Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
czwartek, 29 maja 2014

 

Czasami mam tak, że czuję totalną bezradność. Każda potencjalna decyzja byłaby i tak tą najgorszą. Dlatego nie robię wtedy nic. Nie reaguję w żaden sposób. Staram się przeczekać. Choć chyba jest to najtrudniejsze wyjście z sytuacji. Mam ochotę eksplodować. Spuścić bombę atomową na świat. Albo chociaż usiąść i się popłakać. 

Zadaję sobie pytanie, które zadaje sobie miliony istnień. Dlaczego ja? 

Wiecie, jak to jest żałować i nie żałować jednocześnie? Toczyć z własnymi myślami nieustanną walkę, która trwa nawet, gdy się śpi? Układać wielki plan ucieczki z Alcatraz, którego potem nie ma się odwagi albo sił zrealizować?

Wiecie, jak to jest, gdy błahostka urasta do rangi problemu gabarytów Nanga Parbat? I ani tego obejść, ani przeskoczyć. Bo już urosło. Jest wielkie, strome i ostre. Jak skruszyć taką skałę?

Wiecie, na pewno. Każdy tak ma. 

Znacie ten paraliżujący strach przed utratą tego, co się ma? Nawet jeśli to coś unieszczęśliwia?

Znacie, wiem.

Co zrobić wtedy? Jak zmotywować się do tego, żeby przewrócić swój świat do góry nogami? Wstrząsnąć samym sobą? Albo przynajmniej przestać odczuwać? Jak osiągnąć zen? Jak być jebanym kwiatem lotosu na tafli pierdolonego jeziora? Jak żyć?

 

Re

 

www.tapetus.pl

poniedziałek, 26 maja 2014

Od zeszłego piątku nie pracuję. Tzn. nie pracuję etatowo. Nie chodzę do pracy. Nie zrywam się codziennie o 4.30. Nie jadę 16 przystanków do fabryki azotów w Puławach. Może sie to wydać dziwne, że jeszcze trzy lata temu dałabym wszystko, żeby co rano podbijać kartę na zakładzie, a teraz dobrowolnie zrezygnowałam ze świetlanej przyszłości na stanowisku brygadzisty. Powiem tak - lubiłam tę pracę, do pewnego momentu. Do momentu, kiedy bardzo wyraźnie dotarło do mnie, że moje stanowisko łączy w sobie co najmniej pięć innych stanowisk, ale kasy wcale nie dostaję za pięciu. Poza tym – nie widzę przed sobą żadnej motywującej perspektywy rozwoju, awansu, podwyżki, czy czegokolwiek, na co warto byłoby robić. Za to pracuję od 9 do 18 albo i do 23 a zarabiam tyle, żeby zapłacić opiekunce za wychowywanie mojego dziecka, które w pocie czoła spłodziłam i mękach wydałam na świat. Przy czym dodam, że w tym zakładzie nie czekał mnie awans na stanowisko starszego brygadzisty, bo takiego stanowiska w tej strukturze nie ma.

W dniu, kiedy rozmawialiśmy z sąsiadami o możliwości wynajęcia opiekunki wspólnie, dostałam nagłego olśnienia. Absurd sytuacji, której byłam, uderzył mnie nagle z impetem i w głąb. Tydzień później oznajmiłam, że właśnie inauguruję miesięczny okres wypowiedzenia i nic mnie nie powstrzyma. Góra próbowała przekonać mnie mglistą perspektywą rozpoczęcia nowych, ekscytujących projektów (czytaj: będzie więcej roboty) jednocześnie radośnie oznajmiając, że nie może mi więcej zapłacić. Wcale nie żałuję.  W końcu tryb: Pay is not good, but the job is hard jest akceptowalny tylko w przypadku pracowania na swoim. I mam nadzieję wreszcie to urzeczywistnić. A mój bobas? Chyba się cieszy J Ja na pewno J Poza tym widziałam jego pierwsze samodzielne kroczki i ten widok rozwiał wszelkie wątpliwości co do słuszności tej decyzji.

Nie wiem natomiast, jak przekonać innych, zwłaszcza moją rodzinę, że nie jestem „bezrobotna”. Bezrobotna byłabym, gdyby robota była w centrum mojego zainteresowania a szukanie jej było sednem moich codziennych działań. Wtedy jej brak sytuował by mnie w grupie osób bezrobotnych. Ja natomiast wcale nie czuję się bezrobotna. Wychowuję dziecko i to jest moja aktualna praca.  Na razie nie szukam innej. No chyba, że płacą w złocie. Albo w euro.

JOL. 

 

Pierwszy raz poczułam, że się starzeję jeszcze w liceum, kiedy to dzieci uczęszczające do pobliskiej szkoły podstawowej zaczęły mi kolektywnie jak i indywidualnie mówić "Dzień dobry!" sześć razy na dobę. Potem było Zakopane, Kraków i Doha, gdzie znów poczułam się wiotka, słodka i powabna. Poczułam, że żyję. A potem przyszedł czarny dzień, który przyprawił mnie o depresję, migotanie przedsionków i globus histericus. 

Otóż.

Czekam (jak co dzień) o 7.30 na transport miejski. Majaczy w oddali. Już widzę, że jest źle. Oj źle. Jeeezu, jak źle! Tego dnia na moją linię puścili coś, co autobus przypominało może 40 lat temu. Wchodzę. Rozglądam się. Szyby zaparowane. Nigdzie ni wścibić paznokcia. Trudno - stoję. Przekładam laptopa do ręki, w której już trzymam swoje utorbienie, bo brakuje mi trzeciej kończyny górnej do złapania za poręcz, którą na pewno wcześniej dotykało miliard niehigienicznych nieumytych rąk. Z trudem powstrzymuję odruch wymiotny. W duchu mówię sobie: "Jak dobrze, że dziś casual friday. Jak dobrze, że szpilki rzuciłaś w kąt i założyłaś estetyczne białe tenisówki. Jak dobrze, że..." GDY WTEM!

"NIECH SE PANI SIĄDZIE!" 

Rozglądam się, ale żadnej starszej pani koło mnie nie widzę. Ni pana. Ni inwalidy. Ani matki dziecko karmiącej... "No niech se pani siądzie!". Wybałuszam oczy, gdy okazuje się, że rosły młodzieniec (no właśnie - nie dziecko, a MŁODZIAN DORODNY) kieruje swe słowa - no tak, tu pomyłki być nie może - właśnie DO MNIE... ??? :(:(:(

I wtedy coś we mnie pękło...

Pierwszy raz w życiu zostało mi ustąpione miejsce w autobusie...

Pierwszy raz w życiu poczułam się naprawdę staro :(:(:(

 

Re

 

piątek, 16 maja 2014

 

I znów mija miesiąc od ostatniego wpisu na naszym blogu... Jak to szybko leci...

Dzieje się i nie dzieje jednocześnie. Weny w każdym razie brak. Być może czas Kapelutków naprawdę się już kończy...

 

A to chociaż problem na weekend. Z czego to? "Czas już! Czas!"? :D

 

 

Re

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl