Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
sobota, 30 czerwca 2012

 

Miałam nie jechać, ale jadę. Jest duszno i porno, a na myśl o podróży PKP do KRK dostaję globus hystericus i ablativus absolutus. Zabieram wachlarz, to pewne.

Re: Impreza jest w butach czy bez butów?

Jol: Bez butów. Oraz bez gaci.

Re: No problem. Ostatnio nie robię nic innego, tylko świecę dupą.

Jol: My na razie oszczędzamy na prądzie, więc jak nam poświecisz dupą, to będzie fajnie.

 

:) Tak że tak. Na Wschodzie bez zmian :)

 

 

Re

sobota, 23 czerwca 2012

 

Sobotę lubię zacząć kawą z cynamonem i wanilią pitą na balkonie wśród bujnej roślinności. Że nie mam bujnej roślinności, a jedynie kilka doniczek bliżej niezidentyfikowanych roślin - lubię, to co mam. Lubię mój japoński kusy szlafroczek, w którym czuję się seksi. I moje czerwone paznokcie. I oczy bez makijażu. I potargane poranne włosy. Widząc swoje odbicie w tafli ekranu wpadam w narcystyczne zaburzenie osobowości. Jest sobota - wolno mi.

Siedzę w japońskim szlafroczku i sączę. Czytam zeszłotygodniową lokalną gazetę, do której nie było kiedy zajrzeć wcześniej. Wywiad z Marcinem Dorocińskim (DLACZEGO ON NIE JEST MOIM MĘŻEM?!), kronika kryminalna, horoskop, ogłoszenia o pracę, wynajem mieszkań...

Niedawno, po tym jak kot nasikał mi po raz kolejny do butów (oczywiście innych) podjęłam męską decyzję, że do końca roku wyprowadzam się. Nie wiem jeszcze jak to zrobię, skoro mieszkając i jedząc w domu ledwo wiążę koniec z końcem, ale to zrobię. W przeciwnym razie stracę resztki szacunku do samej siebie.

Postanowiłam też, że gdy tylko spłacę minimum połowę kredytu (czyli za jakieś 1,5 roku), rzucam wszystko i jadę do Irlandii. To znaczy nie wiem, czy konkretnie do Irlandii - tak się mówi: "rzucić wszystko i wyjechać do Irlandii"... nie mówi się?... No chyba, że wydarzy się coś, co mnie zatrzyma. Różnie może to przecież być. Czasem nawet mi zdarzają się ekscytujące przygody.

 

Re

piątek, 15 czerwca 2012

 

Regina: Halo?

Halszka: Cześć! Dzwonie, żebyś mogła usłyszeć........!!!

Regina: Coo??!! Nic nie słyszę!! Powtórz!

Halszka: Dzownię, żebyś mogła...... szeć.... ....um..... !!!

Regina: Że coooooo??? Dalej nic nie słyszę!!!

Halszka (krzykiem): Dzownię, żebyś mogła USŁYSZEĆ SZUM MORZA!!!!

Regina: Aaaaaaa :))) Myślałam, że pociągiem jedziesz :))))

 

Ps. Szum morza dostałam też mmsem w pliku dźwiękowym, niestety nie umiem go (jeszcze) wrzucić na bloga. Jak się nauczę, to nie omieszkam się podzielić :)

 

 

 

niedziela, 10 czerwca 2012

 

Halszka pojechała nad morze. Kto bogatemu zabroni?

 

Regina: No to udanego urlopu, dobrej pogody i pozdrów ode mnie morze.

Halszka: Nie omieszkam. Jeszcze 200 km, 3 tony zboża i wskoczę do morza.

Regina: Przy odrobinie szczęścia może znajdziesz na plaży Mesuta Ozila albo inny bursztynek bursztynek.

Halszka: Znając moje szczęście to znajdę Shakirę.

 

Tyle z porannych smsów. Poza tym nudy. Ja nie wyjechałam nad morze. Nie wyjechałam nawet do Bukowiny Tatrzańskiej. Oglądam koko euro spoko. Ale jak dotąd nie udało mi się wytypować ani jednego wyniku.

 

Re

 

 

wtorek, 05 czerwca 2012

 

Pada. Miałam iść do lekarza, ale pada. Przecież nie będę w taką pogodę wychodziła z domu z zapaleniem płuc. Zresztą po wizycie w przychodni jestem przeważnie jeszcze bardziej chora. I mam receptę na 200 zł. Dziękuję bardzo. Samo przejdzie. Tylko urlopu żal. L4 to zawsze L4.

Dziś o 18.00 kolejna sesja psychologiczno-stomatologiczna. Skąd ten człowiek tyle o mnie wie? Rozumiem, że pewne rzeczy można z zębów wyczytać lepiej niż z fusów, ale bez przesady!

Nie mam o czym pisać. To straszne. Jak to możliwe, że aż do tego stopnia NIC SIĘ NIE DZIEJE?!

 

Re

poniedziałek, 04 czerwca 2012

„Halo, halo, halo!” (100 punktów i cos tam cos tam dla tego, kto wie, kogo zacytowałam J)

Tradycyjnie już zacznę od wytłumaczenia się, dlaczego rzadko piszę – wiecie .. mało czasu, dużo obowiązków i te sprawy.

U mnie straszny zapierdziel. Zapierdziel, jakiego jeszcze nigdy nie miałam. Co dzień lub co drugi dzień jakaś duża impreza. Trzeba ją zorganizować, sala, eksperci,  plakaty, media, zaproszenia, zapisy, przypomnienia, catering, miejsce, wydarzenie, zdjęcia, FB, notki, media i tak w kółko. Powoli staję się eventowcem (i już wiem, że każdą imprezę da się położyć). Ostatnio pracowałam także w niedzielę a sobotę poświeciłam na focenie zaślubin. Generalnie dużo się dzieje. Dużo dobre, tylko meczące. Poza tym moja funkcja wyewoluowała od zarządzania jednoosobowym działem do zarządzania TRZYosobowym działem. I nie mam na myśli siebie w trzech osobach boskich.

 

 Z rzeczy pozarobolskich, miałam ostatnio taki kaprys. Otóż, idąc rynkiem naszło mię na kolejny kolczyk w uchu. Tzn. na kolczyk w chrzęści ucha. Udałam się więc do kosmetyczki, a że w tym, nowym dla mnie zapyziałym mieście, nie znam żadnych kosmetyczek w pobliżu rynku, posiłkowałam się informacjami wyszukanymi naprędce w necie: google --> kosmetyczka Kraków, centrum OR bracka OR szewska OR szczepańska OR galeria krakowska OR cokolwiek, byle nie trzeba było daleko łazić.

Wyskoczyło kilka, z czego dwie, które wybrała na początku już tam nie rezydowały. Do trzech razy sztuk, myślę i udaję się w miejsce na ulicy X. Kosmetyczka, owszem była, ale chrzęści mi nie przebije, bo pistolet, bo cos tam, bo jak mnie przypadkiem zastrzeli? Ale, że tam i tam, dziewczyny robią.

Idę zatem tam i tam do tych tam dziewczyn, co ponoć robią. Wchodzę a oczom mym ukazuje się ni to biuro festiwalowe, ni to salon tatuażu, ni fryzjer, ni magazyn. Takie…no... konglomerat powyższych. Ktoś komuś robi dredy, ktoś coś klepie na komputerze, na podłodze sterty ulotek, jakby przygotowanych do rozdania, na ścianach obrazy tatuaży.

Wita mnie dziewczę w wieku trudnym-do-określenia. Na rękach od nadgarstków do góry tatuaże w technikolorze (na początku myślałam, że ma długie rękawy J). Pyta, w czym rzecz. Mówię, nie do końca wiedząc, czy słusznie, że chciałam sobie przebić ucho w chrzęści. Dziewczę sadza mnie na krześle, lekko chybotliwym i mówi, żebym chwilę zaczekała. Usiadłam i myślę sobie, że muszę strasznie głupio wyglądać w tym miejscu, w moim stroju roboczym, czyli na szpilkach, w spódnicy, z szalem a la żabocik i torebką na łańcuszku - jakaś dama wyfircykowana, co postanowiła zaszaleć i wytatuować sobie chińskiego smoka na pośladku, serduszko na łopatce albo ornamenty kwiatowe w okolicach nerek. Ale cóż, wierzyłam, że dziewczęta te widzą w moich oczach głębię mojej duszy i wiedzą, że naprawdę jestem luźna i fajna, tak jak one, w domu chodzę w szarawarach i koszulce Pink Floyd, śmieszy mnie program Ranne Kakao i zawsze chciałam mieć tatuaż, ale powstrzymuje mnie skłonność do blizn. Na pewno to widziały.

Dziewczę w tatuażach wróciło i zaprowadziło mnie do pół-pomieszczenia za pół-ścianą, gdzie odbywają się zabiegi. Pyta, gdzie chcę mieć kolczyk i pokazuje mi swoje ucho przebite na pierdyliard różnych sposobów (dobry sprzedawca zna z autopsji to, co sprzedaje). Wybrałam jedną z możliwości przebicia i mimochodem zapytałam, ile to będzie kosztowało. Dziewczę mówi, że 100 zł . Nogi mi lekko zadrżały, policzyłam w głowie, ile czasu muszę pracować, żeby zarobić 100 zł, zobaczyłam wizję siebie i swojego męża niemających, co do garnka wrzucić, przy czym ja nie mam co wrzucić ale mam kolczyk w chrzęści...

Powiedziałam, że hmm… nie spodziewałam się, że aż tyle… muszę to przemyśleć… skonsultować z mężem… z moim starym znaczy się…że zaraz wracam i zbieram się do wyjścia. Dziewczę rzuciło jeszcze, że tyle to kosztuje w salonie tatuażu (aha! więc to jednak jest salon tatuażu). Wyszłam wykręcając numer do Pana M., ale nie po to, żeby zadzwonić, ale po to, żeby wyjść z salonu niby zadzwonić, ale tak naprawdę uciec z honorem (uciec z honorem… życzenie pełne sprzeczności). Przed salonem stało już kilku wytatuowanych chłopa z kolczykami i miskami w uszach,  którzy odprowadzili mnie wzrokiem na ulicę. Na pewno mieli dużo radości obstawiając, na którym pośladku wytatuowałam sobie chińskiego smoka.

 

 Ale serio – 100 zł za zrobienie dziury w uchu??

 

JOL.

 

Wczorajszy bieg uświadomił mi jedną ważną rzecz: rekreacja - da, rywalizacja - niet. Zwłaszcza, jeśli nie ma się zamiaru rzucać palenia ;)) Oczywiście nie mogę powiedzieć, że było bardzo źle. Nie przybiegłam ostatnia i po wszystkim dostałam tylko rozedmy płuc, ale przynajmniej nie oglądałam tego, co jadłam na obiad, jak co niektórzy. Może dlatego, że nie jadłam obiadu...

Było nas trzy. Podeszłyśmy do zawodów nieprofesjonalnie. Przed startem wypaliłyśmy po papierosie i objadłyśmy się plackiem weselnym ;)) A potem nagle im się włączyła żądza wygranej, a mnie... kolka... obustronna ;))) Trochę wstyd.

Dziś nie poszłam do pracy, bo jestem chora. Do rozedmy dołączyło zapalenie gardła, nieżyt nosa i gorączka. Nie mam pojęcia, kiedy zrobiłam się taka delikatna.

 

Re

 

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl