Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
sobota, 31 grudnia 2011

 

Obudziłam się dziś w gigantycznym błotnistym dole i zastanawiam się, jak do tego doszło? Bo to nawet nie jest jeszcze noworoczny dół, który pojawia się zawsze i na którego czekam w drzwiach z kieliszkiem szampana, ale ostatni dół-gigant 2011. Stary rok musi na pożegnanie kopnąć mnie w dupę - nie byłby sobą.

Pisałam Wam wczoraj o tym, że ostatnimi czasy mam przemyślenia egzystencjalno-kapelutkowe w trakcie fajczenia w przerwach w pracy. Przerw nie mam wiele, przemyśleń pewnie jeszcze mniej, ale i tak muszę je gdzieś uzewnętrznić zanim się rozpuknę na progu Nowego Roku. 

Moja praca ssie. Ssie w najbardziej niesatysfakcjonujący sposób. Słowa poety i filozofa Micka J. - "I can't get no satisfaction" - nabierają dla mnie nowego, całkiem indywidualnego znaczenia. Robię rzeczy wymagające inteligencji na poziomie wyrośniętego orangutana i obrotów Turbo Diesela. Szkoda tylko, że spalanie coraz większe, olej napędowy coraz droższy, a wynagrodzenie nie starcza nawet na dobre wyiskanie w salonie kosmetycznym...  O Boże, moje własny metafory zaczynają mnie przerażać...

Mój szef nie przeczytał nawet mojego CV. Przyjął mnie, bo przyszłam listem poleconym z poprzedniej firmy, która jednakże sama mnie nie chciała.* Moje wykształcenie nie miałoby i tak najmniejszego znaczenia dla tej konkretnej pracy, ale ignorowanie go - delikatnie mówiąc - smuci mnie. Smuci mnie, że ważniejsze jest, czy jestem dobrym robolem, dobrym robokopem, dobrą maszyną wielofunkcyjną. A to że jestem dobrze wykształconym, dobrze wychowanym, dobrym człowiekiem (i zabawnym... i skromnym...), to wcale się nie liczy. Jeszcze bardziej smucą mnie pełne politowania spojrzenia pracowników innych firm z naszego budynku. Jedni mnie lubią, inni nie. Wszyscy patrzą na mnie i myślą sobie, że muszę być strasznie głupia skoro robię to, co robię (po 10-12 godzin) i pewnie nawet nie mam matury. Choć jak na taką idiotkę noszę w sumie całkiem ładne (i drogie) buty...

A moje trzy chUJowe dyplomy śmieją się z tego wszystkiego szyderczo...

W chwilach zwątpienia w sens czegokolwiek lub w chwilach skrajnego wyczerpania wychodzę na fajkę i staram się nie myśleć. Powtarzam sobie tylko: "Wyglądasz jak dama. Ubierasz się jak dama. Zachowujesz się jak dama. Jesteś damą do kurwy nędzy! A damy idą zawsze wyprostowane! Nawet jeśli na kolanach..."

Nie mam siły narzekać już na kraj i na system, na to, że rodzice nie nauczyli mnie życiowej zaradności... Tylko paznokci żal... jak zwykle...

Ale idzie nowy rok i wszystko przecież może się jeszcze zmienić. Na gorsze of kors :) Dlatego nie można za szybko wyczerpać rezerw marudzenia :))

 

Niech moc będzie z Wami! Do siego roku! I nawet jeden dzień dłużej! :))

 

Re

 

 


* No dobra, trochę wyolbrzymiam. Firma mnie chciała. Dyrekcja mnie nie chciała.

Zgadza się. Dzis Kapelutki kończą trzy lata. Jak na blog, to niemal wiek dojrzały. Prawie przejrzały, rzekłabym. 

Z tej okazji - otworzyłam jutrzejszego szampana i popijam w samotności pól bawełnianych patrząc jednym okiem na mojego męża, który dogorywa na kanapie uparcie twierdząc, ze tylko sobie na chwilke zamknął oczy, żeby sprawdzić stan wewnętrza powiek (zawsze mogło się np. zabrudzić, prawda?). I tak popijając wspominam jak to trzy lata temu powstał spontanicznie pomysł na blog. Właściwie, to pomysłu nie było w ogóle, była tylko spontaniczna akcja zakładania bloga i rozpaczliwe próby uczynienia go atrakcyjnym. Potem okazało się, że na siłę uatrakcyjniać nie ma sensu, bo nasze codzienne przygody i perypetie:) (hehe, perypetie:)))) są juz same w sobie tak atrakcyjne, że zbyt duża ingerencja tylko zepsułaby idealne dzieło... przypadku.;) 

I tak infiltrując historię bloga  (czort wie w jakim celu, ale infiltrując) takie mię naszły refleksje, że życie Kapelutków składa się zasadniczo z dziesięciu faz, które niniejszym pragnę przedstawić, huivi po co.

 

Faza rozruchu

Wiadomo. Jak wyżej.

 

Faza Królewska

W Królewskim Apartamencie zawsze było bardzo wesoło. Days of our lifes miały odpowiedni koloryt lokalny, smak, jajo i wątek kryminalny. Toteż Kapelutki rozwijały się w wybornym tempie i kierunku, lepiej niż w prywatnym przedszkolu za 5 tys. zł miesięcznie z regularnymi zajęciami jogi, gotowania na parze, lekcjami języka mandaryńskiego, kursem obrotu papierami wartościowymi i na patent żeglarza jachtowego.  

 

Faza WAPPM

Faza na pisanie prac magisterskich...a raczej faza na NIE pisanie prac magisterskich. Prace magisterskie zajęły sporo miejsca w życiu naszego bloga.

 

Faza wyjazdowa

Ja na Północy, Re na pustyni, Hal w raju, Wen w lesie. Ale serce zawsze na Kapelutkach :)

 

* Moja mała faza weselna:)

Wieczór panieński! Ślub! Wesele! I żyła długo i szczęśliwie w roli kury domowej :)))

 

Faza czarnej dupy

Popowrotowa depresja. Świadomość dokonania kilku złych wyborów w najbardziej kluczowych momentach życia. Czarna dupa rzeczywistości na każdym kroku. Koniec świata odwołany.

 

Faza niezdrowej sławy

Pamiętacie, jak nasz blog trafił na pierwsza stronę Gazety.pl? Jeden durny wpis, nawet nie jeden z najdurniejszych, i takie zamieszanie. szampan, fajerwerki, woda sodowa i te sprawy. A potem okazało się, że sława jest przereklamowana i ludzie z prawdziwego świata nie do końca rozumieją świat Kapelutków. I dobrze. Sława się skończyła i wcale nam jej nie brakuje.

 

Kilka faz zamykania bloga (każda nieudana)

 

Faza maniakalno-depresyjna

Dobrze, źle, świetnie, do czarnej dupy. Nie wiemy, dokąd zmierzamy i kiedy wynajdziemy koło.

 

Faza obecna

Nazwałabym ją fazą przejściową. Przejściowa bo mam takie silne przeczucie, że własnie ewouulujemy, ale jak to zwykle w ewolucji bywa, nie wiemy, co z nas wyrośnie. Jak wyrośnie, to się okaże. Skrzela? Ogon? Potrzeba tworzenia wpisów o palących problemach społecznych i politycznych? Dodatkowe palce (a co za tym idzie - dodatkowe paznokcie!)? Zobaczymy.

 

 Na razie wiemy tylko, że huivi dokąd to wszystko zmierza... 

...

W sumie - jak to dokąd? Do siego roku! :P Czego i Wam życzę!

 

Jolanta z Chudowa :)

piątek, 30 grudnia 2011

 

O kurka wodna! Cały dzień dziś myślę, co to za dzień i nic mi nie przychodzi do głowy oprócz rocznicy ślubu moich rodziców. A toż to przecież urodziny naszego blogaska!!!! Ma już trzy latka, czyli okres natrętnego zadawania pytania "a dlaczego?" Choć ja mam wrażenie, że u nas to on akurat trwa od początku - choć może w nieco zawoalowanej wersji "Leo, WHY?" :)

Wiem, że obiecywałam Wam, że kończę z pisaniem. Ale ostatnio, gdy fajczyłam w przerwach mojej niesatysfakcjonującej pracy uświadomiłam sobie, że jednak nie potrafię. Chyba dlatego, że to jedna z nielicznych rzeczy w życiu, która jako tako mi wychodzi. Oprócz włosów.

Kapelutki są jak pierwsza miłość - nie da się jej wyrzucić z serca, z pamięci, z życia. Nawet jeśli bardzo się chce. Ja chciałam. Już w październiku miałam przygotowany wpis zatytułowany "Ostatnie pożegnanie" ;) Ale teraz o to uroczyście wpis ten ląduje w koszu. Nie rzucim sieci skąd nasz blog! 

Tradycyjne otwieranie szampana i spektakularne odpalanie fajerwerków z okazji naszych urodzin przekładam jednak na jutro. Obiecuję, że będą wszędzie dobrze widoczne ;)) A gdy je zobaczycie, pomyślcie sobie nasze urodzinowe życzenie - żeby ten nowy rok był dla nas wszystkich lepszy niż poprzedni. Ament :)

 

Re

 

 

Z cyklu PoGGawędki.

 

Halszka: Dobrą rzecz dziś przeczytałam w gazecie. Jest horoskop na 2012 i dla każdego znaku jest jakaś karta, która będzie mu towarzyszyć, np. kata fortuny... W moim przypadku to wisielec... Dobre, nie? :)

Regina: No :) 

Halszka: Oprócz tego piszą, że mogę mieć problem ze spłatą kredytu... :)

Regina: Haha, inflacja, kryzys, bankructwo...

Halszka: W miłości też nie będzie łatwo - będę mieć problemy z dogadaniem się z partnerem. Na szczęście mnie to nie dotyczy.

Regina: Nie, nie. To jest akurat dobry omen. Znaczy się, że znajdziesz partnera, bo jak inaczej mieć z nim problemy? :)

Halszka: Jeśli chodzi o zdrowie, to dużo zależy od mojego stosunku do ludzi. W sensie życzliwe lwy nie będą narzekać.

Regina: No to masz problem :)

Halszka: Ale nieżyczliwe czeka operacja... Czyli jednak szykować się pod nóż...

Regina: Teraz mój!

Halszka: Twoja karta przewodnia to umiarkowanie.

Regina: Pewnie piszą, że mam się nie obżerać. 

Halszka: Haha, dokładnie. Masz unikać słodyczy i środków przeciwbólowych.

Regina: Słodyczy - ok. Ale jak żyć bez ibupofenu???

Halszka: Zapisz się na jogę... Jeśli chodzi o pracę - to weź się do roboty :)

Regina: Ja pierdolę.

Halszka: Tylko nowe pomysły pozwolą ci utrzymać pracę.

Regina: Wymyślę nową technologię układania kartek w kalendarzach.

Halszka: Jest szansa, że nie zabraknie ci pieniędzy.

Regina: Nikła, ale jest ;)

Halszka: Choć to będzie zależało od twojego stosunku do pracy.

Regina: Czyli jednak szansy nie ma.

Halszka: W tym roku zrozumiesz zeszłoroczne błędy :) Teraz uczucia...

Regina: Dajesz.

Halszka: Nie jesteś pępkiem świata... Serio! Tak napisali! Przeproś ukochaną osobę, może ci wybaczy. Wolne ryby mają szansę na miłość, ale musisz porzucić pychę...

Regina: Oj tam, od razu porzucić :)

Halszka: Dobry horoskop, nie?

Regina: Zajebisty :)

 

Z tym optymistycznym akcentem życzymy Państwu do siego roku! :)))

 

 

 

środa, 28 grudnia 2011

 

Moje Święta nie były obrzydliwie wesołe. Obrzydliwe - bardzo być może. Wesołe. Niet. Oczywiście trochę dramatyzuję ;)

W ogólnym rozrachunku nie było źle. Głównie dlatego, że rodzina mając na uwadze skrajne wyczerpanie mojego organizmu nawet nie próbowała ze mną zadzierać :) Poza tym było mało świątecznie. Nie licząc epizodu ze słuchaniem przeze mnie na okrągło "Feliz Navidad" w Wigilię i Boże Narodzenie i zawieszenia przy lampie bąbkowego złocistego statku Piratów z Karaibów, który dostałam w zeszłym roku od Jolanty w rewanżu za Figę z Makiem. Pamiętacie moje kultowe figi z makiem? Nie?? No jak to?

Aż trudno uwierzyć, że kolejny rok nam się kończy. On to już w ogóle nie był obrzydliwie wesoły. Ale nic to. Zawsze może być gorzej. Ba, będzie! W 2012. Kryzys, inflacja, bankructwo - na tym tle koniec świata jest bajkowo pociągający, a jeźdźcy Apokalipsy to różowe małe kucyki Pony. 

A jakie plany na Sylwestra macie, drodzy nasi Czytelnicy? 

Ja (osobiście) tym razem nie planuję żadnych zagranicznych wojaży tudzież innych wypraw na podbój słońca Toskanii. Mam zamiar spędzić tę "noc przejścia" w łóżku... I nieeee, nie sama :) Nie tym razem :)

Będzie...

...ze mną...

...mój...

...kot :)

 

Mrauuuu.

 

Re

 

wtorek, 27 grudnia 2011

 

Obrzydliwie wesołe Święta w tym roku mieliśmy, nieprawdaż? (jak zaznaczyła Re, zyczenia te padły z ust Wielkiego Wizjonera, kiedy żegnaliśmy sie pod kinem po zbiorowym oglądaniu Szpiega). Moje święta były w tym roku wyjatkowo obrzydliwie wesołe. Z naciskiem na wesołe. Aż mi głupio o tym pisać... Fakt, faktem - przyszły tak niespodziewanie, ze nie zdążyłam zrobic wszystkich świątecznych porządków (kończyłam w niedzielę wieczorem). Niespodziewanie przychodzący czwartek przy tegorocznych świętach to mini pikuś. Te świeta wręcz wyskoczyły zza szóstego grudnia, każąc innym dniom, które zazwyczaj gdzies tam są w kalendarzu między 6. a 24., pocałowac się w dupę i spadać.

Ale, nie zaszkodziło to obrzydliwej wesołosci, która dopiero miała nastąpić. Choinkę piekną jak las ubrałam zaraz po Mikołaju :) A co!

 

Choinka – check.

 

(Mniej wesło było, kiedy okazalo się, że ani jeden z kilograma ckierków nie dostapi zaszczytu zawisnęcia na gałązce. Poniewz mąz mój raczej nie jada słodyczy, wniosek był jeden – ktos zakradał sie w nocy do naszej kuchni i wyjadał cukierki z szafki. Nie może być inaczej. Bo chyba nie ja sama?  Eeee, niemozliwe. )

 

Wigilię przygotowałama w dwa dni. Jednego dnia ugotowałam barszcz (ja! ja sama! sama barszcz ugotowałam :))), zrobiłam sałatkę, placka i rybę. Drugiego - przyjechała Szanowna Mama i przywiozła uszka, pierogi, bigos i śledzie.

 

Dania wigilijne – check.

 

W piątek załatwiłam odwieczny problem podarkowy. Tzn. poszliśmy z Panem mężem do sklepu, ja wybrałam mężu buty, on zapłacił. Potem poszlismy do księgarni, ja wybrałam sobie ksiązkę, on zapłacił.

 

Prezenty świateczne – check.

 

Wigilia – od 16.00 d 21.00 u jednych Rodzicow, od 21.30 do 23.30 u drugich Rodziców (pozostały czas drugich Rodziców został na pierwszy dzień świąt).

 

Rodzina – check.

 

Pierwszego dnia świat zaprosilismy pakę. Cóż, tutaj było trochę mniej wesoło, właszcza ok 2. w nocy, ale przemilczmy to :) Ci którzy uslyszeli ode mnie frazę "Dzwoń po taksówkę/tatę/siostrę/brata/szofera itd.", zostali już przeproszeni, a wina zrzucona na karb ogólnej złej kondycji psychfizycznoalkoholicznej. I am sorry. Ale..

 

impreza świąteczna – check!

 

Drugi dzień świąt w całości spędziłam w amaku ogladając z mężem filmy Woodego Allena. Orzydliwie wesoło :).

 

Świąteczny disko relaks – check.

 

Ogólny bilans tegorocznych świąt jest na plus. Obrzydliwie wielki plus, nawet bym rzekła. I jeszcze, żeby było obrzydliwiej wesoło, w tym miesiącu pierwszy raz od dawna udało mi się zrobić znaczące oszczędności finansowe. Co za czort? Jak dla mnie święta mogą być co miesiąc.

 

JOL.

 

sobota, 24 grudnia 2011

 

Zapowiada się cięęęężki dzień. Co roku składam wniosek, żeby odwołać wigilię, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto powie "veto". 

Wigilia jest newralgiczna. W niczym nie przypomina tej, co mają w "Klanie" na Sadybie. 

Od rana atmosfera jest gorąca. Matka z Siostrą odstawiają kuchenne rewolucje. Ojciec - albo jest obrażony na cały świat albo wręcz przeciwnie - tryska humorem. Obie ewentualności są złe. Wielki Brat i Brat żyją we własnym świecie i migają się od wszystkiego, co związane ze Świętami. I ja też staram się trzymać z daleka. 

Siedzę u siebie i robię wszystko, żeby nie zabrać się za usuwanie gruzu i śmieci z mojego pokoju. Im wcześniej zacznę sprzątać, tym szybciej skończę. Im szybciej skończę, tym wcześniej będę musiała ubierać choinkę. Im wcześniej ubiorę choinkę, tym prędzej skończą się moje dzisiejsze multitaski i ktoś może wpaść na pomysł, żeby mnie jeszcze do czegoś zaprzęgnąć. O nie, nie. Nie zgadzam się. 

W tym roku Święta przyszły mi wyjątkowo niespodziewanie. Aż dziwne, że nie wypadają w czwartek. 

Nie zdążyłam zrobić fig z makiem ani stroików. Ani pomalować gwiazdek złotym szprejem. Ani zrobić janiołów z makaronu. Ani łańcucha z bibuły. Ani domku z piernika... To chyba dlatego, że przez ostatnie dwa tygodnie pracowałam po 10-12 godzin przez 6 dni w tygodniu. Tak, to mógł być powód. 

Czerwony alert! Placek się rozjechał! To oczywiście moja wina, bo sernik powinnam była jak zawsze zrobić ja. Ale nie zdążyłam...

 

Plagiatując Wielkiego Wizjonera życzę Wam wszystkim... OBRZYDLIWIE WESOŁYCH ŚWIĄT!!!!

 

(Bułuahahahahahhahahahaaaaaaaaaaa!!!!!)

 

Re

10:52, kapelutki
Link Komentarze (5) »
wtorek, 20 grudnia 2011

 

Z cyklu PoGGawędki

 

Halszka: Co tam?

Regina: Pracuję po 10-12 godzin. I wylazły mi dwa zimna. I dałam dziś łapówkę konduktorowi.

Halszka: Wow, niezły wynik jak na drugi dzień tygodnia. A jak to się stało, że znalazłaś się w pociągu bez biletu?

Regina: Nie, nie. Mój szef kazał mi nadać przesyłkę konduktorską do Miasta B, a oni biorą przesyłki tylko do Miasta A. 

Halszka: Kurde, ale masz nowe doświadczenie.

Regina: No, musiałam użyć swojego uroku osobistego. Zresztą nie tylko ja. Pomógł mi...

Halszka: Kto?

Regina: Król Kazimierz Wielki :)

Halszka: Aaaaaa, no on czasem pomaga. W końcu zastał Polskę drewnianą a zostawił murowaną.

Regina: On i jego kumple są bardziej skuteczni od Świętych Pańskich ;)

 

 

 

niedziela, 11 grudnia 2011

 

Miarą mojego zmęczenia są połamane niezadbane paznokcie. Oraz to, że wcale mnie to nie wzrusza. Nie zależy mi już jakoś. Kiedyś, gdy miałam zielony lakier, wzbudzało to jakieś emocje. Największe pewnie wśród nauczycieli i rodziców. Dziś żywe kolorowy są trendy. Im dziwniejsze, tym lepsze. Dziś niczym się już nie wyróżniam.

W ogóle jestem zapuszczona. Zapuściłam takie odrosty, jakich świat na mojej głowie dawno nie widział. Mam wąs, choć jego akurat wcale nie zapuszczałam. Sam się pojawił nieproszony. Wielki Brat stara się wykorzystać moje nieszczęście i zamierza prowadzić program cyrkowy "Pocałuj kobietę z wąsem" ze mną w roli kobiety. To jego kolejny genialny pomysł po wymianie mojej nerki na samochód. 

Mam wory pod oczami, które z pewnością uszczelniłyby nie jeden wał przeciwpowodziowy. I zmarchy jak u monarchy. W sensie, że staro wyglądam. 

Chwilami mam dość.

 

Re

piątek, 02 grudnia 2011

 

Nasza nowa Czytelniczka (albo stara ale nowo objawiona) - Blackberry zarzuciła nam niedbałość o osoby zafascynowane naszym blogiem ;) Co charakteryzuje się oczywiście brakiem nowych postów. A dziś własnie miał być nowy post. I będzie.

W skrócie Wam powiem, że zaczęłam nową pracę. Jest równie fascynująca jak poprzednia i chyba jeszcze mniej związana z moimi zainteresowaniami. Tak że to tylko kwestia czasu, kiedy poziom mojej frustracji osiągnie 100 punktów w Skali Reginy. Ale przynajmniej szef jest miły i nie zabił mnie, gdy w trzecim dniu poprosiłam o urlop :)

Nie o tym jednakże miało być.

Miało być o tym, jak zamiast do gabinetu lekarza trafiłam do jaskini szatana. Otóż...

Jakiś czas temu poszłam zarejestrować się do przychodni na wizytę. W rejestracji poinformowano mnie, że moja lekarka jest na macierzyńskim i rzucono mi w twarz jakieś dwa inne nazwiska. Powiedziałam, że w zasadzie jest mi wszystko jedno. Gdy tylko wyszłam z przychodni przypomniało mi się, jak cioteczka Jilly (która pracuje w tej samej przychodni tylko w części dla dzieci) opowiadała o jednej przedziwnej lekarce, którą wszyscy mają za satanistkę. No to sobie myślę, że to na pewno ta - znając moje szczęście. 

Gabinet. Ściany pomalowane na czerwono... Na nich wiszą jakieś pogańskie obrazki, na stolikach pogańskie figurki, wszędzie unosi się zapach kadzideł... Lekarka. Kobieta koło 50-tki. Zamiast fartucha - afrykańska koszula. Dziary na rękach. Na wszystkich palcach pierścionki z trupimi czachami, paznokcie czarne... Włosy krótko ścięte, oczy trupio niebieskie, powieki pomalowane krwisto czerwonym cieniem... Zamykając drzwi do tego "gabinetu" modliłam się, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Kobieta musi mieć niezły ubaw obserwując reakcje ludzi, którzy przychodzą do niej pierwszy raz :)

Padło standardowe pytanie: "Co się dzieje?" No to mówię, że nie śpię od 2001 roku, że homeopatia chuja daje, że już ledwo funkcjonuje i że może może coś zaradzić... Obmacała mnie, osłuchała, pomierzyła i zaczęła namiętnie pisać. Skierowanie na badanie, które po chwili mi wręczyła. A do skierowania dodała receptę mówiąc: "A to sobie Pani łyknie wieczorem dla relaksu" i się uśmiechnęła. Więcej! Dam sobie rękę uciąć, że przy tym jeszcze puściła mi oko!

Po powrocie do domu oczywiście zaczęłam rozgryzać w necie moje nowe prochy i okazało się, że to leki z grupy benzo... :) 

A wracając do braku nowych wpisów. Jeśli o mnie chodzi, to ta tendencja raczej będzie wzrastać. Dlaczego? Powiem Wam szczerze bez owijania w bawełnę. Ostatnio trochę ciekawych rzeczy dzieje się w moim życiu, ale nie piszę o nich, bo za dużo znajomych czyta tego bloga. I mi to przeszkadza. Bo gdybym chciała się im wywnętrzać, to bym się z nimi umówiła na wódkę. Poza tym od dawna mnie denerwuje ich milcząca inwigilacja. Przestaje mnie bawić to, że wszyscy wiedzą wszystko o mnie, a ja o nich nic. Chciałam pisać anonimowo dla anonimowych czytelników. A Kapelutków od samego początku nie dało się utrzymać w tajemnicy. Grono realnych znajomych, którzy dowiadują się o blogu, rośnie. A są rzeczy, którymi nie chcę z nimi się dzielić, a z Wami - ludźmi bez twarzy, dziećmi cyberprzestrzeni bardzo chętnie. 

Mówię otwarcie, że to prawdopodobnie mój ostatni miesiąc na blogu. Chyba trzeba wreszcie zacząć nowe życie.

 

Re

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl