Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
czwartek, 31 marca 2011

 

Historię dnia mego męczącego należy rozpocząć w pociągu, którym jechałam do Krakowa. Fakt, że był spóźniony, zupełnie mnie nie wzruszył – gdyby był na czas, wtedy pewnie byłabym zaskoczona. Gorsza sprawa, że przyjechał fullzapełniony (w kwestii miejsc siedzących), więc nie pozostało mi nic innego, jak stanąć w dobrze wszystkim znanym wąskim korytarzyku. Mój najwierniejszy z wiernych przyjaciel pech chciał, że ulokowałam się obok przedziału zarezerwowanego dla kobiet w ciąży oraz matek z dziećmi do lat czterech. I właśnie w owym przedziale jechało dziecko do lat czterech, a nawet (jak na moje niewprawne oko) do lat… półtora. No i ten Bolek i Lolek, a konkretniej to Lolek bez Bolka w zminiaturyzowanej wersji, postanowił wejść ze mną w interakcję przez szybę. Oraz wołać do mnie: Ma-ma! MA-MA! MAA-MAAAAAA! Stukając swoimi tłustymi łapkami w okno do taktu. Podgłośniłam muzę w uszach na maksa, aż mi się zwoje mózgowe zaczęły prostować od decybeli i udawałam, że nie słyszę jak mi małolat matkuje. Słyszałam. Nie pomagały tłumaczenia babci (bo z Lolkiem widziana była głównie babcia), żem nie ja jego matką jest. Kiedy aktualnie nie krzyczał, to świdrował mnie przenikliwie swoimi wielkimi niebieskimi oczami. Po plecach przechodziły mi regularne ciarki zwłaszcza, że przypomniałam sobie, co mądrość ludowa głosi. A mądrość ludowa głosi, że jak się dziecko zapatrzy na młodą pannę, to… Lepiej żeby się jednak nie zapatrzyło. Teraz mam traumę.

Do Krakowa koleją wybrałam się na targi pracy. Nic nie utargowałam, ale przynajmniej spotkałam się z Pablo* i przetestowałam moją silną wolę. A wolę, proszę zauważyć, mam tak silną, że zwykle robi ze mną, co chce. Dziś jednak zaliczyłam małe zwycięstwo – choć Pablo polił jak smok, nie uległam. Poza tym posiedzieliśmy trochę na ławce oraz wpadliśmy na kolejny genialny plan. Ale na razie ci-cho-sza, żeby nie zapeszyć. WIZUALIZACJA.

Powrotu nie mam sił opisywać. Też jechałam pociągiem, więc proszę uprzejmie, można mi współczuć w komentarzach. Podziękuję jutro, bo teraz idę spać.

 

Regina czy jakoś tak

 

*Tym, którym umknęło lub zapomnieli: Pablo to mój wieloletni Amigo oraz towarzysz katarskiej niedoli.

 

 

środa, 30 marca 2011

 

Regina próbuje wyciągnąć Brata z depresji związanej z rzuceniem palenia.

 

Regina: To kiedy zabierasz mnie na te gokarty?

Brat: Jakie gokarty?

Regina: Kiedyś obiecałeś, że mnie weźmiesz.

Brat (po chwili namysłu): Przecież to było ze 12 lat temu!!

Regina: NoOOooo! Do tej pory nie spełniłeś obietnicy!

 

Idziemy w niedzielę:)

wtorek, 29 marca 2011

 

Zaliczyłam pierwszy wiosenny dżoging. Wczoraj. Wygrzebałam z szafy getry w trupie czachy i bluzę z kapturem, założyłam odpowiednio sportowe obuwie, a na głowę czapeczkę z daszkiem Atlanta Braves (jak przystało na największego fana baseballu w Europie Środkowo-Wschodniej) i pobiegłam, wzbudzając sensację wśród okolicznych Burków i Azorów.

Osobiście uznaję bieganie po zmroku. Choć kiedyś wyczytałam, że to błąd jest, bo wieczorem nie należy forsować organizmu. Tekst nie był opatrzony przypisami ni bibliografią, więc puściłam tę uwagę mimo oczu. Preferuję bieganie w ciemnościach, gdyż odczuwam dyskomfort, gdy obce osoby patrzą, jak moja fizys w bardzo szybkim tempie (z pewnością szybszym od mojego truchtania) przybiera kolor buraka ćwikłowego. Niestety, taka już moja uroda. Nawet po niewielkim wysiłku fizycznym wyglądam tak, jakbym miała zaraz wyzionąć ducha. Ci, którzy mnie wtedy widzą, wydają się być rozczarowani, że spektakularnie nie umieram na ich oczach.

Miałam też epizod z bieganiem o świcie. Kilka lat temu w wakacje. Z Kryzysowym Narzeczonym. Zaczynaliśmy o 5.15 i robiliśmy około 6 kilosów. Żartowaliśmy, że biegamy po świeże bułeczki, bo nasza meta była pod piekarnią.

A propos bułeczek – zmieniłam dietę. Czekoladę jem już tylko do południa.

 

Regina

 

niedziela, 27 marca 2011

 

Wczoraj w Paki gronie obeszliśmy z wielkim hukiem urodziny Jolanty. 21-wsze. Tak przynajmniej utrzymuje Szanowna Jubilatka. Było ciasto upieczone przez Pana M. specjalnie na tę okazję i inne dobra.

Znamy się już tak długo i tak często się spotykamy, że w połowie imprezy przeważnie nie mamy już o czym gadać:) Być może ma to też związek z faktem, że nasze wspólne życie, jak i życie każdego z nas z osobna płynie cóż… raczej bez fajerwerków. Gdy kończą się tematy i zapada kłopotliwa cisza, gdy każdy przynajmniej raz bezskutecznie westchnie: „I taaaak….”, wtedy zaczynamy grać w kalambury. Filmowe kalambury. I od razu robi się wesoło. Najlepsi w te klocki są Pan Dziwny i Wielki Wizjoner oczywiście. Wczoraj na przykład Wielki Wizjoner po 30 sekundach odgadł, że chodzi o tytuł „Tam, gdzie śnią zielone mrówki”, choć Pan Dziwny zdążył pokazać dopiero „Tam”. Podejrzewamy, że akcja była ustawiona, żeby zrobić na nas wrażenie;) Czy ktoś w ogóle słyszał o takim filmie? Albo czy ktoś słyszał o filmie „Hitler. Film z Niemiec”? Cóż… Discimus quam diu vivimus… Czasem dokształcamy się też z innych dziedzin. Encyklopedię Filmu zamieniamy na… jakąś inną Encyklopedię, z której losujemy hasła. Jolanta w pokazywaniu zasłynęła „martwym położeniem mechanizmu”. Moim największym sukcesem było chyba tylko „prostowanie prądu”. Ubaw po pachy.

Ale wracając do domu wpadłam w wiosenną dziurę czasoprzestrzenną – od Państwa M. wyjechałam o 1.30, a do gdy dotarłam do siebie, była… 3.00… Po czym nie udało mi się zasnąć do 5.00… Po czym obudziłam się o 8.00… Z gigantycznym kacem… I teraz – czy jakaś mądra głowa może mi wyjaśnić skąd ten stan, skoro poprzedniego wieczoru i nocy nie piłam, nie paliłam, nie wąchałam i generalnie byłam na nie?

 

 

Regina

piątek, 25 marca 2011

Z okazji, że Jolanta dzisiaj obchodzi urodziny bez rodziny w pokoiku na wieży hangaru dla szybowców, postanowiła dać prezent swoim wiernym czytelnikom (wierzę, że tacy są:)). Cóz może być lepszym prezentem dla wiernych czytelników niż sam idol? Otóż, zatem prezentauję Wam rąbek tajemnicy i przedstawiam zdjęcie, gdzie widać po pierwsze: wszytsko co najlepszego ma Jolanta, po drugie: wszytsko, co Jolanty lubią najbardziej:

1. fioletowe ... wszystko

2. biżu biżu

3. długie biżu biżu

4. paznokcie (wolę długie)

5. złoto

6. srebro

7. alkohol

8. koronki

9. kryształy

10. mężczyzn u boku (to czarne u boku to mężczyzna, nie mój:))

 

Jestem tendencyjna, wiem (choć mam też inne ciekawe cechy, tylko nie chce mi sie o nich pisać). A jak będe obrzydliwie bogata, to chce ubierać się jak skrzyżowanie Ciotki Klotki z White Stripes (już nie chcę ubierac się jak Lady Gaga od czasu jak załozyła na siebie kombinezon z wołu).

 

Jolanta

 

Żyj nam kolejne 26 lat, droga Jolanto! I żebyś odtąd każdego dnia na śniadanie dostawała tylko takie gorące Karpiel-Bułeczki!:)

 

Dziś Sebastian śpiewa wyłącznie dla Ciebie i do Ciebie!

 

Regina

 

czwartek, 24 marca 2011

 

Dziś o godzinie 8.12 dostałam od Wenus pozdrowienia z Jałty. Ki diabeł? – myślę. Czyżby Woland? Wpadł na jakiś czas do Lasu, nie miał się gdzie zatrzymać ze swoją świtą, dlatego wysłał Wenus do Jałty, a sam zajął jej mieszkanie? W sumie możliwe, historia przecież lubi się powtarzać. A może po prostu ja tracę kontakt z rzeczywistością, a ona pojechała zwyczajnie – autem, a Lumberjack przez całą drogą nucił wesoło pod nosem: „Będę brał cię w Jałcie”… Tak czy owak ich wyjazd nieco mnie zaskoczył. Wenus nie wspomniała, że coś planują a fakt, że niedawno pożyczała ode mnie przewodnik po Krymie jakoś nie wzbudził moich podejrzeń. W końcu to Wenus. Ona lubi różne dziwne rzeczy… Czytanie… O Krymie… Na przykład… Choć w sumie podróżować też lubi…

Wenus jest prawdopodobnie najnormalniejszym ogniwem naszej czwórcy świetnej. Przy okazji jest ładna, chuda i zawsze dobrze wygląda. Nawet kiedy przemierza autostopem pół Europy, śpi na plaży, myje się w kroplach rosy i żywi leśnymi jagodami. Każdy kto się z nią nie przyjaźni, musi jej szczerze nienawidzić. My – ludzie, którzy się z nią przyjaźnimy w sumie też. Dlatego tak rzadko pojawia się na Kapelutkach;)

Wenus jest mądra i wszechstronna. Wszak nie każdy jest równocześnie historykiem sztuki, przewodnikiem górskim, pilotem wycieczek, narciarzem, pływakiem, miłośnikiem jazzu, znawcą latynoamerykańskiej literatury i wybitnym zawodnikiem w dziedzinie spożywania wszelkiego rodzaju trunków w dużych ilościach.

Wenus jest spontaniczna. Kiedyś wybrała się autostopem na bluesowy festiwal do Tychów, a wylądowała w Sopocie. Innym razem postanowiła porzucić dekadenckie uroki miejskiego życia, by zamieszkać ze swym ukochanym Lumberjackiem w Lesie.

Wenus ma też wady, a jakże. Tylko dzięki nim jeszcze nie zginęła z naszej zawistnej ręki. Ale o tym może innym razem. Zresztą zabiłaby mnie, gdybym zdradziła, że zawsze żartujemy sobie z jej dużych stóp;)

 

Re

 

poniedziałek, 21 marca 2011

Od dzisiaj zaczynam pracować we własnym mieszkaniu, co jest sprawą trudną i zarazem... trudną. Trudną ponieważ jestem typem społecznym i generalnie lubię pracowac z ludźmi, w ogóle lubię  się z nimi widywać (oprócz momentów ludziowstrętu) i rozbawiac ich moim bezwględnie inteligentnym poczuciem humoru z odpowiednią dawką cynizmu i ironii z uwzględnieniem autoironii, a jakże. Pracując w domu, cóz... rozbawiam rybę, kanapę, trzy kaktusy, szafki kuchenne, pralkę i ukrytego w niej Jacquesa Cousteau oraz innych współlokatorów mojego mieszkania. Natomiast trudność pracy w domu polega na tym, że trzeba sobie tak zorganizować czas, żeby pomiędzy praniem z Jacuesem Cousteau, gotowaniem z Pascalem, sprzątaniem z Ajaxem, piciem kawy z puszkiem i pisaniem wpisów na kapelutkach, upchnąc jeszcze pracę. Miejmy nadzieję, że ten błogostan nie potrwa długo. Tzn. miejmy nadzieję, że ten błogostan potrwa krótko (język pozytywów) i będę mogła szybko wyjśc z mojej speluny i wrócić do realnego świata.

Obecnie pracuję nad moimi dwiema stronami firmowymi (uhu, jak to brzmi:))) oraz logiem na zlecenie. Pieczątkę mam od wczoraj, projekt ładny, wykonanie takie sobie (ale to juz nie była moja działka). Więc teraz powinny zewsząd posypać się rachunki :) I sypią się. Tyle, że nie dokładnie te, na które czekam :))) Wiem, wiem. Nie czekam tylko działam. Choć najchetniej zebrałabym się teraz do Finlandii...  Zima się kończy (jeszcze jakies dwa miesiące), teraz jest tam pięknie. Zresztą, kiedy tam nie jest pięknie? Jeszcze trochę i desperacja weźmie górę. Kiedy wyślę wpis znad jeziora Ruovesi, będzie to znak, że jestem happy:)

 

jol.

sobota, 19 marca 2011

 

Od dwóch tygodni jestem na urlopie. Nie, nie że znalazłam pracę i od razu wzięłam wolne. Przeciwnie – nie znalazłam pracy i dlatego wzięłam wolne. Musiałam zrobić sobie przerwę od szukania.

W tym czasie robiłam tylko to, co lubię. Głównie leżałam w barłogu i oglądałam House’a. All over again. Okazało się, że jakimś cudem przegapiłam cztery odcinki szóstego sezonu! Jakim cudem? Ale nie o tym.

Będzie natomiast o drugim odcinku siódmego sezonu. A raczej o jego tłumaczeniu. Otóż… Wszystko kręci się tu wokół żebra. Choć nie – wrrrrrróć! W odcinku wszystko kręci się wokół płuca. Cała heca polega na tym, że autor polskich napisów przetłumaczył „lung” nie jako „płuco” a „żebro”. Dzięki temu przeciętnie śmieszny (jak na House’a) epizod nabrał ponadprzeciętnie komicznego wyrazu. Bo jak tu nie opluć sobie ekranu laptopa słysząc hasła w stylu: „Potrzebny będzie przeszczep żebra” albo: „Organizm odrzuca żebro”, czy: „Doszło do niewydolności żebra” i: „Komisja nigdy nie zgodzi się, żeby dać jej drugie żebro”?:) Rewelacja!

Potem przeczytałam komentarze na stronie, w których autor napisów został oskarżony o to, że jest debilem. Tylko część komentujących wykazała się poczuciem humoru – najpierw napisali, że uśmiali się oglądając odcinek, potem dopiero wyśmiali tłumacza. Nikt nie przyjął opcji, że akcja z zamianą płuca na żebro mogła być zabiegiem celowym. Najbardziej wnikliwy komentarz brzmiał:

„łał, chciałam wyśmiać tlumaczenie 'niewydolność żebra', ale widzę, że byłoby to wysoce nieoryginalne xD najciekawsze jest jednak to, że całe tłumaczenie jest całkiem zajebiste - przynajmniej w tych medycznych kwestiach, jakieś specjalistyczne testy, krwinki nie krwinki, a ktos się wyłożył na zwykłym płucu :]”

No właśnie! Jakoś nie chce mi się wierzyć, że ktoś, kto wziął się za tłumaczenie House’a, nie wie co znaczy słowo „lung”. Każdy, kto ma jakiekolwiek pojęcie o angielskim to wie! Co więcej każdy, kto ma jakiekolwiek pojęcie o serialu też wie, bo to słowo pojawia się chyba w każdym odcinku. Już nie mówiąc o tym, że każdy kto ma jakiekolwiek pojęcie na temat anatomii człowieka wie, że za oddychanie nie odpowiadają żebra. Dlatego moja osobista opinia na temat autora napisów brzmi: nie jest on debilem. Jako że z natury wierzę w ludzi oraz zasadę domniemania niewinności uważam, że zamiana płuca na żebro była celowa i powodowana wrodzonym poczuciem humoru tłumacza. Jak wspomniałam, Wysoki Sądzie, odcinek sam w sobie nie był aż tak zabawny. Z żebrem w roli głównej taki się stał.

A tym, którzy najbardziej wykpili „transplantację żebra” przypominam, że znamy przynajmniej jeden taki przypadek: Doktór Bóg przeszczepił kiedyś pacjentce Ewie żebro jej przyszłego męża Adama. Tchną w nią życie i odetchnęła pełnym żebrem. Tak to się wszystko zaczęło… ;)

 

Re

 

środa, 16 marca 2011

 

Często słyszę pytanie, dlaczego nie rzucę palenia? Wszyscy z góry zakładają, że kopcę jak lokomotywa, że jestem uzależniona. Gdy tymczasem – nie jestem. Wiem, wiem. Wszyscy uzależnieni tak mówią.

Na początku w ogóle nie chciałam zaczynać. Zawsze wiedziałam, że na spróbowaniu się nie skończy. Ale pewnego dnia w moje ręce wpadł jeden zapomnianym niechciany papieros. A potem pojawiły się sprzyjające okoliczności. I tak w wakacje 2008 roku zapaliłam pierwszy raz. Potem było sporadycznie. Potem systematycznie. Ale nigdy dużo. Najwięcej w drugiej połowie pobytu w Katarze, jakieś 5-7 dziennie. Oprócz Wielkiego Postu, bo wiadomo – wyrzeczenie. Wtedy nie miałam problemu, żeby przestać, teraz też nie. Choć nie znaczy to wcale, że nie mam ochoty zapalić. Mam. Gdybym nie miała, moje wielkopostne postanowienie byłoby bez sensu. Bo chodzi przecież o to, żeby zrezygnować z czegoś, co sprawia przyjemność. Takie tam, katolickie brednie.

Ostatni wypalony przed Środą Popielcową papieros smakował oczywiście rewelacyjnie. Wspomnienie o nim oraz otwarta paczka zakamuflowana w szafce sprawiają, że mam ochotę złamać post. Z drugiej strony, nic nie smakuje tak dobrze, jak papieros po kilkutygodniowej przerwie… Dlatego trwam w postanowieniu i cierpliwie skreślam daty w kalendarzu.

Brat natomiast zupełnie znienacka postanowił rzucić definitywnie. W związku z tym udał się do sąsiedniego miasta do specjalisty od rzucania. Nie pali drugą dobę i jest bardzo nieszczęśliwy. Mówi, że czuje się tak, jakby sam sobie robił krzywdę. Że świat stracił swój naturalny porządek. Że nic nie ma sensu. Mam wrażenie, że zaczyna się łamać;) Do tej pory palił 1,5-2 paczki dziennie (ja tyle samo ale miesięcznie). Wydaje mi się, że jest mu tak ciężko, bo cały czas myśli tylko o tym, że już nigdy więcej nie zapali. Noo, mnie też byłoby przykro, gdybym miała nigdy więcej nie zapalić. Z nim. Poradziłam mu, żeby może spróbował zwyczajnie ograniczyć. Żeby palił mniej. Albo co drugi dzień. Albo tylko w łikend. Albo tylko w co drugi łikend. Mówi, że nie da rady. I tego właśnie nie kapuję. Czy naprawdę łatwiej jest rzucić niż ograniczyć? Ktoś mi wyjaśni? Czy jest na sali lekarz?

 

Osobiście bez problemu mogłabym rzucić palenie. Tylko po co?

 

Re

 

 

poniedziałek, 14 marca 2011

 

Wszyscy obwiniają zimę za to, że gdy stopnieje śnieg na wierzch wyłażą butelki, puszki, psie kupy i inne śmieci. Tymczasem jeśli już obwiniać jakąś porę roku o to, że ludzie to świnie i brudasy, to raczej wiosnę. To ona odsłania wszystko, co skrywane było tak ochoczo pod puszystą białą kołderką zimy.

Ale nie. Przecież to wiosna jest zajebista. Trawka się zieleni, ptaszki ćwierkają, słoneczko świeci, panie przedszkolanki wyprowadzają dzieci na spacer, wiosenne porządki robią się same… Szczęście, radość, dobry humor. A nim się człowiek obejrzy – oczy łzawią, uszy się zatykają, nos kicha.

Ale KICHA!

Nienawidzę wiosny. Każdy nagle dostrzega, jaki ten świat jest piękny (choć za-kupiony). Ile radości sprawia każdy promyk (choć jeszcze więcej piegów). Jak piękne są pierwsze kwiatki (choć śmiercionośne).

Życie nie jest fajniejsze tylko dlatego, że zmienia się pora roku. Nie trzeba już skrobać samochodu o 7 rano przed pracą albo o 3 w nocy po imprezie, ale niektórym Reginom przecież to nic a nic nie przeszkadzało. No nie wiem… Może zwyczajnie jestem uprzedzona.

Tak czy siak jedyne, co byłoby w stanie poprawić mój nastrój przed ostatecznym atakiem wiosny na moje śluzówki, to papieros wieczorową porą. Niestety – mam wyrzeczenie wielkopostne, że nie palę. Kicha.

 

Tymczasem Wenus jest w mieście, więc idziemy na piwo. To znaczy reszta idzie na piwo, a ja na herbatę z rumianku. Nie wiem, kto wlicza się w „resztę”, bo odkąd porzuciłam stanowisko Wielkiego Organizatora, nie zarządzam też zasobami ludzkimi w naszej sekcie. Napisałabym wam jeszcze trochę o wiośnie (czyli o tym, jak bardzo jej nienawidzę), ale muszę zrobić się na u-bóstwo. Pomaluję mocno rzęsy tuszem, żeby miało co spływać, gdy wyjdę na zewnątrz. To spływam. A ty, Wiosno...

WYPIER*****!!!!

 

Re

 

 

Aha, byłabym zapomniała wam przypomnieć - WW ma urodziny. To Kapelutki mu pożyczą:

Obdarzaj nas swymi wielkimi wizjami przez kolejne 26 lat, Wielki Wizjonerze!

 

Tagi: wiosna
18:11, kapelutki , Żale Reginy
Link Komentarze (6) »
niedziela, 06 marca 2011

 

W niedzielne poranki zawsze o tej samej porze, czyli ok. 10.15 mamy nasze Śniadanie Mistrzów. Brat, Wielki Brat i ja.

Te poranki pachną kawą i dobrym humorem. Siedzimy, jemy, śmiejemy się. W tygodniu przeważnie nie widujemy się całymi dniami. Nie ma czasu. Albo kogoś nie ma wcale, albo prawie wcale albo jest tylko trochę. Nigdy nie wiadomo, co się z kim aktualnie dzieje, gdzie jest, co robi. Mijamy się. Ale w niedzielę między 10.15 a 10.55 zawsze można nas spotkać przy kuchennym stole. Nie planujemy tego. Po prostu się zjawiamy.

W dzisiejszym niepewnym świecie dobrze jest mieć dwóch dużych, silnych pewnych braci.

 

Re

 

piątek, 04 marca 2011

Yes, yes, yes

JOL.

czwartek, 03 marca 2011

 

Przykro mi, nie mam czasu. Mam jutro dżobinterwju, muszę się przygotować - powiedziała Regina i poszła pomalować paznokcie.

 

 

czy jest na sali ktos, kto chce zobaczyc moja strone www? strone z pracami jolanty?

jol.

 
1 , 2
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl