Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
poniedziałek, 29 grudnia 2014

Ponieważ dzień 31 grudnia zamierzam zakończyć w stanie upojenia alkoholowego, podsumowanie noworoczne sporządzę Wam ja dzisiaj (także będąc w stanie upojenia alkoholowego, ale mniejszym niż zamierzam byc 31 grudnia i z zupełnie innej beczki). Do rzeczy zatem.

Rok 2014 był dla Jolanty i Pana M. rokiem dobrym, nawet bardzo dobrym, ale jego dobro zostało obsrane przez mocno gówniane zakończenie. Z rzeczy dobrych: byliśmy zdrowi, synek rósł i rośnie jak na szpilkach, obeszło się bez większych problemów małżeńskich, kupiliśmy sporo sprzętów z IKEI celem wykończenia mieszkania, nie popełniliśmy żadnego wykroczenia, ja w połowie roku zrezygnowałam z pracy, co zaowocowało zwiększeniem czasu przebywania z moim dzieckiem, polepszeniem stanu zdrowia psychicznego i fizycznego (4 kg w dół) oraz wdrożeniem w życie jednego z dziecięco-młodzieńczych marzeń (dodam też, że z jako takim sukcesem). Generalnie nie mieliśmy większych powodów do narzekania. Do grudnia. W grudniu bowiem firma mojego małżowinka z przyczyn idących z góry postanowiła podziękować za współpracę kilkunastu pracownikom, a w grupie tej niestety znalazł się także mój szanowny małżonek.

Wiadomość ta, niczym grom z przejasnych niebios, dotarła do moich uszu, kiedy akurat wybierałam w sklepie bluszcz do puszczenia go po okapowym kablu, który zwisaniem swym - do zbyt daleko umieszczonego gniazdka - bezwzględnie szpeci mi kuchnię. Rażona wizją jedzenia śniegu i wyprzedawania dobytku, odrzuciłam wybrany bluszcz niczym trujące zielsko i popędziłam do domu, aby jak najszybciej zamknąć się w pokoju i zacząć łkać. Kiedy już skończyłam łkać i otrząsnęłam się z wizji gotowania sznurowadeł miast makaronu, przypominałam sobie, że wyrugowałam przecież łkanie ze swojej natury co najmniej trzy lata temu i nie ma innej rady, niż działać, działać, działać. Jednak zaraz potem uświadomiłam sobie, że nie mamy pracy, za to mamy dziecko poniżej lat dwóch. MOPSIE przybywam!

No dobrze, może tak źle nie będzie. Mąż pracy szuka, choć, jak być może wiecie, nie ma letko. Nawet (a może  szczególnie) na rynku zawodów, które mój małżonek szczególnie ukochał. Ponieważ mam cichą nadzieję, że nasz blog czyta wiele wpływowych osób (albo chociaż dobrze poinformowanych), które ze wszech miar pragną szczęścia wszystkich jego bohaterów, w tym także Pana M., niniejszym lokuję informację, że chodzi o zawody PRAWNIETZSCHE, a zatrudnienia szukamy w mieście wielu królów, czterech królowych i jednego smoka. Tak jest, szukamy pracy w Krakowie dla prawnika-cywilisty z doświadczeniem, urokiem osobistym oraz piękną i inteligentną żoną, którą planowo ma z nim dziecko (a to - jak wiadomo –najlepiej świadczy o mężczyźnie). Będziemy wdzięczni za wszelki cynk (może być tu na blogu, albo tu abo tu).  

Z poważaniem

Jolanta z Chudowa

 

 

sobota, 27 grudnia 2014

 

Boże Narodzenie. Przechodzę przez Rynek kierując się w stronę katedry na mszę. Jest godzina 16.25. Z przeciwka idzie dwóch osobników rodzaju męskiego. Gdy się mijamy, dociera do mnie strzępek rozmowy.

"Nikt mnie nie będzie jebać w dupę. W dupę jebać to ja mogę takie panie jak ta."

KURTYNA.

 

Zazdroszczę niektórym przekonania o własnej wyjątkowości.

 

Re

 

czwartek, 25 grudnia 2014

 

Przeszłam wigilijne załamanie nerwowe. Żenada. Płakałam w pracy. Płakałam na ławce przy głównym deptaku. Płakałam na przystanku autobusowym. Przy wigilijnej kolacji. I paląc papierosa na balkonie. I w poduszkę. Jestem zażenowana sama sobą.

Owszem, listopad był miesiącem o wzmożonej eksploatacji układu nerwowego, a w grudniu wcale nie było lepiej, ale nie spodziewałam się, że tak dalece odbije się to na moim systemie odpornościowym - zarówno fizycznym jak i psychicznym. Pierwszy raz w życiu czułam się tak bezradna w zderzeniu z własnymi emocjami. 

...

Zewsząd sypią się złote rady. Wyprowadź się z domu. Zmień pracę. Wynieś się do innego miasta. Znajdź sobie fajnego faceta. Zacznij wszystko od nowa. O kurwa, sama bym na to nie wpadła.

...

Czasem zdarzają się miłe drobnostki - takie małe bożonarodzeniowe cudeńka. Dzień przed Wigilią odwiedziłam koleżankę. Jako że ona jest obecnie przykutą do pieluch matko polko, a ja ostatnio miałam ciężki dzień (tydzień, miesiąc, rok...), postanowiłyśmy się znieczulić i zresetować. Poszła butelka wina. Butelka na głowę rzecz jasna. Idąc na przystanek zorientowałam się, że suma drobnych w portfelu nie jest wystarczająca, aby zakupić bilet u kierowcy, a nie ma szans, żeby wydał mi z pięciu dych. (W naszym prowincjonalnym mieście nie można nawet pomarzyć o biletomatach.) Przepytałam więc innych przystankowiczów, czy aby ktoś mi nie rozmieni banknotu z wizerunkiem Kazika Wielkiego, ale nie. Kierowca oczywiście też nie miał. Poprosiłam więc, żeby sprzedał mi jakikolwiek bilet za kwotę, którą udało mi się skonstruować z drobnych. Ulgowy. "Trudno, najwyżej mnie kanary złapią, raz się żyje" - powiedziałam trochę zbyt głośno, ale przecież byłam wstawiona. Nie minęło pół minuty, kiedy młody chłopak siedzący nieopodal zaoferował: "To skasuję za Panią, bo mam karnet." Niby nic. Niby to tylko bilet. A jednak wiara w ludzkość przywrócona :) Wszystko byłoby wspaniale, gdybym potem o 1 w nocy nie obudziła się i nie dostała ataku paniki, który nie pozwolił mi zasnąć do rana i przyczynił się do wigilijnej emocjonalnej rozpierduchy.

 

Re

 

poniedziałek, 22 grudnia 2014

 

Jestem uczulona na świąteczne pierdolenie. To znaczy na pierdolenie w ogóle - ale na świąteczne zwłaszcza. Wszelkie firmowe opłatki doprowadzają mnie na skraj załamania nerwowego. 

Ludzie myślą, że moja mizantropia, którą epatuję wszem i wobec, to tylko taka poza - żeby było inaczej, oryginalnie, ale śmiesznie i miło. Utwierdza ich w tym błędnym przekonaniu także to, że chcąc przestrzegać w minimalnym stopniu podstawowych zasad współżycia społecznego, poddaję się często pewnym rytuałom, które (choć totalnie sprzeczne z moją naturą) świadczą o tym, że jest się osobą "normalną". A potem, kiedy przelewa się moja wewnętrzna czara goryczy, to wszyscy są zaskoczeni.

Dziś w pracy na przykład zalano mnie taką ilością świątecznego lukru, że niespodziewanie wstałam od opłatkowego stołu, niechcący trzasnęłam drzwiami i poszłam do toalety i się porzygać. Mnie ulżyło, ale inni spoglądają na mnie co najmniej podejrzliwie. 

 

Re

 

 

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl