Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
wtorek, 31 marca 2009

 

 

Masakra. Tak krótkich paznokci nie miałam chyba nawet w swoim życiu płodowym. Mama mówiła, że gdy się urodziłam, to od razu ze szponami pomalowanymi na czerwono co sprawiło, że z miejsca stałam się gwiazdą porodówki i nikt nie zauważył pięciokilogramowego brata bliźniaka. A teraz? Nie ma czego malować! Nie mam nawet pół paznokcia. Nie mogę pisać na kapelutkach, bo mnie palce bolą od stukania w klawiaturę. No dobra, dramatyzuję. Po prostu mam pensjonarską długość pazurów i bezbarwny lakier. Nuuuda. Ale palce bolą naprawdę. I czuję się nago, ale nic to. Do Świąt jeszcze chwila, może coś wyhoduję i do domu Boga nie pójdę w paznokciowym negliżu.

A propos Boga. I Świąt.

Lubię Wielkanoc. I wyznaję całkowitą jej wyższość nad Bożym Narodzeniem. Nie tylko dlatego, że tak chce wykładnia mojej religii - ja kieruję się dużo bardziej prozaicznymi względami.

 

Halszka: To dlaczego w końcu wolisz Wielkanoc?

Regina: Bo się dużo czasu spędza w kościele, a mało z rodziną.

 

Bo ja generalnie lubię chodzić do kościoła. A Wielki Tydzień to już w ogóle dla mnie jest liturgiczny odlot. Jeśli miałabym wybrać tylko jeden dzień, to zdecydowanie byłaby to Wielka Sobota. Nie ze względu na święcenie koszyczków - w moim domu tradycyjnie toczy się wojna (połączona z gigantyczną awanturą) o to, kto NIE pójdzie z koszykiem no i kutwa zawsze tę wojnę przegrywam ja. A mnie te koszyczki zupełnie nie ekscytują (choć muszę przyznać, że wielki pluszowy baran, który siedzi w proboszczowym wielkim koszyku jest wielce rozbrajający). Mnie ekscytuje Liturgia Wielkiej Soboty. A tak, proszę Państwa i wiem, że moje zdanie nie jest odosobnione wśród współ-katoli: Wielka Sobota jest najpiękniejszym dniem w całym roku liturgicznym. Ma swój jedyny i niepowtarzalny urok przez pochwałę świecy śpiewaną (zazwyczaj) zachrypniętym głosem przez księdza-staruszka oraz przez fragment z Księgi Wyjścia o tym,  że Pan pokazał swoją potęgę wobec faraona, całego wojska jego, rydwanów i wszystkich jego jeźdźców - no czad, jeźdźcy zawsze mnie rozwalają :) I w ogóle ten magiczny całokształt, ale jednak z akcentem na jeźdźców :)

Żeby kapelutki_napierdalamy_na_wszystko nie zmieniły się całkowicie w kapelutki_słodziutko_milutko obiecuję, że do Wielkanocy zdążę się jeszcze kilka razy nieziemsko wkurwić. Raz tuż przed spowiedzią, raz tuż po spowiedzi i ze dwa razy w trakcie Triduum Paschalnego. Albo trzy - zależy, ile paznokci złamię przy sprzątaniu.

Swoją drogą to zaskakujące, że "człowiek, a nawet dziewczyna" - jak mawiał pewien pan profesor w mym liceum - może mieć dwie tak nieharmonizujące ze sobą pasje, jak hodowla paznokci i walka z hodowlą roztoczy...

 

Regina

 

 

 

 

sobota, 28 marca 2009

 

Przyszła wiosna. Niestety.

Powszechnie wiadomo, że od wiosny bardziej nie lubię już tylko lata. Jedyne co lubię w wiośnie, to oczywiście wiosenne porządki. Zatem zabrałam się za sprzątanie już wczoraj, ale bez pośpiechu - przyjemność trzeba sobie dawkować. I tak dziś, przewalając tony papieru, tony analiz i tony choć czego, natrafiłam na tonę zdjęć, które oczywiście, a jakże, leżały sobie luzem i totalnie niechronologicznie od czasu ostatniego ich przeglądania w dużym gronie (stąd obecny brak chronologii) kiedyś tam. No i się zaczęło. Jendno zdjęcie - o jaa. Drugie zdjęcie - oo jaaa. Trzecie zdjęcie - ooo jaaaaa. Czwarte zdjęcie - chcę do szkoły:(

Bo co na zdjęciach: Jolanta piękna i młoda. Pan M. piękny i młody. Halszka piękna i młoda. Wenus Botticelliego jak Wenus Botticelliego. X-men piękny, młody i... wolny. Wielki Wizjoner piękny i młody. I ja - kurczę, nic się nie zmieniłam;) Oczywiście na zdjęciach są także inni - też piękni i młodzi, ale tutaj pozostaną niestety również bezimienni. Ale bez obaw, Regina kocha wszystkich - bezimiennych też.

I tak sobie siedzę. I tak sobie przeglądam tę tonę zdjęć. I tak zostałam przytłoczona toną wspomnień.

 

Regina: Echhh... były czasy.

Pan M.: Były, były. Nie to gówno, co teraz.

 

Właśnie, właśnie - bo w tamtych czasach nie było tego gówna, co teraz. Bo w tamtych czasach była... Kupa.

Jedno ze zdjęć zostało zrobione na pewnym szkolnym rajdzie, na który poszliśmy nie kiedy indziej, jak w okresie maturalnym - dosłownie, pomiędzy jednym egzaminem ustnym, a drugim. (Ktoby się tam przejmował jakąś maturą.) Zdjęcie owo przedstawia zupełnie niespontaniczną... Kupę tuż po śniadaniu. Tak, tak - wzrok was nie myli - Kupę. Dodam jeszcze tylko, że poprzedniego wieczoru zrobiliśmy dla odmiany bardzo spontaniczną Kupę tuż po kolacji, w której to Kupie niebagatelną rolę odegrała Jola. Niestety nie zostało to uwiecznione.

Wracając jednak do Kupy w ogóle. Wiadomo - w Kupie siła, Kupy nikt nie ruszy i nic tak nie scala przyjaźni, jak Kupa. Jak Kupa Rośnie.

Kupa Rośnie, to nie zwykła kupa. Kupa Rośnie to cała ideologia. I my tej ideologii daliśmy podwaliny.

I tak - Kupa Rośnie składa się z takich czynników, jak:

Podstawa Kupy, Wodzi-Kupa, Endo-Kupa, czyli Wcisło-Wlazło oraz Wieńczy-Kupa.

Decydującą rolę w robieniu Kupy odgrywa Wodzi-Kupa, która jest rzeczywistym inicjatorem Kupy. Wybiera sobie ona ofiarę i w najbardziejj nieoczekiwanym momencie atakuje, równając ofiarę z ziemią i czyniąc ją tym samym Podstawą Kupy, czy tego chce czy nie. Wodzi-Kupa wykrzykuje przy tym hasło bojowe: "Kupa Rośnie!", dając znak Endo-Kupie, żeby czyniła swoją powinność. Endo-Kupa, czyli Wcisło-Wlazło (ciało zbiorowe) rzuca się na Wodzi-Kupę i leżącą pod nią Podstawę Kupy. Całość wieńczy, wiadomo, Wieńczy-Kupa.

Uwierzcie, nic tak nie scala przyjaźni, jak wspólna Kupa. No i jeszcze wspólny wróg, ale o tym innym razem. 

 

Niech Kupa będzie z Wami! - Regina

 

 

 

wtorek, 24 marca 2009

 

 

TRZY filiżanki kawy.
TRZY złamane paznokcie.
TRZY nieodebrane połączenia.
TRZY kolory: Niebieski.
TRZY dobre uczynki.
TRZY godziny układania domków z kart.
TRZY teksty filozoficzne po angielsku. (WTF?)
TRZY próby zmiany swojego życia.
TRZY grzanki po 23.


TRZYmajcie się! - Regina

 

 

 

piątek, 20 marca 2009

Ojej, za 5 wejść przekroczymy magiczną granicę tysiąca wejść (z czego 750 jest naszych własnych:))) Będziemy otwierać szampana?

 

jol. 

czwartek, 19 marca 2009

 

Po ostatnich moich spotkaniach (z panami R1, R2, R3), zwanych w niektórych kręgach randkami, muszę stwierdzić, że faceci:

1) nie powinni mieć swojego zdania w sprawie imponderabiliów w relacjach miedzyludzkich a zwłaszcza damsko-męskich

2) za dużo i zbyt długo gadają o sobie

3) są skreśleni, jeśli mnie otwarcie krytykują:) 

4) nigdy nie wychodzą z inicjatywą

5) są pruderyni nawet jeśli utrzymują, że tylko jedno im w głowie 

6) nie zawsze proponują, że zapłacą w knajpie (a ja tam jestem staroświecka: zawsze spóźniam sie 5 minut i lubię jak facet proponuje, że zapłaci, w zamian jestem czarująca, bezwzględnie inteligenta i ładnie pachnę) 

7) nie potrafią tańczyć (pan R2 jest tutaj chlubnym wyjątkiem) 

8) zawsze mają jakąś ukrytą chorobę, której nie widać kiedy umawiasz się z nimi za pierwszym razem

9) czasem ładnie pachną (na szczęście każdy z panów R posiada tę zaletę)  

10) ogólnie są fajni

 

Teraz idę spać bo jestem styrana tymi randkami. Z dzisiejszej raczej nie będzie miłości mojego życia, więc mogę spać spokojnie:) 

 

JOL. 

 

 

 

 

Mój wczorajszy wpis o "gupiej środzie" i o tym, że świat miał gorszy dzień zniknął! Wpadł w jakąś dziurę czasoprzestrzenną, czarną dziurę, czarną dupę - nie wiem - przepadł! Nie ma go!

To na pewno wina czwartku, bo przyszedł niespodziewanie i strasznie mnie zaskoczył. Nie dość tego, jeszcze dyskryminuje środę! Ech...

 

Siedzę sama na Królewskim Łonie i NIE UCZĘ się referatu, który mam wygłosić (niestety) na jutrzejszej konferencji. Wenus pojechała do stolycy, do swojego wyimaginowanego brata. Może napatoczyliście się na nią w pociągu - gigantyczny prawy pacioch (wczoraj usunęła ósemkę) to jej znak rozpoznawczy. Jola pofrunęła na randkę (o proszę, właśnie wróciła śpiewając:)), a Halszka, jako że tak jak każdy przeciętny student dwóch ciężkich kierunków poniedziałki i piątki ma wolne od zajęć, ruszyła do Białegostoku na swój kolejny długi weekend, który ma... co weekend. Wychodząc z mieszkania powiedziała:

- To wymiataj tam jutro.

- Nooo:( wieczorem urżnę się na smutno.

- Powiedziałam wymiataj, a nie wymiotuj.

I sobie poszła.

No ale skoro Jola już jest z powrotem, to muszę się dowiedzieć, JAK BYŁO?:) Nie mam własnego życia prywatnego, to muszę żyć życiem innych;)

A co do tej konferencji - ci którzy mnie znają, wiedzą jaki mam stosunek do integracji z obcymi ludźmi. A integracja będzie na pewno (niestety), bo tak naprawdę jest to cel główny, tylko tak naukowo zawoalowany. Dlaczego więc jadę? Dobre pytanie, ale odpowiedź trochę skomplikowana. Powiem tylko, że w pewnym sensie zostałam postawiona przed faktem dokonanym. Dodajmy jeszcze do tego brak asertywności... Poza tym moje ubogie curriculum woła o pomstę do nieba.

Trzymajcie za mnie kciukasy.


Regina

 

sobota, 14 marca 2009

 

 

Katar - mój problem wielopłaszczyznowy. Obecnie w swojej najbardziej przyziemnej formie. Nie daje mi żyć akurat teraz, gdy żyć postanowiłam właśnie ze względu na... Katar.

Kichnęłam dziś trylion razy. Hektar lasu amazońskiego został przetworzony na chusteczki higieniczne, które teraz zmieniły swój stan skupienia na płynny. A będzie gorzej - wiem to. Zawsze jest gorzej. Uszy skapitulowały już wczoraj - zatkało je. Gardło przestało walczyć rano. Oczy właśnie wywiesiły białą flagę i zalały się łzami.. Marzę o tym, by mnie ktoś zaintubował. Wprowadził w śpiączkę farmakologiczną. Odżywiał przez kroplówkę. Odczuwam wiosnę każdą śluzówką. Każdym centymetrem skóry. I nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę.

Niech mnie ktoś przytuli:(

 

Nieprzeciętnie pociągająca Regina

 

 

czwartek, 12 marca 2009

 

Oglądamy do 1:25 sek. i wiemy dlaczego "wódki nie" ...przez przyszłe pięć lat pewnie.

 

A poza tym, to pod wpływem tego zdjęcia:

Koala i strażak 

 

...postanowiłam usunąć ze swojego jadłospisu też ryby (poza wódką oczywiście). 

 

JOL. 

 

Życie jest jednak nieprzewidywalne. Taka oto mądra mądrość mnie naszła przy porannym zamiataniu albo pozamiataniu. A było tak.

Już miałam umyć okna, zmienić firanki, posprzątać świat, wyznać rodzinie miłość, zagłaskać kota na śmierć. Już miałam spłacić kredyty, pozamykać konta w bankach i na naszej-klasie, spalić pamiętniki, podzielić między Wenus, Halszkę i Jolę mój dorobek materialny i niematerialny, napisać choć krótki list - pożegnalny. Już miałam pomalować paznokcie, położyć się na katafalku, załamać łapy i bić się w chrapy wołając gromu, ażeby mnie dobił. Już miałam nie otwierać więcej poczty, ale.. Ale otworzyłam. A tam? Wiadomość z Krańca Świata i Dear Regina, Dear Regina i że czekać do połowy maja na ostateczne rozwiącanie sprawy i że Kind Regards. Ale do maaajaa? W maju jak w gaju, w maju jak w raju, w maju jak na haju, wszystko w oparach miłości i ślub koleżanki na deser. Mdli mnie, ale muszę żyć. Przeżyję. Obiecuję. W każdym razie kupiłam tabletki, po których mam być pełna życia. Oby nie ZA pełna.

Co do pozamiatania, mam zakaz ujawniania szczegółów. Szkoda, byłoby co ujawniać. Zdradzę tylko, że środa minie, tydzień zginie, czwartek zawsze przychodzi niespodziewanie (zwłaszcza "znikający czwartek") i in vodka veritas. I chyba nie tylko veritas, ale jeszcze jakieś beatitudo czy coś, w każdym razie na pewno gaudium, bo wstałam radosna jak poranek, czyszcząc zęby tańczyłam do muzyki, która grała w mojej głowie, a w drodze z Alma Mater śpiewałam, że „choć już życia psia mać popołudnie, jest cudnie". A może ktoś mi coś dosypał wczoraj, jakiś hormon szczęścia, na przykład?

 

Ciocia Regina

 

Ps. O Boże! Nawiedził nas Boski Emilio!
Pan M.: Przecież on wcale nie jest taki boski.
Jolanta i Regina: Jeeeeeeest.
Jolanta: I ma boski głos.
Regina: I jest dziedzicem.
 
 
 
środa, 11 marca 2009

 

Chyba rzucę studia...te drugie...znowu.  Albo mnie wywalą. Nie wiem. Idę sie poradzić Wujka Acetona.

 

Jol czy nie Jol? Oto jest pytanie. 

poniedziałek, 09 marca 2009

 

Obejrzeliśmy sobie (ja, Halszka, Wenus, Pan Dziwny i Pan M.) śmieszny głupiutki filmik pod niewiele mówiącym tytułem Forgetting Sarah Marshall, nieściśle, ale powiedzmy - nawet zrozumiale - przetłumaczonym na polski jako Chłopaki też płaczą. Komedia, jak wiele amerykańskich komedii, do tego jeszcze romantyczna. Pośmialiśmy się, owszem, ale nie doznaliśmy nagłego i poruszającego olśnienia, co do sensów i treści naszych ludzkich żywotów.

Film ten był jednak o tyle ciekawy, że dość często, jak na amerykańską komedię romatyczną, występował w nim PENIS. Że jest to niespotykane w pruderyjnych scenariuszach amerykańskich komediopisarzy, zwrócił nam uwagę Pan Dziwny, twierdząc, że pod tym względem film ten można uznać nawet za przełomowy. Oczywiście, żadnych tam fajerwerków, penis wystąpić mógł tylko w postaci smutnego korniszonka, bo jak twierdzi Pan Dziwny, każda inna postać uznana byłaby w Hameryce za ostrą pornografię, no ale był. Penis więc powisiał sobie smutno w trzech czy czterech scenach i rola jego mogłaby być zakończona, gdyby nie to, że to właśnie penis okazał się w końcowej scenie kluczem do rozwiązania problemu.

Otóż (tu nastapią niestety spoilery, ale film nie był zbyt zaskakujący więc nawet jak przeczytacie zakończenie, to nic nie stracicie) Peter, którego rzuca dziewczyna (tytułowa Sarah Marshall) próbuje topić swój smutek, a jest on niemały, na Hawajach, w towarzystwie wody, plaż, drinków z palemką i pięknych opalonych kobiet. Niestety plan jego spala na panewce, kiedy okazuje się, że to samo miejsce na romatyczne randez vous ze swoim nowym kochankiem, wybiera jego była dziewczyna Sarah. Ale co tam! Peter trochę popłakuje nocami w poduchę, bo generalnie to płaczliwy facet jest, ale w końcu zakochuje się z wzajemnością w Rachel - ponętnej recepcjonistce z hawajskiego hotelu, w którym mieszka. Zapowiada się fajny związek, do czasu kiedy Sarah zostaje rzucona przez swojego nowego kochanka i z płaczem wraca do Petera. Peter, jak to każdy facet, nie potrafi oprzeć się zapłakanej, bezbronnej, lecącej na niego, blondynce z umięśnionym brzuchem - toteż ląduje z nią w łóżku, a raczej na niej...

...I tu akcja staje na rozdrożu. [STOP KLATKA] Co ma zrobić Peter? Pójść w tany ze swoją byłą, którą przecież tak bardzo kochał i tyle nocy przez nią przepłakał czy zapomnieć o seksownej blondynie i popędzić na recepcję, gdzie czeka na niego Rachel - wesoła, urocza, świeża brunetka, która prawdopodobnie zakochała się w nim szczerze i on prawdopodobnie w niej też??? Żaden normalny facet nie umiałby wybrać. Każdy normalny facet chciałby mieć obie, jednocześnie, w łóżku. I tu z pomocą przychodzi penis. Penis, który NIE STAJE. Nie staje na widok blondyny, za to furgocze jak ruski wentylator na widok brunetki. Takim oto sposobem penis rozwiązuje, zdawałoby się, nierozwiązywalny problem mężczyzny, rozdartego, pomiędzy dwiema pięknymi kobietami. Deus ex machina, moi drodzy. Ba! Penis ex machina!

Poza tym, jakby jeszcze było mało, narząd ów pojawia się w jednej z pierwszych scen i tak samo smutno powiewa w jednej ze scen ostatnich, tym samym, jak zauważył Pan M. spina cały film klamrą. Film więc spięty penisem, pozostawia miłe wrażenie spójności i jasności reżyserskiego wywodu...wzwodu...wywodu. Wywodu.

Czując, że nieuchronnie zbliża się moment, w którym powinna nastąpić olśniewająca i wiekopomna puenta, powiem tylko tyle, że niejeden już problem w historii świata rozwiązał penis. Zamiast puenty, z okazji wczorajszego dnia kobiet życzę wszystkim kobietom, które sobie tego życzą, by ich początki i końce też spinał klamrą penis i oczywiście, ex machina, rozwiązywał wszelkie życiowe problemy, których, powiedzmy sobie to szczerze, bez niego by nie było...

 

Wszystkiego naj kobitki.

JOL. 

czwartek, 05 marca 2009

 

 To, że uzależnienia SĄ ZŁE, wiem nie od dziś.

Ostatnio zresztą rozpisywałam się o tym co i jak uzależnia ludzi, sprzedając Wam moją studiową materią. Dziś przekonałam się DLACZEGO uzależnienia są złe. Otóż - bo robią z ludzi idiotów.

Wyobraźcie sobie taką oto scenę. Wieczorna godzina. Godzina, w której sklepikarze zamykaja swoje podwoje, a normalni ludzie jedzą kolacją z rodziną (chyba, że na Zachodzie, to jedzą sami obiad). Spokojny Pan Kioskarz w spokojnej dzielnicy zamyka właśnie kasę fiskalną, zbiera rzeczy, które w ciągu dnia porozwalał wokół siebie w kiosku i robi te wszytskie tajemne czynności zmierzające do zamknięcia kiosku i pójścia do domu. Nagle napada go zdyszana rozentuzjazmowana dziewczyna w połowie lat dwudziestych i niemal błagalnie prosi o mozliwość dokonania jeszcze jednego zakupu...

- Ale już zamknięte - mówi spokojnie Pan Kioskarz

- Ale bardzo pana proszę. To bardzo ważne.

- Ale zamkniete.

- Ale tylko jedna rzecz. Pięć sekund. Błagam... 

- Ale już zamknąłem kasę. 

- To sobie pan zapisze na kartce i jutro wklepie.

- Ale...

- Proszę... Uratuje mi pan życie.

- Ale pięć sekund.

- Pięć. Nie więcej.

- To co będzie?

- Ma pan złoty lakier do paznokci? 

 

Miał. Ale jakby miał też pistolet, to pewnie oboje już byśmy nie żyli. 

JOL. 

 

wtorek, 03 marca 2009

Siedzę sobie w łóżku i gadam z Halszką o bzdetach (Halszka jest poza moim łóżkiem, dla jasności). Tym razem bzdety nie przy kawie, bo godzina późna i jakoś tak nie bardzo, i nie w kuchni, bo jestem chora, a łóżko nie mieści się w drzwiach do kuchni, co by je razem ze mną tam przepchnąć. Siedzę sobie siedzę, aż tu nagle dzwoni telefon. "Ki czort o tej porze?" - myślę na sposób mojej Babci i lewniwym uchem zerkam w stronę aparatu telefonicznego. Regina dzowni. To odbieram, skoro dzowni.

- No?

- Powiedz Halszce, żeby ruszyła dupę.

- Halszka, masz ruszyć dupę.

Halszka mówi wstaje, wychodzi z pokoju i idzie do pokoju obok. Jakoś mnie to nie dziwi. No może trochę...Mogła przecież wysłać mejla.

 

JOL. 

 

Godzina 13.25

 

R: Może się ubiorę.

H: Dobry pomysł. Nie można tak gnić cały dzień w piżamie.

R: Powiedziała Halszka, która właśnie zamieniła piżamę na ciuchy wyjściowe tylko dlatego, że za chwilę musi wyjść.

H: Chodziło mi o to, że może ci się humor poprawi, jak się ubierzesz. Ja na przykład, jak jestem w domu i po trzech dniach nie mycia włosów wreszcie je umyję, to od razu mam lepszy humor. Czuję się jak dama.

R: Jestem nieszczęśliwa.

H: Oj tam, ale masz problem. Mi chce się sikać.

R: No rzeczywiście, ty to masz problem.

H: No mam, bo przy zapinaniu spodni popsuje sobie paznokcie.

R: Jak się ma świeżo malowane paznokcie, spodnie zapina się kciukami. Nie nauczyłaś się jeszcze?

H: Nie. Ale ostatnio uświadomiłam sobie, że to strasznie nie mieć kciuka. Kciuk jest fundamentalną częścią dłoni. Jest taki funkcjonalny. No bez kciuka jak bez ręki.

R: Fakt. Bez kciuka nie złpaiesz stopa. No i nie pokażesz OK.

H: I nie napiszesz smsa.

R: I paznokcie ciężko pomalować, jak się nie ma kciuka.

H: Jak mam do wyboru nie mieć kciuka albo nie mieć innego palca, to wybieram opcję z innym palcem. Mogę nie mieć tego (serdecznego). Albo tego (środkowego).

R: No nie wiem. Na tym (serdecznym) nosisz pierścionek zaręczynowy, a ten (środkowy) czasem się przydaje, jak chcesz komuś niewerbalnie dać do zrozumienia, żeby spadał.

H: Ale to można wtedy pokazać - tu Halszka zademonstrowała znak, którym standardowe fuck you zastępowali w dzieciństwie Monica i Ross.

R: Albo - tu Regina pokazała ten drugi znak. Kto wie, ten wie.

H: Sama widzisz. Bez kciuka, jak bez ręki.

 

 

poniedziałek, 02 marca 2009

 

Zmiażdżona. Przejechana walcem. Sprasowana prasą. Spałowana pałą. Skołowana kołem. Sparaliżowana paraliżem. Albo paralizatorem.

Permanentne zmęczenie. Permanentne zniechęcenie.

Problem z zaśnięciem. Problem ze snem. Problem ze wstaniem. Problem z jedzeniem.

Ból głowy. Ból brzucha. Ogólny ból. Ogólny wstręt.

Niby nic nowego, ale jakoś gorzej.

 

 

 

 
1 , 2
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl