Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
czwartek, 31 grudnia 2009

 

A ja już wieeem, jaki ten nowy rok jest:P (Wy zaraz też się dowiecie, bo jakoś strasznie długo tworzę ten wpis.)

Co do fajerwerków - w tamtym roku myślałam tak samo jak Jolanta. Stałam na wzgórzu z Halszką i Panem M., dzierżyłam termos z herbatą w jednej dłoni, dzierżyłam kubek z herbatą w drugiej dłoni, czułam na plecach oddech setek umarlaków, patrzyłam jak pieniądze wylatują w powietrze nad miastem i kiwałam głową z miną mówiącą: ale czy tak przystoi? W tym roku mój Sylwester był bez fajerwerków - dosłownie. Katar to chbna jedyne miejsce na Ziemi, gdzie nie obchodzi się Nowego Roku. I muszę powiedzieć, że one - te fajerwerki jednak robią sylwestrową robotę, że jak ich nie ma to czegoś brakuje, że cicho, ciemno i jakoś tak nazbyt normalnie.

Nie wiem, mam wrażenie, że Sylwester bez fajerwerków się nie liczy. A z tego wynika, że ja ciągle jednak jestem w 2009 roku...

 

Ale wy świętujcie! I niech będzie lepszy niż poprzedni! I jak mawia Pan M.: Żeby najgorszy dzień nowego roku był lepszy niż najlepszy starego!!! Czego Państwu z serca życzę:)

 

Re

No i o dupę rozbić tę całą asertywność. A niech to andrzej szczeli. W mordę kopana motyla noga.

Miał być w tym roku piękny sylwester, sylwester marzenie, taki o którym zwykli śmiertelnicy nie mogą nawet pomyśleć, bo myśl ta nie pasuje szejpem do szejpu ich głowy. Miał być sylwester w łóżku, na spiąco. Kreacja nawet gotowa - bawełniane spodnie w kratkę, wygodna koszulka z napisem "Kadra" (nie, nie narodowa), grzanka z serem, kakało, żywot brajana, chłopaki nie płaczą i może jakiś dokument o warholu. A o dwunastej siku, paciorek i lulu. Miało być zaebiście jak nigdy, a wyszło ujowo jak zwykle. Bo zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie potrafił namówić mnie na jakieś drinki, snaki, party, hajhałarju, pitu pitu, tenksajmfajn, hepinjujiir i tak dalej.

Co rok to samo. I teraz muszę zapieprzać w śniegu do sklepu  i ostatnie zaskórniaki wydawać na alkohol, który i tak w każdą, kurna, noc upija tak samo. Skąd to przekonanie, że jakoś w noc z 31 grudnia  na 1 stycznia alkohol upija inaczej, albo, że coś będzie wyjątkowe, albo, że wszystko się może zdarzyć? Jak to mówi Bolec: No jasne kufa, że wszystko się może zdarzyć!

Zawsze potwarzałam, że czas jest pojęciem względnym (tak - zawsze, jak się urodziłam lekarz kazał zapisać pielęgniarce "Godzina narodzin: 15.10" a ja wtedy po raz pierwszy w życiu powiedziałam "Czas jest pojęciem względnym". Tak było. Jak nie wierzycie, zapytajcie zegarmistrza).

Przepraszam, że się uniosę, ale na uj mi były te wszystkie lekcje asertywności na studiach? Wszystko jak krew w piach. A raczej jak pieniądz w powietrze. Tak. Bo jeszcze zgodziłam się iść oglądać, jak kolejny idioci, wystrzeliwują w powietrze pieniądze w postaci tych cholernych sztucznych ogni.

Bum! I 40 koron poszło z dymem. Prrrrryyyyk tsiuuuuuu! i 8 koron przepadło w ciemnościach. Da da da dadam bum bum bum piiiiiiii bum tzrzrzrzrzrzrzz i 200 koron poszło sie kochać...

Wytłumaczy mi ktoś tę zagadkę ludzkości?

 

JOL JOL JOL JOL BUM!!! (i 500 koron jak śnieg w piach)

środa, 30 grudnia 2009

 

I taaak... Dacie wiarę? To już rok, jak kapelutki raczą Was swoją obecnością w sieci, dają złote rady, głoszą śnięte prawdy, lakierem do paznokci malują uśmiech na smutnych twarzach, naprawiają świat, nawracają niewiernych, uczom, bawiom, cieszom...

To już rok...

A przecież wydaje się, że to było wczoraj... Pamiętam, jakby to było wczoraj... Jak siedziałam przed swoim k-lepkiem i wraz z Jolantą, która siedziała przed swoim k-lapkiem rozprawiałyśmy o tym, jakie to wszystko jest wkurwiające i ze ludzie nie powinni sie żenić:)

Już rok...

Pozmieniało się, oj pozmieniało. Ktoby rok temu pomyślał, że będę tę notkę słać do was z Kataru, że Jola przeczyta ją w Estonii, a Wenus... w lesie? No kto?

Echhh ale sie pozmieniało!

Ale jeszcze wrócimy na Apartamentu Łono! Jeszcze będzie, jak dawniej! A teraz, czas uczcić jak należy pierwsze urodziny kapelutków...

A zatem!

Piękne Panie!

Drodzy Panowie!

Uroczyście otwieram szampona i odpalam fajerwerki!

Sto lat! Sto lat! Sto lat, Drogie Kapelutki!!!

 

Wzruszona Regina Co-Założycielka

 

sobota, 26 grudnia 2009

A tam w mordę. Olałam Michaiła. Miałam się dziś uczyć, ale że mi powiedział ostatnio, że jestem zbyt self konfident, to postanowiłam mu pokazać, że w sumie ma rację i się dziś nie pojawiłam. No. Chociaż wypieranie z pamięci dzisiejszej lekcji nie było łatwe, jak się jest tak poprawnym politycznie jak ja, ale próbowałam zapomnieć. Nie pamiętać. Ojej, wyleciało mi z głowy.

Najsampierw poszłam spać, bo mię montaż klapy kiblowej zmęczył. Ale, że śniło mi się, że chłop mój brał udział w jakiejś chłopskiej rebelii i niszczył sprzęty użyteczności publicznej, trochę mię ten sen zmęczył. Walnęłam sobie zatem ryżyk z warzywami. Potem kawka, fajka i dalej, dawać upust mojej selfkonfidencji. Na szczęście, żaden penis nie zaparkował dzisiaj pod moim oknem, więc mogłam bez krygacji zakurzyć sobie na własnym parapecie. A jak już tam byłam to pyknęłam trzy zdjęcia, co by wam pokazać nocny zimowy widok z mojej hacjendy od strony bocznej.

I tak się sprawy przedstawiają:

 

tallin jak się patrzy

(jak klikniecie, to się powiększy. zdjęcie się powiększy, a myśleliście, że co?)

JOL.

 

Nie wiem, jak nazwać sanitarną przygodę, którą od wczoraj przeżywam – szczęście w nieszczęściu? Światełko w tunelu? Sukces w klapie? Może zostańmy przy starej dobrej przewrotnej koincydencji.

Otóż, wybrałam się ja na poszukiwania klapy. Poszukiwania klapy to jedno, najpierw trzeba było znaleźć sklep. Transportacji publicznej nie używam, bo nie lubię płacić za coś, czego nie mogę kontrolować (autobus jedzie, jak chce a nie jak ja chcę), więc na wyprawę poszłam z biszkopta, jak to się mówi na podwórku, a w książkach mówi się „na piechotę”. Oczywiście pokrywa śnieżna w Tallinie od wczoraj przybywa z prędkością centymetra na minutę, więc po klapę szłam w śniegu po kolana a czasem i po pas. Ale nic to. Sklep znalazłam po półtorej godzinie drogi.

Oczywiście w sklepie nikt nie mówi po angielsku, wszyscy po rosyjsku. No to ja do nich po polsku, że taki a taki mam kibel (tu pokazuję instrukcję montażu kibla z numerem modelu) oraz, że taką a taką klapę złamałam (tu wyciągam ze stosownej torebuni złamaną klapę od kibla). Miła pani wklepała coś w komputer i poszła. Jak poszła, tak wróciła z czymś, co nijak do mojej złamanej klapy nie było podobne, po pierwsze dlatego, że było prastykowe a nie ceramiczne, a po drugie dlatego, że było way too big.

No to mówię, że to jest za duże, że prastykowe, że mocowadła za szeroko i że w ogóle do dupy. Pokazuję znowu, że moja klapa jest ce-ra-mi-czna, że stuk puk robi, jak się ją paznokciem popuka. Pani prowadzi mnie w głąb szopu. Pokazuje mi klapę ceramiczną, co by pasowała, myślę, ze jestem w domu, klapa się podnosi a pod klapą co…? Nie, nie kupa. Pod klapą cena. 1500 koron (jakieś 390 zł). Łomaterdei pomyślałam i chwytając zachwianą równowagę psychiczną, jęknęłam stosownie „ja pierdolę”. Miła pani zapewne zrozumiała, ponieważ szybko oddaliła się z miejsca zdarzenia, pozostawiając mnie samą z moją rozpaczą. Oczywiście ten gej właściciel (no właściciel mieszkania jest gejem, nie, że tak go sobie z czapy nazywam) nie mógł sobie pozwolić na klapę za 200 koron, na klapę za 300 koron, za 500 koron nawet, bo w tym mieszkaniu panuje dizajnerska harmonia więc i klapa musi być na czasie, co by pasowała do antypoślizgowej umywalki i ergonomicznej armatury ze statku kosmicznego, która bardziej niż klasyczny kran i słuchawkę prysznica przypomina kran balladyny, taki co, wiecie, dekonstruuje romantyczne kalki wpuszczając w martwy staw banału cuchnący acz ożywczy bulgot niepokoju. No i ten bulgot miałby mnie kosztować 1500 koron….

Miałby, ale perspektywa spuszczenia takiej sumy pod klapą kibla nie pozwoliła mi głowy zwiesić niemo i zgodzić się na taki koniec. Najpierw, wykonawszy cztery długie i bezskuteczne telefony do tego łosia, mojego współlokatora, i upewnieniu się, że jeszcze śpi i nic mi nie doradzi (w końcu była dopiero 14.00), poszłam do miłej pani, co ją wcześniej spłoszyłam słowem złym i mówię, że muszę kupić klapę i czy naprawdę nie ma nic innego niż tamte jebucko drogie utensylia z wersalu. Pani myśli, myśli, w końcu spod lady wyciąga pudło, na pudle jakaś kartka a w pudle klapa ceramiczna, taka jak te wersalskie. Ktoś zwrócił, bo sedes ułupany był. Ledwo widoczna skaza z dołu deski, maleństwo, wielkości paznokcia u małego palca, drobnostka, pici takie a sprawiło, że cena w magiczny sposób z 1500 koron spadła do 580. No i jak tu w Boga nie wierzyć?

Oczywiście klapę kupiłam, wpakowałam do stosowej torebuni wraz z tą złamaną i poszłam znowu przedzierać się przez śniegi i zawieruchy. Oczywiście, żebym tak do końca nie czuła się zwycięsko, zaczęło sypać jak diabli, pokrywa śnieżna zwiększyła się o kolejne kilka centymetrów, chodniki zniknęły w pomroce dziejów a żaden estoński penis w samochodzie nie zatrzymał się jak stałam po pas w śniegu i czekałam, co by dostać się na drugą stronę ulicy, gdzie ostatni kawałek chodnika majaczył.

Ale co to dla mnie! Dotarłam do mojej świątyni dizajnu, klapę zamontowałam, obudziłam lokatora, zaparzyłam kawę, zjadłam ciasteczko, pomalowałam paznokcie i ostatecznie sama koronowałam się na królową sedesów. A co. Taka klapa a taki sukces - nie każdy by sobie poradził, nie każdy.

 

Królowa Jola

 

 

Halszka wczoraj do Jolanty: Zrób wpis świąteczny.

Jolanta do Halszki: No właśnie miałam zrobić. ok.

Jolanta do siebie: Pójdę umyć naczynia, potem spokojnie zasiądę do komputera i zrobię wpis swiąteczny. Ojej, gdzie jest zmywaczek do naczyń...?

Tutaj Jolanta udaje się do łazienki w celu wyciągnięcia z łazienkowego pawlacza czy jak to się tam nazywa nowego zmywaczka do naczyń. W celu tym staje jedną nogą na brzegu kibla (co by nie złamać klapy), ponieważ innej drogi do pawlacza nie ma. Chociaż Jolanta nie należy do największych kobiet, jakie zna, klapa pod ciężarem Jolanty wydaje niepokojący dźwięk "chrrzzz" i sekundę później łamie się z hukiem, Jolancie zaś cudem udaje się uniknąć kontaktu pierwszego, drugiego i trzeciego stopnia z podłogą w łazience. I po ptokach. A klapa była ceramiczna, co pragnę zaznaczyć wszem i wobec, oraz stanęłam jedynie na rożek, żeby nie było, że bez wyobraźni wielką stopą na sam środek prastykowej klapy się władowałam.

No i tak wpis świąteczny przerodził się we wpis sanitarny. I że też akurat mnie musiało się to przytrafić? Jolancie sanitariat pękł,cóż za przewrotna koincydencja. Jolanta bowiem od lat pacholęcych cierpi na dziwną przypadłość męczących i powtarzających się co noc snów sanitarnych, polegających na tym, że zmuszona jest przez sytuację lub też naturę do skorzystania z któregoś ze znanych światu sanitariatów (wanna, kibel, prysznic, umywalka) i w tym sanitariacie zawsze jakiś unit jest spieprzony. I proszę. Co za kurde przewrotność losu.

Właśnie sobie uświadomiłam, że z tą sanitarną obsesją, jestem niemal jak królowa sedesu.

Jezu... moje dzieci pewnie będą jarały blanty.

JOL

niedziela, 20 grudnia 2009

Od jakiegoś czasu szyję. Szyję po nocach. Tnę, zszywam, pruję, znowu zszywam, mierzę, zakładam, ściągam, pruję, zszywam. Niczym wierna Antylopa. Tyle, że to ja pojechałam w świat, a nie mój Odyseusz. I wszystko kurde w rękach. Maszyna została w Polsce, a że akurat tutaj naszła mnie chęć na szycie, za maszynę służy krawcowa. Mam już tak zmasakrowane palce, że masakra. Ale, do wesela się zagoi, nie? :)))

 

JOL.

 

 

Pewnie zauważyliście, a jak nie to wam powiem, że Wenus jest przeważnie naszym "chłopcem do bicia" - kiedy nie jest nim Pan M. oczywiście;) To z Wenus się nabijamy, to jej dokuczamy, wreszcie organizujemy sobie elitarne wycieczki BEZ Wenus Botticelliego:) A ona to w pokorze znosi, bo co jej innego pozostaje? W końcu jesteśmy tacy fajni i każdy chce się z nami kumplować;)

Pamiętam, jak w szkole przychodziła zawsze do naszej (mojej i Halszki) ławki, żeby podzielić sie z nami swoimi problemami, spostrzeżeniami, radościami. Pamiętam, że zawsze - od pierwszej klasy - pamiętała o moich urodzinach i imieninach i przynosiła mi swoje rękodzieła w stylu druciana wariacja kwiatowa, papierowa wariacja kwiatowa, pocztówkowa wariacja kwiatowa... Mimo tych przejawów jej sympatii w stosunku do mnie i tak w głebi duszy uważałam ją za pańcię srańcię - i tak już zostało;)

Dziś uciełyśmy sobie miłą poggawędkę. Naprawdę! Tyle miłych rzeczy ile jej powiedziałam, heh - pewnie to się już nie powtórzy:) Ale słowo się rzekło, więc ona już wie, że po naszym wspólnym pożyciu (słynne zdanie: "może jest pod naszym łóżkiem";)) nie chcę już innej współpokojówki (no względnie i ewentualnie mogę zechcieć pod warunkiem, że będzie to On tym razem i że się ze mną ożeni).

Między nami nie było idealnie - ona mnie wyprowadzała z równowagi bałaganiarstwem i roztrzepaniem, a ja ją doprowadzałam do szału moimi whaniami nastroju, ale za to ja jej mówiłam, gdzie leży jej książka to hiszpańskiego albo okulary, a ona gotowała mi spagetti, ja zmywałam, a ona robiła kawę...

Pewnie zastanawiacie się dlaczego zimna i opanowana Regina robi takie wyznania? Ano dlatego, że szumi mi w głowie, bo postanowiłyśmy się z Wenus upić... przez internet!:) Okazji wiele - obrona jej pracy, fakt że nie ma pracy, i że jest w lesie:)

Fajnie było z Wenus w bałaganie. A teraz co? Mieszkam w więzieniu. Mam zakratowane okno z widokiem na mur.

 

Re

 

Ps. To że jestem na innym kontynencie nie zwalnia mnie z obowiązków Wielkiego Organizatora, zatem uroczyście ogłaszam, że jutro o 18 pifo, tam gdzie zawsze. (I nie jest to pizzeria, z której nas zawsze wyrzucają.)

 

 

(zauważyliście jaki dałam chwytliwy tytuł notki? Nadawałby się na pierwszą stronę WP...Wszystkich, którzy spodziewali się krwawego opisu bombardowania stolicy Estonii, serdecznie przepraszam, tu będzie tylko o języku)

Mało mi było roboty, sześciodniowy tydzień pracy wydawał się za mało pasjonujący, toteż postanowiłam wziąć się na naukę. Na pierwszy ogień poszedł mój rosyjski. Próbowałam się nauczyć tego języka już ze trzy razy, ale zawsze jakoś tak zapał mi przechodził, zanim dochodziłam do "ju". Ale teraz to mam nawet jakąś motywację w postaci nauczyciela z jajami. Nie ma to jak nauczyciel facet, do twego młodszy. Znalazłam Michaila.*

Michail jest Rosjaninem, urodził się na Ukrainie, mieszka w Niemczech, studiuje fizykę i uczy mnie rosyjskiego. Bardzo miły chłopak. Wysyła mi kwiatki na skejpie. Słabo mówi po angielsku, więc jak go szkolę w języku plebsu a on mnie w cyrylicy. Literki już umiem. Wczoraj sama przeczytałam akapit książki. Nic nie zrozumiałam, ale było wesoło.

W ogóle to rosyjskim jestem tutaj bombardowana ze wszystkich stron. Jak pewnie wiecie, w Estonii mieszka wielu rosyjskich obywateli estońskich, tj ni to Rosjan ni to Estońców. Ludzi, którzy czują się Rosjanami, urodzili się z rosyjskich rodziców, niestety na terenie Estonii. Bardzo wielu z nich celowo nie uczy się estońskiego i ostentacyjnie okazują swoją mentalną przynależność do narodu rosyjskiego. Między nimi a Estończykami panuje ciągły stan napięcia i obopólnej niechęci. Im bardziej Estońcy nie lubią Rosjan, za to, że siedzą w ich kraju i nawet nie raczą nauczyć się mówić po ichniemu, tym bardziej Rosjanie nie uczą się ichniego języka i nie lubią Estońców, bo wcale nie uważają, se nie są u siebie. Napięcie czasem przeradza się w uliczną bitwę, a okazje mogą być różne - mecz, usunięcie pomnika rosyjskiego żołnierza z cmentarza.

Ale wracając do bombardowania. Językiem bombardowana jestem nie tylko ona ulicach, w sklepach, w urzędach ale oczywiście w pracy.  Firma jest międzynarodowa, językiem oficjalnym jest angielski, ale większość (jeśli nie wszyscy z wyjątkiem Jolanty) mówią po rosyjsku i dla wielu jest to pierwszy lub drugi po estońskim język. Dlatego small talks i chats najczęściej z angielskiego płynnie przechodzą w rosyjski, co powoduje także płynne Jolanty odejście od tematu i zamknięcie się we własnym świecie.

Nie żebym tam się we własnym świecie nudziła, ale...ale. No fajnie byłoby umieć coś więcej niż "Tri piwa pażalsta, bystro!". Ale żeby nie było, że jestem jakimś tam prostakiem, to umiem też powiedzieć: "Balszoje spasiba".

No to teraz spasiba, idę szyć. O 18. lekcja z Michailem :P

JOL.

 

* I oczywiście, że skupiam się tylko na nauce języka.  W tym celu wyobrażam sobie, że mój nauczyciel jest mały, rudy, łysy i ma hobby, które uniemożliwia mu utrzymywanie normalnych kontaktów z otoczeniem, np. zbiera psie kupy i robi z nich naszyjniki.

sobota, 19 grudnia 2009

 

Do internetu już przeciekły kompromitujące treści dotyczące mojego wystąpienia w roli katarskiej tancerki, więc żeby powstrzymać falę spekulacji, postanowiłam przyznać się czym prędzej do popełnionej zbrodni.

Konia z rzędem i połowę mojej ręki dla tego, kto odgadnie, która czarna Buka to ja:)

 

 

No i macie problem na łikend:)

 

Re

13:17, kapelutki
Link Komentarze (12) »
piątek, 18 grudnia 2009

 

Odkąd wyjechałam, wszystko tam się jebie. Umierania ciąg dalszy. Absurdów ciąg dalszy. Problemów ciąg dalszy. Bardzo mi się to nie podoba, ale nic nie dam rady zrobić.

Wczoraj  mnie zawiało i nie mogę się ruszać. Dzisiaj zmokłam i karaluch mi wlazł do buta.  Jutro chyba będę chora.

Smutno mi, Boże...

 

R.

 

czwartek, 17 grudnia 2009

 

Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że wyglądając jak czarna Buka będę wymachiwać palmą w rytm tradycyjnej pieśni katarskiej na stadionie sportowym przed możnymi "tego świata" oraz publicznością mnogą jak ziarnka katarskiego piasku, wybuchnęłabym śmiechem, upadła na głowę, stoczyła się do rynsztoku, a na koniec zrywając boki uroczyście przeniosłabym się na Łono Abrahama. A tu proszę - wczoraj, drodzy państwo, właśnie coś takiego miało miejsce. Nie wierzycie? Nie? Ani trochę?

Ale czy te oczy mogą kłamać?

 

Wszysko oczywiście i jak zwykle przez Pablo.

Pablo postanowił zaangażować się w uroczystości związane z Dniem Narodowym. I się zaangażował. Pewnego dnia dowiedział się od szefa swojej grupy, że jest poszukiwana kandydatka na stanowisko Narzeczonej. Od razu w głowie mojego companierro zaświtała szatańska myśl, że ja się do roli tej na dam. Przedstawił mi ideę, a ja stwierdziłam, że jednak się nie nadam i powiedziałam: niet. Ale Pablo widocznie należy do tych, którzy uważają, że jak kobieta mówi "nie", to znaczy "tak" i bez mojej wiedzy zgłosił mnie do zawodów. Jak przyszło co do czego, moja scena została skasowana i z egzotycznej narzeczonej zostałam zdegradowana do roli zwykłej kobiety arabskiej. Bywa. Potem okazało się, że mam tańczyć... Oczywiście nie sama - w tłumie. Miało być około 25 dziewczyn, ale trzy dni przed pokazem, jakoś nikt się na próbie nie pojawił. Zorganizowałam kilka dziewczyn z Programu na prośbę szefa mojej grupy (mrauuu).

Pierwsza próba była jednym wielkim bałaganem. Druga jeszcze większym. No i w dalszym ciągu było nast tylko 5. Wysłałam więc mejla do szefa (mrauuu), żeby lepiej doorganizowali jakieś kobitki i to najlepiej Arabki, bo tradycyjny katarski taniec zostanie wykonany przez dziewczyny z Polski, Nigerii, Sierra Leone i Korei Południowej, a to niezbyt katarskie towarzystwo, nieprawdaż? I że jak się nie zbiorą do kupy i nas tańca w końcu nie nauczą, to my mówimy adios, aloha i już nas nie ma, wynocha. Najbardziej wkurwiło mnie to (dziś dzień bez przeklinania, moi drodzy), że było tam pięć Katarek, które nic nie robiły oprócz walking, chating i calling. Oraz oprócz rozprawiania o rzeczach, które powinny być ustalone dwa miesiące wcześniej. Na przykład, jakie kroki powinny być uwzględnione w tańcu, a jakie można pominąć. Ale żadna pańca srańcia nie miała ochoty zatańczyć z nami, bo one są stowrzone do wyższych celów - do organizacji. Tylko do kurwy nędzy, trzeba jeszcze mieć trochę oleju w głowie i jakichkolwiek umiejętności. Lepiej zakończę ten wątek, bo nie mam ochoty znów się denerwować.

Skończyło się na tym, że było nas chyba jedenaście - żadnej Katarki rzecz jasna - i po trzech próbach doszło do występu. Poszło nieźle, al-hamdu-lilla, ale gdyby odbyła się przynajmniej jeszcze jedna próba,  byłoby o niebo lepiej. Cóż...

 

Idea była taka:

 

W naszym wykonaniu idea przybrała nieco inną formę... Ale też było zajebiście.

 

Ładnemu, we wszystkim ładnie, czyż nie?

 

No, dobra. Marnie to wygląda, wiem, ale przynajmniej pisali o nas w gazetach.

 

Re

 

Aha - Zupełnie przez przypadek na jednej z tych trzech prób poznałam Superszefową całego tego zamieszania, która tak na marginesie jest przeurocza. Na tej samej próbie Katarki nabijały się z nas - nie wiem - z tego jak wyglądamy, czy z tego jak się ruszamy, czy hiuvi z huiczego, aż im jedna Egipcjanka powiedziała, że to w końcu ich tardycyjny taniec i jak są takie mądre, to niech same tańczą. Mnie przy tym nie było, ale jak mi donieśli (a raczej doniosły), to się zezłościłam. A ci, którzy mnie znają wiedzą, że potrafię być impulsywna;) więc na słodkie pytanie Superszefowej: Łot hepend, Regi Łaj ar ju engry? nie mogłam nie powiedzieć, co leży mi na wątrobie. A leżało mi sporo, bo się nazbierało przez te trzy dni. W dniu występu wszyscy byli tak zajebiście uprzejmi i tak stokrotnie dziękowali, że myślałam, że zaraz zlecą się pszczoły od tego kipiącego zewsząd cukru.

Ale powiem wam jedno - usłyszeć "dziękuję" od Katarczyka - BEZCENNE! A od takiego.. no wiecie... Mrauuu... to nawet... jeszcze bardziej;)

 

sobota, 12 grudnia 2009

 

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,

Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...

Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną

I światła szarego blask sączy się senny...

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

 

W Katarze... :)

 

Re (Re Kum Kum)

 

czwartek, 10 grudnia 2009


Być może niektórzy pamiętają, że dzięki kapelutkom nawiązałam nową znajomość... Jak to skomentował był wówczas five_elephants * (parafrazując of kors): "jeszcze nie pojechała, a już ma koleżankę". I to jaką koleżankę!:)

Agata! Wielkie dzięki za to, że jesteś taka kochana - martwisz się, dajesz dobre rady, przywozisz książki i gazety, pozwalasz się "opalać". Za spotkania, odwiedziny, mejle, rozmowy. Za choinkę i "coś" pod choinkę - już zapomniałam, jak przyjemnie jest, gdy czasem w głowie zaszumi, więc właśnie sobie przypominam, przy pomocy tego "czegoś" od Ciebie;) Smak raju...;)

Naciesz się Francją i Polską, a potem wracaj do Kataru!:) No!


Regina Wino-Falangi

 

No i huji bombki sytyszczelił. Jest druga w nocy (w Estonii) a ja od godziny próbuję zrobić przelew do mojej polskiej nordei i kurde kurde kurde nie da się. Mówi mi, że kot słift jest incorrect, a ja dam sobie migdałki wyciąć, że jest correct. I co? I huji. Nawet napisałam do customer support i czekam. Może mi doradzą, a jak nie to może mnie chociaż pocieszą.

Pierwszy raz od zawsze mam własną kasę, którą se mogę przelewać gdzie chce i jak na złość, mogę ją przelać wszędzie, tylko nie do własnego kąta. No co za czwartkowa przewrotność. Motyla zad.

Idę spać z tej zgryzoty. Ostatnio śniło mi się, że było mnie dwie. Jedna miała ja na imię Jolanta a druga Marilyn. I obie wyglądałyśmy jak Marilyn Monroe, tylko, że mieszkałyśmy na zabitej dechami wsi i byłyśmy ubrudzone błotem. Jedna z nas, niczym Jagna, została wyklęta przez wiejską społeczność (głównie babską) ponieważ spotkała się z niemieckimi żołnierzami, a to w celu dania się zabrać na wycieczkę po świecie. Ale niemieccy żołnierze tylko mówili, że jeżdżą po świecie, więc wycieczki nie było. Nic nie było. Nawet taczki z gnojem, bo się obudziłam siłą obowiązku, kiedy okazało się, że mam 45 minut, żeby się zebrać do obozu pracy. Tyle przypowieści o dwóch mnie.

JOL.

 
1 , 2
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl