Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
poniedziałek, 30 maja 2011

 

O tym, że trzeba mieć zdrowie, żeby chorować, wie każdy. Bo każdy przynajmniej raz w życiu chciał dostać się do lekarza w państwowej przychodni. Ale ja osobiście dotąd nie przypuszczałam, że trzeba mieć pieniądze, żeby być bezrobotnym. A w zasadzie, ile trzeba mieć pieniędzy? Odpowiedź jest prosta: DUŻO. 

Pomijam już takie oczywiste finansochłonne kwestie niezbędne do życia, jak mieszkanie, media, jedzenie. W moim konkretnym przypadku nie stanowią one większego problemu, bo mieszkam z rodzicami, którzy jeszcze nie każą mi spieprzać, dziadu. Za ten bezcenny luksus codziennie płacą jedynie moje coraz słabsze i coraz bardziej przerważliwione nerwy. Chodzi mi raczej o sam proces poszukiwania pracy.

Gdy już się bowiem zdarzy, że łaskawie ktoś zaprosi nas na rozmowę, może się okazać, że decydując się na nią pójść, stracimy tylko dużo kasy. Miałam taką sytuację w zeszłym tygodniu. W inetrnecie znalazłam ogłoszenie pewnej znanej bliskowschodniej firmy o tym, że przeprowadzają rekrutację w Polsce. Postanowiłam więc spróbować, bo czemu nie? W ofercie było napisane, że nie trzeba wysyłać CV, a należy je wziąć ze sobą tego i tego dnia na spotkanie, które odbędzie się o tej i o tej godzienie, tam i tam. Tam i tam, czyli w zupełnie innym mieście. Wyznaczonego dnia wstałam o 5 rano i w butach na obcasach marki Mango, które są moimi jedynymi obecnie butami w kolorze czarnym, nadającymi się na takie okazje, pobiegłam w strugach deszczu na dworzec. Gdy w mieście Tam-i-tam wysiadałam z pociągu, obcas utknął mi w stopniu blokując mnie wiszącą nad peronem i tłum ludzi wiszących nade mną. Jakimś cudem udało mi się uwolnić. A konkretnie takim, że stopę wyciągnęłam z buta, a buta wyciągnęłam rękami ze stopnia. Nie udało się jednak uniknąć zniszczeń w okolicach obcasa. I jak tu się nie wkurwić już na wstępie? Ale wracając do rzeczy.

Okazało się, że spotkanie to tylko wstępna ostra selekcja na brmace. Trwała około 2 godziny i w przeciągu kilku następnych osoby zaakceptowane dalej miały dostać inforujący o tym telefon. I ja takowy dostałam. Z zaproszeniem na dzień następny. Umordowana wróciłam do domu, a nazajutrz rano o 5 znów sruuu, na dworzec. Tego dnia były dwa kolejne etapy przesiewu. Pierwszy przeszłam, po drugim mi podziękowano, nie zaproszono na final interview, ale pożyczono mi powodzenia and remeber, never give up! 

Fakt, że nie dostałam pracy specjalnie mnie nie zasmucił, bo w sumie sama nie byłam przekonana, że to jest to, co chciałabym robić. Ale oczywiście sam proces rekrutacji potraktowałam jako nowe, dobre, rozwijające doświadczenie, więc byłam zadowolona, że wzięłam w nim udział. Tylko te 150 złotych, które wypłynęły mi nieoczekiwanie z portfela... Plus zniszczone eleganckie buty... To se nevrati :|

Pamiętam, jak kiedyś na rozmowie kwalifikacyjnej pani Wielka-HR-Specialist nie mogła zrozumieć, jak to możliwe, że zgłaszam się do obsługi klienta skoro mam takie ciekawe i niespotykane wykształcenie oraz próbowała mi wmówić, że praca w mojej dziedzinie leży na ulicy. Pozwoliłam sobie nie zgodzić się. Pracy w jej firmie oczywiście nie dostałam.

Przeglądam oferty prawie codziennie - od kilkuset do ok. 2 tysięcy. Z czego wyławiam może 10, które wstępnie wydają mi sie interesujące i którym ja odpowiadam (w miarę) pod względem kwalifikacji. Przeważnie wśród nich nie ma żadnego, które łączy się z moją dziedziną. Czasem zdarzy się jedno. Ogłoszenia te wędrują do zakładki "Blow Job". (No co? Trzeba sobie jakoś ubarwiać rzeczywistość!;)) Potem przeglądam je jeszcze raz dokładnie i odrzucam te, w którcyh wymagają niebotycznego doświadczenia, bo go nie mam. Zostaje mi przeważnie dwa-trzy, na które odpowiadam. Zazwyczaj nie ma odzewu. A co najśmieszniejsze czasem widzę, że te same ogłoszenia są zamieszczane przez kolejne miesiące i na to samo stanowisko. O co cho? To jakaś nowa forma wykradania danych osobowych?

Od czasu do czasu biorę urlop od szukania pracy, żeby sprowadzić frustrację do poziomu niezagrażającego życiu własnemu i życiu innych.

Ktoś, kto obecnie stara się znaleźć pracę, orientuje się bardzo szybko, że dziś liczy się głównie doświadczenie. Nie wykształcenie, uczelnia, dyplom z wyróżnieniem. Oczywiście licencjat to przeważnie conditio sine qua non zatrudnienia, ale kto go dziś nie ma? Chodzi mi raczej o to, że można skończyć Wyższą Szkołę Strugania Ołówków, Parzenia Kawy i Odprawiania Petentów z Kwitkiem w Koziej Dupie z oceną dostateczną, ale pracując w trakcie studiów, ma się dużo większe szanse na znalezienie pracy od świeżo upieczonego absolwenta Wydziału Prawa i Administracji UJ, który odbył (powiedzmy) jedynie obowiązkowe praktyki studenckie. Umarł w butach. Pies pogrzebany. Tylko gdzie?

Problem polega na tym, że gdy my szliśmy na studia, nikt nie przewidział, że za parę lat tak właśnie będzie. Ścieżka zawodowa osób, które studia zaczynały i kończyły kilka lat przed nami była prosta - jej początek następował po otrzymaniu tytułu magistra. Studia były czasem przeznaczonym na studiowanie. Pracowały tylko osoby, które były za bogate na stypendium socjalne a za biedne na to, żeby rodzice mogli finansować ich studenckie próżniacze życie. I my biorąc przykład ze starszych kolegów też tak myśleliśmy. I nie dostrzegliśmy tego, że oto pokolenie gimbusów ma trochę inną filozofię życiową. Oni odczarowali ideę studenckiego stylu życia. Oni wiedzieli, że lepiej im będzie w przyszłości, jeśli od razu zajmą się tym, co w życiu najważniejsze. Czyli kasą. W końcu za pieniądze w Polsce można kupić wszystko. Nawet zdrowie. W czasie, gdy myśmy deliberowali dekadencko o Młodej Polsce w zadymionej knajpie i przy absyncie, oni zdobywali doświadczenie i dostawali pierwsze posady.

Dlatego dziś to my - Młodzi już na starcie przegrywamy z jeszcze Młodszymi.

 

Re

niedziela, 29 maja 2011

Nawiązując do poniższego wpisu Re o zmierzającej do porażki idei pozytywnego nastawienia do życia postanowiłam i ja wrzucic swoje 12 groszy do tego łez padołu. Otóż, droga Re, masz rację. Nie da sie. Po prostu sie nie da. Przykro mi to mówić, pisać, ale energii z morza starczyło mi góóóra na 3 dni, a w środę znowu wyszły z szafy potwory i nie dawały mi spać do niedzieli, czyli do dzisiaj. I jeszcze przeżyłam szok, dowiadując się, że pewna osoba z drugą pewną osobą będzie miała trzecią pewną osobę i poczułam presję, że ja też muszę mieć osobę, bo inaczej moja osoba się zestarzeje, dojrzeje, zbabczeje i odpadnie. 

Poza tym życie na planecie Ziemia zupełnie mnie rozczarowało. Patrzę z czułością na mój kocyk, w którym przyleciałam z planety Krypton i zastanawiam się, czy jeszcze kiedyś tam wrócę. Kompletnie nie rozumiem Ziemian i moja ludzka postać też jakoś słabo dostosowuje się do ichniego myślenia. No nie wiem. 

W sumie mam sie czym dzisiaj zając, więc wracam do moich ziemskich spraw, ale jak tylko skończę, zacznę obczajać budowę silnika do rakiety.

 

Pozdrawiam

Jolanta 

sobota, 28 maja 2011

 

Z cyklu: Jak żyć? Odcinek 3.

 

Muszę Wam wyznać, że ostatnio jest mi gorzej. Całe ta akcja z pozytwynym nastawieniem trochę mi nie wyszła, ale (sceptycy niech się wstrzymają jeszcze z triumfem) nie porzucam idei. Przynajmniej na razie. Choć mam takie dziwne wrażenie, że im bardziej się staram żyć pozytywnie, tym więcej złych rzeczy dookoła. A może to tylko kwestia ostrości? Kontrastu? Fotoszopa? 

Nie wiem.

A już było tak dobrze. Z uśmiechem witałam każdy wschód słońca. I to jeszcze przed południem! Żywiłam się sałatą, marchewką i krzakiem jałowca. Już nawet byłam zdecydowana odziać się jeno w przestwór* i spacerować tak z maseczką i miotełką nie czyniąc krzywdy żadnemu stworzeniu, oddać się ahinsie**. Jakkolwiek perwersyjnie to brzmi. 

Ale dupa.

Ogólnie to siedzę w dole. Takim, że ja pierdolę - jak mówi poeta. Wszystko, co jeszcze 2 tygodnie temu napełniłoby mnie radością i energią aż po rozdwojone końcówki moich ryżych kudłów, dziś jest "łeeee", "heee?" i "no, nie wiem".

Stany emocjonalne w fachowej literaturze charakteryzowane jako "Dno i dziecięć metrów mułu" nie są mi obce. Wręcz przeciwnie. Jesteśmy na "ty" i chodzimy razem na wódkę. Ale to, co zagnieździło się obecnie w mojej psyche jest inne, dziwne, niepokojące. Muszę to opisać na forum medycznym w najpopularnijeszym wątku zatytułowanym "Galopująca depresja Reginy".

Ale jeszcze się wstrzymam. Wcześniej sprawdzę w moim kalendarzyku-nie-małżeńskim, czy przypadkiem w najbliższym czasie nie czeka mnie najazd Indian z plemienia Navajo. Bo straciłam rachubę.

Samo życie.

 

Regina F. 

 

______________

* Odziani w przestwór

** Ahinsa

piątek, 27 maja 2011

 

Skończyły się Juwe-Juwe-Juwenalia. Teraz ten, kto pije, to kanalia. Bo jeśli ma odwagę pić, to znaczy, że w najbliższym czasie nie czekają go żadne zaliczenia ani egzaminy. Cała reszta szykuje się na wojnę.

System Eliminacji Studentów Jest Aktywny!

Wprawdzie Kapelutki zakończyły edukację już jakiś czas temu, lecz nasze doświadczenia pozostają nadal jak najbadziej aktualne. Polecamy więc wszystkim studentom zapoznanie się (jeśli dotąd tego nie zrobili) z naszym wspaniałym, wyjątkowym i jedynym w swoim rodzaju poradnikiem!! 

 

KAPELUTKOWY PORADNIK - JAK PRZEŻYĆ SESJĘ

I NIE ZWARIOWAĆ?

 

Dobrze wam radzą:

Dr Regina Falangi - Lekarz Medycyny Bardzo Niekonwencjonalnej

oraz

Jolanta z Chudowa - Też Specjalista

 

 

wtorek, 24 maja 2011

 

Każdy czasem ma taki dzień, że chciałby wyjść z domu i nie wrócić. Zaginąć. Zapaść się pod ziemię. Mieć zdolność Behemota i Korowiowa do rozpływania się w powietrzu. I ja właśnie dziś miałam taki dzień. Zwłaszcza po obiedzie.

Napisałam więc do Halszki, że może poszłybyśmy do kina na film, który wcześniej planowałyśmy obejrzeć. Bo ja miałam wielką ochotę, by wyjść z domu. Zwłaszcza, że wcześniej wyszłam z siebie. Okazało się, że dołączy do nas Wenus, bo akurat bawi w mieście. Najpierw posiedziałyśmy na ławce w parku, bo stawiłyśmy się pod kinem zawczasu. Gdy przyszła pora, by kupić bilety, poszłyśmy. I ZONK. Okazało się, że brakuje nam jednej osoby, by seans mógł się odbyć, bo było nas tylko trzy, a musi być cztery. Tak to jest na prowincji. Niestety, nie zjawił się żaden rycerz, który uratowałby nam wieczór. Posiedziałyśmy jeszcze chwilę na ławce i o 21 rozeszłyśmy się do domów. To znaczy Halszka poszła w swoją stronę, a ja z Wenus na przystanek autobiustowy. 

W powietrzu coś wisiało. Chmury konkretnie. Gęste, czarne, bezlitosne. Złowrogie. Ponadto zaczęło w oddali walić pierunami. Pieruny te nie były aż tak straszne, jednak uderzyły w naszą konwersację. A konwersacja uderzyła w moje poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza, że autobiust nie nadjeżdżał. W końcu jednak przyjechał, ale ledwo usiadłam już musiałam gotować się do przesiadki. Wenus pojechała dalej. Na rozkładzie zobaczyłam, że długo musiałabym czekać na dyliżans do mnie na wieś, więc postanowiłam ruszyć do domu z buta. Gdzieś po 200 metrach ostrego marszu przypomniały mi sie słowa Wenus: "Kurde, niezłego trzeba mieć pecha, żeby zostać trafionym przez piorun". Ma się rozumieć dopadła mnie mega schiza. Odległość, którą normalnie pokonuję w 30 minut, udało mi sie przebyć w niespełna 20. Pół drogi biegiem. Zwłasza odcninki, przy których rosną drzewa. Prawie połamałam nogi. Pal sześć nogi! Prawie połamałam obcasy!

Pierun mnie nie trafił, ale po powrocie do domu i tak byłam ledwo żywa. Jestem. A burzy, jak nie było, tak nie ma. 

 

Re

 

Ja swój koniec świata przeżyłam na Wybrzeżu, dokładnie w małej, odciętej od cywilizacji, wsi pod Gdańskiem. Początkowo myślałam, ze zgodnie z zapowiedzią proroka, jestem jednym z dwustu ludzi, którzy przeżyli kataklizm i kiedy wsiądę do pociągu byle jakiego jadącego w moje rodzinne strony, okaże się, że nie tylko nie ma takiego pociągu, ale też nie ma już moich rodzinnych stron i będę zmuszona do zaludniania ziemi pod Gdańskiem wraz z pozostałymi stu dziewięćdziesięcioma dziewięcioma śmiałkami, którzy - dzięki odcięciu od cywilizacji, piciu wody z kałuży i gardzeniu łącznością telefoniczną - przeżyli światowe trzęsienie ziemi i początek Armagedonu (co wcale nie było taką złą perspektywą :)). Okazało się jednak, że także i ten koniec świata był chybiony, z nieba zagrzmiało jeno wielkie FAIL, ziemia sie nie zatrzęsła, nic sie nie zatrzęsło i wszystko wygląda tak, jak wyglądało przed moim wyjazdem.

Cóż, nie pierwszy i nie ostatni raz koniec świata robi nas w bambuko.

Ale, właściwie to nie o końcu świata chciałam mówić, a o jego początku. Początku mojego świata, który przytrafił mi się w niedzielę, zaraz po chybionym końcu świata właściwego. Otóż po wybyciu z odciętej od cywilizacji wsi, załatwieniu spraw wagi ciężkiej i błotnistej, postanowiłam jeszcze na chwilę oddać się przyjemności obcowania z morzem. Pojechałam SE ja do Sopotu i położyłam na plaży niczym wyrzucony przez morskie fale waleń. Jak tak sobie leżałam, słońce paliło moją bladą twarz, piasek z nogami wchodził mi do majtek, morska bryza przywiewała zapach ryby z frytkami, sinice wychodziły z wody na plażę, psy szczekały, dzieci krzyczały - czułam, że jestem szczęśliwa. Nic poza tym. Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, nawet jeśli nie było kataklizmu i nadal jest nas jakieś sześć miliardów, nie ma nikogo bardziej szczęśliwego niż ja, leżąca na sopockim piachu.

Zawsze, kiedy jestem nad morzem, wiem, że jestem u siebie, ale tym razem, kiedy tak sobie leżałam bez ruchu przez trzy godziny, czułam tak silne złączenie z piachem i wodą, że jeszcze 5 minut i bym sie rozpłynęła i rozsypała ze szczęścia. Jestem wybrzeżnym kozakiem. Nic na to nie poradzę. Nie chcę gór, pagórków, wyżyn, jur i innych południowych atrakcji. Chcę morze. Chcę na północ. Chcę, żeby mi szumiało w uszach, pachniało w nozdrzach i gryzło w sandałach.

Doszłam do wniosku, po raz kolejny, że nie można być nieszczęśliwym mając morze pół godziny drogi od miasta. Jesteś nieszczęśliwy, nie chce ci sie żyć? Wsiadasz do tramwaju, idziesz na plażę, rozmawiasz z morskim bezkresem i znowu czujesz, że tak naprawdę jesteś bardzo mały i ta świadomość daje ci energię. Jesteś szczęśliwy.

Jak tak sobie leżałam w piachu, kiedyś gdańskim, gdyńskim, a w niedzielę w sopockim, postanowiłam znowu, że choćby nie wiem co, będę tam mieszkać. Z tym, że w niedzielę wrzuciłam to w pulę celów a nie marzeń. Będę mieszkać nad morzem. Postanowione. A podobno, czego dowiedziałam się w czwartek - jak Jolanta sobie coś postanowi, to zawsze to realizuje :)

JOL.

niedziela, 22 maja 2011

 

Obudziłam się wczoraj rano, w piżamie wyszłam na balkon, popatrzyłam prosto w słońce i rzekłam: „Piękny dzień na koniec świata!” Potem niestety musiałam przerwać zadumę i iść zająć się bieżącym życiem.

Na 17.45 byłam umówiona z Halszką, Panem M. i Panem S. na uroczyste obejście końca świata. Tuż przed 18.00 usłyszeliśmy za plecami odliczanie i… NIC SIĘ NIE STAŁO! Co za zaskoczenie! Przez resztę wieczoru nie mogliśmy otrząsnąć się ze zdumienia.

Przeżywszy koniec świata, możemy żyć dalej. Albo umrzeć. Co kto lubi.

Z rzeczy super ciekawych – Pan M. jest słomianym wdowcem, ponieważ Jolanta kozaczy na Wybrzeżu. Mam nadzieję, że znajdzie dla mnie jakiś bursztynek bursztynek na plaży.

Regina

 

czwartek, 19 maja 2011

 

Pamiętam jak rok temu, będąc jeszcze w Katarze, rozmawiałam z moją uroczą koreańską koleżanką Hyeju o końcu świata. Nie tym najbliższym sobotnim, a tym następnym, który ma być w przyszłym roku. Zastanawiałyśmy się, co chciałybyśmy jeszcze zrobić przed jego nadejściem. Nic ciekawego nie przyszło nam do głowy. Zgodnie uznałyśmy, że jesteśmy nudne, nie mamy planu na najbliższe dwa lata, nie mówiąc już o CAŁYM życiu, nie mamy celu, nie mamy nawet marzeń, więc koniec końców może to i lepiej, że świat podejmie za nas decyzję i się rozpuknie. Teraz widzę, że może nawet stanie się to wcześniej, niż nam się wtedy wydawało.

Amerykański naukowiec, znany także w niektórych kręgach chrześcijańskich jako kaznodzieja – Harold Camping, wyczytał sobie z Biblii, że oto stoimy u progu zagłady. Dnia 21 maja bowiem w każdym kraju świata o godzinie 18 ma dojść do wielkiego trzęsienia ziemi, które zapoczątkuje półroczną apokalipsę. Słońce się zaćmi, ziemia się zatrzęsie, wszystko się zatrzęsie, wszystko się spełni, wszystko się skończy. Nie będzie bandyctwa, nie będzie złodziejstwa, nie będzie niczego! Całkiem przyjemna perspektywa w sumie. Co natomiast, gdy tak się nie stanie?

Jeśli w niedzielny poranek słońce jednakowoż jak zwykle wstanie leniwie, a ludzie jak zwykle leniwie przewrócą się na drugi bok w swoich łóżkach, to prorok Harold (l. 89) będzie musiał żyć z piętnem pomyłki aż do śmierci. Na szczęście w jego przypadku prawdopodobnie nie potrwa to zbyt długo. A na jego grobie pewnie złotymi zgłoskami napiszą takie epitafium:

Tu Harold Camping leży

Który przez całe swe życie

Jeno w koniec świata wierzył.

 

Niektórzy ludzie są śmieszni. Chcą, żeby wszystko było spektakularne. A jeśli nie wszystko, to przynajmniej koniec świata, żeby taki był – wartkie pościgi, wielkie wybuchy, żeby było masowo i krwawo. Dlaczego? Bo wtedy strach przed śmiercią będzie uzasadniony? Nikt nie myśli o tym, że śmierć czyha na niego na każdym kroku, za każdym węgłem. Że serce można przestać mu bić lada moment i praktycznie bez powodu. Że może się przy śniadaniu zadławić liściem sałaty, a idąc do pracy przez park może zostać staranowany przez stado wściekłych wiewiórek, na które – jak potem wykaże sekcja zwłok – akurat miał uczulenie. Albo że może zginąć tak banalną śmiercią jak niegdyś mój kot Elegancik, który wyszedł z domu tylko na chwilę, na małe polowanie, ale już nigdy nie wrócił, bo dokonał żywota pod kołami ciężarówki i post factum daleko było mu do elegancji.

Nawet jeśli wielebny Camping ma rację i w sobotę czeka nas wielki początek końca, i tak całą tę jego akcję z szukaniem latami konkretnego dnia uważam za bezsens. Bo niby po co komu to wiedzieć? Co to da? To tak, jakby za wszelką cenę, tracąc pieniądze, czas i energię, starać się dociec daty własnej śmierci. Harold, WHY? Z jakichś dziwnych ewangelizacyjnych względów? Że niby jak ogłosi, że oto Bóg już prasuje sędziowską togę, a Czterej Jeźdźcy odpalają swoje konie, to grzesznicy nagle uderzą się w pierś, wystrzelą w Stwórcę Aktem Strzelistym, założą na grzbiet włosienicę i zaczną samobiczowanie? Każdy, kto wierzy w Boga i w niebo, w mniejszym lub większym stopniu żyje tak, żeby kiedyś do tego nieba trafić. Zwłaszcza jeśli ma świadomość, że może zostać usieczon przez kostuchę całkiem nieoczekiwanie.  A ktoś, kto nie wierzy lub bardziej niż życiem wiecznym jest zainteresowany życiem teraźniejszym, do czego ma absolutne prawo, od kilku plakatów ostrzegających o Bożym sądzie raczej się nie nawróci. Tym bardziej, że Harold Camping na pytanie, gdzie w Biblii jest napisane, że koniec świata nastąpi 21 maja 2011 roku, odpowiada: „A gdzie jest napisane, że nie nastąpi?" Czy można dyskutować z taką argumentacją?

Gdy byłam małą dziewczynką, bardzo chciałam doczekać końca świata. Nie ze strachu przed śmiercią. Jak się ma kilka lat, śmierć jest czymś równie nieosiągalnym jak alkohol i papierosy – tylko dla dorosłych.  W dodatku tych najbardziej zaawansowanych w dorosłości pomarszczonych ludzi, którzy przeważnie umierają we śnie, albo siedząc na krześle pod orzechem, naturalnie, bezboleśnie, po cichu i spokojnie. Chciałam dożyć końca świata po pierwsze z ciekawości. Wtedy mogłabym sprawdzić, czy ciekawość to rzeczywiście jest pierwszy stopień do piekła. Po drugie (ważniejsze) domyślałam się, że jeśli kiedyś umrę, to świat i tak będzie trwał dalej i wtedy tyle rzeczy mnie ominie! Samolubnym dzieckiem byłam, nie ukrywam;)

W najbliższą sobotę o godzinie 18 zamierzam usiąść pod parasolką na rynku naszego pięknego miasta, zamówić drinka z palemką i zapalić papierosa. Zapewne dla niektórych będzie właśnie kończył się świat.

 

Czesław Miłosz

PIOSENKA O KOŃCU ŚWIATA

W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

 

RE

 

PS. Kwestia końca świata i umierania nierozerwalnie łączy się z jeszcze jednym problemem. Pytaniem. Problemem w formie pytania. Czy istnieje życie po śmierci? Z pomocą przychodzą jak zwykle chłopcy z Brytanii. 


 

poniedziałek, 16 maja 2011

 

Z cyklu PoGGawędki

 

Regina i Halszka gawędzą o kaloriach i o tym, co kiedyś o kaloriach powiedział Pan M. (Albo Reginie się tylko zdaje, że tak powiedział, a w rzeczywistości wyczytała to w Cosmo lub na portalu www.glupiogadamy.pl)

Halszka: Na ile Wikipedia mi podpowiada, to Pan M. nie ma racji.

Regina: Wiki kłamie. 

Halszka: No też jest taka opcja, ale skoro kiedyś powiedziałam Wielkiemu Wizjonerowi, że bardziej ufam Pudelkowi niż jemu, to muszę być konsekwentna i zaufać Wikipedii a nie Panu M.

:)

Pamiętacie wpis z filmem o francuskiej książeczce? Nie. To macie:

 

Karczoszki

 

Przypominam o tym wpisie nie od kapelutka. Otóż wczoraj będąc przelotem w byłym mieście królów i królowych zakupiłam sobie w pewnej uroczej sieciowej księgarence franuską ksiażeczkę kucharską, bo jak wiecie - ja lubię gotować.

Przybywszy na moje włości późnym wieczorem oznajmiłam mężu, że: "Będę Ci ja gotować. Tak, teraz. Bo jak nie, to pół nocy będę mysleć o francuskiej ksiażeczce, że ją zakupiłam a nie wypróbowałam". Dodać jeszcze muszę, że przepisy w książeczce podzielone były wedle czasu, jaki trzeba poświęcić, żeby je wykonać. Wybrałam ekspresowe - 10 minut. 

Fasolka, ocet winny, jajeczko, coś tam coś tam i voila! Biały talerzyk, garson, Edit Piaf, le mouton, le landing, les wheels! Bon!

Trochę octowate było, ale pomyślałam - to ma takie być, to jest z francuskiej książeczki. Cały cymes jest w tym, że to takie octowate jest.

Mąż mój wykręcił się przeziębieniem, że słabo się czuje i więcej już nie zje. Ja zaś przekonawszy się dostatecznie, że to ma takie być, bo to jest z franuskiej książeczki, ostro jadłam, nie czyniąc ni jednej miny, która nie przystoiłaby damie we francuskiej restauracji.

Nie było tego dużo, więc w sumie z dziesięc minut trwała konsumpcja.

Nie takie złe - pomyślałam - i do tego ekspresowe w wykonaniu. Po kolejnych dziesięciu czy piętnastu minutach, żołądek mój jednakże - trochę niepewnie - zapukał noskiem w okienko domagając się czegoś, nie do końca jeszcze okreslając czego...

Ou sont les bagages? - zapytałam w duchu swoje trzewia?

Ou sont...?

...

Ici! - odpowiedziały tryumfalnie moje jelita!

Voila! Les bagages! Ale nie tylko, bo jeszcze les wheels!  Bonsoir! Les voyageurs! Le cabin! Ici, le petit capitaine! Nous avons, dans la tête! Mee-e mee-e, bee-e bee-e!

Postaram sie zachować elegancję nawet w tej części opowieści i powiem, że francuskie danie opuszczało moje ciało w tempie szybszym niż było konsumowane i na pewno potrzebowało na to mniej czasu, niż ja na jego przygotowanie. Ekspresowe w każdym calu.

Mój soir wcale nie był bon za sprawą francuskiej książeczki. Koniec końców, i tak przez pół nocy o niej myślałam, a nawet o niej jęczałam z bólu, aż mój małżowinek - pomimo swej słabości w przeziebieniu - wstał i zrobił mi miętkę świeżo parzoną, co bym już przestała jęczeć.

Ci francuzi to muszą być twardziele, że takie rzeczy jedzą, nie?

 

JOL.

środa, 11 maja 2011

 

Bieganie naprawdę dobrze mi robi. Natomiast piwo nie, piwo szkodzi. Istnieje taka granica, a konkretnie są nią trzy browce, po przekroczeniu której Regina przestaje być sobą. Zwłaszcza następnego dnia nie jest sobą. Ale podobno to wszystko kwestia treningu, kondycji. By się zgadzało – biegam prawie codziennie, więc jestem w formie, a alkohol spożywam... nader rzadko. Generalnie, muszę Wam się zwierzyć, że prowadzę całkiem zdrowy tryb życia. Jem dużo sałaty, marchewki, płatków owsianych i piję zieloną herbatę i najwyżej dwie kawy dziennie. I oczywiście także siemię lniane, którym jestem totalnie zafascynowana. I nie, nie przeszkadza mi, że po zaparzeniu wygląda jak gluty. Gdy jeszcze w połowie dżogingu przestanę robić sobie przerwę na fajkę, a wieczorami nie będę wąchać acetonu, to już w ogóle zaczną mnie stawiać za przykład w kolorowych czasopismach typu "Samo zdrowie", "Samo życie" czy "Życie po życiu".

Ponadto zmieniłam nastawienie. I jestem mega pozytywna. Codziennie przed snem powtarzam sobie mantrę, której nauczyła mnie Mama. I wbrew pozorom mantra ta nie zaczyna się od słów „Zdrowaś Maryjo". Wygląda to mniej więcej tak. Zamykam oczy. Wdech, wydech, wdech, wydech – wiadomo. I jadę z koksem:

„Z radością i miłością żegnam ten dzień. Zapadam w głęboki sen ufając, że jutro samo zatroszczy się o siebie."

Grubo, co nie? Mam też coś na dzień dobry. Nie otwieram już oczu z „kurwą" na ustach i patrząc w lustro nie rzucam sobie w twarz, że „ja pierdolę". Teraz mówię tak:

„Jestem młoda, piękna, zdrowa, silna, sprawna, życzliwa, zrównoważona i szczęśliwa."

Mama miała też jeszcze mantrę na pieniądze, ale aktualnie nie może sobie jej przypomnieć. Pewnie dlatego wciąż ma stanowczo za niską emeryturę.

 

Regina-POTĘGA-SUKCES-POTĘGA-SUKCES-POTĘGA-SUKCES-Falangi

 

PS. I jeszcze a propos mówienia sobie różnych rzeczy. Pamiętam, jak parę lat temu oglądałam wywiad ze Stanisławą Celińską i ona wyznała, że codziennie patrząc na swoje odbicie w lustrze musi sobie powtarzać, choć to bardzo trudne, „Kocham cię, Stasiu". Od tamtej pory też często tak robię. Patrzę w lustro i mówię: „Kocham cię, Stasiu". I to działa! Od razu robi mi się weselej;)

PPS. Mama właśnie przypomniała sobie mantrę na pieniądze! Leci tak:

„Chętnie witam pieniądze. Lubię je. Korzystam z nich mądrze, z namysłem i w dobrych celach. Wydaję pieniądze garściami, a wracają do mnie przedziwnie pomnożone. Pieniądze to rzecz dobra, nawet bardzo dobra. Jestem więc wdzięczna za moje materialne i duchowe skarby."

Mam zajebistą Mamę, wiem :) 

 

Jedyne, co umiem dziś powiedziec to: no, niestety.  

Moje życie chyba wypadło ze swoich torów.

Muszę się zmęczyć (odpoczywanie zawsze bardziej m nie stresowało).

 

JOL.

poniedziałek, 09 maja 2011

Sława dobiegła końca... i Bogu dzięki, bo strasznie to było męczące. W życiu sie tak nie stresowałam :)) Emocje opadły, statystki wróciły do normy, witamy ponownie naszych starych (w sensie stażu) dobrych (nooo, to w każdym sensie) Czytelników. Osobiście chciałam także podziękować wszystkim, którzy kliknęli w link i poświęcili swój cenny czas na mój, zauważony choć niewiele wnoszący w mądrość zbiorową Internetu, wpis. Szczególnie dziękuję trzem osobom, które poświęciły swój czas do tego stopnia, że zostawiły ślad swojej obecności w postaci komentarzy. Doświadczenie to było dla mnie niezwykle pouczające. Nigdy wcześniej nie miałam okazji tak naocznie i bezpośrednio doświadczyć tak bezinteresownej... spontaniczności internautów, że tak to ujmę :).

Po tym doświadczeniu naszła mnie jednak taka refleksja, pewnie sięgające jeno po kostki i nie bardzo olśniewająca, więc raczej nie zanurzycie się w głebi jej mądrości, ale skoro doczytaliście już do tego momentu, rozumiem, że raczej nie szukacie filozoficznej podniety czy wyjaśnienia zagadki sensu życia, więc moja -  po kostki sięgająca - refleksja powinna was usatysfakcjonować. Mam nadzieję :)

Otóż, żyjące blogi są zazwyczaj miejscem z jakąś określoną konwencją. Konwencją, która może się podobać lub nie, która jednym odpowiada, u innych powoduje mdłości. Za każdym blogiem i jego konwencją, stoi jedna czy więcej osób z jakąś osobowością, doświadczeniami, umiejętnościami. Wszystkie te elementy, w mniejszym lub większym stopniu, można poznać czytając blog od początku, widząc jak ewoluuje, co się na nim dzieje. Blog daje tę możliwość – poznania osoby, która go pisze. W przeciwieństwie np. do forum, gdzie – nawet ostro udzielający się forumowicze – są tylko swoimi komentarzami, krótkimi wypowiedziami, oderwanymi od nich samych, a ściśle przyklejonymi do tematu rozmowy na forum. Cięzko jest ich poznać, łatwo ocenia się ich powierzchownie po tonie wypowiedzi, stosowanej stylistyce, literówkach. Tylko na to pozwala ta właśnie forma ludzkiej interakcji, jaką jest forum.


Blog natomiast pozwala na coś głębszego, to czemuż by z tego nie skorzystać? O ile ma się w ogóle taką wolę (sądzę, że więcej tej woli będą mieć ludzie, którzy sami blogują niż ci, którzy tylko internet czytają). I teraz będzie puenta (ostatnio mało czasu spędzam z Halszką, więc powróciła mi zanikająca umiejętność budowania puent :)). Puenta jest taka, że blogi to fantastyczna sprawa, to jak czytanie książki opartej na faktach, pisanej w czasie rzeczywistym. Coś fenomenalnego. Ciekawe blogi są jak światełko w tym śmieciowym tunelu Internetu, gdzie człowiek jednocześnie jest przytłoczony wszechobecną wszechobecnością innych ludzi i jednocześnie cholernie sam, co jest już oczywistą oczywistością :). Zabrzmi to pewnie patetycznie albo jak żenujące bla-bla ;), ale cieszę się, że nasz blog kiedyś tam urodził się w pocie klawiszy i do tej pory nie zdechł z głodu i że tyle fajnych ludzie poznałyśmy dzięki temu. Niech net będzie z wami, bLogosławieni blogowicze!

 


JOL. 

... 

W ogóle to ja lubię patetyczne rzeczy :)) , poza tym jestem idealistą, wierzę, że prawda zawsze zwycięża, cenię ludzi honorowych i lubię filmy o superbohaterach i znudzonych życiem cynikach, którzy w głebi serca są dobrymi ludźmi, szukacymi tylko miłości i zrozumienia. :)

 

Wiosną zawsze mi najzimniej. Moje ciało jakoś nie potrafi utrzymać ciepła. Wychładza się bardzo szybko, wolno nagrzewa. Wiosenne słońce jest jak żarówka energooszczędna – światło daje ostre, ale zimne. Przy każdej możliwej okazji gramolę się na balkon opatulona kocem i z ciemnym okularem na nosie i tak trwam godzinami w nadziei, że się napromieniuję aż po najczarniejszy fragment duszy. I jest miło i przyjemie w tym ciepłym kokonie, dopóki trwam. Ale gdy już wstanę, to energii wystarcza mi zaledwie na powrót do domu i wciśnięcie się w kąt ciemnego pokoju.

Wiem, że to minie i prawdopodobnie już z pierwszą falą upałów zatęsknię za chłodnym słońcem wiosny.

To nie jest tak, że w ogóle nie lubię tej pory roku. Wiosną kwitną moje ulubione fiołki, których zapach przywołuje tylko dobre wspomnienia z przeszłości. Świerki mają cudne jasnozielone końcówki gałązek, a od wonnych szalonych bzów kręci się w głowie.

Ale i tak to, co lubię najbardziej, to wiosenne dźwięki. Wszystko szumi i gaworzy. I choć raz mam pewność, że to głosy, które nie pochodzą z mojej głowy. I mnie uspokajają, jak niegdyś Halszkę uspokajał szum komputera, bez którego nie była w stanie zasnąć.

Wiosna najwyraźniej pozytywnie działa mi na nerwy. A może to po prostu tabletki, które przepisał mi lekarz… Zabawne – obiecywał, że nie uzależnią, a ja jestem w połowie opakowania i już mam wrażenie, że nie mogę bez nich żyć. I przeraża mnie myśl, że kiedyś się skończą. Nie ma rady, trzeba kuć szczęście, póki gorące. Idę żyć chwilą.

 

 

R.

środa, 04 maja 2011

 

Chociaż, czy ktokolwiek dzisiaj pisze jeszcze piórem?

Swoją maturę zapamiętałam bardzo dobrze. W każdym możliwym znaczeniu tego wyrażenia.

Był rok 2004, kiedy to nie zakwitły nam kasztany, bo zeżarła je zaraza i nie wyłapaliśmy tego subtelnego momentu, że oto właśnie należy zacząć się uczyć. ;) Pamiętam, że najbardziej stresowało mnie to, że się nie stresuję. To także najbardziej stresowało mojego Tatę, który przez cały drugi semestr dostawał mini udarów, chodził smętnie po domu, a gdy ja wybywałam na imprezy, powtarzał: „Regina, Regina – twoja beztroska mnie przeraża". :)

Pamiętam Pożegnanie Abiturientów, gdy Halszka, Pan M. i ja ostatni raz sztandarowaliśmy, a Jola patrząc na nas odzianych w piękne biało-czerwone szarfy orzekła: „Ale jesteście ładni! Chciałabym sobie wziąć was do domu i postawić na półce!"

Podczas uroczystości przekazaliśmy nasz szkolny sztandar w dobre ręce mojego Brata Przysposobionego*. Nie omieszkaliśmy przekazać mu także tego, czego nauczył nas niegdyś Pan Dyrektor: „Tylko uważajcie na Orzełka!". A potem już z czystym sumieniem mogliśmy wstąpić na zasłużony odpoczynek do Związku Emerytowanych Pocztowców.

Pamiętam ślubowanie składane przez Wielkiego Wizjonera w imieniu naszej klasy i program artystyczny, w którym brali udział nauczyciele przebrani za greckich bogów. I nasze alfy i gamety;) – Jolę, X-mena, Pana Dziwnego – odbierających nagrody za swoją omnibusowość. I to, jak zaskoczyliśmy grono pedagogiczne, pozostałe dziewięć klas 4-tych i w ogóle całą szkołę przygotowaną na tę okazję specjalną niespodzianką. Były podziękowania, kwiaty, błysk fleszy. I popłynęły nawet łzy wzruszenia. Najwięcej  z oczu Halszki, która ryczała, jak bóbr i nikt nie był wstanie powstrzymać jej spazmów. Zrobiłam nawet takie zdjęcie: Halszka beczy, Jola ją pociesza, a Wenus ją szturcha i się z niej śmieje. Głupia Wenus. ;)

Pamiętam, jak przez kolejne dwa tygodnie siedziałam wciśnięta w kąt ciemnego pokoju z rozrzuconymi po podłodze książkami i opracowaniami i nie miałam pojęcia czego się uczyć, a Mama codziennie przynosiła mi tabliczkę czekolady – na lepszą pracę mózgu. :)

Jako klasę o profilu humanistycznym, odizolowano nas od pozostałych maturzystów i języka polskiego nie pisaliśmy w wielkiej hali sportowej, ale w dwóch salach lekcyjnych – jeszcze wewnętrznie podzieleni na pół. Pamiętam szok Wenus, która uświadomiła sobie, że zapomniała szkolnego identyfikatora, więc z buzią wygiętą w podkówkę i drgającą w oku łzą pobiegła do Profesora-Wychowawcy przewidując swoją rychłą śmierć. A on zlustrował ją swym groźnym spojrzeniem i odrzekł z powagą: „Nic się, Wenus, nie martw -  zostałaś zidentyfikowana!" I wpuścił ją na egzamin. :)

Wybrałam temat trzeci – o różnych postawach człowieka wobec zła na podstawie XX-wiecznej literatury. I to był najlepszy esej, jaki napisałam w ciągu czterech lat mojej licealnej edukacji.

Egzamin z drugiego przedmiotu pisałam już w hali. Na szczęście – w przeciwnym wypadku moja matura byłaby nieważna. ;) Siedziałam w pierwszej ławce po lewo i było mi dane sprawdzać, czy pieczęć na kopertach jest rzeczywiście nienaruszona. Długo wahałam się, który tekst wybrać do tłumaczenia. Padło jednak na Cezara i jego „De Bello Gallico". Cyceron do tej pory jest obrażony. ;)

W pierwszym dniu ustnych był angielski. Wchodziłam zaraz na początku i dostałam od Dyrektora kopniaka na szczęście. A gdy czekałam aż koleżanka skończy czytać swój zestaw, żebym ja mogła wylosować swój,  Dyrektor przekonany, że zamarłam w bezruchu ze strachu, nakazał mi bazgrolić po kartce w celu odstresowania. Nie przyjmował do wiadomości, że jakoś specjalnie się nie boję. :) W ogóle w trakcie matur był przeuroczy w swoim zabieganiu.

Po wyjściu z sali egzaminacyjnej plątałam się korytarzami czekając na wyniki, gdy podszedł Wielki Wizjoner i powiedział: „Chodź, zgarniemy X-mena i jedziemy do mnie". I pojechaliśmy. Obejrzeliśmy „Dzień Świra", a Mama WW nakarmiła nas pysznym obiadem. Potem wróciliśmy do szkoły, żeby się dowiedzieć, że wszyscy pięknie zdaliśmy i angola mamy już z głowy.

A kilka dni później, chociaż egzaminy wciąż trwały, my wybraliśmy się na szkolny błotny rajd. W końcu od trzech dni przerwy w nauce jeszcze nikt nie oblał matury. My w każdym razie nie oblaliśmy. Wręcz przeciwnie. „Paski" były wymalowane na wielu świadectwach. Pożegnanie Absolwentów połączone z rozdaniem dyplomów było dość krótkie w swojej uroczystej formie. Całe szczęście, bo jakoś dziwnie okropnie mnie tego dnia suszyło. ;)

A potem była impreza w wynajętym klubie, którą zorganizowaliśmy za pieniądze, co to wygraliśmy je w konkursie na najlepszą klasę. Oj, działo się, działo. I są na to dowody. Kiedyś wstrzymamy niejedną beatyfikację! ;)

Maturę i okres okołomaturalny wspominam najlepiej z całych czasów licealnych. I Wam, drodzy tegoroczni maturzyści, życzę tego samego!

Powodzenia! 

 

Re

 

* Brat Przysposobiony

 
1 , 2
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl