Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
sobota, 28 lipca 2012

 

Migreny dzień trzeci. Boję się, że głowa eksploduje mi akurat wtedy, gdy będę w kinie oglądać Batmana... A już było tak dobrze - wyleczyłam się, a raczej ktoś mnie wyleczył i z migreny i z bezsenności. Ale potem wyszło jak wyszło. A nowy lekarz cudotwórca jakoś nie chce się pojawić. Na szczęście mam do tego dystans. Staram się nie reagować histerycznie. Tylko ta głowa...

Tymczasem chudnę w oczach (i nie tylko). Z przykrością muszę się przyznać do tego, że jednak nie biegam za wiele. Bieganie jest super, tylko że... że... że... Kurczę, nie mogę się zmobilizować. Nie mogę złapać rytmu. Nie mogę wpaść w joggingowe uzależnienie.

Ale przynajmniej swoje mięśnie traktuję pasem wibrującym. Mówcie, co chcecie. Jak dla mnie - to działa!

Pasa posiadaczką jest Bebe - matka Es. U niej efekty wprawdzie są mizerne, ale to może dlatego, że masując się pasem równocześnie zjada wielką bułę lub/i tabliczkę czekolady. Cóż... przynajmniej nie tyje.

Ja zachęcona efektami, postanowiłam zaopatrzyć się w swój własny pas. Opowiedziałam o tym koleżance od fajek - zareagowała bardzo entuzjastycznie. Postanowiła włączyć się do akcji. Czy prędzej wszczęłyśmy poszukiwania na Allegro. Obecnie czekamy na naszych wibrujących cudotwórców :)

Na koniec zabawna anegdota. Jeszcze na etapie poszukiwań najlepszego produktu koleżanka napisała mi mejla:

Ale jestem matoł, wpisałam na allegro "wibrujący masażysta" i zgadnij co mi wyskoczyło: wibrujący zacisk na penisa! Ot co!!!!!!

Ale to chyba jednak bardziej propozycja dla panów... Ja natomiast natknęłam się w internecie na coś takiego:

Bardzo nieprzyzwoity przyrząd do ćwiczeń....

Osobiście jednak uważam, że najlepszym lekarstwem dosłownie na wszystko (nie tylko na migrenę i bezsenność) a przy okazji bardzo bardzo przyjemnym była, jest i będzie... miłość... Po prostu miłość.

 

Re

 


piątek, 27 lipca 2012

 

Jedziemy do parku na karuzelę i watę cukrową. Es prowadzi, ja przeglądam się w bocznym lusterku. Nagle za naszymi plecami da się słyszeć coś w stylu: "AaaaaaaaaałeeeeuuuuuuŁoooEEEEE!!!!".

- Coiciu Regu, - przemówiła Es - czy mogłabyś okiełznać moje dziecko zanim przejadę tego sympatycznego pieszego?

- Jasne.

Wychyliłam głowę za fotel i zobaczyłam Emi, która siedziała sobie jak gdyby nigdy nic się nie stało, ze złożonymi rączkami i miną diabła-anioła, która wystraszyłaby z pewnością nawet dziecko Rosemary.

- Ciuciu Regu, a co ja robię?

- Bo ja wiem. Modlisz się? - zapytałam z nadzieją.

- Nie! - odrzekła zdecydowanie. - Nie moldę się!

- A kto się modli?

- Klecik.

- Krecik? Nie sądzę. Krecik jest Czechem, a Czesi to przeważnie ateiści.

Emi popatrzyła na mnie wielkimi oczami. Widać było, że twardo myśli. Na końcu zadała już tylko jedno pytanie:

- Taaaaaaak?

W tym momencie przysłuchująca się jak dotąd konwersacji Es wybuchnęła śmiechem.

- Dzięki rozmowom z tobą, ciociu Regu, moje dziecko będzie geniuszem! Już widzę te nagłówki w gazetach: "W wieku dwóch lat prowadziła rozmowy teologiczne ze swoją niezrównoważoną emocjonalnie przyszywaną ciotką".

- Nabijaj się dalej, proszę bardzo, ale wtedy może ci umknąć, że dziecko sobie siedzi i przetwarza i przede wszystkim się nie drze - czyli cel został osiągnięty! :)

 

 

Ciociu Regu

czwartek, 26 lipca 2012

 

Kurde fajka, Drugi dzień obijania się - dwa dni na osiem miesięcy pracy to chyba nie tak wiele? - a ja mam takie wyrzuty sumienia, że nie mogę spokojnie przeglądać portali plotkarskich... Jak to się leczy???

To jeszcze napiszę wam jak się ostatnio z paką umawialiśmy na wyjście do kina na "Batmana"

Pan Dziwny: Proponuję sobotę o 17.30, bo film w pizdu długi, a fajnie byłoby coś porobić później, np. popić lub/i złoić w kręgle. A pogoda ma być dobra. Co myślicie?

PS. Tylko proszę nie przebierać się za postacie z filmu...


Halszka: Pan Dziwny nie przypomniał o założeniu kamizelek kuloodpornych.

Jolanta: No właśnie... czy chodzenie na premierę Batmana nie kończy się przypadkiem otrzymaniem rany postrzałowej? 

Regina: Dobrze, że już nie jestem ruda, bo jeszcze ktoś by mógł pomyśleć, że przebrałam się za Jokera...

Pan Dziwny: Pisałem, by nie przebierać się za postacie z filmu i będzie ok. Kamizelka we własnym zakresie.

 

 

 

Ok. Wracam do obijania się. Strasznie mnie to męczy, ale skoro podjęłam decyzję to teraz muszę być zasadnicza.

 

Regina

środa, 25 lipca 2012

 

Koleżanka poradziła mi:

"Ciesz się chwilami, gdy szef jest na urlopie. Usiądź na dupie i się relaksuj. Rób tylko tyle, ile musisz. Po co się przejmujesz, skoro on ma to gdzieś? Zobaczysz, że jak wróci, to dopiero będziesz mieć sajgon. Bez dyskusji, chodź na fajkę."

W sumie dziewczyna ma rację. Nie mój cyrk, nie moje małpy. Yyy, klienci znaczy się. Olewam.

Popijam kawkę. Siedzę na fejsie i pudlu. Odpisuje na zaległe mejle. A szczytem pracowniczej niesubordynacji jest sprawdzanie ogłoszeń o pracę w czasie pracy. Ależ jestem zła! (W sensie evil nie angry.)

Wczoraj spotkałam się z moimi przyjaciółkami-siostrami. W sensie one są siostrami i przyjaźnią się ze mną. Każda osobno :) Pierwszym punktem programu było oglądanie całkiem nowego (a przy okazji pierwszego dziecka) SS (Starszej Siostry) - Betiny. To znaczy siostra Betina, dziecko Gabi. Oczywiście nie obyło się bez obserwacji procesów komunikacyjnych między matką a córką. (Matko z córką, nadążacie z tymi relacjami?). Procesy te opierały się na monosylabicznych dźwiękach typu "gu", "ga", "oj" oraz bardziej skomplikowanych "agu", "gaga" i "ojej". Znam siebie, koleżanki też mnie znają - wiedzą, że małe tłuste rączki tudzież nóżki a zwłaszcza pękaty brzuszek nie robią na nie większego wrażenia. Chyba że mówimy o wrażeniu przerażenia - to co innego. Ale ja także znam moje koleżanki-siostry. I wiem jak Betina czekała na dziecko - jeszcze przed tym jak poznała swojego małżonka. I wiem, że macierzyństwo nie zrobi z niej pozbawionej poczucia humoru, przewrażliwionej na punkcie mądrości i urody własnej latorośli, sfrustrowanej kury domowej. Po trwającej blisko dwie minuty konwersacji zatytułowanej "Agugugagagu" Betina spojrzała na mnie z uśmiechem i powiedziała: "To takie odmóżdżające". I wiem, że to ta sama dziewczyna, z którą przeżywałam egzystencjalne rozterki i okołomaturalny stres, której tłumaczyłam III deklinację łacińską i chodziłam na długie spacery, słuchałam zwierzeń i zwierzałam się w środku nocy w Zakopanem sto lat temu. Po maturze nasze drogi się rozjechały. W spadku zostawiła mi MS (Młodszą Siostrę) - Oliwię. Ale tylko na cztery lata. Potem młoda też wyjechała do Lublyna. Widujemy się raz na czas. Ale mimo wszystkich tych zmian, które zaszły w ostatnich latach nie mam poczucia (i chyba one także nie), że coś między nami się zmieniło, że teraz coś brzmi nienaturalnie. Nigdy nie brakuje tematów, nie ma krępującej ciszy. I to w tym niepewnym pojebanym świecie jest jednak pewną pociechą.

Gdy dziecko poszło się kąpać, ja i Oliwia poszłyśmy w las. Na spacer. Dłuuugi spacer. Naszą standardową dłuuugą trasą. Fajnie było. W końcu w lesie po ciemku zawsze jest fajnie ;) A poza tym my mimo różnicy wieku zawsze świetnie się rozumiałyśmy.

Te dwie siostry, to jedyne znane mi osoby, o których mogę powiedzieć, że umieją być szczęśliwe. I dzięki temu chyba naprawdę są szczęśliwe, a nie tylko bywają.

Na spacerze się spiłam (uroki mieszkania na prowincji - można pić piwo spacerując i nikogo to nie dziwi ani bulwersuje ;)), a w nocy kotłowały się we mnie koszmary. Pozostawienie pod moją opieką dosłownie na chwilkę niemowlęcia najwyraźniej odcisnęło się na mojej psychice. Śniło mi się, że zgubiłam dziecko Betiny. Albo jej kota. Sen nie był jednoznaczny...

 

Re

wtorek, 24 lipca 2012

 

Jest tak czasem, że kładąc się spać już wiesz, że następny dzień będzie do dupy. Po prostu to wiesz. Czujesz to w kościach, moczu, całe twoje ciało wysyła ci sygnały, że rano jeszcze przed otwarciem oczu należy zadzwonić do pracy i zażądać urlopu na żądanie.

Rano nic nie wskazywało jednak na to, że będzie źle. Spałam długo, nie wyspałam się - może trzeba było potraktować to jako znak. Albo to że przez godzinę ignorowałam dzwoniący co pięć minut budzik. A potem otworzyłam oczy i natychmiast światło wpadło mi do mózgu i narobiło zamieszania.

Kochanie nie dzisiaj, boli mnie głowa.

 

Re

wtorek, 10 lipca 2012

 

Mam wrażenie, że gdzieś mi się zagięła czasoprzestrzeń. Dopiero była sobota, a już jest wtorek. Niebywałe!

W sobotę byłam na gryllu. Rodzinnym gryllu. Nie moim rodzinnym. Sąsiadów. :) Postanowiłam się tym razem nie urżnąć, tylko kulturalnie dwa browarki i chołpa. Prawie udało mi się zrealizować plan. Prawie.

Koło 22.00 było po imprezie tak czy siak. Pod orzechem zostałam tylko ja i najmłodszy sąsiad. Niebawem dołączył do nas jego kolega, który jak się okazało miał zielony "staf"...

Regina: Idę.

Sąsiad: Co bedziesz szłą.

Kolega: Właśnie.

Regina: Namówiliście mnie.

Gdy uświadomiłam sobie, jakie to żałosne, że w sobotni wieczór zamiast uprawiać dziki seks z nieznajomym konspiracyjnie palę zioło pod orzechem z dwoma małolatami, dyplomatycznie wstałam i tłumacząc się nagłym przypływem senności (prawdziwym), udałam się w kierunku domu mego. Zresztą i tak pora była najwyższa, gdyż dnia następnego planowałam podróż do Krakowa. W gości. Gość w dom, Bóg wie kiedy pójdzie.

Było mi tak miło i przyjemnie, że aż postanowiłam się na godzinkę położyć. Poleżeć. Przezornie jednak nastawiłam budzik na 23.30 - w końcu należałoby się oporządzić przed snem. Budzik nie zadzwonił. Tej wersji się trzymajmy.

Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie.

Wstałam 5.30. Kąpiel, ogólna kosmetyka ciała. Depilacja.

6.15 - odwiozłam Siostrę na dworzec.

6.32 - wróciłam do domu.

6.40 - zjadłam banana.

6.45 - przebrałam się.

6.55 - pojechałam do kościoła.

7.50 - wróciłam z kościoła.

7.55 - 8.20 - przebrałam się, uczesałam, podlałam kwiaty, zrobiłam makijaż, paznokcie, awanturę i pojechałam...

Przed odjazdem pociągu zdążyłam jeszcze wypalić papierosa. Poczułam się prawie bogiem czasu.

Całą drogę do Miasta Królów i Królowych rozmyślałam o tym, że moje życie jest marne i pewnie nic ekscytującego mnie już nie spotka. W Krakowie, jak to w Krakowie, poczułam jednak przypływ nadziei. W Krakowie zawsze mam wrażenie, że może jednak... Zakupiłam kawę na wynos i popijając ją małymi łyczkami szłam w swojej krótkiej czerwonej zwiewnej sukience i czułam się niczym Blair Waldorf spacerująca ulicami Manhattanu.

Ech... Co ta prowincja robi z człowiekiem.

Następnie w ciemno wsiadłam do autobusu, który zawsze (za moich czasów) jeździł na Campus. Tymczasem nawet się nie zorientowałam, jak wylądowałam pod mostem... Grunwaldzkim. To ci niespodzianka. A potem już standard - obiad u znajomych na Ruczaju. Deser u koleżanki na Salwatorze. Ech... Salwatorze mój, Salwatorze...

Wróciłam do domu jeszcze tego samego dnia, a tu się okazuje, że jest wtorek... Dziiiiiiiwneee... Przecież to czwartek zawsze przychodzi niespodziewanie...

 

Re

piątek, 06 lipca 2012

Na parapetówie u Państwa M miał być projektor. Rzutnik znaczy się. Był. Pożyczony z pracusi. Na imprezie ostatecznie się nie przydał, ale że tak powiem zapomniało mi się go oddać, a skoro już mi się zapomniało, to pomyślało mi się, że warto wykorzystać tę sytuację i zrobić sobie małe kino domowe. Tak też się stało. Wszystkie kina domowe mogą się schować przy moim kinie – wielka biała ściana, rzutnik, worek z sieczka, martini z lodem… i Ryan Gosling. Tak. Oglądałam film z Ryanem Goslingiem. Tzn. film oglądałam z moim mężem, ale w filmie był Ryan Gosling w osobie Drivera.

Wreszcie zobaczyłam słynny, wychwalany pod niebiosa firm Drive. I muszę powiedzieć, że mmmm….. mmmm mmm mmm. Nooo niczego sobie.

Na początku filmu sytuacja mniej więcej wyglądała tak: patrzę na Ryana Goslinga, patrzę na Pana M., znowu na Ryana Goslinga, znowu na Pana M. Myślę: Kurcze, on jednak nie jest Ryanem Goslingiem, choć z profilu nos ma trochę podobny. Ale te jego emocje…

Do tej pory myślałam, że to Pan M jest beznamiętny, ale teraz widzę, że emocje, które nim wewnętrznie targają widoczne są w każdym mikro-drgnięciu jego żyłki na czole, powieki, podbródka i całej masy innych drgających części jego twarzy. Natomiast Ryan Gosling – to jest prawdziwie beznamiętny mężczyzna! Co by nie mówić, a zacytować klasyka: „Chciałbym być beznamiętny jak te kamienie, bo tylko tacy są prawdziwi mężczyźni”. Otóż to! Ryan Gosling w filmie Drive jest najbardziej beznamiętnym mężczyzną EVER! Dlatego też zaraz po tej konstatacji zaczęłam sobie imaginować, jak zdzieram z niego koszulkę zębami…

Ale,  ale. Poza Ryanem Goslingiem, film Drive ma także inne walory (taaa… co w filmie z Ryanem Goslingiem może być równie dobre jak Ryan Gosling? Chyba tylko dwóch Ryanów Goslingów…). Nie no, serio mówiąc, film jest fantastyczny. I mówię to w pełni świadoma i spokojna  (oraz po spożyciu sporej dawki bromu). Film jest rewelacyjny. Polecam, jeśli ktoś z Was jeszcze nie widział.

Ale, żeby nie było, że po obejrzeniu filmu mam wnioski tylko na temat męskich dup z głównych ról, powiem, że postać Drivera, nawet gdyby nie zagrał jej Ryan Gosling (a czytałam, że pierwotnie miał ja zagrać Hugh Jackman…:P), jest tak dalece fascynująca, że po obejrzeniu filmu każdy (słowem KAŻDY), kto kiedykolwiek prowadził samochód, przy pierwszym wejściu do auta, najpierw rusza spod bloku z piskiem opon, a zaraz potem zaczyna fantazjować o zapierniczaniu 300 km/godzinę między innymi autami po szerokich ulicach Los Angeles… Ten, kto zaprzecza, wie że zaprzecza prawdzie. Że tak właśnie było, kierowco Cinquecento, Lanosa, Passata i tramwaju nr 50. Dobrze wiecie, że nic nie mogliście na to poradzić. Bo NIC nie można poradzić na to, że po obejrzeniu Drive KAŻDY chce być Ryanem Goslingiem. Niezależnie od płci.

 

Ja dziś rano wsiadłam w moją białą strzałę, ruszyłam spod bloku z piskiem opon i już po chwili, stojąc w korku na Alei 29 listopada wyobrażałam sobie, że gnam 300 km na godzinę po ulicach Los Angeles. Kiedy tylko miałam możliwość gnałam 60 na godzinę po ulicach Krakowa, wyobrażając sobie, że biała strzała to srebrna impala a ja jestem tak beznamiętna, ze nic, kompletnie nic mnie nie rusza. Cokolwiek by się stało, ja jestem wolna i jadę, widzę swoje ręce na kierownicy, drogę przed sobą, przeszkody, które omijam jakbym tańczyła, robię wiraże, zawracam za pomocą hamulca ręcznego, nie patrzę za siebie. Nic mnie nie rusza. Nawet to, że prawą szybę mojej białej strzały vel srebrnej impali właśnie osrał mi ptak, prawdopodobnie bocian albo pelikan. W każdym razie, coś dużego i bardzo nietaktownego. Gdybym była Jolantą z Chudowa, pomyślałabym „O niee… ptak mnie osrał”, ale ponieważ w tym konkretnym momencie jestem Ryanem Goslingiem, okazuję tej srace moje niewzruszone oblicze i odjeżdżam, dalej stać w korku.

 

Cały dzień także gra mi w głowie Real Hero i chodzę z wyprostowanymi plecami. W końcu nieczęsto jest się Ryanem Goslingiem.

 

A na zakończenie tej przydługiej tyrady, mam ciekawostkę sesemesową.

Otóż siedząc w pracusi i w pocie czoła imaginując sobie, że jestem Ryanem Goslingiem, wysłałam Reginie takiego oto smsa (dla udowodnienia prawdziwości publikuję oryginalną pisownię wszystkiego łącznie z błędami):

 

Jolanta: Widziałam drive i chce byc rianem goslingiem

 

Po czym otrzymuję w odpowiedzi smsa o treści, której prawdę mówiąc się spodziewałam:

Regina: Ja bym wolala byc Z ryanem goslingiem

 

Wiedziona instynktem wysłałam sms o takiej samej treści także do Halszki, po czym po minucie otrzymałam wiadomość o treści, której prawdę mówiąc też się spodziewałam:

 

Halszka: A ja chce być Z ryanem goslingiem

 

 

I kto mi powie, że w filmie z Ryanem Goslingiem może być coś lepszego od Ryana Goslinga?

:P

JOL.

wtorek, 03 lipca 2012

 

Niezielny poranek. Wszyscy śpią. Jolanta i Pan M. w swoim łożu małżeńskim na antresoli, Halszka na kanapie, Regina na balkonie... No co? Sama chciała. Noc pod gołym niebem, a w zasadzie jej poimprezowa resztka, była bardzo przyjemnym doświadczeniem. Regina przebudziła się i przeciągnęła jak kot w swoim worze. Było przed ósmą. Regina nie wiedziała jeszcze, że w mieszkaniu znajdują się dwa trupy - jeden na antresoli i jeden na kanapie...

Jolanta: Męęężuu, żyjesz?

Pan M.: Nie.

Regina: Halszka, a ty?

Halszka: Niestety. Wolałabym umrzeć.

Czyli, że całkowicie martwy trup był tylko jeden.

Jolanta i Regina doszły do wniosku, że podejmowanie jakichkolwiek prób reanimacji poszkodowanych jest działaniem co najmniej bezsensownym. Dlatego postanowiły w zamian zjeść śniadanie i napić się aromatycznej kawy. Trupy nadal spoczywały w pokoju.

Regina: Halszka, weź się w garść, przecież musimy wracać do domu.

Halszka: ...

Jolanta: Możemy ci jakoś pomóc?

Halszka: Możecie mnie dobić.

Prośba była kusząca, ale Regina akurat zostawiła oszczep w innej sukience. Trzy godziny później sytuacja nie ulegała poprawie. Pan M. nadal leżał martwy, a Halszka tylko od czasu do czasu wydawała z siebie nieartykułowane dźwięki konania.

Jolanta: Ludzie z AWF-u twierdzą, że jest jedna niezawodna metoda na kaca mordercę - angielskie śniadanie. Aha, i jeszcze - w chuj pijesz, w chuj jesz. Halszka?

Halszka: ...

Regina: Może chociaż napij się wody?

Halszka: ...

Regina: Coli?

Halszka: ....

Jolanta: To może chcesz jakiś owoc?

Halszka: Granat.

Kilkanaście minut później Jolanta i Regina doszły do wniosku, że najłatwiej i najtaniej będzie jednak Halszkę dobić.

 

:) Re

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl