Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
poniedziałek, 31 grudnia 2012

No my z Reginą to na pewno nadajemy na tych samych falach (albo nawet jeśli nie na tych samych, to nasze fale lecą równoległymi drogami bo się ze sobą często komunikują). Właśnie tu wlazłam, żeby do dać wpis na nowy rok, a tu proszę – nowy wpis Re na stary rok J

 

Otóż, ja mam te same refleksje. Zawsze mówiłam, że czas jest pojęciem względnym i to, że my obchodzimy wielki piękny nowy rok, nie znaczy, że gdzieś tam, w dyrekcji wszechświata cokolwiek się zmienia i ktokolwiek myśli o tym, aby teraz nagle obrócić bieg wydarzeń o 180 (czy choćby nawet o 360 stopni)  tylko dlatego, że my akurat mamy taki a nie inny kalendarz. Chociaż mam wrażenie, że mój rok 2013 będzie jednak ociupinkę inny… Ale to nie ma żadnego związku z faktem, że przyszedł nowy rok.

To, że nie wierzę w nowy rok oczywiście nie przeszkadza mi w zrobieniu noworocznych postanowień i planów. Cóż to byłby za rok bez nowych niezrealizowanych planów o nauczeniu się dwóch nowych języków obcych, w tym jednego ugrofińskiego, pojechaniu w podróż dookoła świata, albo choćby dookoła Europy Środkowo-Wschodniej (ja tam wierzę w Europę Środkową-Wschodnią) czy rzuceniu gryzienia paznokci i znalezieniu sobie jakiegoś innego, bardziej  spektakularnego nałogu! Taki rok byłby Nietschem. Zatem i dziś zrobię sobie nową listę things to do before death, dishonor and next new year.

Chociaż, gwoli ścisłości, rok 2012 był jednak rokiem zmian, no to muszę mu przyznać. Co prawda nie wszystkie te zmiany planowałam 31 grudnia 2011, ale zawsze coś, zawsze coś.  W sumie 31 grudnia 2011 nic nie planowałam, ponieważ byłyśmy z Reginą i Halszką zbyt zajęte zalewaniem się w trupy na wzgórzu z nomen omen cmentarzem za plecami oraz udawaniem koleżanek z Anglii i stawianiem Pana M. w niezręcznej sytuacji… J To był dopiero udany sylwester!

W tym roku postanowiłam jednakże spełnić jedno ze swoich wielu poprzednich postanowień dotyczących sylwestra. Otóż postanowiłam wybrać się na bal. Z rezerwacją miejsc. Koniec posypywania głowy popiołem,  że znowu zaczęłam planować wieczór sylwestrowy o 20.30 31 grudnia. W tym roku postanowiłam, że posypię głowę brokatem, założę suknię z cekinami i zarzucę boa z piór. Oł jee.

Postanowienie udało się zrealizować połowicznie. Szukałam balu, no wiecie, z sukniami, książęcymi parami, dyniowymi karocami i takie tam. Ale takie bale kosztują tyle, że nawet matka chrzestna Kopciuszka by wymiękła. Widać dawno nie byłam na balu, bo myślałam, że 1398 zł za parę to cena, w której poza kolacją, butelką szampana i muzyką do białego rana, zawarta jest także powitalna paczka z Samsungiem Galaxy Tab. A tu się okazuje,  że nie.  

Ostatecznie mogłabym się zadowolić balem w remizie z wykładziną na parkiecie i sałatką ziemniaczano-cebulową. Bylebym mogła założyć cekiny, brokat i boa z piór. Ale nie było dla nas miejsca w okolicy, w żadnej remizie. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na elegancką kolację z densigiem.  Boa by było. Byłoby.  Gdyby nie to, że po rozmowie z obsługą lokalu, którą przeprowadziliśmy 23 grudnia, dowiedzieliśmy się, że ta informacja o densingu to tylko tak była napisana. Taki chłyt marketingowy. Raczej planują tylko kolację. I może nie taką znowu elegancką. No w każdym razie będzie jedzenie. I głośniki. Jak ktoś będzie chciał potańczyć, to czemu nie. Mówiąc poetycko - wizja wielkiego penisa strzelającego w moją sylwestrową bombkę z balem rozbłysła przed mymi oczami z całym impetem.

Czem prędzej, bo  czasu coraz mniej, zaczęliśmy poszukiwania rozwiązania awaryjnego. Rozwiązaniem awaryjnym okazał się bal przebierańców w stylu country. Cóż, nie jestem szczególnie wybredna w kwestiach muzycznych.  Rzekłabym nawet, że mój muzyczny liberalizm czasem wręcz ociera się o muzyczną ignorancję, jednak country szczerze nie lubię.  Ale trudno, tym razem nie będę wybrzydzać. Książęce pary czy Cotton Eye Joe -  i tak założę brokat, cekiny i boa. A w dupie mam. Być może to mój ostatni sylwester podczas, którego mogę wyjść z domu, upić się szampanem Piccolo i wrócić o 4 nad ranem. Jeśli jednak fizycznie nie dam rady, to znaczy, że mój ostatni sylwester, podczas którego wyszłam z domu i wróciłam o 4 nad ranem, to był ten spędzony z zakłopotanym Panem M., zalanymi, mówiącymi po angielsku Re i H. oraz armią nieboszczyków za plecami… :) Też dobrze :)

 

JOL.

 

 

Dziś ostatni dzień roku i chyba perspektywa podróży w nowy 2013 wywołuje u mnie chorobę lokomocyjną, bo od wczoraj towarzyszy mi nieustannie odruch wymiotny. A może to po prostu strach przed nieznanym?

Jakim nieznanym, co ja bredzę. Nie wiem, jak to możliwe, że po tylu latach życia na tym ziemskim padole wciąż wierzę w to, że nowy rok przyniesie jakieś dobre zmiany. Że nagle jakoby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko się odmieni. Tak się zastanawiam, czy mnie przypadkiem sufit na łeb się nie spadł?

Jeśli chodzi o plany na wieczór, to sama nie jestem pewna, czy mam ochotę wychodzić. Gdyby tak się dało przyjść na party o 22 i wyjść o 1.00, byłoby idealnie. Ale chyba się nie da, więc nie wiem, czy mi się chce bawić się szampańsko do białego wina rana. 

Przemyślę sprawę dokonując przemeblowania. Zauważyłam, że obecne feng shui zupełnie mi nie służy. Albo cały czas śpię albo nie śpię wcale i bałagan sam mi się tworzy i rozprzestrzenia. 

Jeśli chodzi o sylwestrowy anturaż, to najchętniej postawiłabym na boa i szpilki. Wiecie - tylko boa i szpilki. Ale to sprawdza się jedynie wtedy, gdy zaproszenie dotyczy dwuosobowej upojnej nocy sylwestrowej. Może kiedyś. Tymczasem zdecyduję się najpewniej na czarny atłas i cekiny.

Proszę nie regulować odbiorników. Nadajemy na tych samych falach w nowym roku.

 

Re

 

piątek, 28 grudnia 2012

Nie mam siły. Potrzebuję jakiegoś resetu. Formatowania dysku. Ta przerwa była za krótka. Na tyle długa, żeby mózg i ciało zaczęło się przygotowywać do odpoczynku i za krótka, żeby ten odpoczynek się faktycznie zaczął. Time is out. Get lost! Chyba nie umiem odpoczywać. A na blogu siedzę dlatego, że pracuję. Tzn. nie pracuję na blogu, tylko na komputerze i w ramach... hm... prokrastynacji robię wpis z nadzieją, że mi się zrobi lżej na duszy. Tylko na kręgosłupie robi mi się ciężej.  

 



 

 

JOL.

czwartek, 27 grudnia 2012

 

Łoo Jezu Nowonarodzony. Czuję się tak, jakbym od Wigilii nie trzeźwiała i dziś dopadły mnie wszystkie konsekwencje w pełnym tego słowa znaczeniu. Kac morderca nie ma serca.

Tymczasem przez całe Święta ani kropli, dopiero wczoraj 0,7 piwa. A czuję się tak, jakbym wypiła 0,7 wódy. Jak to na kacu jestem zmęczona, niewyspana, zziębnięta i mam mega gastro. Od rana zdążyłam już zjeść trzy śniadania o łącznej wartości czterech kajzerek i trzech porcji tradycyjnej sałatki warzywnej... A marzę tylko o tym, żeby wymoczyć zwłoki w gorącej wodzie pachnącej cytrusami, a następnie zagrzebać się w mięciutkiej jak kaczuszka pościeli. I zasnąć.

Robota w robocie stoi. Nie jestem w stanie. O 9.00 szef napisał, czy w ogóle przychodzę do biura, bo on ma wolne. Ale ja mam księdza (w sensie wizytę duszpasterską), więc z dwojga złego wolę przeczekać tutaj. Oczywiście skoro już jestem, to wypadałoby popracować...

Wczoraj mieliśmy doroczne spotkanie bożonarodzeniowe. Znamy się już tyle lat, że nie bardzo jest o czym gadać, dlatego w głównej mierze siedzieliśmy w ciemnym kinie i przez trzy bite godziny oglądaliśmy jakiegoś "Hobbita". A potem strzeliliśmy po browarze i się rozeszliśmy, bo przecież "jutro do roboty".

Czwartek znów przyszedł niespodziewanie.

 

Re

poniedziałek, 24 grudnia 2012

 

Jestem chora. Wiedziałam, że na Święta będę chora. Wszystko po to, żeby były jeszcze bardziej beznadziejne. Noc była ciężka. Rok był ciężki.

Piję mocną kawę, która powinna postawić mnie na nogi przynajmniej na najbliższe 4 godziny, w których mam zamiar: Przelecieć odkurzaczem cały dom. Podlać kwiaty. Pomalować paznokcie. Pojechać do apteki. Wstąpić do biura po coś, czego zapomniałam zabrać w piątek. A na drodze - jak trąbią wszystkie media - lodowisko. 

Choinkę ubrałam wbrew tradycji wczoraj. Nie jest nawet w połowie tak piękna, jak ta Kasi Tusk, ale cóż. I tak wyszła całkiem ładnie. Piernikowe serca toruńskie zawsze robią robotę.

Gdy będę miała już własną choinkę - żywą - chciałabym, żeby nie było na niej dwóch takich samych bombek. Chciałabym, żeby była bardzo nieidealna. 

 

Re

środa, 05 grudnia 2012

Przypadkiem weszłam na blog matki Polki, mieszkającej w Skandynawii, mającej dwójkę małych dzieci. I te dzieci doprowadzają tę matkę do szaleństwa. Otwarcie nawet napisała, że żałuje chwil, kiedy zdecydowała się na dzieci. Jest zmęczona i sfrustrowana. Współczuję jej. Ten blog tak mnie przeraził, że ja jestem bliska załamania nerwowego i boję się, jak diabli. Boje się, że moje dziecko też będzie nie do opanowania, że będzie krzyczeć i biegać z kupą w majtkach, i nie da ich sobie zdjąć, że nie będzie chciało spać, nie będzie chciało wstać, będzie wrzeszczeć i jęczeć tylko dla samego faktu wrzeszczenia i jęczenia. Że będzie potworem, które zamieni moje życie w koszmar... Wiem, że sama mogę teraz brzmieć jak potwór, ale trudno. Nie chcę dziecka potwora. I zaczynam wątpić, że jest to wszystko kwestią wychowania. Kto przy zdrowych zmysłach chciałby wychować sobie potwora? No właśnie. Więc pewnie nie mamy na to wpływu. To kwestia przypadku. Ty dostaniesz takie dziecko, a ty inne, a ty masz potwora. Bach! Niech ktoś mi powie, że jest inaczej, błagam. Że to zależy choćby od diety albo klimatu. A najlepiej, że skoro nie chcę wychować potwora, to tak właśnie będzie,  że to zależy ode mnie. Ktokolwiek? Plisss :/ 

 

JOL.

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl