Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
piątek, 31 lipca 2009

Zaczyna się niewinnie. Od jednego wpisu. Dziś jeden wpis, jutro cały blog. O tym, jak bardzo GO pragnę...

 

 

 

 

GO...

Słodziutki misiaczek

 

III         III

I      I    I      I

I          I          I

I                  I

I            I

I      I

I

 

:*

:*** (całuski, buziaczki mój słodziutki misiaczku)

 

 

jOLUŚ BĘDZIE cIĘ mIEĆ!

Jak to mówi Halszka: "Prędzej czy później. Szkoda tylko, że nie prędzej."

 

 

JOL

 

 

wtorek, 28 lipca 2009

 

Zjadłam czekoladę.

Dużą.

Z orzechami.

Zjadłam całą tylko po to,

żeby przyznać,

że wcale nie miałam na nią ochoty.

Bo ja właściwie...

chyba...

nie lubię czekolady...

 

Re

 

niedziela, 26 lipca 2009

Wczoraj w nocy mój pęcherz postanowił mnie zabić. Nagle, bez wcześniejszych zapowiedzi, nawet nie zapukał dwa razy...nawet raz nie zapukał. W sumie wcześniej parę razy przychodził, ale wczoraj to już przesadził. Nie przyszedł, tylko wlazł mi na głowę, wydłubywał skronia i jednocześnie kopał mnie drewniakami w brzuch. I tak do trzeciej w nocy. Pęchęrz.

Kto miał zapalenie pęcherza, wie o so cho. A kto nie miał, tego niebiosa lubią. To jest jeden z tych bóli, w czasie których, jedyne o czym marzysz to, ażeby zemrzeć. Zemrzeć albo wyciągnąć tego skurczysyna z własnych trzewi gołymi rękami, usmażyć i zjeść. A jedyne to możesz zrobić, to pić wodę z cytryną (jeśli ją masz, ja wczoraj nie miałam), moczyć się w ciepłej wodzie (jeśli działa ci piecyk gazowy, mi wczoraj nie działał), jeść żurawinę (jeśli akurat przypadkiem ją masz...zgadnijcie co...), przykładać sobie butelkę z gorąca wodą do brzucha (to akurat miałam, ale nie pomagało) i oczywiście możesz też wbijać sobie cyrkiel w stopę na przykład, żeby odrwócić uwagę od bólu pęchęrza (nie mam cyrkla od kiedy skończyłam podstawówkę). Ach, no i możesz też łykać antybiotyki, a potem zjeść własną wątrobę. Wątrobę najlepiej podlać piwem, udusić z cebulką i jabłkiem a na konieć doprawić białym pieprzem. Pychota!

Ale, wracając do meritum czyli pęcherza, wczoraj mniej więcej od godziny 23.00 do 3.00 umarłam kilkanaście razy, ale niestety zaraz zmartwychwstawałam i musialam cierpieć dalej. Dokładnie o 3.18 wysłałam smsa do Pana M. że przestało boleć i mogę wreszcie zasnąć. A w nocy śniło mi się jedzenie cukierków z logo pewnej znanej polskiej drużyny piłkarskiej. Oraz pendrivy z logo innej drużyny, będącej odwiecznym przeciwnikiem tej od cukierków. Nie mam pojęcia dlaczego. Chyba jakieś hormony kibolskie mi się wydzieliły z pęcherza do mózgu (może dlatego, że w czasie ataku pęchęrza często biegałam do toalety czyli kibla czyli byłam KIBOLEM...). Rano dzownię do Pana M. a ten pyta (o pardon: zadaje pytanie):

- No i jak tam moje ty utensylium toaletowe?

Bardzo śmieszne... Będzie chciał następnym razem, żebym mu coś ugotowała. A takiego! Pęcherza mogę ugotować. Własnego.

 

jol.

sobota, 25 lipca 2009

 

H: co tam?

R: głównie groby

potem dom

szeroko zakrojona akcja pod kryptonimem „sprzątanie”

jutro goście

H: groby, goście, sprzątanie?

masz zamiar sprzątnąć swoich gości?

 

 

środa, 22 lipca 2009

 

R: wiesz, że znamy się już 9 lat...

za kolejne 9 będziemy mieć po 33 lata!!

H: :) niedługo będzie 10

R: takie rachunki mnie przerażają

H: ponieważ wyparłam z pamięci lata przedlicealne, więc mam wrażenie, że znamy się całe życie:)

R: a wszystko wzięło się stąd,

że patrzę w swoje odbicie w lapku i widzę zmarszczki:)

H: eh, myślałam, że powiesz skąd się wzięła nasza znajomość;)

R: nasza znajomość wzięła się z tego, że…

właściwie to nie wiem, z czego się wzięła…

H: no właśnie;) myślałam, że wiesz;)

R: [myśli]

chyba ze wspólnego łażenia do szkoły i ze szkoły

na przystanek

bo z czego innego?

H: no właśnie, ale najpierw łaziłyśmy na przystanek, a potem żeśmy się polubiły, czy odwrotnie?

R: nie wiem. minęło 9 lat od tamtej pory

H: matko, co za prozaiczny motyw "od wspólnego łażenia na przystanek"

czyli to w sumie przyjaźń z przymusu a nie wyboru;)

R: chyba tak

H: jakbyśmy łaziły z kimś innym, to byśmy się przyjaźniły z kimś innym

życie jest pełne przypadków

R: no i właśnie

wszystkim kieruje przypadek

albo siła wyższą

albo przypadek TO siła wyższa

H: jak sobie pomyśle ze jedna inna decyzja i wszystko byłoby inaczej, to mnie to przeraża

R: teraz wplątajmy w rozmowę jeszcze hermeneutykę i fenomenologię i będziemy mieć mini wykład o maksi sprawie

 

 

wtorek, 21 lipca 2009

 

Czy piszę? Tak, zdecydowanie.

Piszę mejle. Piszę na gg. Piszę bloga. Piszę listy. Piszę namiętnie.

Poza tym chodzę...

Chodzę na imprezy. Chodzę na spacery. Chodzę do kina. Chodzę na film. Chodzę powoli.

Jeżdżę...

Jeżdżę do hacjendy. Jeżdżę do znajomych. Jeżdżę konno. Jeżdżę samochodem. Jeżdżę bezpiecznie.

I śpię...

Stanowczo za długo.

 

Re

 

poniedziałek, 20 lipca 2009

Witojcie,

 

prosto z gór do Was powracam. Jestem, jestem. Wiem,  że się cieszycie:)

Ostatni raz na kapelutkach pisałam jakiś tydzień temu. Wczoraj wróciłam. Żadnego dziecka nie zgubiłam, nie zapomniałam ani nie zabiłam. Dzienniczek wypełniłam. Jestem doświadczonym instruktorem warsztatów dla młodzieży, mam 24 lata. Obraziłam kapelutki następującymi grzechami...Nie. Zaraz. Nie to miałam pisać.

Miałam pisać, że już mogę z całą pewnością powiedzić, że lubię dzieci (i nie tylko z musztardą i majonezem) i że jeszcze żadna praca do tej pory nie dała mi tyle satysfakcji i tyle doświadczenia. Polecam. Choć raczej tylko ludziom z mocnymi nerwami...:)

Poza tym nadal nie wiem, co mam robić w życiu. Oprócz tego, że muszę spłodzić dom, posadzić syna i zbudować drzewo. Ale to jeszcze nie teraz. Teraz to SE muszę znaleźć pracę ZA PIENIĄDZE. A to nie jest takie łatwe. Bo za nie-pieniądze, czyli w roli niewolnika-ochotnika, to wszędzie mogę pracować. Tylko, że niedługo zacznę przymierać głodem...

Spotkałam w zeszłym tygodniu chłopaka, który pracował jako maskotka psa, chodząc w pluszowym przebraniu w 40-stopniowym upale i dając sobie robić zdjęcia w towarzystwie dźgających go w pluszowy brzuch dzieci. Pogadałam z nim trochę i co? Okazało się, że student dziennikarstwa:) Uroczo. Zobaczyłam swoją świetlaną przyszłość w roli myszki miki albo piankowego marynarzyka z dziećmi, bez musztardy i majonezu, uwieszonymi na moich nogach, szczerzącymi się do obiektywów rodziców:)

A propos obiektywów, aparatów itd. - nie chce ktoś sprzedać Canona 40d? Chętnie kupię.

jol.

środa, 15 lipca 2009

 

Dziś, gdy dawałam sobie w oko, tak mi się przypomniało...

 

 

Re

 

poniedziałek, 13 lipca 2009

 

Nie jem, nie piję, nie chodzę, nie żyję, nie śpię, nie sikam, nie gram w tenisa, tylko piszę, piszę, piszę, piszę magisterkę.

Od jutra.

 

R.

 

21:54, kapelutki , WAPPM
Link Komentarze (11) »
niedziela, 12 lipca 2009

 

Dacie wiarę, że znów poszłam na party? Drugi dzień z rzędu! Jestem hardkorem!

W sercu tliła się iskra nadziei, że poznam Miłość Mojego Życia. W tym celu przebyłam pociągiem blisko 100 kilometrów, porzucając rodzinę, która w znoju, trudzie i strugach potu czoła wykonywała prace polowe w hacjendzie. I byłam prawie pewna, że Miłość tę spotkam. Pełna wizulalizacja, pełny makijaż, pełna głowa planów na przyszłość i... pełna klapa. A to dziwne. Bo skoro wybywam z kraju we wrześniu, to właśnie teraz jest ten CZAS, kiedy powinien pojawić się mój rycerz na białym rumaku (względnie mógłby to być także czarny rumak, co oczywiście ma oznaczać duuuużo koni mechanicznych pod maską). No bo kiedy, jeśli nie teraz? Przecież to najgorszy z możliwych momentów, więc - serio - byłam pewna, że to DZIŚ (bo przecież nie wczoraj) Miłość mi się objawi.

Że nasze oczy spotkają się w długim gorącym spojrzeniu...

Że cały świat wokół przestanie istnieć...

Że nasze usta połączą się w namiętnym pocałunku na tle zachodzącego słońca i amerykańskiej falgi...

Że przeżyjemy dwa niezapomniane miesiące, po czym odlecę w siną dal i w akcie rozpaczy zjem dwie tony zboża i skoczę do morza...

Skończyło się na tym, że Miłość nie przyszła, a ja jak zwykle byłam duszą towarzystwa i opowiadałam historie ze swojego życia, bo reszta ekipy bała się odezwać słowem i każdy tylko smętnie patrzył w grilowane zwłoki kurczaka na swoim talerzu. I teraz znów wszyscy myślą, że jestem otwarta, zajebista, haha, huhu, i kurwa jeszcze mam poczucie humoru.

NO BOMBA.

 

R.

 

sobota, 11 lipca 2009

 

Ale była super impra przedzika! Łoooo!!!!! No działo się, działo.

Było wszystko, co gwarantuje dobrą zabawę - picie, jedzenie, kiełbacha z grila w piątek, saszłyki, serszenie i koszmity. Byli też szataniści, darcie kotów, Franciszek gadający po polsku i Pan Dziwny gadający po angielsku, niepoprawne politycznie dowcipy i taśmy prawdy. Była podimpra gejowska, połamane kszesła ogrodowe i kółko przemocy, które w pewnym momencie przekształciło się w inwazję przemocy: "Hej, a było tak kiedyś, żeby dwie osoby były jednocześnie w kółku przemocy?" I w tym momencie już było, bo ofiarą kółka przemocy wraz z Panem M. stała się też Regina.

No było, było, było... Działo się, działo.

Nie było tylko jednego - Pana Anakondy - taty naszej gospodyni, ktory jeździł z nami jako opiekun na wycieczki szkolne - jego nie było. I to był jedyny minus. Na szczęście mieliśmy tele-most z Wiedniem: "Jak tam dzieciaki? Wódka się leje?" I mogliśmy chóralnie zakrzyknąć: POZDRAWIAMY!

Aaa, no i jeszcze Jol nie było i Wenus:| To drugi minus. Ale że dwa minusy dają plus;) impra była przednia.

Na koniec doszliśmy do smutnego wniosku, że się starzejemy, bo nikt już nie ma zdrowia, żeby pić na umór, ani nawet żeby obżerać się czipsami . I o 2.30 każdy wsiadł w swoją brykę i z takim piskiem opon, na jaki było go stać, odjechał w swoją stronę. Najlepsze piski wyszły oczywiście spod kół Wielkiego Wizjonera, który dodatkowo pojechał w nie swoją stronę. A co!

 

I taaak... Koniecznie musicie kiedyś wpaść na naszą imprę:)

 

R.

 

piątek, 10 lipca 2009

Halo, halo, halo, prosto z obozu dla młodzieży nadaje Jolanta von Chudów. :)

I to nie ja SIĘ uczę na obozie tylko ja UCZĘ na obozie:) Nie jest łatwo uczyć, ale Jolanta von Chudów nie boi się czynić cudów, że się tak poetycko i nie po dziennikarsku wyrażę. A serio mówiąc dopiero dzisiaj odzyskaliśmy internet, który ulotnił się po wielkiej burzy, jaka zmoczyła nas kilka dni temu, zalewając moją pracownię komputerową. Przez kilka dni była odcięta od świata, w lesie, w jakimś ośrodku wczasowym, otoczona setką dzieciaków (a każde spragnione wiedzy:))))) Czytam ten blog i czuję się, jakbym nie widziała Was wieki:). Ale nadrobłam zaległośći i teraz mogę nawadać (wybaczcie mi błędy klawiaturowe, piszę ten tekst na komputerze, który pewnie ma tyle lat co moja Szanowna Babcia, ale pmięci na pewno nie ma tyle co ona).

W telegraficznym skrócie, bo mi kolacja i dzieciaki uciekną:

- jest super:)

- mam fajną grupę, młodzież mnie lubi, jest grzeczna i chętna do pracy, no marzenie każdego instruktora

- realizuję plan, jestem wiarygodna, kompetentna, sympatyczna, wesoła i szczera (jak ja to robię? :))

- kadra młoda i zdolna

- trochę nam sprzęty nawalają (a to kabelka nie ma, a to internet się ulatnia, a to toner się konczy itd), ale radzę sobie i bez tego (przezorny zawsze odporny)

- czuję radość życia (przepraszam, ale tak jest, nic na to nie poradzę:) i zastrzyk energii witalnej...

To na razie tyle. Nie mam czasu i siły na pisanie (JA nie mam SIŁY na pisanie),  bo jestem styrana. Prowadzę zajęcia codziennie po 7 godzin, w czasie których cały czas mówię, piszę, czytam teksty młodzieży, poprawiam, przy czym wszystko muszę wytłumaczyć, żadna sugestia nie może zostać  przeze mnie wyjaśnina słowem "bo tak jest i tyle". Oni tego nie łykają. Praca z młodzieża uczy logicznego argumentowania. 

 

Lecę na żarcie:)

Pozdro for all!

 

Jolanta von Chudów co się nie boi czynić cudów

 

 

 

Chyba umieram.

To że poraz pierwszy od trzech tygodni przespałam prawie całą noc, zdaje się tylko potwierdzać, że koniec jest blisko. W końcu pod koniec, zawsze się trochę poprawia.

Bolą mnie oczy. Gałki oczne. Powieki. Rzęsy. Mam ochotę sobie te oczy wydłubać. A ptem wsadzić w oczodoły palce i pogrzebać w mózgu. Który też mnie boli.

Bolą mnie zatoki. Boli mnie nos. I zimno mi wylazło. W środku lata.

 

R.

 

czwartek, 09 lipca 2009

 

Halszka (wczoraj|do mnie|na gadzie): Bo jak ty nie organizujesz spotkańsk, to nikt nie organizuje...

Coś w tym jest. Jakoś się tak utarło, że nawet jeśli tak naprawdę ja nie organizuję, to jednak organizuję. Nikt nie jest zdziwiony, gdy dostaje wiadomość ode mnie, że impra kiedyś tam, u Kogoś Tam, o którejś tam. Czasem tylko niektórzy przyślą nieśmiałe pytanie: Czy Ktoś Tam wie, że u niego ta impra?

I już z przyzwyczajenia wszyscy swoje pytania, sugestie i wątpliwości ślą do mnie.

A kto będzie?

A co trzeba przynieść?

A jaki jest plan?

A masz numer do...?

A kto będzie?

 

Pan Dziwny (dzisiaj|do mnie|na gadzie): Kto będzie? Jol będzie? Wenus będzie? Kto będzie?

Regina: Jol nie będzie, Wenus nie będzie.

Pan Dziwny: Masz ci los. A inni?

Regina: Czy ja jestem rzecznikiem prasowym całej naszej klasy?

Pan Dziwny: A nie?

 

Aha, to jestem rzecznikiem prasowym też. Z nadania chyba. Vox populi, czy coś.

A Wielkim Organizatorem? Z wyboru? Bo wszędzie wcisne sowje dwanaście groszy?

Ale jak tu nie być Wielkim Organizatorem, jak się nagle (teraz dosłownie, przed momentem) okazuje, że o jutrzejszej imprze, której gospodynią jest i ogrodu użycza nasza koleżanka Ania Konda (pseudonim artystyczny Anakonda) prawie nikt nie wie, bo NIE DOTARŁO. Ech, ten zdradliwy gad gadu-gadu. Ale na szczęście Wielki Organizator czuwa! I znów ocalił świat.

Zapowiada się fajne spotkańsko klasowe po latach. Który to już raz... :)

 

R.

 

Ps. To jest to, czego będzie mi najbardziej brakowało TAM, daleko, na Krańcu Świata... Naszych spotkańsk klasowych.. po latach... buuu....

 

wtorek, 07 lipca 2009

 

Dziś zaczęłam spełniać wakacyjne postanowienia - zaniosłam stare klisze do wywołania i jakieś pożyczone sto lat temu negatywy w celu zrobienia odbitek. Ponadto - już nie w celu spełniania postanowień, a w celu samowkurwienia - zaszłam do kilku sklepów i znalazłam sporo zajebistych kiecek. Zawsze tak jest - jak nie potrzeba wtedy są, a w maju gdy potrzebowałam to chyba czterysta butików odwiedziłam i NIC. No nic.

Niespodziewanie przyszła pora obiadowa. Obiad czywiście był niedobry, jak zawsze kiedy ja jestem w domu. A po obiedzie...

Wycieczka do hacjendy w celu posprzątania tego, co nam woda tym razem w darze zostawiła. A są to: butelki z wszelkich tworzyw, lewe buty (zawsze lewe, nie mam pojęcia dlaczego), wałek do malowania powierzchni ścienno-sufitowych, patyki, patyki, patyki, patyki oraz CHOĆ CO.

Na placu boju nie obeszło się bez ofiar. Śmierć poniosło 149 komarzyc, 50 muszek, 13 pająkokształtnych, dwa małe ślimaki bezskorupne oraz moja szczytna idea - ahinsa. Mam traumę. Ale przynajmniej  dowiedziałam się czegoś: ludzie są źli. I przypomniałam sobie, że jestem mistrzynią w widłach. Oraz grabiach. Jutro ciąg dalszy moich zmagań z "popowodziową" rzeczywistością, a teraz...

A teraz idę się gruntownie wyszorować, bo cuchnę gruntem, bagnem i zgniłymi ziemniakami.

I jeszcze do tego (od tego?) boli mnie głowa.

 

R.

 

 
1 , 2
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl