Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
piątek, 29 marca 2013

 

Mówi się, że w Wielki Piątek do spowiedzi chodzą najwięksi grzesznicy. Chodzę i ja. Nie dlatego, że do takich się zaliczam. Ale wymyśliłam sobie, że na ich tle moje przewinienia wobec Boga wypadną blado :) Udałam się zatem dziś na pielgrzymkę do konfesjonału. Wybrałam kościół, który "obsługiwany" jest przez znane w mieście zgromadzenie. Znane z tego, że księża są fajni, mają fajne kazania, są otwarci na ludzi i starają się ich zrozumieć. Vide ---> dają rozgrzeszenie bez szczególnego znęcania się nad skruszonym delikwentem.

Gdy zbliżyłam się do konfesjonału, zobaczyłam, że po drugiej stronie kratek siedzi znany w miejskich kręgach duchowy-celebryta. Celebryta to może nie do końca dobre słowo, bo on raczej nie gwiazdorzy i nie ma sutanny wyszywanej cekinami. Wręcz przeciwnie. Słynie ze swej pokornej postawy i głębokiej religijności. Pomyślałam: "Ookeeeey" i przystąpiłam do wyznawania grzechów, czyli... Aaa, chcielibyście :) Nic z tego. Potem było, że więcej nie pamiętam, że oczywista sprawa żałuję i postanawiam się poprawić oraz że poproszę o pokutę i rozgrzeszenie. I wtedy nastąpiło 30 sekund ciszy... Pomyślałam: "Umarł?" No a potem nastąpiła cała ta rozmowa, która nic do mego życia nie wniosła i utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że spowiednik i tak cię nie zrozumie. Co zostało potwierdzone słowami zza krat: "Zupełnie tego nie rozumiem". Wytłumaczyłam. Nadal nie rozumiał. Ale rozgrzeszenie dał, więc luz. I pytanie "Jak często?" padło na tyle cicho, że połowa ludzi zgromadzonych w kościele nie odwróciła się nagle w moją stronę. I pokuta mała. No i pierwszy raz od roku nie byłam zażenowana spowiedzią. Zwłaszcza że ostatni raz byłam rok temu ;)

W przeszłości byłam dość religijnym dziewczęciem. Podobała mi się ta duchowość, ale z czasem straciła cały urok. Skończyłam 19 lat i zrozumiałam, że przykładnym katolikiem możesz być tylko wtedy, gdy zgadzasz się na wszystko, co cię spotyka. Czekasz. Czekasz. Czekasz. A potem się okazuje, że to na co czekasz nie przychodzi. Ksiądz ci odpowie, że widocznie nie ma nadejść, bo widocznie nie jest to dla ciebie dobre. Tylko Bóg wie, co jest dla ciebie dobre. To co dobre - przychodzi od Boga. To co złe jest tylko twoją winą. Nie ma okoliczności łagodzących. Idziesz do spowiedzi, a za kratkami konfesjonału siedzi koleś, który nie ma bladego pojęcia o tobie, twojej wrażliwości, twoich problemach i na podstawie kilku wypowiedzianych grzechów układa sobie w głowie uproszczony obraz ciebie. A na końcu wygłasza ci naukę, która w żaden sposób nie przystaje do tego, jak wygląda twoje życie i twoja duchowość. Niby konfesjonał to swoisty telemost z Bogiem. Spowiednik jest łącznikiem sunącym po krawędzi metafizyki. Ale jak na ciebie niesłusznie nawrzeszczy, to nagle okazuje się, że jest tylko człowiekiem i też może mieć przecież gorszy dzień.

Kościół z jednej strony głosi niepodważalne uniwersalne prawdy. Ale rozlicza człowieka z przestrzegania tych prawd w bardzo relatywny sposób. I ta niespójność mnie zniechęca. 

Z moich obserwacji wynika, że księża w głównej mierze dzielą się na erotomanów i uduchowionych. Ci pierwsi wypytują. Ci drudzy wypytują mniej, ale nic nie rozumieją, bo żyją w odrealnionym świecie swojej duchowości. 

Nigdy przenigdy nie zrozumiem tego, dlaczego grzech nieczystości stawiany jest zawsze na pierwszym miejscu. W sumie jedyny grzech warunkowany w baaardzo dużej jeśli nie całkowitej mierze czynnikami biologicznymi. Nie zwraca się uwagi na grzechy wynikające z charakteru, który można szlifować. Tylko na coś wynikającego z fizjologii. I robi się z tego wyznacznik moralności człowieka. 

Ksiądz, z którym rozmawiałam dziś miał jednak trochę inne podejście mimo wszystko. Bardziej chodziło u o to, że seks powinien łączyć się z uczuciem. Że jak to ujął "bliskość fizyczna powinna wiązać się z bliskością duchową" Oczywiście - zgadzam się. Tylko jak definiować bliskość duchową? Co to takiego? Dla niego może być to miłość a dla mnie przyjaźń. Albo zaufanie. Albo po prostu bliżej nieokreślone łącze, które w zetknięciu z chemią wystarczy do tego, żeby pójść z kimś do łóżka, ale niekoniecznie od razu budować związek na całe życie. Ale on nie rozumie. Że jeszcze w związku, to by zrozumiał, a tak "to chyba jeszcze gorzej". Wyszło na to, że jak ktoś jest w stałym związku ma większe prawo do seksu niż ja, tylko dlatego, że ten ktoś jest w związku, a związek to związek. A ja swoje napięcie seksualne powinnam zapewne rozładować w inny sposób, zapewne modląc się. 

Gdybym na każdą pokusę umiała odpowiadać modlitwą, to poszłabym do klasztoru. I byłabym mądrala, bo żyjąca daleko od prawdziwego złego świata i codziennych problemów. Poza tym, do cholery! Mam prawie 30 lat! Nie dam chłopokom, to dam robokom. 

 

 

Z okazji moich ulubionych Świąt życzę wam dużo dobrego. W życiu i na stole :) 

 

Regina

piątek, 22 marca 2013

Już bliżej niż dalej. Pojawiające się z coraz większą częstotliwością obrazy nadchodzącego porodu powodują u mnie powrót leków z początku stanu byyyłogosławionego.  A nie, sorry. Te lęki nie są takie same, te mają zdwojoną siłę, działają z impetem w głąb i przybierają formy napadów paniki. Więc tak, mam napady paniki. Uff,  nazwanie problemu to podobno pierwszy krok ku stabilizacji emocjonalnej. Mam napady paniki, mam zajebiste napady przeogromnej, nie do ogarnięcia, obrzydliwej, meczącej paniki. Jestem na skrajuszku choroby psychicznej. Codziennie obowiązkowo dwie, trzy godzinki rozmyślań i lęków. W nocy panika, wycie, koszmary i inne takie tam praskie sceny. Mąż mnie nie lubi już, bo mu nie daję spać po nocach. A ja nie radzę sobie z myślami, które mnie nachodzą. Jak to będzie, co to będzie, jak ja to przeżyję, a jeśli przeżyję, to jak sobie poradzę, czy sobie poradzę, kim będę, dokąd zmierzam, kiedy wynajdę koło???

Dla doszczętnego rozbebrania mojej i tak już rozbebranej psychiki siedzę i czytam fora i strony dla rodziców oraz jestem stałą bywalczynią dziecięcych centrów handlowych. Nie żebym się udzielała na takich forach czy robiła wielkie zakupy w tychże centrach. O nie. Ja po prostu jestem masochistką. Im bardziej panikuję, tym bardziej jestem bywalczynią forów i dziecięcych centrów handlowych. Nie wiem dlaczego. I tak cokolwiek tam kupię, okazuje się za małe, za duże, za miękkie, za twarde, zbyt giętkie, za mało giętkie, za drogie, generalnie nie takie, jak trzeba. Jestem fatalną matką. Beznadziejną wręcz. 

A propos „matki beznadziejnej”, niesamowicie wkurwia mnie nomenklatura towarzysząca stanowi błogosławionemu oraz opiekowaniu się dzieckiem.  Problem zaczyna się już na „ciężarnej”. To jest jedyne określenie, jakie słyszę w przychodni, do której chodzę. Żeby chociaż „kobieta ciężarna”, ale nie. Ciężarna. „Pani ciężarna?”, „Ciężarną do pomiaru ciśnienia!”, „Ależ dzisiaj nawał ciężarnych…”. No ja cież pierdolę. Czuję się jak jakiś pozbawiony człowieczeństwa twór, w który zmienia się kobieta po zajściu w ciążę. 

Generalnie, z  tą kobiecością w ciąży jest kiepsko. Nie mówiąc już o kobiecości po urodzeniu dziecka. O tym zapomnij. Po urodzeniu przestajesz być kobietą, tylko stajesz się matką (twór bezpłciowy, nastawiony jeno na wychowanie i karmienie potomstwa). I oto są „witaminy dla kobiet w ciąży i matek karmiących”,  „biustonosz dla matki karmiącej”, „koszula dla matki karmiącej”, „fitness dla mam” itd.  Już nie będziesz kupować rzeczy przeznaczonych dla kobiet (nawet karmiących). Teraz musisz kupować rzeczy przeznaczone dla matek. Nie ma uproś. Z kobiecością pożegnałaś się wraz z pierwszym krzykiem Twojego dziecka.

Kiedy przechadzam się krokiem Makki Pakki pomiędzy regałami w dziecięcym centrum handlowym, zastanawia mnie także, co przyświecało ludziom, którzy wymyślali nazwy na te różne… przedziwne… rzeczy potrzebne… podobno… kobietom po porodzie. Np. podkłady poporodowe. Podkłady! Podkłady, to są kolejowe. Wielkie, brązowe, cuchnące terem kloce drewna, które układa się pod torami. Coś okropnego. Czy nie można było nazwać tego jakoś inaczej, ładniej? No chyba, że zakładają, że od czasu ciąży, kiedy to sapiesz, pocisz się i ważysz tyle, co lokomotywa, lepiej pozostać w kręgu skojarzeń kolejowych, żebyś nie poczuła się zdezorientowana, kiedy już przestaniesz sapać, pocić się i ważyć tyle, co lokomotywa (chyba, że to nigdy nie następuje…).

I jeszcze, propos kręgów – krąg połogowy. Ja pitolę. Krąg połogowy? To brzmi jak nazwa jakiejś sekty („Należę do Kręgu Połogowego. Spotykamy się w piwnicy…”).  Albo – laktator. Inkwizytor i laktator. Jak to słyszę, wyobrażam sobie nagłówki w gazetach:  „Duch Wielkiego Laktatora wywołany w piwnicy przez członków Kręgu Połogowego!”. Na laktator próbowano chyba wymyślić bardziej przyjazną polsko brzmiącą nazwę, ale nie wyszło. Wyszedł „odciągacz pokarmu”. No ja nie mogę. Płakać się chce. Przecież to brzmi jak dzieło jakiegoś szalonego naukowca z komiksów o Spidermanie tworzone w piwnicy (naukowiec jest oczywiście członkiem Kręgu Połogowego) w celu zniszczenia Nowego Jorku.  „Doctor Octopus pracuje nad stworzeniem Wielkiego Odciągacza Pokarmu, dzięki którego w kilka sekund będzie mógł odciągnąć pokarm z całego Nowego Jorku i doprowadzić miasto do śmierci głodowej. Tylko Spiderman może go powstrzymać. W kinach od 1 marca!”. Albo inaczej -  wielki zderzacz hadronów i wielki odciągacz pokarmu. Czyż to nie brzmi podobnie?

Już nie wspomnę o wkładkach laktacyjnych (no dobra, wspomniałam).  W ogóle słowo „laktacja” zawiera w sobie coś obrzydliwego. Wiem, wiem, zaraz będzie, że jestem głupia, nie czuję bluesa, dorabiam teorię, nie znam się i inne błoto. Trudno, dla mnie brzmi to okropnie, techniczno-biologicznie w najgorszym wydaniu słownictwa z tego kręgu. Połogowego. Brrr…

Inne słowo, które wprowadziło mnie w stan konsternacji (nie wiem, czy mam się śmiać czy płakać), to „karmnik” jako określenie na biustonosz do karmienia. Słowo powszechnie używane na forach dla „matek karmiących”. Miało być miło i pieszczotliwie, a wyszło dziwnie. Karmnik kojarzy mi się wyłącznie z czasami podstawówki i zbijaniem go zimą dla ptaków. Tylko z tym. No teraz jeszcze z "matką karmiącą" z dyndającym z piersi drewnianym domkiem dla ptaków.

Czy naprawdę wszystko, co związane z ciążą i opieką nad dzieckiem musi mieć jakąś swoją nową dorobioną nazwę? Jakiś dziwny twór, okropną, biologiczno-techniczną zbitkę słowną, która zamiast wprowadzać miłą atmosferę, odrzuca i przyprawia o mdłości? Już nawet angielsko brzmiąca nowomowa byłaby lepsza. Jakieś „mother-pillowy” (choć mój mąż twierdzi,  że akurat „mother pillow” brzmi jak anglosaskie przekleństwo) czy „milker” czy cokolwiek innego, nawet bez związku z tematem...

Jak o tym rozprawiam, to trochę słabo mi się robi. Muszę się położyć. Polec. W połogu. :/

 

Dobranoc. Jeszcze tylko 5 godzin do nowego ataku paniki.

 

JOL.

poniedziałek, 18 marca 2013

Jednak materac z IKEI okazał się tak zajebiaszczy, że nie będziemy go wymieniać na inny (chociaż z drugiej strony trochę szkoda). Odleżyn brak, krążenie działa a cena nie najgorsza. Dlatego materac na razie zostaje. 

Ja nadal w stanie chorobowym, choć odczuwam poprawę. Mój głos nie jest już seksowym głosem przeziębionej Phoebe. Moja kariera barowej piosenkarki raczej się nie rozwinie. 

Aha no i najważniejsze - pierwsza łopata już wbita, tzn. ruszyły prace nad wykończeniem mieszkania. Uprzedzając zatem wszystkie pytania o to, kiedy się przeprowadzamy lub dlaczego jeszcze się nie przeprowadziliśmy, publikuję najświeższe fotografie naszego mieszkania. Oto dlaczego "jeszcze nie":

kapelutki.blox

kuchnia

 

kapelutki.blox

łazienka

 

kapelutki.blox

saloon

 

kapelutki.blox

sypialnia

 

Najmniejszy bałagan jest, o dziwo, w pokoju dziecięcym, więc nie publikuję (bo nuda). Aha i gwoli ścisłosci - normalne okno też mamy, więc peryskop może nie będzie potrzebny :)

 

JOL.

 

 

W związku z wciąż aktualną awarią ogrzewania w firmie siedzę sobie w domowym barłogu i się relaksuje. Relaks przepijam colą. Ostatnio piję dużo coli. Zwłaszcza w towarzystwie Johnniego - jak wiecie. Sołsłit. Ale póki co - mam granice. Pierwsza popołudniu to jednak trochę za wcześnie na randkę z Walkerem - nawet jak dla mnie. Chociaż ostatnio w biurze wraz z mym szefem piliśmy nalewkę wiśniową o 9.30 - w związku z awarią ofkors i potrzebą rozgrzania.

Obecnie chyba jednak zadowolę się rozgrzewająco-pomarańczową zupą z dyni. Zupa z dyni jest wporzo. Lubię to!

 

Re

piątek, 15 marca 2013

 

Nadszedł dawno niewidziany Dzień Nienawiści Do Całego Świata. W skrócie - DNDCŚ. Chęć autoeksplozji zakiełkowała we mnie już z samego rana, gdy popatrzyłam na świat o 6.30 i pomyślałam: "Jaka piękna śnieżyca! Tak piękna, że chciałoby się na nią patrzeć cały dzień... PRZEZ OKNO WŁASNEGO DOMU!!!"

W drodze do pracy autochęć narastała. Wiedziałam bowiem, że idę przez zasypane zaspy tylko po to, ażeby Szefowi podać kawę, a potem i tak zostanę wysłana na przymusowe wczasy pod świerkiem w związku z awarią ogrzewania - dzień trzeci oraz wyjazdem Pana Szefa do Miasta Królów i Królowych. Po kawie jeszcze musiałam oblecieć pół miasta w związku z tym, że "klienci, a ja już nie zdążę". Szłam pośród zamieci a wiatr targał mną i mym papierosem...

Potem... Potem, ech... szkoda gadać. Faceci to dranie. W dużej mierze. W większości. Oczywiście nie wszyscy. Johnnie Walker na przykład bardzo baaaardzo mi pomaga przetrwać ten smutny jak pizda wieczór. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie jego obecność i wsparcie. Mówi mi: "Nie, nie - nie jesteś skończoną idiotką!" Mów mi tak Johnnie. Mów mi tak, a będę twoja do ostatniej kropli kropli bursztynowych procentów w mej krwi.

 

Re

No i się dorobiłam. Przeziębienia. W ciąży. Przez cały czas wszystko było ok, ale teraz w 8 miesiącu mega katar, mega kaszel, flegma, opuchlizna, ból głowy i inne okropności, na szczęście bez gorączki. Oczywiście na blat roboczy poszły domowe sposoby z apteczki siostry Eutanazji, ale na razie nic nie lepi. Jeszcze muszę wychylić kufel syropu z cebuli, może pomoże. Gwoli ścisłości, tabliczka czekolady nie pomogła (ale była dobra). 

O, a dzisiaj testujemy nowy materac z IKEI :) Już się nie mogę doczekać, kiedy go wymienimy na inny :) W końcu po to kupuje się materace w IKEI, prawda? Żeby je wymieniać na nowe co 90 dni ^^. 

 

JOL.

środa, 13 marca 2013

Nie wiem, kiedy zleciały mi te miesiące (swoją drogą, myslalam, że w ciąży jeszcze sobie pochodzę w zwiewnej wiosennej sukience a tu kicha. Pół ciąży w płaszczu, drugie pół w wielkim kurcisku. I znowu spadł snieg...). Ale serio, nie wiem, kiedy mi to zleciało. Przez całą ciążę pracowałam. W zasadzie nadal, w 8 miesiącu, ciągle jeszcze pracuję. Tylko, że w biurze jestem z doskoku, kiedy mam siłę. A sił w sumie mam coraz mniej. Z różnych powodów, nie tylko ciążowych, ale brzuch mi faktycznie zaczyna przeszkadzać. Dobrze, że dopiero teraz. Jak słyszę o paniach, które od pierwszych miesięcy muszą leżeć albo "się oszczędzać", to jestem wdzięczna losowi, że mi tego oszczędził przez tyle czasu. 

Dziś miałam chwilę zwatpienia. Mój mający-trwać-45-minut wykład skrócił się do minut 15, ponieważ dostałam zadyszki lekkoatletycznej i purpura wystąpiła na mej twarzy, jakbym właśnie przebiegła sprintem 100 metrów. Mój szef stwierdził, że nie powinnam już prowadzić wykładów bo przynoszą odwrotny skutek - ludzie zamiast reagować entuzjastycznie, cierpią patrząc na moją męczarnię. Cos w tym jest, ale mimo wszystko odczułam to jako lekką porażkę zawodową.  

Uświadomiłam też sobie, że jednak mam jakies ograniczenia fizyczne i nie mogę już popierniczać jak mały motorek od 8:00 do 23.00 (i ta świadomość jest straszna :/) Hmmm... (przypomniało mi się, jak to kiedys ze zdziwieniem stwierdził Pan M: "nie wiem... ale jak to nie wiem??") No własnie nie mogę już popierniczać. A chciałabym. Jak nie pracuję, to czuję się bardzo źle, fizycznie, psychicznie, lingwistycznie i w każdym innym aspekcie. Nie wiem, co będzie przez ten czas, kiedy w ogóle nie będę mogła pracować (tzn. tak wiem, że praca przy dziecku to też praca, ale chodzi mi o pracę zawodową). Trzeba będzie czymś zająć głowę... Może martwieniem się? Albo depresją? Czemu nie... (czyli stąd się bierze depresja poporodowa).

 

JOL.

sobota, 09 marca 2013

 

Cały tydzień chodziłam obombana. Szef nie mógł się nadziwić dlaczego, ale na wszelki wypadek nie odzywał się za wiele, bo chyba miał podejrzenie, że w jakiejś części (dokładnie w 1/3) to jego wina.

Byłam chora, miałam okres i nie dostałam wypłaty. Wczoraj dostałam, więc najsampierw poszłam do apteki i zrealizowałam receptę na 125 zł. Lepiej mi się zrobiło i gorzej jednocześnie. 

Powodowana frustracją zaczęłam przeglądać oferty pracy oraz oferty matrymonialne. Jeśli chodzi o te pierwsze to dno. 1600 brutto mnie nie interesuje. Bo za tyle to się nawet w kartonie pod mostem nie utrzymam. Poza tym przeliczyłam ile kosztowała mnie sama edukacja pomaturalna i wyszło, że zajebiście dużo. Dlatego za 1600 brutto robić nie będę. Koniec i kropka.

Jeśli chodzi o te drugie ogłoszenia, to wygląda na to, że internet to chyba ostatnia deska ratunku w dziedzinie poszukiwania męża. Bo szczerze powiem, że jak chodzę po świecie realnym, to facetów w wieku odpowiednim (czyt. 28-38 ale to nie jest moje ostatnie słowo) jakoby nie ma wcale. To znaczy są, ale wszyscy żonaci, zajęci albo zdrowo pomyrdani na umyśle. Albo po rozwodzie - a moja mama never ever ever ever się na to nie zgodzi. Wiem, że to moje życie i powinnam robić, co chcę. Ale wiem też, że na pewno nie chcę żyć ze świadomością, że moi rodzice do śmierci się do mnie nie odezwą. 

Wśród wolnych są także delikwenci odrażająco brzydcy i równocześnie niesympatyczni. Nie chciałam tego pisać, ale tak wyszło. Żeby chociaż byli tylko odrażająco brzydcy. To nawet lepiej. Mam okropny gust jeśli chodzi o facetów.

Tymczasem w internecie roi się od ofert typu: "Poszukuję właśnie ciebie, Regino! Jesteś idealna! Idealny wiek. Idealny biust. Idealny cechy charakteru." Tylko że jakoś na te ogłoszenia nie mogę odpowiedzieć. Nie mogę. Bo zawsze na końcu autorzy dodają: "Czekam tylko na poważne oferty" albo "Docelowo szukam do stałego związku". Trochę mnie to jednak odstrasza. Delikatny zapach desperacji mnie odstrasza. 

Pomyślałam w końcu: "A co mi zależy". Odpowiedziałam na jedno, które mnie rozbawiło. No i trochę pudło, bo chyba nie jestem w jego typie i wice wersja. Bo on lubi bruneeeeetki, opaloooone, zadziooooorne, świadome sieeeebie... Napisał mi, że się zastanawia czy aby nie zakończyć naszej kiełkującej znajomości z powodu RÓŻNICY ŚWIATOPOGLĄDÓW oraz BRAKU ZROZUMIENIA Z MOJEJ STRONY DLA JEGO PRZYKRYCH DOŚWIADCZEŃ Z KOBIETAMI. A napisałam mu tylko, że jest nadwrażliwy i dramatyzuje ;) Potem się trochę pokajałam, więc może jeszcze coś się z tego wyklaruje. Choćby niezobowiązujące koleżeńskie bzykanko. Nie mówię nie. Ode mnie też czasami pachnie desperacją ;)

Odpisałam jeszcze na jeden anons - krótki i treściwy: "Kobietę, królestwo za kobietę!!!. "Duże to królestwo?" - zapytałam. "17 centymetrów." "Przechwalasz się." "Przekonaj się sama w realu." "A co jeśli jestem gruba paskudna i mam niewydepilowane nogi?" Nie odpisał. Przestraszył się. Albo nie ma poczucia humoru. W sumie mnie to nie obchodzi. Wklepałam jego e-mai w google i wyskoczyło mi inne ogłoszenie, w którym pisze że w raz z ŻONĄ poszukują młodej dziewczyny do wspólnych zabaw w sypialni... NOT MY TYPE.

 

Re

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl