Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
poniedziałek, 28 lipca 2014

Ociupinkę męczy mnie już zaznaczanie swojej obecności na Kapelutkach raz na ruski rok/czeski film/niemiecki porządek and so on. Ociupinkę. I zwykle wtedy piszę, że mam dużo pracy ale generalnie jestem szczęśliwa. Nieinaczej jest tym razem. Mam dużo pracy. Miałam, bo już kończę (dlatego monsz łaskawie odblokował mi blog... i facebooka... i pudelka :)) Ale.. generalnie jestĘ szczęśliwa. No co ja poradzę? Cholera.

Jak tylko rzuciłam pracę, odżyłam jak grzyby po deszczu (czy jakoś tak...).  Mam kwiaty na balkonie. I świece. W dzień łapię promienie słońca, a wieczorem upajam się grą świerszczy. W blasku księżyca of cors. Jest uroczo. Nie mam na co narzekać!!!! Aaaaaa!!! Czarny kapelutek mnie uwiera. Dupa rzeczywistości objawia się tylko, gdy włączam masońskie radio. Więc nie włączam. No dobra, czasem włączam. A nawet włanczam. Ale i tak nie chce mi się narzekać.

Doktorze...

 

JOL.

 

Nie, nie będzie o jednym z filmów Woody'ego Allena. Nie będzie prześmiewczo ani ironicznie. Będzie na poważnie. Będzie o tym, jak kończy się prawdziwa miłość. Taka miłość, która zdarza się raz na milion, zwyczajnym ludziom. Taka, której chciałby doświadczyć każdy. Poznałam ich, gdy byli już staruszkami i znałam ich tylko z opowieści, ale...

Przeżyli ze sobą pewnie z pół wieku. Byli niecodzienni - on zawsze elegancki, ona trochę szalona. Nawet imiona mieli wyjątkowe. Byli jedną z tych uroczych starszych par, które czule trzymają się za ręce podczas spacerów. 

W końcu stało się. Padło na niego. Diagnoza - Alzheimer. Powoli gasło w nim życie, aż w końcu nadszedł TEN dzień. Ona opiekowała nim się przez kilka lat postępującej choroby. Dbała o niego, karmiła i myła - gdy już tylko leżał. Spała z nim do końca w jednym łóżku i tuliła nocami. Gdy umarł płacząc zapewniała wszystkich, że ona na pewno go nie przygniotła...

 

Re

 

sobota, 12 lipca 2014

 

Wczoraj wieczorem się rozpadało i pada non stop. Pada to za mało powiedziane. Leje. Leje jak z cebra.

Lubię taka pogodę. Wprawia mnie w leniwy, ale całkiem usprawiedliwiony nastrój. Lubię wtedy poleżeć pod kołderką z kawą albo gorącym kakao. Nie lubię za to wychodzić z domu. A dziś jednak trzeba. Trzeba nam. I to w dodatku nie można wskoczyć w gumiaki i deszczowiec, wręcz przeciwnie. Należy założyć oskarową kreację, boa, szpilki, a jak się jest płcią męską - obowiązkowo frak, muchę i melonik. Mam złą wiadomość dla wszystkich wolnych kobiet w Polsce - WIELKI WIZJONER SIĘ ŻENI!

Owszem, mówi się, niektórzy mówią, ja... - nie ma takiego wagonu... Ale raczej nie próbujcie, dziewczyny, bo starcie z narzeczoną/żoną - Połowicą raczej nie skończy się dla was dobrze ;)

Nim Młodej Parze pożyczę szczęścia (jak sama mam być szczęśliwa skoro ciągle to swoje szczęście komuś pożyczam?) robię się na (u)bóstwo. Pogoda skomplikowała sytuację. Okazało się bowiem nie dalej jak wczoraj, że mimo zapewnień stacji meteorologicznych przepowiadających aurę długoterminową, słońce dziś jednak nie raczy zaszczycić nas swoją obecnością. I klops. Bo do mojej kreacji nie przewidziałam odzienia wierzchniego. A kreacja jest mocno wybujała i kompletnie - żadne bolerko ni żakiet - nic do niej nie pasuje. Stres i widmo zapalenia płuc sprawiło, że wczoraj w galerii pokłóciłam się z Halszką. W bieliźnianym. O majtki... Mało brakowało, a Wielki Wizjoner musiałby przesadzić gości przez majtki niezgody. Ale jak mawia mój sąsiad tuż po tym, jak podłoży komuś świnię - NIMASIEOCOGNIWAĆ. Zatem nie rozdrapujmy rany, to do wesela się zagoi ;)

Tymczasem robię sobie  paznokcie. To znaczy u stóp. Bo manicure załatwiłam wczoraj. Vinylux w bieli i złocie. Najs. W sumie mam pełne buty, więc pazury dolne mogłabym sobie odpuścić, ale przecież nigdy nie wiadomo, w czyim łóżku wyląduję tej nocy - daj Boże ;)

Kreacja czerwona, sześciowarstwowa. Szpilki w wężową skórę. Francuski splot na głowie... W trakcie przymiarki u Halszki dwa tygodnie temu straciłam rezon w kwestii mojego anturażu...

R: I jak?

H: Ooo BooooŻe... Wyglądasz, jak... DIABEŁ!

R: To dobrze, czy źle?

H: Dobrze - jak ktoś ci zaproponuje rolę w jasełkach, to dobrze!

 

W związku z deszczem pożyczyłam od S. kurtkę na motor. Będę wyglądać jak klaun. I jestem pewna, że punktualnie o 13.00 wyskoczy mi zimno...

Najważniejsze to mieć do siebie dystans ;)

 

Re

niedziela, 06 lipca 2014

 

Mam taras cztery na dwanaście i w ogóle z niego nie korzystam. Głównie z dwóch powodów: alergii słonecznej i alergii rodzinnej. Dziś jednak w chwili domowej samotności wypełzłam z mej nory na zewnątrz i wypiłam kawę siedząc wygodnie w plastikowym fotelu. Było to nawet całkiem miłe i relaksujące, dopóki rodzina nie postanowiła zakłócić mego spokoju swym powrotem. 

Jestem okropna - wiem.

Czasem zastanawiam się, czy aby na pewno jestem dzieckiem tych oto matki i ojca? Po krótkiej analizie dochodzę do wniosku, że jednak nie da się ukryć. Jestem idealnym miksem najgorszych cech moich rodzicieli. Po tatusiu otrzymałam w spadku fobię społeczną, depresyjne usposobienie, przerośnięte ego, dumę, uprzedzenie i genetyczną chorobę skórna, po mamusi - oziębły charakter, ośli upór, zosio-samosio-watość i pośrednio brachydaktylię typu D (spoko - wciąż mam ładniejsze kciuki niż Megan Fox).

Uczulenie na słońce wyhodowałam sobie sama. Głoszę więc herezje, że lato jest złe i upały są złe i siedzę w zamknięciu, w ciemnym pokoju, z zasłoniętą zasłoną i zamkniętymi na cztery spusty oknami. 

W pracy na przykład jęknę sobie czasem, jak to nie lubię gorąca, jak puchnie mi każdy centymetr kwadratowy ciała, jak mi wzrasta kołatanie serca i ciśnienie skacze i co słyszę? "Nie jęcz!" "Nie nudź!" "Ej, weź się!" Gdy natomiast sytuacja się odwraca i w pogodę deszczową i ponurą jestem radosna i zadowolona, a oni wszyscy marudzą - to nie dość, że nie mogę im zwrócić uwagi, to jeszcze nie powinnam zanadto okazywać dobrego humoru, by przypadkiem nie zginąć śmiercią zadaną zszywaczem biurowym. Tolerancja to utopia. 

W związku z powyższym mam nieopalone nogi i jeszcze bardziej nieopalony zadek. Ogólnie nie powinnam wychodzić z domu, by swą nieopaloną powierzchownością nie zniesmaczyć opalonej części społeczeństwa. 

Wyszłam.

- Ale jesteś nieopalona! A fe!

 

Re

czwartek, 03 lipca 2014

 

Moją listę STU RZECZY pamiętają? :)

Lista w dalszym ciągu jest niepełna, ale od czasu do czasu uda mi się coś zrealizować albo zbliżyć się o krok do realizacji ;) Albo przynajmniej pomyśleć: "Kurczę, pasowałoby coś zrealizować..." ;)

Ostatnio udał mi się punkt 19: "Zorganizować 10-lecie matury". Było całkiem miło :)

 

 

Re

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl