Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
środa, 23 czerwca 2010

Wpłynęłyśmy na suchego przestwór Facebooka. Chcecie być naszymi fanami? Albo chociaż znajomymi? Bo strasznie nam tam smutno :(

TU KLIKAĆ I SIĘ PRZYJAŹNIĆ

 

Tagi: Facebook
01:51, kapelutki , Wspólnica
Link Komentarze (14) »
niedziela, 20 czerwca 2010

 

Kto mógłby lepiej wyrazić moje własne myśli niż Jola? Już tak jakoś jest między nami, że ona czasem wie lepiej ode mnie samej co mi w duszy gra, a może nawet i vice versa. Jednym słowem telefonia;)

I tak. Wczoraj gdyśmy o godzinie 2 wyszli z naszej knajpy i zmierzaliśmy w kierunku mojego pojazdu, taką właśnie refleksję z siebie wyrzuciłam, że jakby nic się nie zmieniło.

Cały ten proces opisany niżej przez Jolantę (jeszcze) z Chudowa jest bardzo trafiony. W moim przypadku różni się jedynie w ostatniej części, czyli tej związanej z powrotem:

Masz wrażenie, że nie znasz tych ludzi, tych miejsc, tych sytuacji, do których wróciłeś. Czujesz się obco u siebie, nie chce ci się nawet gadać, bo wiesz, że oni i tak cię nie zrozumieją.

Ja mam wrażenie, że znam do bólu wszystko i wszystkich, choć fakt, oni i tak mnie nie zrozumieją;) Czy czuję się obco? Nie bardziej niż kiedyś. Po prostu od jakiegoś czasu czuję i wiem, że to nie jest moje miejsce na ziemi. Mam tu na myśli rodzinny Białystok i rodzinny dom. Dlatego już planuję, jak się stąd wyrwać. Nie zrozumcie mnie źle. Kocham moje miasto i wbrew pozorom moją rodzinę także, ale… No właśnie, ale – słowo wytrych. Przyjazd tu jest dobry na weekend, a nie na życie.

Nie rozpamiętuję Kataru i nie oglądam namiętnie od rana do nocy zdjęć i pamiątek. Może dlatego, że nie mam za bardzo nawet na to czasu. A może staram się trzymać hasła, które uporczywie powtarzałam moim dziewczynkom, gdy zalewały się łzami na myśl o końcu: MOVE ON! MOVE ON!

Ja bardzo chętnie move on. Jak Bóg da i sprawa mojej magisterki będzie miała mniej dramatyczny finał niż się jeszcze niedawno zapowiadało, to postaram się zrobić ten krok naprzód. A może będzie nim krok w tył, czyli powrót do Kataru? Myślę o tym. Spędzić tam rok jeszcze albo pół. Albo dwa… Insh'alla!!!

 

Ale póki co - WRÓCIŁAM!!!

Cieszycie się?

 

Re

 

 

 

sobota, 19 czerwca 2010

Regina wróciła. Jak sama stwierdziła: nic sie nie zmieniło. I zaiste, nic się nie zmieniło. Nadal chodzimy do tej samej pipcerii na jeść i do tej samej knajpy na pić. W pipcerii mamy ciaglę tę samą miejscówkę (lepszej nie ma), w knajpie niby też, ale czasem sąsiedzi z miejscówki obok tak dają po uszach, że musimy ostenatycyjnie wyśc do sali obok. NIe inaczej było wczoraj.

A co do Reginy, poniewaz ona nie pisze, pozwolę sobie napisać, że wiem, co czuje. Bo ja czułam to samo. W życiu ważne są tylko chwile, a ta chwila, kiedy się wraca na łono po długiej podróży, z pewnością nie należy do nas. Tak się czułam po Finlandii, podobnie po Estonii, choć w sumie po Eesti szok kulturowy był minimalny. Po Katarze szok pewnie jest wi,ększy, ale własciwie tutaj wcale nie chodzi o różnice kulturowe między krajami. Chodzi o oderwanie, wyrwanie z jakiegoś miejsca, w którym sie było przez wiele lat, oderwanie o ludzi, z którymi spędzało się czas, wrzucenie w zupełnie inne środowisko, po czym znowu brutalny powrót na stare śmieci. 

Mechanizm, prznajmniej w moim przypadku, wyglądał tak: najpierw podekscytowanie nowym miejscem, wszystkoo chcesz zobaczyc, każdego poznać, pójśc tu, tam, robic zdjęcia, pisać, opowiadać rodzinie, znajomym itd. Potem przychodzi straszna tęsknota za starymi znanymi miejscami i ludźmi. Robisz się sentymentalny i ze wzruszeniem odbierasz wszelkie momenty związane z Polską, Polakami, twoimi przyjaciółmi, rodziną itd.

Potem znowu wchodzisz w to środowisko, gdzie jestes, ale już bez ekscytacji, raczej zaczynasz się tam czuć jak u siebie. Myslisz nawet, że może fajnie byłoby się kiedyś przeprowadzić do tego miejsca, w końcu znasz je już tak dobrze. Potem okazuje się, że zostało ci kilka tygodni do wyjazdu i zaczynasz mysleć, jak to mozliwe, że tak szybko to zleciało. Kiedy się pakujesz, czujesz rozdarcie: z jednej strony cieszysz sie, że zobaczysz rodzine, przyjaciół, znane i ukochane miejsca a z drugiej strony żałujesz, jest ci przykro i smutno, że opuszczasz to miejsce, miejsce, które w zasadzie już oswoiłeś, już jest cholera twoje.

Najgorsze przychodzi po powrocie do domu. Masz wrażenie, że nie znasz tych ludzi, tych miejsc, tych sytuacji, do których wróciłeś. Czujesz sie obco u siebie, nie chce cvi sie nawet gadać, bo wiesz, że oni i tak cie nie zrozumieją. Masz wrażenie, że wpadłeś w jakaś pętle czasową, że w ciągu sekundy ty przeżyłeś kilka miesięcy, zobaczyłeś wspaniałe miejsca, przeżyłeś tak wiele itak wiele doświadczyłes, a oni tutaj postarzeli się tylko o jedną sekundę, mgnienie oka, nic.

Teraz będziesz sie zasmucać oglądajac zdjęcia i rzeczy przywiezione z tamtego miejsca. Rano, zanim jeszcze dobrze sie obudzisz, będzie ci sie wydawało, że jak otworzysz oczy to zobaczysz wnętrze pokoju, w którym spędziłes ostatnie kilka miesięcy. Oczywiście po przebudzeniu przyjdzie rozczarowanie. Poczujesz, że nie a tu nic, czego byś nie znał i co by mogło cie cieszyć.  To trochę potrwa. U mnie trwało to dobre dwa miesiące. Potem sie przywyczaisz i tamtem okes będzie majaczył ci w głowie, jak jakaś bajka, film, który kiedyś widziałeś. Tylko czasem sobie uświadomisz, że naparwe tam byłeś, jak popatrzysz na mapę, pomyslisz, że to jest fascynujące, że wiesz, na własne oczy widziałes, jak teraz tam wyglądają, ubierają się i zachowują ludzie w miejscu, które dla innych jest kropką na papierze.

Tak ja się czułam. I teraz myslę, że wiem co czuje Regi. Choć może sie mylę i w jej przypadku to doświadczenie przebiegało inaczej. Dla mnie własnie nadszedł ten moment, w którymk znowu po raz setny uświadamian sobie, że tam byłam i, że tęsknię za tamtym miejscem.

Jola 

piątek, 18 czerwca 2010

 

obrączki (kapelutki.blox.pl)

Roman tyź mnie wyhaczył :)

 

JOL

Zakładamy działalność. Koniec kropka ihuj.

 

JOL

poniedziałek, 07 czerwca 2010

 

 

Jak to możliwe, że minęło już 8 miesięcy, tydzień i 5 dni od momentu, gdy stanęłam na płycie katarskiego lotniska…? No jak to możliwe, ja się pytam! Kiedy? Coś przegapiłam?

 

Im bliżej końca, tym mniej chce mi się w to wierzyć. I co teraz będzie? Muszę wrócić? Serio?

W sumie nie wiem, czy chcę… Powrót do Polski, to powrót do prawdziwego życia i prawdziwych problemów. Tutaj jedyne, co musiałam robić, to spać, jeść, chodzić na zajęcia, uczyć się i spotykać znajomych. O nic nie musiałam się martwić. Nie wiem, czy po takim doświadczeniu, dam sobie teraz radę w realu. Czuję się jak dziecko migocące we mgle!

 

Wczoraj wrzuciłam swoje katarskie życie w wielkie pudło i okazało się, że waży ono tylko 40 kilo. Uniwerek zafundował nam 50 kg Cargo, więc wpakowałam prawie wszystko, co miałam i będę wracać z niemal pustą walizką. Pan z firmy zajmującej się wysyłaniem tych paczek napisał na mojej: Miss POLAND.

 

Żal wyjeżdżać. Żal się rozstawać nie tyle z miejscem, co z ludźmi. Przecież mogę tu kiedyś jeszcze wrócić, jak Bóg da, a ich już prawdopodobnie nigdy w życiu nie zobaczę. A już na pewno nie w takim składzie.

 

Echhh, nic już nie piszę, bo smutno. No może jeszcze tylko tyle, że dziś było 44 stopnie i za tym NIE BĘDĘ TĘSKNIĆ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

 

 

Regina Sentymentalna

 

sobota, 05 czerwca 2010

 

Własniem sobie uświadomiła, że nic wam nie mówię o moim weselu. Prawda, że jesteście ciekawi tego tematu? No ja jestem.

Otóż ślub i wesele będzie zuuuupełnie inne niż wszytskie. Zuuuuupełnie. I nie, nie będę Xeną wojowniczą księżniczką (hmmm, to nie jest zły pomysł...), ani nie będziemy się z Panem M mordować piłami mechanicznymi. Po prostu wszystko jak na razie zmierza do totalnej prowizorki, ale prowizorki wedle naszego pomysłu.

No bo jak tak popatrzymy, to slub już w lipcu, a my w sumie jesteśmy trochę w dupie (prawda, że trochę jesteśmy Panie M?). Jedyne, co jest to lokal, poł sukni, garnitur bez koszuli, zamówienie na placki i zamówienie na obrączki (które pewnie i tak będą trójkątne a nie okrągłe i srebrne a nie złote, bo tak podobno się dzieje przed ślubami - jubilerzy dostają amoku).

Zaproszenia, które w pocie fotoszopa sama tymi ręcami i tymi głowami wymyśliłam i zrobiłam (są rewelacyjne, mówię wam) też narobiły problemów. Otóż tydzieś temu pani w drukarni była rzekła, ze wszytsko będzie ok, ze da się, że super, że oj aj waj i coś jeszcze. Po czym oddane do druku we wtorek przeczekały tam do środy wieczorem, kiedy to drukarnia zadzowniła i obwiescila radosną nowinę, że pierwszy raz od 10 lat zepsuła im się maszyna i nie wydrukują, że może w piątek a może nie.

A w czwartek był kataklizm, tak? Czyli święto. Wszytsko zamknietę, łącznie z windami i wejsciami na klatki schodowe (budynki tez chcą miec wolne). Toteż czekałam cierpliwie do piatku rano, ażeby usłyszeć drugą radosna nowinę pani z drukarni, że serwisant nie dojedzie ani nawet nie dojdzie, więc mogą mi wydrukowac ...nic. A w piatek juz umówiona byłam z ciotkami (i białe koszule po sznurze szły, jak mówi piosenka).

No ale Jolka sie nie poddaje, więc poszła w deszcz, powódź, wichry i huragany szukac w piątek innej otwartej drukarni. Przeszła pół miasta i znalazła. Drukarnie, gdzie Pan nie dośc, że Jolkę opieprzył, że takie co to, to to nie nadaje sie do druku (ale za to był pod wrażeniem pomysłu , za co już go lubię :))) i , że poza tym jest piątek i oni tu nie będa siedzieć i w ogóle i że każdy klient tak mówi (to odpowiedź na moją konstatację, że jak będę wychodzic za mąż następnym razem, to juz przyniosę poprawny projekt).

Ale mowię panu, że jak nie będe mieć chociaz kilku zaproszeń dziś, to mi ciotki odjadą i kiedy ja im te zaproszenia dam, hę? No i sie pan wziął i zlitował i wydrukwał (swoja drogą, nie wiem o co mu chodziło, MISIE ten format zaproszeń podoba).

Tryumfalnie wyszłam z drukarni z zaproszeniami w liczbie 6 (słownie: sześć) i pognałam do rezydencji, co by się przygotować na spotkanie z ciotkami. A tu dzwoni Pan M i mówi, że zaraz będą go ewakuować, bo powódź, rzeka wylewa, wały pekają i, że dziś nici z ciotek. Jak nie urok to powódź.

Z wielką wodą nie wygrasz, więc ciotki i zaproszenia odłozone zostały na kiedyś tam. Powódź na szczeście nie przerwała wałów, ewakuacji nie było, ale był stres i nocne czuwanie (przy czym jeden z sąsiadów czuwał na wale mierząc linijką spadek poziomu wody).

A wracajac do wesela - to poza tym, nie ma nic. Z zespołem nie mogą sie od 2 miesięcy spotkać, bo zawsze jak ja jestem tu, oni są tam i vice versa. Goście zza granicy nie odpisują i nie wiem, czy będą czy nie. Wódki nie ma (to pewnie nie będą :)). Noclegów mam trochę mało, chociaż noclegów nigdy nie jest za mało, bo zwykle wychodzą rano i unoszą się nad terenami podmokłymi, niosąc na barkach swojego guru - Obiada. Pomijam już fakt, że nazwisko wybrałam pod presją czasu i ponaglającego wzroku pani z urzędu, oraz, że podpisałam w urzędzie wiele papierów, ale żadnego nie przeczytałam bo byłam zamroczona faktem, że nie będę ci juz panienką!

No i nie mam świadkowej! I tu zakończę moją pasjonującą opowieść zaproszeniem na wydarzenie roku, czyli

WALKĘ W KISIELU

Regina Falangi versus Królowa Halszka

JUŻ W PRZYSZŁĄ NIEDZIELĘ!

tylko na www.kapelutki.blox.pl

JOL.

czwartek, 03 czerwca 2010

Już od jakiegoś czasu  śledzimy z Regi poczynania pewnego bloga o nazwie "styryliz". Autor tenżego bloga (i wielu innych o podobnej nazwie) wytrwale i skrupulatnie kopiuje wpisy z innych blogów, w tym z naszego i w ten sposób spada z niego ciężar wymyślania wpisów! a teraz jeszcze zobaczyłam tam skopiowane nasze zdjęcia!

http://www.styryliz.gofreeserve.com/2009/09/ (to też skopiuje?)

własne w pocie migawki uczynione zdjęcia. i niech nam ktos powie co to gaddemyt jest?! to jakis robot? kopiowarka? na czym to zarabia i jak można się temu dobrać do dupy? no bo jakoś odnośnika do źródła nie widzę, więc to raczej nie ma promować oryginanych blogów, prawda?

Jol.

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl