Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
środa, 29 czerwca 2011

 

Co za dzień.

Pierwszą połowę spędziłam w urzędach. Oczywiście nie obyło się bez pielgrzymek od Annasza do Kajfasza i z porotem. Wszystko przez Siostrę, która postanowiła to wszystko rzucić (a w zasadzie zrzucić - na mnie) i wyjechać do Australii oglądać pasące się na trawie kangury, naćpane misie koala i paradę pingwinów. Mnie zleciła załatwienie swoich niedkończonych przedurlopowych spraw. To była droga przez mękę. Nim się obejrzałam była godzina 15.

Nie zdążyłam jeszcze zjeść obiadu, gdy Mama zakomunikowała, że oto mam ją zawieść do hacjendy, gdyż sąsiadka złożyła zamówienie na skrzynkę czereśni. To pojechałyśmy.

W hacjendzie, jak to w hacjendzie - najpierw pożarłam dużą ilość galaretek w czekoladzie i wypiłam kawę ("taka jestem dziś słaba, ta pogoda mnie zabija, potrzebuję kofeiny, magnezu"), potem poszłam nad rzekę, do której jednak nie dotarłam z powodu bujnych haszczy. Popląsawszy trochę po łącę, doszłam do wniosku, że chyba pomogę Mamie z tymi czereśniami, bo tak to pewnie zastanie nas zmierzch. (Na tym zadupiu - w domyśle.) Poszłam do sadu w mym urzędniczym mundurku, z nadzieją, że Mama powie: "wynoś mi się stąd w tym stroju!" Nie powiedziała.

 

W sadzie utwierdziłam się w przekonaniu, że mrówki najchętniej wchodzą do butów, a robaki do stanika. Przypomniały mi się stare dzieje.

Gdy byliśmy mali, nie mogliśmy się doczekać czereśni. Konsumpcję zaczynaliśmy jeszcze, kiedy były zielone. A potem już tylko było skakanie po czerwonych od owoców drzewach. Oczywiście przebosem był ten, kto wdrapał się na sam czubek. A Babcia zawsze krzyczała na nas, że łamiemy gałęzie i depczemy trawę. 

Pamiętam dzień, w którym sąsiadka spadła z czereśni i się zabiła. Osierociła ośmioro dzieci, w tym najmłodsze, ktróre miało dopiero miesiąc. To było ze dwadzieścia lat temu. 

Ja dziś połamałam tylko paznokcie.

A gdy wróciłam do domu, zadzwoniła Es, że mam natychmiast wskakiwać w dres, bo idziemy na rolki. Rolki... Po tylu latach nadal mam problem z hamowaniem. A jak na złość, gdzie nie pojechałyśmy, było z górki.

- Eeeech - westchnęła Es - gdyby tak w życiu było zawsze z górki.

 

Re

 

Nie wiem, czy wypada mi teraz pisać ten wpis. Bo skoro się dobrze dzieje, to powinno dziać sie dobrze jak najdłużej. A u mnie nie dzieje się dobrze i nie wiem, czy to wypada. Od kilku dni umieram na brak sensu życia, brak celu i brak chęci. Nudne? Wiem. Ale co poradzę. 

Ja z kolei wysłałam CV do pracy jak osoba, którą chcę być i zostałam zaproszona na rozmowę, gdzie dowiedziałam sie, że zaprosili mnie bo potrzebuja osoby, którą kiedyś byłam. A ja uciekam od tego, kim kiedyś byłam. Nie chcę, nie lubię. I to wraca, jak - za przeproszeniem - błotna rzeźba w przeręblu. I co miałam zrobić? Zgodziłam się. Podkuliłam ogon. Bo może akurat to coś kiedyś da. Może. Na razie nie wiem nawet, czy da jakąś kasę. Mam działalnośc, dostaję zlecenia, ale cały czas szukam stałego zajęcia poza domem, bo siedzenie w czterech ścianach od 7 miesięcy nie służy zdrowiu psychicznemu.  Przestałam się już ubierać, niedługo przestanę się myć. Mój świat zamyka się w Photoshopie. Jak sie nic nie dzieje w Ps, to ja nie mam co opowiadać (a opowiadam to, jak już kiedyś mówiłam, puszkowi z kawy, Jacquesowi Cousteau z pralki, świni z pluszu i kilku wyimaginowanym przyjaciołom). Ale, może to coś da. Kiedyś. Jak już będzie bliżej niz dalej. 

Jestem na skraju szaleństwa. W przeciwieństwie do wielu osób, które znam, ja lubię żyć w stadzie, lubię spotykać się z ludzmi, poznawać ich, gadać z nimi (dni ludziowstrętu każdy czasem ma), a tu jak na złość - powszechnie uważa się, że każdy woli pracować zdalnie z domu. Co to za teoria? Jaki jest sens pracy z domu? Chyba, że byłabym obłożnie chora, ale tak? Nie widziec ludzi, nie miec do kogos się odezwać? Byłabym skłonna jeździć codziennie 100 km do pracy, jakbym tam mogła z innymi ludzmi zajmowac się tym, co chcę robić. Ale nie. Wielokrotnie już pytałam Was, czy ja oszalałam. Teraz wiem sama - oszalałam. 

 

Jol.

wtorek, 28 czerwca 2011

 

Potrzebowałam prawie roku, żeby znaleźć pracę. W dodatku nie taką prawdziwą, za prawdziwe pieniądze, tylko staż za kilkaset złotych, ale i tak cieszę się jak dziecko. I będę pracować w instytucji kulturalnej, więc to dobra okazja, żeby się trochę odchamić. 

Nie czuję radosnej eksytacji, raczej niepewność. Brak wiary w siebie to moja najsilniejsza cecha, której nie umiem zwalczyć. Boli tym bardziej, że ciężko znoszę porażkę. Nie ma wyjścia. Trzeba pracować. Nad sobą.

 

Re

poniedziałek, 27 czerwca 2011

 

Regina: Diesel wsadził mi swój zimny czarny wielki nochal do oka.

Halszka: Jeśli ma nosówkę, to dostaniesz nosówki oka.

 

To tyle u mnie. Aaa, byłam dziś na kolejnym castingu i w sumie chyba jest szansa... Jest szansa wyruchać szympansa - jak mawia Pan Dziwny. A jak pójdzie gładko to i całe stadko. No nie wiem, aż tyle szczęścia to nigdy nie miałam. Mi to raczej zawsze obuch w głowę, muchy w zęby, kij w nery albo nos w oko. 

A co u Was?

 

Re

poniedziałek, 20 czerwca 2011

 

O dziwo poniedziałek mija mi pracowicie. Jeszcze przed południem zdążyłam przejrzeć tysiąc pincet sto dziewincet ofert pracy, wysłać dwie aplikacje, napisać jeden list motywacyjny i przeczytać cały internet. Byłam tak zajęta, że nie zdążyłam nawet zrzucić piżamy. Ale to nic, gdyż już za chwilę muszę przyodziać kuchenny fartuch i uformować cudnej urody kapuściane gołębie. Jakiś pomysł na sos?

Potem pranie. Bo ja, proszę państwa, nieprzerwanie piere. Na okrągło. Albo gotuję. Albo sprzątam. Mam wrażenie, że się zmieniłam. Czuję się taka inna... Taka żona...

Boli mnie głowa. 

 

 

Re

sobota, 18 czerwca 2011

 

Poszłam na wiejską potańcówkę. O poziomie imprezy świadczy pora, o której wróciłam do domu - godzina 22.00. 

Ponadto bawiłam się z ludźmi urodzonymi w latach 90. 

Ponadto najebałam się dwoma piwami. Oraz aktualnie mam pijacką czkawkę. Paw jest blisko.

Starość.

Tymczasem Halszka bawi w Kopenhadze. Oto wiadomość od niej otrzymana o godzinie 18.01:

"Szekspir trochę dramatyzował (nomen omen) z tym, że źle się dzieje w państwie duńskim - Duńczycy trzymają się mocno. Pierwsza jazda na rowerze w Kopenhadze zaliczona."

Nie wierzę. Halszka nie umie jeździć na rowerze. 

 

Re

piątek, 17 czerwca 2011

 

 

Kilka dni temu:

Brat: No nie wytrzymam! Łeb mi pęka już trzeci dzień!

Regina: Spoko, to trzydniówka. Jutro ci przejdzie.

Brat: A jak nie przejdzie i jutro też mnie będzie boleć?

Wielki Brat: To będzie czterodniówka.

 

Dziś:

Brat: No nie mogę! Dalej mnie ta głowa boli!

Regina: Hmm, najwyraźniej masz tygodniówkę.

Wielki Brat: Żeby tylko nie dostał miesiączki. 

 

;))

środa, 15 czerwca 2011

Przez te kilka miesięcy prowadzenia tego i owego na własną rękę nauczyłam się kilku zasad, które prawdopodobnie inni prowadzący to i owo powtarzają sobie codziennie jak mantrę:

1) szanuj swój czas

2) szanuj swój sprzęt

3) szanuj swoje pieniądze 

4) ceń swoje umiejętności

Niby logiczne, ale jakoś niektórym ludziom ciężko przychodzi szanowanie siebie samego i swojej pracy. Cóż, żeby każdemu chcieć robić dobrze, najpierw trzeba zrobić dobrze sobie, prawda?

Tyle kazania z katechizmu przedsiebiorczości. Chyba, że ktoś chce coś dorzucić. Chętnie poczytam. 

 

JOL. 

wtorek, 14 czerwca 2011

 

Powszechnie wiadomo, że fcetów kręcą szybkie samochody i piękne kobiety. Niekiedy na odwrót, ale to kwestia gustu, a wiadomo także, że de gustibus est non disputandum. Rajdowy weekend uświadomił mi jeszcze jedną prawdę - w straciu z szybkimi samochodami piękne kobiety nie mają szans. Gdybym tam nawet na  środku drogi odtańczyła nago taniec hula, nikt nawet by nie zauważył. Znaczy się w kwestii poszukiwania męża porażka. Za to w serwisie pełen sukces. Dowiozłam na czas amory tylko po to, żeby chłopcy spektakularnie skosili drzewo już na drugim OS-ie. A w zasadzie to drzewo skosiło ich. Z półobrotu. Nasz drugi zespół też szybko zaliczył defekt (zwany bokiem) i wieczorem obie terenówy wracały do domu na lawecie. A moi czterej zasmuceni jeźdźcy apokalipsy jednomyślnie uznali, że kończą karierę, bo to hobby jest dla nich po prostu trochę za drogie. I ileż można klepać tę samą blachę? Jakoś im nie wierzę, bo te teksty słyszałam już wcześniej, a zaraz potem słyszałam ryk silników pod domem. I niemy ryk sąsiadów, którzy ostatnio jakoś tak rzadziej odpowiadają nam "dzień dobry". Ale co zrobić, taka pasja. Hałaśliwa. Jednakowoż rajdowy entuzjazm nieco przywiądł z tego względu, że jak stwierdził smętnie Brat: "To już nie to, co dawniej. Skończyła się zabawa, zaczął się wyścig zbrojeń". A na zbrojenia stać jedynie supermocarstwa, czyż nie? A nasza ekipa pod względem finansowym to bardziej Timor Wschodni niż Stany Zjednoczone. Pasja to nie wszystko. Talent to nie wszystko. Piniondze to nie fszystko, ale fszystko bez piniendzy to h... 

 

Re

00:42, kapelutki
Link Komentarze (9) »
piątek, 10 czerwca 2011

 

Weekend zapowiada się rajdowo. Po latach błagania Brata i Wielkiego Brata "Zabierzcie, ach zabierzcie mnie ze sobą!", doczekałam się. Jadem. I to od razu jako SERWIS! Towarzyszyć mi ma kolega Skin. Albo ja mam towarzyszyć jemu... Bez różnicy.

Kolega Skin wbrew pozorom nie przynależy do subkultury skinów. Chyba. Zresztą, czy to ważne? Ja tam lubię wszystkie subkultury.

Kolega Skin jest bardzo sympatyczny, lekko nie z tej ziemi, ma nietuzinkowe poczucie humoru i permanentnie poszukuje celu. Czyli jest zupełnie taki, jak ja!:) Dlatego to jedyna osoba na dzielni, którą bez cienia wątpliwości mogę nazwać pokrewną duszą. 

Jedziemy. Dwa teamy. Jeden serwis, w tym jedna Regina, które ma nadzieję przy okazji gdzieś pośrodku pola lub bagna znaleźć sobie męża. On ożeni się z nią prawdopodbnie tylko dlatego, żeby dlubać przy samochodach z jej bratem, ale trudno, niech tak będzie. Ale nie uprzedzajmy faktów...

Póki co idę malować paznokcie w szachownicę. Moja wielka rajdowa kariera właśnie się zaczyna. Dziś serwisantka, jutro pilotka, pojutrze kierownica! Chyba powinnam już zacząć odkładać na mój własny zaprzęg. Jakieś trzysta koni - na początek;)

 

 

Regina: O rany rany, już jutro rajd! Muszę założyć coś specjalnego!

Wielki Brat: Tak, kurwa, najlepiej ubierz kostium klowna.

 

Może być. W końcu najważniejsze, to być widocznym na drodze;)

 

 

Re

czwartek, 09 czerwca 2011

Mój dzisiejszy nastrój potrafi opisac tylko:

30 razy od czasu, jak zasiadłam do komputera. Nie chce misie pisać.

 

Jol.

środa, 08 czerwca 2011

 

Odstawiłam alkohol, papierosy i ziemniaki.

Alkohol, bo i tak mało piję, więc mogę wcale.

Papierosy, bo poczułam wielką potrzebę, ażeby coś rzucić. Cokolwiek. A że rzucenie obelgą w Wielkiego Brata nie pomogło, no to stwierdziłam: a co mi tam - pierdolę, nie palę! 

Ziemniaki, bo się zapas starych skończył, a nowych jeszcze nie ma. To znaczy są - w sklepie, ale przecież nie po to tymi ręcami oplewiłam hektar pola, żeby teraz kupować.

Mało. Odstawilabym coś jeszcze, ale nie mam pomysłu. Jakieś sugestie?

Mam przedziwne wrażenie, że idzie NOWE. I że powinnam odsunąć wszystko, co mnie rozprasza, odstawić, porzucić, zminimalizować, żeby tego NOWEGO przypadkiem nie przegapić. A może to tylko lato idzie?

Nienawidzę lata. Lato to ból, pot, łzy, hacjenda, sianokosy, żniwa, dożynki i nic sie nie chce... Grrr. Już to wszystko przerabiałam. Nic nowego. A ja chcę NOWE! 

Tymczasem, w celu doszczętnego zrujnowania osobistego budżetu, poszłam do kina na "Piratów". W ubiegłą sobotę konkretnie. I, proszę państwa, totalna porażka. Nuda. Kiepścizna. I zero sieki na morzu! Co to za "Piraci" bez sieki na morzu?! W dodatku dostałam brudne okulary! A z tyłu na moim fotelu było najwyraźniej napisane "Kop śmiało!", bo przecież ten koleżka, który siedział za mną, sam nie wpadłby na to, żeby w ten sposób umilać mi oglądanie. W każdym razie to były jedyne efekty specjalne, których doświadczyłam w trakcie seansu. 

Nic się nie dzieje!

 

R.

 

00:27, kapelutki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 czerwca 2011

Dzisiaj znowu miałam fazę na rysowanie. Narysowałam dużo, ale zaprezentuję Wam cos, co urodziłam jakiś czas temu (a dziś tylko  rysunek podrasowałam) w trakcie pewnego szkolenia z pewną firmą, której nazwy nie wymienię ja, ale wyimaginowany jej pracownik.

Oczywiście, nikogo nie chcę tym obrazić, taka mnie jeno wtedy naszła refleksja, że to strasznie długa nazwa jest :) (ale teraz podobno zmienili :)))

 

kapelutki.blox.pl

 

Jol.

Weekend miałam bardzo sportowo-ekstremalnie-wodny. Sportowo-ekstremalnie-wodny od rana do popołudnia, wieczorem ekstremalny, a następnego dnia rano już tylko wodny. Fajnie było :)

Ale słuchajcie, jak to jest, że po dobrej imprezie przypominasz sobie jej fragmenty przez 3 albo 4 kolejne dni? Jak przez mgłę wczoraj zobaczyłam w pomrokach pamięci, że niestety opowiedziałam jeden Z TYCH ŻENUJĄCYCH dowcipów i nie został on zrozumiany. Mąż dodał, że opowiedziałam go nawet dwa razy (pewnie dlatego, że nie został zrozumiany). Na szczęście nie zrobiłam dowcipu z belly savalas :) (niech was ręka Boska broni przed pokazaniem mi, jak to się robi:)).  Niestety, nie omieszkałam wspomnieć o słabych graczach (żenua). Ale najgorsze, że do jednego z kolegów zwróciłam się w te słowa: "Podaj mi kielich, młodzieńcze". :) Cóż, jest ode mnie młodszy, ale żeby od razu tak sie demaskować? Oczywiście to, że ja zostałam potem okrzyknięta starą dupą, niestety pamiętam. Ale, ale, żeby nie było - wszyscy byliśmy w podobnym stanie świadomości. W towarzystwie, w którym każdy jest w tym stanie, żaden dowcip nie wydaje się zbyt żenujący i żadna dupa nie jest za stara, więc czuję się troszkę lepiej. 

W każdym razie, potwarzam po raz kolejny - oglądamy do 0:40 i wiemy, dlaczego wódki nie:

jol.

piątek, 03 czerwca 2011

 

Jak komuś jest dzisiaj źle, to niech sobie posłucha. Chyba, że posiada zaawansoaną arabofobię, to może lepiej nie. Ja nie posiadam. Na mnie ten utwór zawsze działa energetyzująco. W Katarze w najgorszych momentach słuchałam go praktycznie bez przerwy.

 

 

Re

 
1 , 2
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl