Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
wtorek, 30 czerwca 2009

I naprawdę wyjedziesz na rok? I Wenus się wyprowadzi? I Pan M. wyjedzie? I nie będzie już Królewskiego Apartamentu? I kawy w kuchni? I wigilii 5 razy w roku? I makaronu? I nie będziemy sobie podjadać słodyczy z szafki? I żyrafy nie będzie??? O nieee:(((( nie. Na co nam to było? Życie jest okrutne. 

buuuuu;,,(((

chce mi się płakać:(((

 

j.

 

 

Tak to już bywa, że czasem człowiek budzi się rano w nie swoim łóżku. Zwłaszcza, gdy wcześniej wypije pięć piw.

TAK, z autopsji mówię. Piszę.

Postanowiłam zdementować od razu wszelkie plotki, które lotem błyskawicy obiegły internet począwszy od pudelka, na tvn24 skończywszy. Cała prawda jak zwykle tylko na kapelutkach. Śnięta prawda – rzecz jasna.

Pierwsze primo – żyję i mam się dobrze. Owszem wpiłam pięć piw, ale nie obudziłam się w łóżku Nergala, a w łóżku Halszki – zarówno bez Nergala, jak i bez Halszki. Oni pewnie imprezowali u Dody.

Drugie primo – brak, albo już zapomniałam, co chciałam wyznać.

...................................................................................................

Po kropkach piszę dalej.

Przeważnie po spożyciu sporej ilości alkoholu występuje wszystkim dobrze znany „syndrom dnia po”. Jako że jestem wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju u mnie syndrom ten nie występuje. No tak, niekiedy zdarza mi się odczuwać „ogólne zmęczenie materiału”, ale nie dziś. Dziś wstałam bladym świtem, doprowadziłam swój wygląd do ładu i pobiegłam do Pana Przemka po świeże bułeczki, chinola oraz mineralkę.

I teraz dopiero zaczynam cierpieć.

Jedni po szeroko pojętym balu cierpią na szeroko pojęty refluks, ja cierpię na szeroko pojętą refleksje. Nie wiem co gorsze.

Gdy dowiedziałam się, że jadę na Kraniec Świata, dotarło do mnie, że będę musiała w związku z tym wyprowadzić się z Królestwa. I było mi przykro bardzo  z tego powodu. I jest. A dziś rano przy kompocie (z wiśni) Wenus B. wyznała, że wczoraj rzuciła pracę i wraca na stałe do domu. Jola na rozdrożach życia i w depresji prawdopodobnie tnie się teraz w wannie w Białymstoku.

I każdy mówi o wyprowadzce! Tylko pamiętajcie, że ja byłam PIERWSZA! Choć wcale nie chcę się wyprowadzać:(

 

 

Ale smutno:((((

R.

 

sobota, 27 czerwca 2009

 

Regina ma w sumie czterech Braci (choć mam wrażenie, że o kimś zapomniałam) i są to:

Brat

Wielki Brat

Brat Bliźniak (który występuje na kapelutkach także jako X-men) oraz

Brat Przysposobiony.

 

Z Bratem i Wielkim Bratem łączą mnie specyficzne więzy. Krwi powiedzmy. Wspólna matka, wspólny ojciec, wspólna siostra, wspólny majątek do powdziału i takie takie.

 

Z Bratem Bliźniakiem łączy mnie fakt, żeśmy w jednym dniu, w jednym szpitalu ale nie z jednej matki przyszli na świat – przynajmniej tak nam wmawiano. My wiemy swoje. Brutalną prawdę odkryliśmy na pewnej wycieczce klasowej (która była tak niezwykła, że może doczeka się kiedyś osobnego wpisu tu oto). Cóż to jest prawda? Prawda jest taka, że urodziliśmy się jako jedyne w swoim rodzaju rodzeństwo syjamskie, zrośnięte – uwaga – gębą, łydką i pupą. Potem zostaliśmy brutalnie rozdzieleni.

Ci, którzy myślą, że na tę ukutą w leśnej chacie teorię spiskową wpływ miało omawianie w owym czasie Gombrowicza na języku polskim, oczywiście mylą się haniebnie.

 

Z Bratem Przysposobionym łączy mnie z kolei nazwisko i jedność umysłów. Nie jedną poGGawędką zagroziliśmy naszemu zbawieniu, płodząc rozliczne „Małe Herezje”. Dobrze, że jedna ż belek dotąd nie szpadła na kierat, w związku z tym nie spodziewamy się Hiszpańskiej Inkwizycji. Nawet dziś, gdy dyskutowaliśmy ostro o Heglu, personalizmie i „epifanii twarzy” (nie pytajcie, jak to wszystko połączyć, BO NIE WIEM!!!) nie pojawili się kardynałowie w czerwonych pelerynach (nie pojawili się tez Spartanie w czerwonych pelerynach, a szkoda). Tylko jeden Pan-Chyba-Żul wytrzeszczył się, gdy usłyszał, jak Brat Przysposobiony dumając nad augustiańską koncepcją trynitarnej natury Boga, rzekł: „Owocem płodnej miłości Ojca z Synem – tyle tylko usłyszał Pan-Chyba-Żul i dostał wytrzeszczu – jest Duch Święty”:)

 

A wy co myślicie? Śmiało, nie spodziewam się Hiszpańskiej Inkwizycji;)

 

R.

 

 

Ano gra Regina z Wielkim Wizjonerem przeważnie.

Wczoraj też grali. Nie była to partyjka na najwyższym poziomie, bo:

* Regina umierała na korcie przez cholerne słońce, które akurat wtedy wbrew wszelkim znakom na niebie, na ziemi i w tefałenowskiej prognozie pogody (chwdtvn) wylazło i operowało wyjątkowo perfidnie. Poza tym założyła za duże gacie, które ciągle spadywały, powodując duży Reginy dyskomfort.

* Wielki Wizjoner wychodząc z domu zapomiał się dowysikać i miał podczas gry ostre parcie na pęcherz, co uniemożliwiło mu wspięcie się na tenisowe wyżyny.

W ogólnym rozrachunku gorzej szło jednak Reginie, której niesubordynowana rakieta posyłała piłkę wszędzie tylko nie tam, gdzie chciała Reginy ręka.

 

Sytuacja nr 1:

Odbita przez rakietę Reginy piłka nagle zniknęła.

WW odnajduje wzrokiem piłkę, która wylądowała daleko poza kortem: "Oooo, Siostro - poszła w lucerkę".

 

Sytuacja nr 2:

Odbita przez rakietę Reginy piłka poleciała wprost do nieba, pikując zmieniła trajektorię lotu i wylądowała na sąsiednim korcie, centralnie między nogami 12-letniego chłopca - szczęśliwie omijając JEGO piłeczki.

WW: "On nawet nie stał w jakimś specjalnym rozkroku. Normalnie stał. No i odbiła się wtakim miejscu, że łoo. Tylko smyrnęła. Blisko było. Mogłaś chłopaka nieźle uszkodzić. I wiesz co? Może gdyby założyli mu gips, on poprosiłby cię żebyś mu się na tym gipsie podpisała!:)"

R: "Mógłby mnie też poprosić o odszkodowanie za trwały uszczerbek na zdrowiu i o dożywotnią rentę."

 

Fajniusio było:)

Bo nie ma jak tenis w słoneczny dzień - prawda, Lionel?

 

 

 

R.

czwartek, 25 czerwca 2009

Poobronna euforia minęła. Teraz trzeba wrócić do szarej, nudnej egzystencji (chyba, że jestem na kapelutkach, wtedy jest fioletowo i z jajem:)). Ale, ale...Nagle poczułam, że nie mam celu w życiu :/ (?). Próżnia. Pustka. Co teraz? What to do? What to do? Do tej pory celem było skończyć studia. Mission completed. I co dalej?

Jako rasowy pracoholik (tak tak) od dziś szukam pracy. Tylko, że nie bardzo wiem, jak sie szuka stałej pracy. Nie wiem, kiedy zacznę pracować. Nie wiem, gdzie będę mieszkać. Nic nie wiem. Wiem, że na dwa tygodnie będę prowadzić zajęcia, za taką sobie kasę. Potem wracam na staż (za darmo). A potem, kiedy już zostanę kopnięta w dupę z informacją, że było fajnie, ale niestety nie planują nowych zatrudnienń, stanę sie bezrobotna...Bez roboty. Ja bez roboty! Ja nie umiem nie mieć roboty. Jak miałam 20 minut między zajęciami, to musiałam biegać i starać się załatwić w tym czasie wszytskie zaległe sprawy, żeby tylko coś robić. Ja sczeznę i zgnuśnieję, jak nie będę nic robić! I na co mi to było?

Powinni ludzi przy urodzeniu wyposażać w jakąś instrukcję, jak żyć. Poza oczywistym: krótko.

 

mgr Jola

środa, 24 czerwca 2009

Dziś około godziny 9.40 w szpitalu im. świętego Ugryzła i Ujota :) narodziła się nowa, lepsza pani magister Jolanta von Chudów:))) Obrona przebiegła bez komplikacji. Pacjentka była dobrze przygotowana. Poród odbierało trzech profesorów i jeden doktor. Nowonarodzona dostała 5 punktów w skali Rektora oraz wyróżnienie za bardzo dobre wyniki w szkole rodzenia:). Magister jeszcze jest zielona, ale czuje się bardzo dobrze.  Zjadła dziś talerz ziemniaków a niedługo będzie mogła zacząć normalnie pić:). Ażeby rozczulić wszystkich Czytelników, publikuję zdjęcie małej pani magister w stosownym kapelutku:)))

 

magister Jolanta von Chudów

:)

 

Matką chrzestną magister Jolanty została oczywiście Regina Falangi, która od razu bardzo przejęła się swoją nową rolą. Już w instytucie położnictwa i komunikacji społecznej zaczęła uspokajać małą magister Jolantę czytając jej do snu jej własną pracę magisterską, oczywiście czyniąc to w stosownym kapelutku:)))

Matka chrzestna Regina Falangi

 

(przy okazji Regina dowiedziała się też jak powinna wygladać genialna i wiekopomna praca magisterska. :P)

Z okazji porodu Jolanta dostała także od Reginy piękny bukiet kapelutkowych bławatków, które, ze względu na tendencję do rośnięcia w zbożu i na polach minowych, nazwane zostały kwiatami obronnymi:

Kwiaty obronne

 

Mała magisterka i jej Matka Chrzestna są już w swoim Królewskim Apartamencie i raczą się, a jakże, cygarami tryumfu snując dalekosiężne plany na przyszłość. :)

 

mgr Jolanta von Chudów

wtorek, 23 czerwca 2009

 

Każdy kto z tytułu wywnioskował, że będzie o:

kultowej powieści Lema lub/i

systemie operacyjnym z rodziny Unix lub/i

polskich autobusach, trolejbusach i autokarach lub/i

wyhodowanej w 1975 roku odmianie winnej latorośli

doświadczy rozczarowania.

Tytuł to tylko taki CHŁYT MATERKINGOWY.

 

Bo będzie o... solarium:)

 

W dwudziestym czwartym lecie mego życia podjęłąm tę niezwykle trudną i jakże brzemienną w skutki decyzję: iść, czy nie iść? I poszłam. PoszliMY w zasadzie – ja i Pan M.

No i nie wiem jak Pan M., ale ja tam jeszcze WRÓCĘ. Czuję, że kroi się grubsza akcja.

Tano-akcja.

Tanoreksja?

Potem to już tylko krok do przefarbowania się na ryczący blond (albo na czarno – wkażdym razie jakiś zdecydowany kolor, a nie jakaś tam miedź, bursztyn, jesienny liść, orzech laskowy czy chujwico) i zostania typową SOLARĄ. Kent łejt!

 

Zawsze byłam pod wrażeniem łatwości z jaką wpadam w uzależnienia.

Wszystko przez te małe podstępne zdradzieckie endorfiny.

Co to za suki są? ;)

 

R.

 

poniedziałek, 22 czerwca 2009

 

Na n-k nic się nie dzieje! NIC! Nikt się nie ożenił, nikt się nie urodził, nawet zdjęcia z ręki nikt nie zrobił! Chyba muszę z powrotem dodać do znajomych sąsiadkę-siksę, która specjalizuje się w zdjęciach z ręki, a została spektakularnie i z wilekim hukiem wypierdolona za nie mówienie mi cześć/dzień dobry na ulicy/w sklepie i ogólny ignor pod adresem mojej osoby, z lekkim jednak patrzeniem z góry? Z GÓRY?! Jak ona mi nawet do pasa nie sięga – wzrostowo rzecz jasna, bo intelektem to już w ogóle poza konkurencją jest gówniara jedna wytuszowana. A sama mi zaproszene wysłała, pipa.

 

Jestem rozczarowana. Sama juz zaczęłam przyglądać foldery z fotami, że może jak co dodam, to choć na chwilę w portalu zagości radosne poruszenie. Ale zdjęć, które pokazywałyby moją prawdziwą naturę, czyli skrzyżowanie seksbomby z femme fatale – test w Pani Domu czy innym Cosmo powiedział mi kim tak naprawdę jestem – zdjęć takich brak. A zdjęć, które przedstawiają moją nieprawdziwą naturę, czyli czupiradło w poplamionej keczupem piżamie szkoda pokazywać światu. A niech to. I co tu? I co tu? Jak żyć? – zapytał mnie ktoś, kogo ja chciałam spytać o to samo. Jak żyć, gdy umarła-klasa?

 

R.

sobota, 20 czerwca 2009

 

Tak se siedzę i w zasadzie nie wiem, co?

Pozbierałam się już po wczorajszym podwójnym oblewaniu i podwójnym skacowaniu. Odespałam, wykąpałam się, uzupełniłam elektrolity. Byłam nawet na spacerze – po bułki na śniadanie i ledwo zdążyłam je kupić, bo w soboty Pana Przemka zamykają już o 15! Zjadłam to śniadanie o 15.30, wypiłam poranną kawę i dumam nad tym, co? A w zasadzie, czy?

Czy jechać do domu, czy nie jechać?

Czy sprzątać, czy nie sprzątać?

Czy iść na koncert, czy nie iść?

Czy zmoknąć znowu, czy nie?

Czy rzucić studia, czy nie rzucić?

Oczywiście, że nie rzucić. Zdam ten egzamin w końcu, a obronię się, gdy napiszę pracę. I już. Prosta sprawa. Powoli, nic na siłę. I tak jestem w tej dobrej sytuacji, że w przciwieństwie do większości moich rokowych kolegów, wiem co będę robić w październiku. Nie muszę się stresować szukaniem pracy. Mogę sobie jeszcze rok postudiować. I nie martwić się o kasę. I nie martwić się o prawdziwe życie.

Jestem już trochę zmęczona nauką, a i owszem. Moje studia nie były teskańską masakrą piłą łańcuchową, ale nie były też jedną szaloną imprezą. A przez trzy lata, kiedy nie miałam ani jednego wolnego łikwendu, zaliczyłam prawdziwą szkołę życia. Gdy przychodziła sesja, a wraz z nią 8-12 egzaminów, bywało różnie. Raz skończyło się wypiciem przez przypadek zmywacza do paznokci. Inne przypadki lepiej przemilczeć...

Najdziwniejsze jest to, że wtedy mimo tych wszystkich egzaminów, godzin spędzonych nad książkami, godzin spędzonych nad książkiami w autobusach, godzin spędzonych nad książkami w pociągach, mimo permanentnego zmęczenia i skrajnego wyczerpania organizmu, nigdy nie oblałam żadnego egzaminu. A teraz, gdy było miło i spokojnie i ledwo 4 egzaminy, z czego jeden pro forma – zonk. Poprawka.

Pocieszające natomiast jest to, że oblali wszyscy – człowiek mniej jest nieszczęśliwy, gdy nie jest nieszczęśliwy sam i nic tak nie zmniejsza własnego nieszczęścia, jak cudze nieszczęście:) I poprawiamy 2 lipca, a nie we wrześniu – to też jakiś pozytyw tego negatywu. Tylko czasu trochę szkoda, bo można by było na przykład zacząć pisać pracę magisterską....

Przekopać ogród...

Pojechać do Gdańska...

Albo choć zdobyć świat...

 

R.

 

Ps. Podeszłam właśnie do okna, żeby popatrzeć na przemoknięte serce mego miasta i co? I co?

I zobaczyłam Pana Euzebiusza - naszego sąsiada z dołu! Reeettyy, ale on jest zajebisty!!!! Nie mooogę. Rozpłynęłam się na parapecie.

Ech.... Ktoby pomyślał, że w tę deszczową sobotę, zaświeci mi na chwilę jasne słońce;)

 

 

 

Jest taka zasada, że każdy oblany egzamin trzeba zdać, a każdy zdany oblać. I czasem nawet studenci wybiegają w przyszłość z pozytywnymi wizjami (wizje ZDANEGO egzaminu) i  z planami (plany oblewania ZDANEGO egzaminu).

 

I się studenci organizują:

„Jutro ostatni egzamin, to musimy iść go oblać!”

„Tak tak, no jasne, musimy go oblać.”

No i bach. Za niedoprecyzowanie trzeba płacić.

Dwóją w indeksie.

 

Aleśmy się popisali. No popisaliśmy się, że hoho. Cały rok jak jeden mąż. Jak jedno ciało. Jak jeden umysł. Jeden Piękny Umysł. Oblaliśmy egzamin, jak nigdy.

KAC-GIGANT!

 

To teraz idziemy oblać oblany egzamin (co to niby miał być oooostatni), a potem idziemy uczyć się książek na pamięć. Zeby egzamin ów oblany już z każdej strony, w końcu zdać.

 

Korzystając z okazji...

Osobie, która układała nam program studiów z serca dziękujemy za obligatoryjne przedmioty w ostatnim semestrze ostatniego roku.

Egazminatorowi dziękujemy za całkiem „łatwy” egzamin, na całkiem „zwykłych” zasadach.

Sobie nawzajem dziękujemy sa niespotykaną dotąd solidarność grupową.

 

Taki oto prezent dostaliśmy od Alma Mater na nową drogę życia. UJNAMWDUPE

 

R.

 

Rewelacyjne zdjęcie niedawno poczyniłam (tak jest, rewelacyjne:))

Kocham kawę

 

A poza tym to jestem posesjonatem:)) Ostatni egzamin - complete. Result - 5.

 

JOL.

czwartek, 18 czerwca 2009

 

Ostatni rok studiów.

Ostatni semestr nawet.

Ostatni wpis do indeksu (no dobra - przedostatni).

I pierwszy stopień wtajemniczenia w dziedzinie Włażenia Do Dupy Bez Wazeliny - bo czego się nie robi, żeby zaliczyć przedmiot.

Jutro zdobędę świat.

 

R.

 

środa, 17 czerwca 2009

Rok mój, w sensie rok na studiach, od jakiegoś czasu sra kolorowymi lampkami, dostaje hyzia, pypcia i kociokwiku. A wszystko to za sprawą CZEGOŚ, co trzeba załatwić w sekretariacie przed obroną, a czego naturalny rytm zostaje zaburzony faktem, że 19 czerwca mamy ostatni egzamin, a terminy obrony połowa roku ma wyznaczone na 24 czerwca. Ja mam termin na 29 czerwca, ale i tak atmosfera hyzia mi sie udziliła. Bo a nóż ja też muszę mieć TO COŚ, po co oni biegają do sekretariatu ?(w rezultacie czego, pani sekretarka nie wiem w co rece włożyć, a w co ma włozyć? niech włoży w szufladę np.)

Ale. Poszłam i ja do sekretariatu poprosić o TO COŚ. Nie bardzo wiedziałam, jak o TO poprosic, bo nie wiedziałam, co to jest, i czy to mnie w ogóle dotyczy, ale lepiej się zbłaźnić nić obudzić z ręką w nocniku, bo się w porę nie poszło poprosić o TO coś, co byc może np. umożliwia lub uniemożliwia skończenie studiow. No to poszłam.

Pani sekretarka: Tak, co się dzieje?

Jola - …yyy (bo nie wiem, o co poprosić)

PS- Spokojnie...

J- Mam egzamin 19 czerwca, ostatni na studiach...

PS- U pani X, tak?

J- Tak. (myślę, ze jesteśmy w domu, hura!)

PS- Jest pani na drugim roku SUM, tak?

J-Tak.

PS- I ma pani obronę 24 czerwca, tak?

J- Nie. Mam obronę 29 czerwca.

Tutaj Pani Sekretarka została zbita z tropu i patrzyła na mnie pytająco. Toteż poczułam, że wróciliśmy do punktu wyjścia, więc mówię:

-…yyy…I teraz….cały mój rok dostaje….(tu chciałam powiedzieć coś na temat tego „hyzia”, „kociokwiku”,  ogólnej paniki, ale akurat, jak na złość, nie przychodziło mi do głowy słowo inne niż „pierdolca”. No nie mogłam powiedzieć, że cały mój rok dostaje pierdolca, więc brnę dalej…)

-…cały mój rok dostaje….(a z tyłu głowy: "pierdolca….Do kurwy nędzy Jolka! Myśl! Co innego niż pierdolca może dostawać cały twój rok…?")

-…cały mój rok dostaje….COŚ z sekretariatu i ja też chciałam TO dostać! (wybrnęłam, se myślę :))

Na co Pani Sekretarka z rozbrajająco szczerością pyta:

- A jakby cały rok dostawał tu kopa, to też by pani chciała?

Nie myśląc długo odpowiedziałam:

-Jak wszyscy to wszyscy.

 

Na co pół sekretariatu wybuchnęło śmiechem, a drugie pół pewnie poczuło się zażenowane. Ale sądzę, że wybuchneli śmiechem później. Jak do nich dotarła cała błyskotliwość tej odpowiedzi.

 

Ale, najważniejsze, że Panie sekretarki były już moje:) Toteż dostałam TO, o co było tyle krzyku. Oświadczenie. Dla promotora. Że pracę przyjmuje. I jeszcze Pani Sekretarka sprawdziła, że w papierach mi nic nie brakuje. I TYLE. To było TO COŚ, dla czego musiałam zrobić z siebie biegające w stadzie zwierzę studyjne!

Teraz myślę, że nie warto było. Ale jakbym nie poszła i nie zapytała, to do końca życia, bym się zastanawiała, czy TO COŚ, co mnie ominęło, nie zmieniłoby przypadkiem diametralnie moje studenckiego życia. Np. nie było mianowaniem na doktora? Kierownika instytutu? Rektora? Czort wie, co oni tam mogą w tym sekretariacie…

 

JOL.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

 

Z cyklu PoGGawędki...

 

Regina: co tam?

Halszka: a nic:)

R: uhum

H: a u ciebie?

R: też nic:)

H: mhm

R: buhaha

H: noom

 

 

R: Jola skończyła pracę

H: noo, fajnie. to moze ty zaczniesz?

R: ojj, nie bądź złośliwa. zawsze mogę rzucić studia  - jeszcze nic straconego;)

H: no fakt. choc szczytem nonkonformizmu byłoby rzucenie studiów PO napisaniu mgr

R: przed obrona?:) czy już po?;)

H: no, przed przed. bo po obronie to już po ptokach

R: jeszcze lepiej przyjść na obronę i powiedziec komisji:

a chuj wam w dupę

i wyjść:)

H: hahaha


 

 

Koniec. Skończyłam. Dzięki Wam Bogowie! A oto krótki zapis moich zmagań z magisterką.

 

 

Czy jest na tej sali ktoś, kto jeszcze nie wie, jak bardzo uwielbiam ten film? Jeszcze nie czuję sie jak Marek Aureliusz po zwycięskiej bitwie, ale jak tylko pokonam wszystkich Germanów, to się tak poczuję i nie omieszkam obwieścić to na Kapelutkach. Siła i honor!

 

Jolus Decimus Meridius (a raczej Jolus Secundus Noctis? Noctus? Noctusus?)

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl