Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
wtorek, 10 czerwca 2014

 

Halszka bardzo chce wziąć udział w konkursie. Nagroda - wyjazd na Bali dla dwóch osób. Zadaniem jest uargumentowanie, dlaczego to właśnie ona powinna wygrać wycieczkę. Halszka postanowiła wybrnąć z sytuacji oznajmiając, że jak wymyślę dobry powód, to zabierze mnie jako osobę towarzyszącą.

 

Halszka: Jak tam idzie ci praca nad naszym wyjazdem na Bali?

Regina: No właśnie nie idzie. Nie znalazłam dotąd żadnego dobrego powodu, dla którego to właśnie my powinnyśmy pojechać.

Halszka: To znaczy, że to nie my powinnyśmy pojechać. Trochę szkoda. W sumie to już się nastawiłam :)

Regina: Ale może fakt, że mieszkamy w Białymstoku, mam chujowe prace za marną kasę, za to nie mamy mężów i życia osobistego (więc chociaż Bali nam się należy) wystarczy. Weźmy ich na litość.

Halszka: Jak nie wymyślisz nic lepszego to tak napiszemy. Choć pewnie znajdą się tacy, co są w gorszej sytuacji, bo mieszkają w Ostrołęce, w ogóle nie mają pracy, męża mają - ale bije, a dziecko ma białaczkę. I to im należy się ten wyjazd.

 

To może pomożecie? Może wy coś wymyślicie?

DLACZEGO TO HALSZKA I REGINA POWINNY WYGRAĆ WYCIECZKĘ NA BALI?? :)


www.bali-indonesia.com

 


 


sobota, 07 czerwca 2014

Nie wiem, czy wypada takie rzeczy mówić, pisać. Czy w ogóle można mówić głośno, artykułować  to, że się człowiek czuje nienajgorzej.  Czy powiedzenie tego głośno nie zepsuje czegoś...?

Bo od jakiegos czasu czuję się, rzekłabym, szczęśliwa, a moje ostatnie decyzje zawodowe bardzo sie do tego przyczyniły. Od miesiąca nie pracuję - że się tak ładnie wyrażę - najemnie, więc mam czas na realizację zleceń i tak się jakoś składa, że one się pojawiają... Cud? Prawo przyciągania? Nie wiem. Wiem, że w czerwcu i lipcu jestem zarobiona. No i moje biuro obecnie wygląda tak: 

 

 

Jesteśmy też - po prawie roku - na finiszu wykańczania górnego poziomu mieszkania, co niesamowicie mnie cieszy. Wreszcie przeniosłam tzw. pierdolnik czyli moje biurko wraz z inwentarzem na górę, dzięki czemu - w końcu! -  uwolniłam salon/pokój dzienny/duży pokój (jak zwał tak zwał) od plątaniny kabli, miliona sprzętów, książek, gazet i innych rzeczy, które cichaczem mnożą się jak króliki podczas, gdy ja siedzę przy komputerze. Więc już prawie jest tak, jak chciałam. I znowu, jak o tym pomyślę, to nie wiem, czy mi wolno tak myśleć. Bo myślę, że jest mi dobrze, że czuję radość, wdzięczność, teraźniejszość (zamiast 'co ja zrobiłam/nie zrobiłam" albo "co ja zrobię?"). 

I dalej - pewne choroby przestały nas dręczyć, pewni ludzie podjęli pewne dobre decyzje. Sprawy się jakoś układają. Nie zawsze tak było, dlatego tym bardziej chciałabym to docenić. I dlatego boję się o tym głośno mówić. Żeby nie uciekło.

Ciągle oczywiście są rzeczy, które powinnam robić a ich nie robię i za to muszę sobie dać porządnego kopniaka z półobrotu. Ale, jak to się mówi, nevertheless, obecny stan życia i mojego najbliższego świata napełnia mnie radością i nawet nie muszę w tym celu pić wódki. Ale nie nie - nie ogolę głowy i nie zostanę buddystą. Nie żebym miała coś do buddystów. Po prostu nie ;)

 

JOL.

piątek, 06 czerwca 2014

 

Weekendy przypominają mi o tym, że nie mam życia osobistego. Dlatego ich nie lubię. Nikt mnie nie zaprasza na imprezy. Nigdzie nie wychodzę. Może tylko do S. No chyba że jej mąż akurat zjeżdża, to wtedy jakoś mnie nie potrzebuje. Wiadomix. W tygodniu jeszcze jakoś leci. Wstaję 5.30. Ogarniam się. Idę do roboty. Siedzę 8 godzin udając, że robię bardzo ważne rzeczy. Nawet jeśli rzeczywiście je robię, to podjęte przeze mnie działania nie przynoszą żadnych wymiernych rezultatów. Raz mi się udało nie pozyskać dwudziestu tys. zł. innym razem dziesięciu. I tak dalej. Wracam do domu, jem obiad. Jest 17.30. Odpoczywam (głównie w pozycji horyzontalnej). Idę biegać. A potem spać. Ewentualnie od razu spać. A rano od nowa.

W weekendy mam depresję. Poza sprzątaniem i praniem nie mam nic ciekawego do roboty. Czasem zdarzy się, że każą mi pojechać do hacjendy przebujać  się po hektarze z motyką. Ale nie o takich ciekawostkach marzę.

Nie mam życia osobistego. Nie mam kasy, żeby sobie zrekompensować ten brak mega zakupami. Albo weekendowym wypadem do Paryża czy Londynu. Na zakupy oczywiście.

Czasem śledzę na fejsie losy ludzi, których spotkałam na swej drodze kiedyś tam. Najbardziej deprymujące jest to, że najwięksi życiowi leserzy i naukowi indolenci, którzy zrzynali ode mnie na egzaminach bujają się teraz po świecie i wrzucają do sieci zdjęcia z podpisem: "Marian, tu jest jakby luksusowo". 

Mnie się nie udało.

Nie ma sprawiedliwości.

A może jest?

Może to moja wina?

Gdzie popełniłam błąd?

 

Re

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl