Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
czwartek, 27 listopada 2014

 

Od zeszłego tygodnia zalewa nas wszystkich (zwłaszcza czytelników Pudelka) informacja na temat nowego i intensywnie szerzącego się trendu, którym jest „lumberseksualizm”. Kto nie wie, co zacz, tego poinformuję tylko, że chodzi o modę rodem z kanadyjskiego lasu, którą cechują takie atrybuty, jak flanelowa koszula w kratę, ciężkie buty, broda, wypomadowany wąs i rozwiany włos z niesfornym kosmykiem opadającym na czoło. Mile widziana jest także siekiera zawadiacko przewieszona przez ramię. Wieść gminna niesie, że jest to obecnie najbardziej pożądany materiał na fejsbukowego towarzysza życia.

W ten sposób lansuje się już m.in. Ryan Gosling, Jake Gyllenhaal, Justin Timberlake oraz wkraczający z impetem do naszego rodzimego szołbiznesu Ekskluzywny Menel. Nikt jednak nie wie, że lumber sexual to wizerunek stworzony przez NASZEGO LUMBERJACKA, do którego teraz rości sobie prawo połowa Hollywood. Wizerunek, ba! To styl życia.

I tu właśnie pojawia się dysonans pomiędzy obliczem prawdziwego lumberjacka, a tym, co prezentują wydepilowane klaty stanowiące jedynie tandetną podróbkę oryginału. Prawdziwy lumberjack nie depiluje klaty. Powiem więcej – nie reguluje brwi, nie piłuje paznokci (chyba że pilnikiem do drewna) i nie płacze, gdy skaleczy się siekierą.

Lumberjack nie mieszka w mieście, jeno w lesie! Rąbie drwa aż wióry lecą (twardziel) i karmi wie-wióry, czyli wiewióreczki (twardziel o złotym sercu). To jest etos lumberjacka. Amen.

 

Re ;)

 


piątek, 14 listopada 2014

 

Wszystko zaczęło się od tego, że zdechł mi kot. Prawdopodobnie Ślicznotka zeżarła zatrutą mysz, bo męczyła się bardzo długo. Zaczęło się o północy, a skończyło o 5-tej rano. Było to 3 listopada. 

Tydzień później - 10 listopada moja mama wracając rano ze sklepu zauważyła, że nieopodal naszego domu, przy ogrodzeniu sąsiada leży kuna. Prawdopodobnie została uderzona przez auto. Dowlekła się jeszcze na trawnik i tam sobie padła budząc sensacje wśród dzieci jeżdżących na rowerach. Pisząc padła nie miałam na myśli, że zdechła. Oczywiście, że nie. Zwierzę oddychało i bardzo się męczyło. Jako że jestem osobą, której cierpienia fizyczne zwierzęcia sprawia ból psychiczny, zadzwoniłam do urzędu gminy i poprosiłam, aby ktoś przyjechał i pomógł futrzakowi, nawet jeśli miało to oznaczać dobicie go. Pani przyjęła do wiadomości moje zgłoszenie i i oczywiście, jak się później okazało, nic z tym nie zrobiła. Pomimo, że podobno gmina ma podpisaną umowę z weterynarzem, który reaguje w takich sytuacjach. Kuna męczyła się jeszcze długo. Gdy wychodziłam z domu koło 16-tej wciąż żyła :( 

Oczywiście żałuję, że brakło mi odwagi cywilnej, żeby wziąć zwierzaka pod pachę (bo nie mam własnego samochodu) i autobusem zawieść go do miasta do najbliższej lecznicy. 

Uważam, że w każdym mieście powinno być całodobowe pogotowie dla zwierząt. Moja kotka zaczęła zdychać w nocy - może gdybym miała szanse zawieść ją do weterynarza to przynajmniej nie męczyłaby się tyle godzin, bo lekarz by ją uśpił. 

Powinno być pogotowie dla zwierząt, które przyjeżdżałoby na miejsce zdarzenia, takiego jak z kuną. Co jeśli następnym razem napotkam potrąconego, ale wciąż żyjącego i cierpiącego psa?

Oczywiście nie chodzi mi o to, żeby była to opieka bezpłatna - bez przesady. Wiem, że nie wszyscy ludzi są wrażliwi na los zwierząt. Na przykład naszej Halszki historia o kunie zupełnie nie ruszyła. (Przypuszczam, że historia o moim kocie też nie.) Ale ja osobiście chciałabym mieć możliwość zareagowania. Nawet jeśli oznaczałoby to wyłożenie kasy z własnej kieszeni.

Mój kot został pochowany, kuna leży i czeka na rozkład. Kolejny problem - dlaczego ja, uczciwy podatnik, mam wdychać przez następne kilka tygodni smród rozkładających się kunich zwłok? Moja gmina dba o to, aby ulice były czyste, aby na na trawnikach przy chodnikach nie było chwastów, ba! nawet sadzi ozdobne drzewka i stawia olbrzymie piękne donice z kwiatami! A pozwala, żeby zwierzę rozkładało się na trasie, którą codziennie przemierzają dzieci do szkoły oraz ja na przystanek autobusowy.

Wiem, że kijem Wisły nie zawrócę. Usłyszałam już pytanie, czy nie mam większych życiowych problemów. Otóż mam. Ale w ich rozwiązywaniu nie pomaga mi świadomość, że gdzieś w pobliżu w męczarniach umiera zwierzę i nikt z tym nic nie robi. 

 

Re

poniedziałek, 03 listopada 2014

Po moim ostatnim podejściu do napisania wpisu na blogu, kiedy to blox - po raz kolejny - wywalił mnie ze strony przy kropce w ostatnim zdaniu, nie zostawiając z mojego pięknego wpisu nawet jednej literki (Blox! Ty ..uju!), postanowiłam się obrazić na tę platformę blogową i w ramach tej obrazy nie publikować nic poza niewidzialnymi wyrazami mojej pogardy wysyłanymi telepatycznie do programistów tego wirtualnego przybytku nienawiści. 

Powyższe kombo-zdanie skleciłam zaś będąc w stanie hiper-zmęczenia, ponieważ jestem chora od soboty 25 października i nie idzie lepsze. A jak to bywa w stadzie - jak jeden osobnik zachoruje, inne nie chcą być gorsze i też zapadają. Nieinaczej jest u nas. Na wstępie mąż mój oswiadczył, że słabo się czuje i chyba go coś bierze. Nie zamieszkał jednak w izolatce i w rezultacie na drugi dzień od jego słabego poczucia się, zachorowałam ja. Przy czym on cudownie ozdrowiał. Kolejnego dnia rozchorowało się dziecko. Tak sobie chorowaliśmy we dwoje racząc się na przemian antybiotykami, osłonami i syropami o smaku mailinowym. Nie pomogło. Po tygodniu od naszego złapania tego, co męczyło na wstępie mojego małżonka, choróbsko złapał i on. Prawdopodobnie już zmutowane. Ja przez chwilę poczułam się lepiej, ale dziś tak jakby już nie. Dziecko też. Choroba mąża jest w fazie wzrostowej. Wpadliśmy w błędne koło zarażania się nawzajem. Rozważam budowę izolatki na klatce schodowej.

Jak tam Re i We? Mam nadzieję, że wypiłyście duuuuużo za nasze zdrowie a jedyny powód, dla którego jeszcze nie ozdrowieliśmy jest taki, że to zaczyna działać dopiero jak pijący wytrzeźwieją. 

 

JOL.

sobota, 01 listopada 2014

 

Halszka: I co? Umówiłaś się w końcu z Wenus na jakieś picie ze zniczy?

Regina: W sumie to nie. A co? Piszesz się jednak?

Halszka: Nie. Chciałam tylko wiedzieć czy coś mnie omija. Jakby co było, to daj znać, żeby mi się zrobiło przykro.

 

Regina: Idziemy pić ze zniczy?

Wenus: Idziemy!

 

Halszka: Ale mi przykro...

 

A cała trójca rodzinna Państwa M. ma zapalenie oskrzeli, tak że będziemy pić ich zdrowie! :)

 

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl