Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
czwartek, 30 grudnia 2010
środa, 29 grudnia 2010

Kominek robi podsumowanie 2010 roku, The Economist robi podsumowanie poziomu szczęścia człowieka w ciągu życia, WP robi podsumowanie końców świata, a Jolanta... Jolanta robi to samo, tylko lepiej :))

Zacznijmy od podsumowania roku 2010. Nie wiem, jak zrobił to Pan Kominek, bo go nie czytam (za to czytam Wirtualne Media i stąd wiem, że napisał), ale moje podsumowanie roku 2010 będzie dotyczyło czegoś innego niż globalne i lokalne problemy. O moim podsumowaniu i tak nie wspomną Wirtualne Media (I wcale bym nie chciała, o niee!  A sio redaktorzy WM! Wynocha z naszego bloga, tu nie ma nic dla was! Przegoniłam ich? Ok, to mogę kontynuować). Podsumowanie będzie dotyczyło roku 2010 Jolanty z Chudowa.

Otóż, generalnie rok 2010 zaliczam do tych bardziej ujowych niż inne, choć z niewielkimi przebłyskami słońca przez gnojówkę na początku, w środku i pod koniec roku.

Początek roku spędziłam w małym nadbałtyckim kraju, pracując 13 godzin dziennie przez 6 dni w tygodniu, ale za to za godziwe pieniądze, w godziwych warunkach, z ludźmi godziwymi i godnymi uwagi.  Mieszkałam w świątyni dizajnu z człowiekiem, którego zalety doceniłam niestety dopiero pod koniec pobytu, potem sama w wiekowych murach obronnych miasta, co niedzielę oddawałam hołd bogowi konsumpcjonizmu i pławiłam się szczęściu butowego zagłębia, jakim jest Estonia.

W kwietniu zrezygnowałam z możliwości dalszej pracy. Leo, why? Ażeby wrócić na łono kraju i oddać się mojemu wybrankowi serca, czyli Panu M. jako prawowita zdesperowana kura domowa. Tak oto od kwietnia do lipca moje dni upływały w nieświadomości dupy rzeczywistości na analizowaniu listy gości, listy dań, listy rzeczy, które mam na siebie założyć oraz - od czasu do czasu - na analizowaniu słuszności podjętej decyzji (ale to rzadko). W czerwcu spędziłam także kilka tygodniu w stolycy, którą pokochałam z całego serca. Niestety cena życia przy założeniu, że przyjechałam tam na wolontariat, nieco mnie przerosła, toteż powróciłam dalej analizować listę gości miast analizowania listy sprzętu w magazynie firmy X.

Pod koniec lipca poślubiłam wam ja Pana M. i zostałam kurą. Wesele – o którym jeszcze napiszę – było najpiękniejszym weselem, jakie mogłam sobie wymarzyć od czasu, kiedy pierwszy raz jako dziecko założyłam firankę na głowę. Wtedy poczułam, że wraz z Panem M. poślubiam także Pana B, Pana Dziwnego, Wielkiego Wizjonera, X-mana (który de facto zaślubiał mnie:), Reginę, Halszkę, Wenus i jeszcze kilka innych osób, których tu z imienia i nazwiska nie wymienię. W końcu monogamia jest wbrew ludzkiej naturze ;)

W tak zwanym międzyczasie (nie ma czegoś takiego jak „międzyczas”, to słowo to kalka i jest bez sensu, użyłam je tylko dlatego, że jestem zbyt leniwa, żeby myśleć nad innym, bardziej adekwatnym i przede wszystkim poprawnym słowem) robiłam coś tam coś tam w czymś na kształt czegoś tam, co nie do końca było, tym, co chciałabym robić. Ale to później.

Od sierpnia do października robiłam za to remont mieszkania (który tak naprawdę nie skończył się do tej pory). W tym czasie dokonałam kilku rewelacyjnych zakupów meblowych (oooch ta gięta sofa). Jednocześnie przyglądałam się nowemu mężu i często smażyłam naleśniki, żeby przekonać się, czy faktycznie ten pierwszy jest zawsze nieudany. Nie zawsze.

W październiku, po spowodowaniu stłuczki drogowej, w której stłukłam pewnemu panu dwoje drzwi i nadkole, przez tydzień nie wychodziłam z domu i analizował żywot Jolanty. Ku mojej rozpaczy doszłam do wniosku, że żywot Jolanty nie jest tym żywotem, który sobie wymarzyłam, kiedy szłam do przedszkola, szkoły, obleganego elitarnego liceum i na oblegane elitarne studia w najlepiej Udającej Jakość uczelni w tym kraju. Doszłam do wniosku, że całe życie żyłam w błędnym przekonaniu, że wykształcenie określa człowieka i wyznacza jego miejsce w świecie. Bzdura. Wykształcenie określa jedynie to, jak bardzo człowiek nie wyspał się i namęczył w najlepszym okresie swojego życia. Miejsce w świecie wyznacza natomiast znana nam już dupa rzeczywistości. Mnie dupa wskazała prowincjonalia, których zawsze nienawidziłam. I to też zapaliło czerwoną lampkę – coś jest nie tak. To pchnęło mnie do rozpoczęcia nowych studiów (kobieca logika). Ale tym razem z dziedziny, którą zawsze wpychałam do szuflady z napisem: hobby, w wolnym czasie, lubię to, ale przecież z tego nie da się wyżyć.

W listopadzie wzięłam własną dupę za pas i napisałam do kury wnioski. W grudniu przyjęła mnie pod swoje skrzydła i odstąpiła swoje dutki. W ten oto sposób z dnia na dzień wyrosło mi  na grzbiecie przedsiębiorstwo. Z jedynie bladym pojęciem, czym to się je, ale za to z głębokim przeświadczeniem, że to jest to, co chciałam robić, na razie chodzę z tym przedsiębiorstwem na grzbiecie od świtu do nocy i myślę, myślę, myślę. Co wymyślę, to zapisuję. Albo narysuję. Albo zrobię temu zdjęcie. Chyba napiszę o tym książkę, dzieciom na przestrogę.

Mąż mój natomiast od świtu do nocy pracuje w pocie komputera, żeby zapewnić naszej łybce godziwe życie a mi możliwość myślenia jeszcze przez kilka miesięcy nad moją nową częścią ciała i próbowania, co tu robić, żeby się sprawnie poruszała. Żebyśmy zrozumieli się dobrze - podchodzę do tego z radosnym podnieceniem. Ten nabytek na grzbiecie wprowadza jakiś ożywczy bulgot do mojego życia. Widzę jasną poświatę fioletowego kapelutka, znaczy się – musi być dobrze.

I tak rok 2010 kończy się wielkim znakiem zapytania. Wczoraj jasnowidz w Dzień dobry śniadanie mówił, że rok 2011 będzie kulminacją ujowości. Wrzód pęknie, unia się rozpadnie, ziemia się zatrzęsie i wszystko szlag trafi. W następnym roku już będzie lepiej. Nie wiem, czy to są dobre jasnewidzenia, czy złe. Wszystko zależy. Od czynników. Wielu.

Mój rok 2011 będzie na pewno przełomowy, co mnie niezwykle podnieca. Albo przełoNowy – o ile uda nam się także wrócić na łono. Najlepiej z nabytkiem na karku. Uda się?

 

Aaa… zapomniałabym, podsumowanie szczęścia życia człowieka wg The Economist:

 

"Ludzie wchodzący w dorosłe życie są na ogół radośni i ufni. Życie ich dołuje do punktu zwanego kryzysem wieku średniego. W trakcie dalszego przesuwania się ku wiekowi starczemu tracą to, co cenią najbardziej: żywotność, ostry osąd i atrakcyjny wygląd, ale zyskują to, za czym ludzie uganiają się całe życie - szczęście" - czytamy w "The Economist".

(źródło: Gazeta.pl)

 

Czyli, wszystko jeszcze przed nami! :)

 

JOL.

 




 

 

poniedziałek, 27 grudnia 2010

 

 

Grzeczne dziewczynki wracają do domu przed 10. Rano. Od dziś nie jestem grzeczną dziewczynką… Ale od początku. Czyli od środy.

 

Środa

Tego dnia tak zwana Paka miała swoje coroczne przedświąteczne spotkanie po latach. Zorganizował je (jak zwykle) Wielki Organizator, czyli ja. Spędziłam wszystkich do pewnej pipcerii, w której spotykamy się od niepamiętnych czasów. Po tamtejszej pipcy bolą nas brzuchy, obsługa wyrzuca nas zawsze o 22 i nikt tak naprawdę nie lubi tego miejsca, ale jakoś nie potrafimy sobie wyobrazić, że przed Bożym Narodzeniem moglibyśmy spotkać się gdzie indziej. Gdy zrobiliśmy ściepę na rachunek i każdy dorzucił kwotę, którą przepił i przejadł, tradycyjnie dostąpiliśmy cudownego rozmnożenia pieniędzy. Każdy twierdził, że dał tyle ile trzeba, a tu nagle taka nadwyżka. CUD! Cud jak nic!

Potem wsiedliśmy w nasze mniej lub bardziej luksusowe automobile i popędziliśmy czym prędzej do mieszkania Państwa M. coby niektórzy mogli upodlić się dużą ilością alkoholu przy dźwiękach „Sunshine Reggae” i „Ride on time”. Na miejscu bezrobotny Święty Mikołaj obdarował zebranych świąteczną figą z makiem.

Potem zaczął się ubaw po pachy. W najlepszym nastroju była Wenus B. Pewnie dlatego, że wyrwawszy się z lasu do wielkiego miasta (buhahahaha) znów była królową życia i lansu. Reszta ekipy nastroje miała też całkiem dobre, może z wyjątkiem Pana M., który perspektywicznie myślał już o tym, że rano musi wstać o godzinie 6.30 i bujać się starym zimnym autobusem do sąsiedniego miasta, gdzie w pocie kancelarii zarabia na rodzinę. Mnie natomiast serce mdlało, gdy głowy biesiadników w niebezpiecznie szybkim tempie zbliżały się do kantów i krawędzi, a drinki chwiały się nad laptopami i aparatami fotograficznymi. Trzeźwość umysłu i ciała na imprezie jest bardzo stresująca… W końcu moja psycha nie wytrzymała i rozgoniłam towarzystwo. Zapakowałam tych, którzy życzyli sobie podwózki i pognałam w ciemną noc truchlejąc, że za następnym zakrętem auto mi się rozkraczy, a prawie pusta bateria w komórce nie pozwoli wysłać Bratu sygnału SOS. Moje zdenerwowanie sięgnęło zenitu, gdy nagle zza węgła wyłonili się Panowie Misiaki uroczo do mnie mrugając w lusterku. Jednym słowem kontrol. Zaprawdę powiadam wam, 3 w nocy to nie jest dobra pora na kontrol! Lista mych grzechów głównych była czteropunktowa, ze wstydu jednak pozwolę sobie jej nie ujawnić. Zresztą i tak byłam niewinna! Niewinna byłam! Pan Misiak natomiast był… hmmm… Wysoki. Miał ze dwa metry wzrostu, ale w ramionach wąski był i chudy niepomiernie, a fizys, proszę zauważyć, miał szyderczą. Tfuuu, nieee! Stop! To nie ta bajka! Miał ze dwa metry wzrostu, to prawda, w ramionach szeroki i duży niepomiernie, a fizys, proszę zauważyć, miał przyjemną. Czyli, że musiałam zrobić z siebie idiotkę i okropnie się skompromitować. Bo 3 w nocy to nie jest dobra pora na kontrol! Chociaż, muszę przyznać, że jak na tę nieprzyzwoitą porę, wyglądałam całkiem ładnie... Powalająca uroda mojej buzi zapewne nie odwróciła uwagi od głupiego gadania, które jakoś tak samoistnie bez uprzedniego kontaktu z mózgiem wydobywało się na świat przez usta me karmazynowe, wystarczyła jednak, by zamiast mandatu otrzymać jeno pouczenie oraz życzenia wesołych Świąt. Odstawiłam Halszkę do domu (zapomniałam dodać, że była świadkiem zdarzenia), by o 4 wylądować wreszcie we własnym łóżku i tak, jak to wcześniej przewidziałam, z emocji nie zasnąć aż do godziny 6.

A Święta się jeszcze nawet nie zaczęły!

 

Czwartek

Cały czwartek można ubrać w jedno słowo: SPRZĄTANIE. Choć nie! Warto odnotować, że tego dnia kupiłam sobie świecę o zapachu opium. Żeby poczuć magię tych Świąt.

 

Piątek, czyli Wigilia

Dzień, który co roku wygląda identycznie. Mama i Siostra kłócą się o to, jaką ilość cukru waniliowego należy dodać do placka, Tata grzmi, że nawet w Święta nie może być spokój, Wielki Brat się chowa, Brat znika, a ja unikam…

Pierwsze przykazanie Kodeksu Reginy brzmi: W Święta NIE UDZIELAĆ SIĘ w kuchni! Jak to mówią: gdzie kucharek sześć, tam dwanaście cycków, czyli że generalnie niewesoło. Unikałam więc wszelkiej aktywności kuchennej oraz na ile było to możliwe, każdej innej aktywności także. W końcu jaka Wigilia, taki cały rok! O 12 wpadł z wizytą Kryzysowy Narzeczony. Zdołował mnie swoją zajebistością londyńskiego analityka giełdowego i sobie poszedł. A ja do niezrównoważonej część mojej osobowości tako rzekłam: „Przypomnij mi – dlaczego nie chcemy wyjść za niego za mąż???” W odpowiedzi usłyszałam: „Rusz dupę i chodź ubierać choinkę!” Zbiło mnie to trochę z pantałyku, zwłaszcza, że moje alter ego przemówiło nagle głosem Wielkiego Brata. Czyżbym zaczęła wariować…? Profilaktycznie uderzyłam się ścianą w głowę i poszłam ubierać choinkę do muzyki grupy Vampire Weekend. Scena długa i nudna, ale przynajmniej soundtrack dobry.

Potem starałam się jeszcze trochę unikać, by wreszcie przejść do najlepszego momentu dnia, corocznego rytuału, bez którego Wigilia nie byłaby Wigilią, a cały kolejny rok byłby bardzo nieudany: do malowania paznokci. Na czerwono.

Przy wigilijnym stole wykorzystałam moment, gdy Brat pytał Siostrę o jej wyjazd do Australii, więc trochę a propos, a trochę od niechcenia rzuciłam gdzieś między barszczem a uszkiem, że skoro o wyjazdach mowa, to ja na Sylwestra lecę na Maltę, a właściwie to do Włoch, bo na Maltę to później… Na co Tata pozwolił sobie odpowiedzieć żartem: „Ale to nie tego roku?”. Ha ha, ale wesoło.

Po Pasterce postanowiłam się raz jeszcze zdołować, więc zgodziłam się, by Kryzysowy odwiózł mnie do domu. Odstawił mnie pod same drzwi, a potem odjechał w siną dal. A ja poszłam na spacer, a właściwie to zafajczyć. W końcu było dopiero po 1. Nieopodal napatoczył się mój młodociany sąsiad z koleżką. Koleżka zapunktował, bo ocenił mnie na 21 lat. W nagrodę pozwoliłam mu poczęstować mnie piwem. To chyba było Tyskie.

 

Sobota, czyli Boże Narodzenie

Krótko, zwięźle i na temat. Bóg się rodzi, moc truchleje, a ja śpię.

 

Niedziela, czyli drugi dzień Świąt

Ogień krzepnie, blask ciemnieje, a ja… tak jest! Śpię! Ale nie tylko…

Tutaj niczym w Księdze Tysiąca i Jednej Nocy otwieram szkatułkę w szkatułce i zaczynam nową opowieść w opowieści. Bo wieczorem…

Wieczorem było spotkanie z Australijskim Rzeźnikiem, któremu na Malcie wpadł w oko kawałek pięknego dorodnego polskiego mięsa, zwanego wśród przyjaciół Halszką. Nic nie kumacie? Nie szkodzi.

Australijski Rzeźnik podróżuje sobie po Europie. Jako że nie musi trzymać się sztywno żadnego planu, postanowił przylecieć do Polski, albo raczej do Polki. Gdy tylko usłyszałam tę historię, w mojej pokręconej głowie zrodziła się myśl, że NA PEWNO przyjechał, żeby oświadczy się Halszce w Wigilię! Podzieliłam się z nią swoim odkryciem, a ona niewzruszona wycedziła: „To mu podam czarną polewkę.” Póki co nie podała, bo się nie oświadczył. W każdym razie wczoraj nadarzyła się okazja, żeby w ogóle Rzeźnika obczaić. Proces obczajania upływał w tak miłej atmosferze, że nie puściliśmy go o 22, tak jak to było w planie, tylko postanowiliśmy go ugościć słynną polską gościnnością trochę dłużej. W knajpie okazało się, że towarzyszy nam jak zwykle Przewrotna Koincydencja oraz że wszyscy jesteśmy Australijczykami, dzięki czemu dostaliśmy darmowe drinki i napiliśmy się z szefem lokalu. Gdzieś koło północy wylądowaliśmy na kwadracie Państwa M., którzy nakarmili nas świąteczną kiełbasą wiejską i pierogami. Posiedzieliśmy jeszcze trochę, miło pogawędziliśmy i gdzieś około godziny 3 poszliśmy spać. A rano Jolanta zrobiła jajecznicę:)

 

Wróciłam do domu o 1 popołudniu.

 

 

 

Re

21:10, kapelutki
Link Komentarze (2) »
niedziela, 19 grudnia 2010

 

Drogie Dzieci, czy byłyście grzeczne w tym roku? Czy systematycznie każdego dnia czytałyście Kapelutki? Tak? To wspaniale! Mamy więc dla Was niespodziewaną niespodziankę!

Ekhe, ekhe… ¡Atención!

 

Jeśli czujesz się wiernym czytelnikiem naszego bloga, to nie wahaj się ani chwili i przyślij nam swój adres na kapelutki@gazeta.pl, a już wkrótce otrzymasz od nas w prezencie świątecznym…

wyjątkowe…

jedyne w swoim rodzaju…

niepowtarzalne…

 

kapelutkowe świąteczne wytwory!

 

 

TU DOKUMENTACJA TWORZENIA KAPELUTKÓW

 

Kapelutki w pracy

 

Kapelutki w pracy

 

Kapelutki w pracy

Kapelutki w pracy

 

Kapelutki w pracy

 

Kapelutki w pracy

 

Kapelutki w pracy

Kapelutki w pracy

Kapelutki w pracy

Kapelutki w pracy

Kapelutki w pracy

Włos łonowy kosmity w drinku Jolanty

Tu, jak się dobrze przyjrzeć, widać włos łonowy kosmity w drinku Jolanty.

Kapelutki w pracy

Kapelutki w pracy

 

Kapelutki w pracy

Kapelutki w pracy

Kapelutki w pracy

Kapelutki w pracy

Kapelutki w pracy

Z resztki ciasta zrobiłyśmy... penisa. W końcu to jest blog dla dorosłych.

Kapelutki w pracy

Teraz pieczenie. Pieczenie to sama przyjemność, jak mówią.

Kapelutki w pracy

Mieszanie farb, włosów kosmity, ropuszych oczu i jąder salamandry (teraz jest transeksualistą).

Kapelutki w pracy

Kapelutki w pracy

Kapelutki w pracy

Malowanie (niestety nie paznokci)

Kapelutki w pracy

Kapelutki w pracy

Kapelutki w pracy

Kapelutki w pracy

Kapelutki w pracy

Tadam! Świąteczne kapelutki gotowe:)

 

Nie każdy se może taki kapelutek w willi powiesić! Oj nie każdy. Bo nie każdy jest szybki i odważny. Tylko najszybsi i najodważniejsi będą se mogli powiesić w willi świąteczny kapelutek z limitowanej serii Made By Jola und Re.

Pamiętajcie - liczba tych rewelacyjnych, niepowtarzalnych kapelutków na choinkę jest ograniczona.

 

 

Joł joł joł, meeeeerikrismes! :))

 

JOL i Re

 

wtorek, 14 grudnia 2010

 

Powiem Wam coś, bo w sumie klamka już zapadła, czasu już nie cofnę, nie płacze się nad rozlanym mlekiem (tylko piwem), nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, nie mówi się hop dzieląc włos na niedźwiedziu itd itd. mogłabym mnożyć te przysłowia za grosz, ale nie będę, tylko wam powiem, że dziś stanie się cos dziwnego, może trochę strasznego, a może śmiesznego... nie wiem... Jolanta oto dzisiaj otrzyma dutki od kury wnioski na spłodzenie swojego potomka, czyli własnej działalności gospodarczej. Jolanta jako kobieta przedsiębiorcza postanowiła nie czekać aż jakis pracodawca zechce docenić i wykorzystać jej potencjał, bezwzględną inteligencję , wykształcenie, talenty, urodę, lojalność i skromność i sama postanowiła zostać pracodawcą:) Na razie dla siebie.

Studia, studia i po studiach. A dupa rzeczywistości piszczy. Studia mają za zadanie zniszczyć w człowieku pasje (co w przypadku moim i Reginy prawie im się udało), ale jak śpiewa poetka - nie rzucim ziemi skąd nasz ród. Nie rzucim i pójdziem tam, gdzie spędziłam moje dzieciństwo sielskie anielskie. Choć, śpiewa tez pewien inny poeta: "ze sztuki nikt nie wyżyje", ale ponieważ poeta ten miał tez tendencje do sikania do zlewu, łamania drzewek w sadzie kolegi i wymiotowania w pozycji sakralnej, nie posłucham jego pieśni:). I mam zamiar ze sztuki wyżyć, albo chociaż się w niej wyżyć, bo jak do tej pory nie za wiele okazji do wyżycia się było w moim wyżyciu. Sama kiedyś napisałam taki wiersz, coś na kształt: "nim się przeminie, żyć najpierw trzeba..." i kurde fajka - kiedyś naprawdę w to wierzyłam! Wbrew temu, do czego  na ostatniej piwnej posiadówie doszła Regina (że w czasach moich poeckich, nie byłam taka mądra jak moje wiersze), powiem Ci droga Regino - masz rację! Nie byłam tak mądra jak moje wiersze, ale wierzyłam w to, co pisałam. A teraz jestem mądrzejsza niż te wiersze i podważam ich sens. To jest mądre?

Dość zatem. Wracamy do czasów minionych i uwsteczniamy się w rozwoju intelektualnym, żeby przestać analizować świat i dochodzic do wniosku, że nic nie ma sensu i głowę zwieszać niemo. Wracamy do korzeni, zawierzamy intuicji i żadnej poezji i literatury już do ust nie weźmiemy!

Jeszcze tylko na koniec, co by się dobrze do pracy nakręcić, powiem :

Bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy. Młodości! dodaj mi skrzydeł! Niechaj nad martwym wzlecę światem w rajską dziedzinę ułudy. Kędy zapał czyni cudy. Nowości potrząsa kwiatem i obleka w nadziei złote malowidła. A w życiu są ważne kaszanka, chleb i powidła.

 

JOL.

 

niedziela, 12 grudnia 2010

 

Jeśli macie już dość moich wynurzeń o tym, jak dobrze żyło się naszej Czwórcy Świetnej w Królewskim Apartamencie, to nie czytajcie tej notki. A jeśli mimo mojego ostrzeżenia jednak zdecydujecie się czytać, to pretensje należy kierować do Halszki, bo to ona wczoraj nastroiła mnie nostalgicznie.

Mianowicie.

Gdzieś mniej więcej po trzech godzinach dyskusji o serialach, nauce hiszpańskiego, dysortografii, świętach, paleniu papierosów, wychodzeniu z psem na spacer, udziwnieniach na fejsbuku, Halszce zebrało się na refleksję:

 

Włączyłam sobie grzejnik, zrobiło się ciepło, mam wrażenie, że jestem w Krk i GGadamy przez ścianę…Echh… Brakuje tylko pozytywki, wieńca adwentowego i śniegu za oknem… Choć czekaj… W Krk było zimno… No chyba że odpaliło się piekarnik, to było ciepło…


:)))))) Taaaak, to był nasz sposób na „zimną kuchnię”. Przez dwa lata dogrzewałyśmy ją piekarnikiem, bo wstydziłyśmy się zgłosić, że piec jest zepsuty. Po czym w trzecim roku okazało się, że wcale zepsuty nie jest, tylko cztery inteligĘtne niewiasty nie umiały go włączyć:))))))))

Echhh…. Gdyby Halszka nie była na Malcie, Wenus w Lesie, ja w Czarnej Dupie, a Jola nie rozwodziła się z Panem M., to pewnie wszyscy siedzielibyśmy dziś wieczorem w „zimnej kuchni” przy wigilijnym coniedzielnym stole. Przy grzanym piwie z cytryną, g(w)oździkami i cynamonem, przy szydełkowych gwiazdach śniegowych wiszących na oknie, przy dźwięku świątecznej pozytywki, przy zapachu jemioły… Może zagralibyśmy w makao (obowiązkowo rozmawiając wyłącznie po angielsku), które po przekroczeniu odpowiedniej ilości promili we krwi, zamienilibyśmy na jengę. Bo po pijaku najlepiej gra się w jengę! Najlepiej o 2 w nocy…

 

No dobra, dość, koniec! Bo zaraz zaleję łzami klawiaturę… A muszę się wziąć w garść, żeby iść dzień święty święcić w galerce. Shopping jest dla mnie największą karą, więc traktuję to jako pokutę i sama siebie rozgrzeszam. Ament.

 

Re

 

PS. W następnym odcinku (być może) o tym, że wcale nie jestem nieszczęśliwa, a kto myśli inaczej, ten może sobie wskoczyć do jeziora!

 

sobota, 11 grudnia 2010

 

Pani w telewizorze do widzów: Święta to czas radości...

Regina do swojego przyjaciela mopa: I wzmożonego wkurwienia...

 

Święta idą... Szatanie! Szykuj swojego potwora!!!

 

R.

wtorek, 07 grudnia 2010

 

Odkąd zdałam maturę w naszym elitarnym liceum wiedziałam, że nic już nie będzie takie samo. To był koniec naszej elitarnej klasy. Koniec ery kreatywności, czytania prawdziwej literatury, paraliżującego strachu przed matematy(cz)ką, Cycerona w oryginale, Monty Pythona… też w oryginale, corocznych ognisk integracyjnych, błotnych rajdów patronalnych połączonych ze spaniem w stodole,  sztandarowania w święta narodowe pod pomnikiem nieznanego żołnierza, przebierania się za Xenę wojowniczą księżniczkę (to Jola), malowania paznokci na zielono (to wiadomo kto), podlewania fikusa*, rozwiązywania małych i dużych problemów Wenus Botticelliego, nagrywania taśm prawdy przez Pana Dziwnego, przyławkowych pogaduszek z Wielkim Wizjonerem… et cetera… et cetera…

Potem oczywiście było znacznie gorzej… Roczna praca w branży pościelowej (opowiem wam o tym kiedyś o północy), następnie roczny pobyt w Zakopanem (urlop na podratowanie zdrowia) by wreszcie trafić na właściwe miejsce, czyli do Królewskiego Apartamentu. Echh… home sweet home. I do tych czasów tęsknię teraz najbardziej. Przeprowadzka do Krakowa na stałe, to było to! Koniec włóczykijstwa, wielogodzinnych podróży pociągami i autobusami, które doprowadziły mnie do choroby lokomocyjnej. SPOKÓJ. No dobra, w Zakopanem też miałam spokój i jeszcze widok na Giewont z bardzo bliska, ale mieszkałam w trumnie (luksusowej, ale trumnie) i nie miałam Internetu!

Tęsknie za jazdą tramwajem z Grzesiem Turnauem schowanym w głośniku. Za spotkaniami z Aniołem** na Zwierzynieckiej. Za spacerami pod Wawel w czasie sesji. Za joggingiem – wiadomo gdzie. Za targiem świątecznym na Rynku. Za pewną knajpą na Kazimierzu. Nawet za Jubilatem, gdzie ciągle pachnie PRL-em i słychać kultowe: "Nie musisz wyjeżdżać za miasto..." Za tym, jak się czułam. A czułam się DOBRZE! Dlatego uroczyście ślubuję, że ja tam jeszcze wrócę! Choćbym znów miała jechać przez Zakopane! Albo nawet przez Katar!

 

Regina

 

 

* Wychowawca do Reginy i Halszki: „Dyżurne od kwiatów, fikusowi CAŁĄ BUTELKĘ!”

Regina lub Halszka (spór w doktrynie): „Żeby się fikus kurwa nie zdziwił!”

** Był czas, że tak często go spotykałam, że miałam wrażenie, że już mnie kojarzy i że niedługo będziemy wymieniać grzecznościowe: „Dzień dobry, Panie Krzysztofie!”, „Dzień dobry, pani Regino!”

 

poniedziałek, 06 grudnia 2010

 

Załóżcie szorty i T-szorty;) Dziś Kapelutki prawią o SPORCIE! :)

Od momentu ogłoszenia imion maskotek Euro 2012 noszę się z zamiarem napisania o tym, jak bardzo te imiona mi się nie podobają. Niestety, wciąż brak mi odpowiednich słów, żeby wyrazić owe „jak bardzo”. Przeprowadziłyśmy z Halszką na ten temat długą poGGawędkę i doszłyśmy do wspólnego wniosku, że wszystko to wina PZPN-u. Zarówno imiona, jak i moja niemoc wyrażania emocji z nimi związana. I w ogóle wszystko, wszystko, łącznie z globalnym ociepleniem, zimą stulecia (kolejną), problemem głodu w Afryce, wyczekiwaną III wojną światową i zbliżającym się nieuchronnie końcem świata. Potem zaintonowałyśmy ulubioną przyśpiewkę polskich kibiców, czyli

„PZPN, PZPN, j***ć, j***ć PZPN!”

Tymczasem moi arabofońscy znajomi oraz znajomi pseudo-arabofońscy oszaleli z radości na wieść o przyznaniu Katarowi organizacji MŚ 2022. Tego dnia wszyscy staliśmy się Katarczykami. W powietrzu unosiły się wyłącznie okrzyki: „Mabruk, mabruk! Alhamdulillah! Nasze nazwiska na fejsbuku przetranskrybowaliśmy na arabskie szlaczki, w miejsce zdjęć profilowych wrzuciliśmy sobie katarską flagę, zamiast tradycyjnego „ding ding” w komórkach grał nam katarski hymn. W głębi mojej czarnej duszy grało jednak ulubione zdanie Halszki: „No nie wiem…”

Zaczęłam rozważać wszystkie „za” i „przeciw” i NAGLE dopadła mnie najbardziej przerażająca z przerażających myśl! W 2022 roku… będę miała… 37 lat!!! Ale jak to? Ja? 37? Nie, nie, nie!!!!!! Tak się zestresowałam, że natychmiast poszłam zapalić. I co? Dalej uważacie, że sport to zdrowie?

 

Re

 

PS. Byliście grzeczni? Mikołaj do was przyszedł? Mi przyniósł niestety tylko ból ucha, ból gardła i parę innych boli:|

 

piątek, 03 grudnia 2010

Wczoraj znalazłam kogoś, kto NIE MOŻE nie znaleźć się na kapelutkach,  kto NIE MOŻE nie znaleźć się w kalendarzu królowych, kto NIE MOŻE nie być w naszych sercach, na naszych ustach, w naszych myślach, wreszcie… kto może…. Zdetronizować… Hugh Jackmana!!!! AAAAAaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!

 

Tak! W tym krótkim filmie jest wszystko, jest piękny, boski, gordżys man, jest świetny pomysł, produkt, gra aktorska, pasja, gracja, geniusz, precyzja, profesjonalizm i piękny, boski, gordżys man. Eeehhh….

Pierwszy film prawdopodobnie zobaczycie 673 razy zanim przejdziecie do następnego, ale warto zobaczyć obydwa (nie wiem, czemu zachowuję się, jakbym był pierwszą na świecie osobą, która to widziała….). Indżoj. A imię jego Isaiah Mustafa:

 

 

 

A teraz making of, za który tę reklamą pokochają nie tylko kobiety i mężczyźni, ale także filmowcy:

 

 

eeeehhhh.... idę wziąć zimny prysznic.... i szklanę wody...

 

aha! zapomniałam dodać, że mój mąż też używa żelu pod prysznic OLD SPICE:))))

 

eeehhhh....

 

JOL.

 

eeehhhh....

czwartek, 02 grudnia 2010

 

 

Północny orzeł Jolanty:

 

 

 

I północny orzeł Reginy:

 

 

:)))

 

 

Nasze ostatnie spotkanie, czyli moje i Reginy niespodziewanie przerodziło się z południowego piwa w wieczorne piwo, potem w wieczorne gotowanie, nocne piwo a na końcu w północne orły.

A zaczęło się od tego, że Jolanta...że ja, siedząc w niby pracy i rozmyślając, co by tu można jeszcze założyć, stworzyć, przejąć, zbudować itd. przypomniałam sobie, że oto miałam kiedyś do wykonania telefon w celu wytłumaczenia się pewnemu komuś, dlaczego nie zrobiłam czegoś, co tam niby miałam kiedyś zrobić i, że właściwie to ja wcale tego nie chcę tego robić, ale nie miałam w szkole lekcji z asertywności i nie potrafię tak od razu powiedzieć, że nie bo nie. Ale… wiecie, jak działa ten mechanizm – im dłużej się zwleka, tym trudniej potem to zrobić. To, czyli zadzwonić. No więc wzięła… wzięłam telefon do ręki, już szukam numeru, już w głowie układam mowę tłumaczącą, już witam się z gąską, już, już… aż tu nagle niespodziewanie natrafiam na numer Reginy. No – myślę – skoro już natrafiłam, to zadzwonię. I zadzwoniłam.

W trakcie rozmowy padły słowa „piwo” oraz „wyjść”, toteż zachęcone tą miłą koincydencją umówiłyśmy się, że ja wyjdę wcześniej i pójdziemy na piwo. Tak tez się stało. Poszłyśmy do knajpy, która w odczuciu… Jolanty (a do diabła z wpisami z pierwszej osobie!), tak w odczuciu Jolanty, knajpa ta śmierdzi zakurzonym futrem. W knajpie o zapachu zakurzonego futra przy wyciu Wilków i wyimaginowanej Agnieszki Chylińskiej wychyliłyśmy grzańca bez cynamonu i pogadały o bzdetach. Regina stwierdziła, że ma dobry humor, więc musimy go czem prędzej przedłużyć. W tym celu udałyśmy się do knajpy, która zdaniem Jolanty, jest siedliskiem gimnazjalistów w stylu Ludwika XVI (knajpa w stylu Ludwika XVI, nie gimnazjaliści). To oczywiście nie przeszkadzało nam w podtrzymywaniu dobrego humoru Reginy. Wychyliłyśmy jeszcze po jednym piwie i przegryzły frytkami, gadając, a jakże, o bzdetach (jednocześnie Jolanta wpadła na kolejny genialny pomysł zawładnięcia tym miastem i okolicznymi wsiami).

Regina ponownie stwierdziła, że ma dobry humor i wartałoby ten stan przedłużyć. Pojechałyśmy zatem do rezydencji Państwa M. na przedmieściach, po drodze zahaczając o sieciowy sklep wielobranżowy. Jako, że dobre humory nam dopisywały, a zakupy były udane, Jolanta pożartowała sobie nawet z panią kasjerką, rozweselając końcówkę jej, zapewne smutnego, dnia pracy (smutnego bo, po pierwsze – była smutna, po drugie – nie pracuje z Jolantą i Reginą, więc jak może być wesoła? MUSI być smutna).

W każdym razie, w rezydencji czekał już wygłodniały Pan M. Czem prędzej zatem, jak wzorowa zdesperowana kura domowa, Jolanta wzięła się za gotowanie strawy dla małżonka. Tzn. najpierw napiłyśmy się z Re piwa, a potem, albo nawet i w trakcie zaczęłyśmy gotować.  A, że humory miałyśmy dobre, gotowanie szło trochę gorzej. Wesoło, ale gorzej. Nieoczekiwanie do pracy zaangażowany został rekwizyt, o którym będę (tak!) pisać kontynuując opowieść o udanym wieczorze panieńskim i weselu, czyli penis w torcie. Tadam:

penis w torcie

 

No, tutaj penis jest w cieście na naleśniki, ale kiedy go otrzymywałam, jako niezbędny przyrząd gospodyni domowej, był  w torcie. Albo z tortem. W każdym razie penis.

Wszystkim ciekawym, co robimy, zdradzę, że robimy naleśniki z soczewicą, sosem greckim i penisem wg. Jolanty z Chudowa.

 

Przepis jest prosty:

soczewicę zieloną ugotować, a nawet rozgotować aż się rozpaprze. Odcedzić i odstawić. Za chwilę się przyda. W tym czasie lekko podsmażyć cebulkę, dodać startą na dużych dziurach tarki marchew a nawet dwie i selera pół, a może być ¾, albo 4/5, no tak … na oko. Na patelnię. Tu muszę zaznaczyć, że z nadmiaru procentów Jolanta starła sporą pietruszkę zamiast selera, ale jak mawia kulinarny idol Jolanty Pascal: ”Mozieś dodać soś innego i teź benzie pyśne”. W każdym razie Wy zetrzyjcie selera! No. I to trzeba na tej patelni dusić z dodatkiem wody. Jak się trochę przydusi dodać łyżkę musztardy i trochę keczapu i już mamy sos po grecku do ryby, który jednakże Jolanta zwykła dodawać do rozgotowanej soczewicy, zagęszczać startym żółtym serem, doprawiać ziołami prowansalskimi i mieć z tego farsz do naleśników z penisem. Tak oto mamy farsz:

farsz do naleśników Jolanty z Chudowa

Naleśniki robimy, jak wspomniałam, z ciasta na naleśniki (jak macie pod ręką piwo to koniecznie wlać do ciasta zamiast wody! Benzie pyśne!). Ale ale – ciasto musi być ubite penisem, inaczej NIE będzie pyśne. Regina jeszcze raz demonstruje, czym ma być ubite ciasto. Tadam:

Niezbędny przyrząd gospodyni domowej

Gdyby ktoś czuł się jeszcze mało zgorszony, Jolanta zademonstruje, jak należy bić ciasto penisem. Tadam:

Przyrząd do bicia

Najlepiej oczywiście ciasto bić ręką zdesperowanej kury domowej, co niniejszym czynię na powyższym zdjęciu.

 

Całej tej sodomii i gomorii przyglądała się w milczeniu Łyba Łodełyk, którą jak pamiętacie Jolanta i pan M. dostali także w prezencie ślubnym od całej paki. Łodełyk trochę chorował, ale zjadł łubin i już ma się dobrze.

Łyba Łodełyk

Kontynuując. Naleśniki oczywiście należy wypełnić farszem w sposób dowolny i najlepiej jeszcze trochę podsmażyć, lub – jeśli jest się trzeźwym – przypiec w piekarniku i polać jakimś ciekawym sosem. My zjedliśmy je od razu. Oczywiście były pyśneJ Pan M. też zjadł, spokojnie :)

 

Później było kolejne piwo i kasety magnetofonowe. Słuchanie kaset natchnęło nas to zorganizowania imprezy w stylu wesołych lat 90., na którą już dziś serdecznie zapraszamy, pod warunkiem przyjścia w dresie we wzory geometryczne lub kolorowych getrach.

Niedaleko północy, po kolejnym piwie, zaczęłyśmy nocne Polaków rozmowy na temat dogmatów wiary. Temat oczywiście był na tyle interesujący, że wyrwał ze snu Pana M, który w półśnie wparował do kuchni i z zaślepionymi oczkami, ale trzeźwym umysłem, zaczął obalać nasze heretyckie teorie na temat piekła, nieba i wiecznej szczęśliwości w jednym z nich.

Popołudniowe piwo skończyło się więc o północy, kiedy to wyszłyśmy na śnieg, robić orły. Tu apel do Re o zdjęcia orłów, bowiem robione były jej komórką.

To w zasadzie wszystko. Puenta spotkania chyba jest taka: co tam Malta, śnieg jest fajny :)

Pozdrowienia dla Halszki :)

 

Jol.

środa, 01 grudnia 2010

 

Wczoraj w samym środku rozmowy z Państwem M. zupełnie nieoczekiwanie pojawił się ON...

Moja wielka miłość... Pierwsza... Idealna... Niedościgniony męski wzorzec...

Wysportowany...

Elegancki...

Seksowny. ..

Z dobrą pracą...

Zabawny (bardzo)...

Silny...

Charyzmatyczny...

Romantyczny...

Wrażliwy...

Lubiący zwierzęta...

Trochę jak De Niro...

Imprezowy...

Buntownik...

 

Ech....

 

 

Michael Dudikoff...

 

Re

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl