to czasem także w metafizycznych.

Ale w sumie sama nie wiem, czy mam rację. Od kilku lat jestem deczko heretycka w poglądach ;)

Wszystkich Świętych przeraża mnie bardziej niż inne święta z powodu zamkniętych sklepów. W moim domu nie ma zwyczaju świętowania w tym dniu przy bigosie albo winie (żałuję) i niestety rodzice zawsze siali cmentarną atmosferę "ponurego zamyślenia" niż "radości i chwały zbawionych". Stąd lodówka nie jest przeładowana jak na Boże Narodzenie, Wielkanoc, czy choćby odpust parafialny. W związku z czym co roku dopada mnie "syndrom zachcianki". Normalnie zachcianek żywieniowych nie miewam. Jak jestem głodna to zjem pajdę chleba ze smalcem i czuję się usatysfakcjonowana. Nie robię specjalnych zapasów, bo nigdy nie wiem, kiedy zachcianka przyjdzie i czego akurat będzie się domagać, a pojawia się a tyle rzadko, że niektóre produkty uległyby przeterminowaniu lub po prostu zjadłabym je z nudów lub wrodzonej niechęci do kwestii marnowania jedzenia. Kiedyś na przykład miałam fazę na Toffifee. Chociaż wcześniej jadłam to coś może raz w życiu. Nic - musiałam zwlec się z wyra i o 22.00 i po krótkiej acz wyczerpującej walce wewnętrznej pojechać do całodobowego po Toffiffee. Miałam szczęście bo nie był to 1 listopada. 1 listopada, jak wiadomo, większość sklepów jest zamknięta. I wtedy właśnie wtedy napada mnie najgorsza, największa i najstraszliwsza zachcianka. Co roku. A ja co roku wije się jak węgorz i bobruje kuchenne szafki w poszukiwaniu substytutu. Zawsze bezskutecznie.

Nauczona doświadczeniem udałam się wczoraj późnym popołudniem do marketu w celu zgromadzenia zapasów. Jako że nigdy nie potrafię przewidzieć zachcianek wzięłam artykuły pierwszej potrzeby (czyli takie, które przeważnie są zachcianką, a jeśli nie, to całkiem dobrze sprawdzają się jako jej substytuty) - dwie czekolady (białą i nadziewaną), dwa Snickersy, dwa opakowania orzechów arachidowych w czekoladzie, wafelki, sok pomarańczowy oraz colę i cytrynę (do whiskey).

Byłoby nieźle, gdyby nie fakt, że połowę tego wszystkiego wchłonęłam tuż po tym, jak wróciłam ze sklepu do domu... Zachcianka napadła mnie nieco wcześniej niż prognozowałam...

A skoro wczoraj napadła mnie zachcianka na słodkie... To dziś wieczorem NA PEWNO będę miała ochotę na chipsy solone z dodatkiem szczypiorku, makrelę wędzoną i sok pomidorowy... Ech... :(

 

Radosnych Świąt :) 

 

 Re

 

http://img.projektoskop.pl/chryzantemaziel.jpg

 


* można przeczytać tu

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl