Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
poniedziałek, 31 sierpnia 2009

 

Mówią, że pieniądze nie rosną na drzewach. To nieprawda.

 

Tu miałam pokazać wam, jak wygląda świeżo zerwane z drzewa 30 groszy, ale niestety amba wcięła mi kabel do przerzucania zdjęć z telefonu na kopma i nic na to poradzić nie mogę.

 

W każdym razie wyobraźcie sobie jabłko.

I pomnóżcie je przez koszyk.

Proste równanie:

 

JABŁKO       x        KOSZYK        =      30 GROSZY

 

Sprzedałam dziś 760 kg. jabłek. Dostałam za nie 87 zł. Na szczęście Mama nie upomniała się o swoją działkę i Tata dołożył mi 13 zł., więc w sumie zarobiłam stówę. Co ja sobie kurwa za to kupię? Waciki?

Przykre, przykre, przykre. Dwa lata temu na 87 zł. wystarczyło 100 kilo. Jak to się mówi: rok płaci, rok traci. W tym roku traci Regina.

Padam na pysk. Ale, ale… Właśnie. Najważniejsze! Jechałam dziś Białą Strzałą!!

Wszystkie trzy normalne pojazdy udały się z właścicielami do pracy, więc dla mnie został już tylko ten nienormalny. Ten, o którym wszyscy mówią: „tym nie da się jeździć!” A ja jechałam!! Było super! Wiecie, jaka to frajda, jak człowiek nie musi uważać na dziury i hamować przed progami zwalniającymi? I wewnętrzne lusterko jest chyba tylko po to, żebym mogła się w nim przeglądać, bo do patrzenia na drogę są te boczne. I rozlatująca się skrzynia biegów! I urwana wycieraczka! I szyby na korbkę! I zakaz wrzucania piątki, ze względu na problemy z redukcją do czwórki! Kurde fajka, ale zabawa! Ostatni raz miałam taką radochę, gdy jechałam kombajnem:)

JA CHCĘ JESZCZE RAZ!! :)

 

Re

 

 

Miałam takie marzenie, ażeby dzisiejszą notkę napisało życie, bo mi się nie chce. Ale ono też nie chciało.Więc, idąc śladem Zioma R.:), tyż postanowiłam otworzyć coś a la kONcik muzyczny. Na pierwszy ogień chciałam rzucić drewnianą Budkę Suflera, skoro pofatygowali się i napisali o mnie pieśń. Ale jak tak sobie posłuchałam tej, swoją drogą, niezłej pieśni, to się okazało, że tam nic poza imieniem nie jest ze mną kompatybilne. Na szczęście stary dobry kabaret  Otto nagrał tę pieśń jeszcze raz i w tej wersji już wszytsko się zgadza.

 

Ech.... lata młodości mi się przypomniały:)

 

Jolka Jolka

niedziela, 30 sierpnia 2009

Nieczęsto mi sie zdarza, że nie mogę się czegoś doczekać w telewizji, ale teraz nie mogę się doczekać nowego serialu tefałenu "Grzeszni i bogaci". I nie, nikt ze wspomianej stacji nie przelewa własnie na moje konto grubych peelenów. Po prostu ciekawi mnie sposób zrobienia tej parodii. Po obejrzeniu zdjęć z planu, mam bowiem dziwne przeczucie, że to już było. Chociaż producent zapewnia, że tego jeszcze nie widzieliśmy. Nie chodzi mi nawet o poziom serialu, czy będzie to szynka parmeńska czy mortadela...  nie rozumiem tego porównania w moich wegetariańskich ustach... czy będzie to duszony szparag z ziołami czy gotowana fasolka szparagowa (gotowana  fasolka szparagowa jest super)... czy będzie to dobre czy złe! O! Ale o to JAK oni to zrobili!*

No. Do rzeczy. Chodzi mi o to, że zauważam, że większość albo wszystkie polskie seriale komediowe robione są w podobny, bardzo teatralny sposób. I sęk nie w tym, że mam coś do teatru, bo kocham teatr, ale w tym, że można by spróbować zrobić taki serial inaczej. Ok, ja rozumiem, że przerysowana kreska może oznaczać teatralizacje miejsc, postaci, zachowań, ale właśnie ta teatralizacja wydaje mi sie szalenie trudna to zrobienia. Tak, żeby było to autentyczne i widz TV faktycznie się smiał i nie czuł się zażenowyany ogladając serial. I tu jest sedno. Bardzo ciężko zawsze było i jest mi się śmiać podczas oglądania polskiego serialu. Dlaczego? Dlaczego umieram ze śmiechu na hamerykanskich Przyjaciołach, Nianiach, Hożych Doktorach i uj wi jeszcze czym. A jak pojawia się kolejny polski Posterunek 13 w postaci Brzyduli Niani, to idę sobie zrobić kanapkę i robię ją przez 20 minut? Żle pojęty patriotyzm? Saący głód? Nie wiem.

Chciałabym zobaczyć jeden polski serial komediowy, który nie byłby przeniesieniem sztuki teatralnej na ekran, a byłby śmieszny. Może to kwestia scenariusza, dialogów, które nie śmieszą? Trzeba śmieszności szukać w formie, bo nie ma jej w treści. Stąd te miny, wielkie gesty, gagi. Jak postać jest zdziwiona, to wybausza oczy, jak jest smutna, to ma usta w podkówkę, jak się śmieje, to od razu jak:

a) Cruella Demon (zła wersja kobieca),

b) Szkieletor (zła wersja męska),

c) Judy Garland w 39 roku (dobra wersja kobieca)

d) pastor Eric z Siódmego nieba (dobra wersja męska).

WTF ja się pytam?

Czemu gdzieś tam indziej ktoś tam może zrobić serial, w którym aktorzy nie robią sobie jaj z postaci, a jednak są zabawni, a tutaj trzeba od razu grać naprutą Myszkę Miki? Ja chcę śmieszny realistyczny polski serial! I żeby nie miał w nazwie "M" jak cokolwiek**.

Ok, nie widziałam ani jednego odcinka "39,5" a  ktoś mi mówił i byłam czytałam, że to był dobry polski serial. Muszę się dokształcić w tej kwestii. No i "Kasia i Tomek" mnie śmieszyło szczerze i do rozpuku. Tyż na licencji, ale z pomysłem. I nieopatrzeni (wtedy jeszcze) aktorzy.

Tyle chciałam powiedzieć. Puenty nie będzie, jak zwykle. Ale mogę zrobić...

Kochamy polskie seriale

...i wszyscy powinniście paść ze śmiechu.

 

 

* powinni nakręcić show "Jak oni TO robią", oraz "Gwiazdy robią TO na lodzie"... co to będzie to TO - każdy odpowiada w sumieniu swoim :P

** "M jak Klan", "M jak Złotopolscy", "M jak Plebania", "M jak samo życie", "M jak na wspólnej", "M jak barwy szczęcia" i jeszcze jeden tylko nie pamiętam tytułu,  coś "jak miłość"...(?)

 

 

JOL.

 

sobota, 29 sierpnia 2009

Tak, jestem uzależniona od kupowania butów. Dzisiaj kupiłam 24 parę obuwia i jestem z tego dumna. Kropka.

Ps. znalazłam dobrego fryzjera:)

 

Gdy byłam młod(sz)a, grono moich wielbicieli było dość szerokie. W Walentynki zawsze moja skrzynka pocztowa była pełna, a listonosz dostawał przepukliny. Chłopcy byli bardzo kreatywni w kwestii formy wyznawania uczuć. Jeden wysłał mi wiersz, który na zawsze pozostał w mojej pamięci. Oto i on:

 

Dziewczyno kochana bądź przekonana:

KOCHAM CIĘ!

Dokąd żyć będę kochać Cię będę

A gdy mnie ciemne skryją już doły

Kochać Cię będą moje popioły!

 

Taak – najpierw doły i popioły, a teraz zdrajca żeni się z inną!

Kobieto? puchu marny?



Re

 

 

wtorek, 25 sierpnia 2009

Wyobraźcie sobie taka sytuację:

Robicie coś w ramach pracy, komuś się to podoba, a ze akurat jego wydarzenie dotyczy, pyta czy mógłby od was dostac na płytce owoce waszego trudu, tak dla siebie. Wy ważycie - dać, nie dać. W koncu myslicie: ważny gośc, dam, pozna mnie, zobaczy moje nazwisko, moze bede miec jakies znajomosci, znajomosci cenna rzecz. Ktoś dzowni.  Umawiacie się. Przekazujesz płytę z owocami pracy w jego ręce. On jest bardzo szczesliwy. Dziękuje. Idziecie na sok do kawiarni. Gadacie godzinke. Miło, symaptycznie. Na odchodnym zartujesz: mam nadzieje, że dałam panu dobrą płytkę. oboje uśmiewacie sie serdecznie bo wiecie, że przecież płytka jest dobra, właśnie ta o która chodzi. Wracasz do domku, po drodze kupujesz serek, masełko i chlebek. Wchodzisz do saloonu, patrzysz na laptopa... już cos świta, czemu jest tu tylko jedna plyta ze zdjęciami z wakacji? Patrzysz na krzeszło: czemu jest tu płyta z owocami pracy? Myślisz, ale jeszcze mysli nie docieraja do twej swiadomosci... gdzie jest druga płyta ze zdjeciami z wakacji? Gdzie jest druga płłlyy.......  I po tobie! Jak mogłas sie tak pomylic??? Dzwonisz do człowieka, wyjasniasz, ze na tej płycie sa rzeczy z zupelnie innej beczki, ze ty jutro przyjedziesz i mu dasz własciwa płyte... On mówi: dobrze, jutro sie zgadamy. Ale czujesz, ze oto włąsnie zrobilas sobie wroga, a na pewno nie zrobilas sobie nazwiska. Wpadasz w panikę, potem w rozpacz, potem chcesz sie ubiczować :( A wszystko przez to, że to zła płyta była...

 

*  RIP - rozpacz i płyta

 

JOL.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Jestem po interwju. Przygotowałm się na 4 godziny rozmowy a tu kurde 10 minut i ajnc, cfaj, draj, bye bye, tank you, kiitos, aloha, dzięki, wynocha. Nawet nie zdązyłam przełknąc guli z gardła! Szkoda im na telefon, czy jak?Kurde, nawet jak bym mówiła w moim mother language Polish to tez bym była zestresowana, a co dopiero mówic w moim nie mother i nie father language Inglisz. Jeszcze będą dzwonić to speak in Polish. I mam fill the test online i adios!

Jak mnie nie wezmą to będzie sepuku.

Żeby mnie przyjęli, żeby mnie przyjęli, żeby mnie przyjęli...

 

dżol

 

Do wyjazdu został miesiąc. Zaczynam wielkie odliczanie.

Próbuję stworzyć listę pilnych spraw do załatwienia, ludzi do spotkania, ważnych rzeczy do zabrania. Nie wiem. Nie wiem. Nie wiem. Nigdy nie wyjeżdżałam na tak długo. Nigdy nie wyjeżdżałam tak daleko. Na szczęście nie jadę sama.

To zabawne, jak popadam ze skrajności w skrajność. Najpierw stresuję się tak, że chcę z tego stypendium zrezygnować, za chwilę nie mogę się go doczekać. Są momenty, gdy jeszcze w to wszystko nie wierzę…

To zabawne, jak czasem marzenia się spełniają.

Mimowolnie.

 

Re

 

sobota, 22 sierpnia 2009



Dobra, jestem. Trochę to trwało, ale musicie zrozumieć, że ciężkie jest życie właścicielki ziemskiej;)

Ten, tego. O czym to ja miałam… AHA!

 

Zaczęłam to pisać w komencie, ale wyszedł straaaaaaśnie długi, a długich komentów nikt nie czyta, więc będzie post. Post scriptum.

 

Odkąd przy wprowadzce Wenus podstępem zajęła żółty pokój, Jola - która też miała na niego chrapkę, co jakiś czas żądała zmian... zmiany... zamiany...

Bo żółty to bardziej jasny, bardziej słoneczny, bardziej przyjazny i w ogóle bardziej. Mi i Halszce było wszystko jedno - pomarańczowy (czy jaki tam jest ten drugi) jak dla nas zawsze był ok. Wiem, wiem – najprostszym rozwiązaniem byłoby, gdyby Wen i Jol zamieszkały razem w żółtym pokoju, a ja z Halszką (skoro przesiedziałyśmy lata w jednej licealnej ławie) powinnyśmy były zająć pokój pomarańczowy. Jednak takie rozwiązanie sprowadziło by na nas zapewne nieszczęście… a czyjeś zwłoki wylądowałyby w końcu w wersalce. Ktoś zginąłby na pewno. To znaczy albo Wen zabiłaby Jol, albo na odwrót. A teraz żółty pokój jest wolny. I co, Jolanto? Przeprowadzka?

 

http://w802.wrzuta.pl/audio/06vjBYJxlQd/grzegorz_turnau_-_przeprowadzka

 

Módl się do świętego Jacka

Czemu Jacka?

Bo on pomaga w przeprowadzkach:)

 

Regina - Wielki Organizator ognicha u Joli.

Idę się zrobić na u-bóstwo.

Aha. W związku z tym, że mam tendencję do zapraszania wszystkich, zapraszam także Was:) Joli na pewno będzie miło:))

 

 

I'm at the museum now... święte słowa. Pamiętam jak zawieszka z takim napisem zawisła kiedyś ... wszędzie w mieszkaniu. Właściwie nie jedna zawieszka, a tuzin takich samych białych zaiweszek na klamkę z kolorową tarczą z jednej i napisem o muzeum z drugiej strony. Powiesiłyśmy wtedy te zawieszki w całym Apartamencie, na klamkach, na kurkach, na szybach, na lodówce... Zeby było wesoło:) I było. Tylko potem na zawieszki zaczęły wszystkich wkurzać i po jakiś czasie wylądowały, jak wszytsko, co zaczyna nas wkurzać swoim widokiem, w szufladzie w stole w kuchni. W dwóch szufladach.

Od jakiegoś czasu powtarzałam, że wkurza mnie już studenckie mieszkanie i że chcę mieszkać normalnie. Jednocześnie z uporem maniaka naklejałam na kafelki w łazience nowe przygody Dilberta, a na drzwiach do pomieszczeń zawieszałam tekturowe znaki, że oto drogi gościu wchodzisz właśnie do Pudrowni (łazienka), Przetwórni Ziemniaków (kuchnia), do Komory Transformatora i wiele innych. Wenus nawet kiedys zapytała mnie, po co to robię i czy nie wolałabym mieszkać normalnie. Jasne, że bym wolała, ale w ostateczności doszłam do wniosku, że na normalne meszkanie jeszcze przyjdzie czas, a teraz trzeba mieszkać nienormalnie, żeby było co opowiadać wnukom (niekoniecznie naszym, jakimś wnukom, mogą być wnucy naszej koleżanki A.).  

Rozwijając temat różnych dziwności w Apartamencie... blat w kuchni. Blat w kuchni to miejsce do przechowywania tysiąca pustych puszek, słoików z wywietrzałą kawą, kilku puszek z dobrą kawą oraz marynowanych gałek ocznych. Właściwie od dłuższego czasu marynowała się tylko jedna gałka oczna, bo resztę chyba ktoś zjadł...a może po prostu nigdy nie było więcej...

 A serio mówiąc, przyniosłam kiedyś wygrzebaną z przeszłości dziecięcej taką małą prastykową gałkę oczną. Ale nie zwykłą, bo to była niemiecka zabawka, a Niemcy to potrafią robić dziwne zabawki. Gałka okryta była jeszcze jedną warstwą bezbarwnego prastyku, a pomiędzy nią i tymże prastykiem wpuszczona była jakaś ciecz. Efekt był taki, że gałka pływała w tejże cieczy, i zawsze ustawiała sie tak, że patrzyła źrenicą do góry... Wyglądało to tak, jakby gałka była, po pierwsze prawdziwa, a po drugie bardzo zainteresowana osobą, która ją trzyma. Nie wiem skąd w głowie Niemieckiego projektanta zabawek zrobił się koncept, że dzieci będą chciały się bawić sztuczną realistyczną gałką oczną? Jako dziecko sie nią nie bawiłaam. Jako... student ją zamarynowałam i postawiłam na blacie w kuchni. I tak sobie stała w słoiku pływając we własnej cieczy oraz w marynacie wodnej na blacie naszym kuchennym, zawsze zbudzając zdziwienie i obrzydzenie na twarzach gości, co oczywiście wzbudzało spazmatyczny wybuch śmiechu w naszych płucach przejawiający sie, z grzeczności, jedynie konwencjonalnym bananem na naszych ryjkach. Uroczo.

Potem dołaczyły jeszcze suszone kraby w słoiku, już nieco mniejsze obrzydzenie wzbudzające, ale także ciekawe (kraby oczywiście prastykowe, żeby ktoś mnie nie posądził, że taka wielka obrończyni zwierząt a kraby męczy na blacie). Nie dawno do blatu dołączyły także muszki owocówki, ale już prawdziwe (aha! a propos owoców i muszek owocówek, Regino zjadłam do połowy Twoje marynowane czereśnie... ale na drugi dzien niestety już sfermentowały,  nie wiedzieć czemu, może poczuły, że dawno już u nas alkoholu nie było... w każdym razie chyba je zmarnowałam :/ ).

Balkon. To już historia z zupełnie innej beczki. Widział ktoś, żeby na balkonie w centrum miasta, ptaki robiły sobie gniazda i wysiadywały jaja? My widziałyśmy. Widziałyśmy tez ptasi wychodek na balkonie. Właściwie część gniazdowa zajmowała tylko jeden mały kątek na balkonie, natomiast wychodek - pozostałe trzy kątki i całą powierzchnię balkonu. Pewnie dlatego, że na balkonie wisiała tabliczka z napisem "Gołębnik".

O dziwnościach Apartamentu można by jeszcze długo pisać, ale najwiekszą byłyśmy my same.

Ale o tym już było.

Ciekawe, co teraz będzie z mieszkaniem, o ile Pan Szef, nam go nie wypowie... Ciekawe kto zajmie miejsce po dziewczynach. Pan M.? Ktoś Nowy? Kto teraz będzie bałaganił a kto będzie sprzątał? :))) No właśnie, wyprowadza się Wenus, która bałaganiła i Regina, która sprzątała... to co ...teraz będziemy mieszkać w nicości? Ani nabałaganione ani posprzątane? Ja mogę na ochotnika bałaganić w całym mieszkaniu, ale czasem dostaję też kopa do sprzątania całego mieszkania.. więc co? Mam przejąć obie role? Ok, ale za mniej niż 10 tys. nie pracuję :)

Wraz z tym wpisem, terapia wspomnieniowa, w moim przypadku, jest prawie zakończona . Jeszcze tylko kwestia przestawiania mebli.

Pamietacie wpis "Kompulsywne przestawianie mebli"?

Cierpię na taka przypadłość od czasu, kiedy udało mi się pierwszy raz przesunąć samodzielnie kojec z lewej na prawę stronę pokoju. Muszę przestawiać meble. W zeszłą sobotę cały dzień spędziłam przestawiając wszytskie meble, jakie stały w czerwonym pokoju... Odsunełam nawet szafy, które okazały się być grobowcami pająków, ale niezwłocznie zostały usunięte przez Conana Odkurzacza. Tak więc, przestawianie mebli to w sumie jedyny plus z tych całych wyprowadzek i przeprowadzek. Jeśli teraz zrobimy rotację i KTOŚ trafi do żółtego pokoju to, tak tam przestawi meble, że ich rodzony stolarz nie pozna...

JOL.

piątek, 21 sierpnia 2009

Ok, calm down, calm down...

Od dzisiaj do poniedziałku nie wypowiadam ani słowa po polsku... zaraz jak skończę ten wpis.

Bo aaaaaaaaaaaaa!!!

Dzwonili z zazagranicy, że będą dzwonić w Monday, żeby mi zrobić interview, albo live view, albo the room with a view... aaaaaaaaaaaaa....aaaaaaaaaaaaaa...... stressssssssss.......Jak ich nie przekonam, że jestem super, to będzie źle... I am super, I am super... musze sobie robić self motivation i visualisation ... Juz widzę siebie przecinającą przestworza z ręką wiodącą zakończoną pięścią, w opiętych czerwonych gaciach, złotym pasie i peleryną powiewającą pod moimi złotymi puklami włosów także powiewających w czasie lotu...

superbabka

 

Taak, wiem, że nie mam złoych pukli :/ tylko czarne druty.

W sumie nie martwi mnie to wcale bo i tak zawsze wolałabym być...

 

xena wojownicza książeczka 

Więc zapominam na razie o smutku związanym z rozpadem związku Królowych, chociaż do najsmutniejszego wpisu świata Reginy, jeszcze muszę wrócić i swoje trzy grosze o naszej przyjaźni też dopisać... ale na razie jestem zbyt zestresowana poniedziałkowym interview... trzymajcie kciukasy albo keep your fingers crossed.. jak kto woli.

Jol.

 

 

czwartek, 20 sierpnia 2009

 

Całe to zamieszanie ze szczurem sprawiło, że nie opisałam wrażeń z dwóch dni spędzonych samotnie w Apartamencie i poświęconych pakowaniu swego dobytku. Wiem, że wszyscy już rzygają tematem naszego rozstania, ale trudno. Nawet ludziom, którzy nas znają osobiście, ciężko jest pojąć, na czym polega fenomen Królowych.

I nie chodzi tylko o to, że jest nas cztery, że wszystkie jesteśmy wyjątkowe, niebanalne, ładne, wykształcone, z poczuciem humoru i kreatywne.

Apartament był nie tylko naszym mieszkaniem. Był naszym domem. Świadkiem tego, jakie jesteśmy naprawdę. Bez udawania, bo tak trzeba. Bez konwenansów i poprawności politycznej. Bez spuścizny ideologicznej rodziny. Centrum lokalnego nonkonformizmu. A wszystko w granicach zdrowego rozsądku i dobrego smaku.

Kalendarze z chłopcami, rysunki Jolanty, zdjęcia na lodówce, tablice informacyjne na drzwiach, historyjki na ścianie w łazience, gołębnik na balkonie, szafki pełne czekolady zawsze nie-swojej… I wszystko takie…dziwne… takie… nasze.

Pamiętam taką sytuację, jak przed którąś Gwiazdką Halszka wróciła od rodziców i sama była zdziwiona tym, co zastała i swoją na to reakcją – poczuła, jakby z długiej podróży wróciła do domu na święta. Ja wieszałam jemiołę, Wenus się krzątała, Pan M. parzył świeżo mieloną kawę, Jola na podłodze tworzyła… coś…  z niczego… wszędzie unosił się zapach świątecznej atmosfery. Potem usiedliśmy przy wigilijnym kuchennym stole, na którym płonęły świece i grała pozytywka…

I taaaak….

Gdy we wtorek rano weszłam do mieszkania, wszystko już było inne. Z przedpokoju zniknęły buty armii austriackiej. I niepoliczone kapoty z wieszaków też zniknęły… Gdy otworzyłam drzwi do naszego pokoju, poraz pierwszy zobaczyłam go tak… pustym. Erę temu wprowadzałam się z miesięcznym opóźnieniem i wszystkie półki i kąty były już wtedy zawalone rzeczami Wenus. A potem artystyczny nieład już zawsze u nas gościł i bódł mnie w natrętne przyzwyczajenia, że każdy przedmiot musi mieć własne miejsce na ament. W starciu: bałaganiarstwo Wenus i porządnickość moja zawsze odnosiłam druzgocącą klęskę. I nigdy nie myślałam, że będzie mi przykro, gdy nie zobaczę jej książek, zeszytów, korali, świeczek, wszystkiego… rozrzuconych po półkach, stole i podłodze, albo chociaż sterty ubrań na fotelu i zbobrowanym łóżku. A było mi niewymownie przykro.

Żółty pokój wyglądał tak, jakby właśnie umarł…

Ciężko jest pakować w pudła i wory foliowe swoje życie. Zwłaszcza, gdy nie ma w pobliżu nikogo, z kim można powspominać najlepsze chwile. Wtedy co 20 minut trzeba wychodzić zapalić, bo nawet dymem tytoniowym lepiej się oddycha, niż powietrzem przepełnionym żalem, że kończy się coś ważnego…

Jak to możliwe, że już nigdy nie zobaczę, jak odwiedzający Apartament reagują na marynowane gałki oczne i suszone kraby, które w słoikach stoją na naszym blacie kuchennym. Że, gdy się wystraszą dziwnych dźwięków, nie powiem im: spokojnie, to tylko nasza lodówka. Że nie pójdę z Halszką się usportawiać na rolkach czy poprzez dżoging. I nie wyprowadzimy z Jolą naszych rakiet na spacer. I że nie będę dzieliła pokoju z Wenus – moją pierwszą i jedyną współpokojówą…

Po prostu nie mieści mi się to w głowie.

Z obecnej perspektywy nawet udrażnianie rur i czyszczenie zapaskudzonego przez gołębie balkonu miało osobliwy urok…

I taaaak…

Żółty pokój wygląda jak muzeum przed zmianą ekspozycji.

Wyprowadziła się Wenus. Rzeczy Reginy w pudłach i worach czekają na transport… Należymy do przeszłości. We’re at the museum now;) Zostały tylko Jola i Halszka.

To dlaczego w łazience jest SZEŚĆ szczoteczek do zębów?:)

 

Re

 

Czuję się w obowiązku, w związku z poniższym (powcześniejszym) wpisem Reginy o szczurzej przygodzie, dopowiedzieć o dziejącej się symultanicznie z jej heroiczną walką z gryzoniem mojej heroicznej próbie pomocy jej na odległość.
Otóż, kiedy Regina zadzwoniła do mnie, żeby miło pogawędzic o szczurze w kamienicy, bez namysłu i z najwiekszym poświęceniem rzuciłam się do myszki, tej komputerowej i poprzez szalenie skomplikowany algorytm o enigmatycznej nazwie Google wyszukałam i zdobyłam bezcenne informacje, jak postępować w przypadku bezpośredniego kontaktu ze szczurem.

Dzięki temu uspokoiłam ją zapewnieniami pana szczurołapa z 26 letnim doświadczeniem w branży deratyzacyjnej o tym, że szczury to z natury bardzo płochliwe zwierzęta, zapędzone w kozi róg niechybnie padają na zawał serca. Jeśli zaś szczur zapuka do naszych drzwi, najlepiej dać mu kawał suchego chleba, a ten zjadłszy go, powinien, wedle zapewnień pana szczurołapa, odejść w pokorze i pokoju. 
Jeśli jednak zdarzy nam się zostać obiektem ataku gryzonia, nie ma obaw, szczury bowiem do gardła nie skaczą. A to dlatego, że najwyższy skok, jaki potrafią swymi szczurzymi kończynami wykonać mierzy zaledwie 80 cm... czyli akurat do tętnicy pachwinowej.

A to w związku z historią pani, co jej do łóżka wszedł szczur i ugryzł ją, a jakże, w pachwinę. Tą historią oczywiście także Reginę uraczyłam, dla równowagi obrazu (żeby było jasne, że ze szczurem nie można się kłaść do łóżka, choć biorąc pod uwagę wysokość jego skoku, jasno widać, że aby zostać posiadaczem przecudnie przegryzionej tętnicy pachwinowej, nie trzeba się nawet ze szczurem kłaść do łóżka, a wystarczy przejść obok niego na klatce schodowej w kamienicy:)).
Dorzuciłam jeszcze z życia wziętą opowieść o szczurze, co napadł na dziecko i odgryzł ci mu kawał nosa. Ale te przypadki są tak rzadkie, że jeszcze pisze się o nich w mediach. Jakby były nagminne, nikt nawet by klawiaturą nie ruszył. Zresztą te przytoczone przeze mnie już dawno trąciły myszką, więc konkluzja była taka, że szczury są generalnie niegroźne. No chyba, że przenoszą dżumę. Ale to już przerabialiśmy i wiemy, co w takiej sytuacji robić.

A na koniec dialog z genialnego filmu "Zmruż oczy". Rozmawia Zbigniew Zamachowski z małym chłopiec idącym za idącym Zbigniewem Zamachowskim:

- Kupi pan mysz?
- Nie kupię.
- A szczura?
- Szczura też nie kupię.
 

A my szczura sprzedamy. Kupi ktoś?

The End.

JOL.

środa, 19 sierpnia 2009



Na początek małe sprostowanie: szczur nie był w Apartamencie –  wypucowałam go dziś własnym rencami i gdyby tylko ten futrzany potwór przekroczył nasze  za wysokie na szczurze nogi progi, niechybnie padłby trupem od oparów detergentu. Szczur, proszę państwa, był w kamienicy. Przy drzwiach frontowych.

Dostrzegłam go wynosząc śmieciuszki do kosza w podwórku. Na początku pomyślałam:  „skąd tutaj mały kot?”. Potem pomyślałam: „przydałby się mały kot”. Zostawiłam otwarte drzwi na podwórko, ale ta mała szczurza bestia nie skorzystała z tego wyjścia. Otworzyłam drzwi frontowe, ale ten parszywy gad zwiał i zupełnie zniknął mi z pola widzenia. To se poszłam. Po torbę. Oraz torbę. Bo właśnie miałam wracać do domu. Gdy wyszłam z mieszkania i zeszłam po schodach znów go dostrzegłam, a nasze spojrzenia się spotkały. Mierząc się wzajemnie wzrokiem ja podążyłam wzdłuż jednej ściany ku drzwiom wyjściowym, on wzdłuż drugiej ściany podążył ku drzwiom.. tym drugim…

Dygresja: wiecie, jak to w kamienicach – drzwi, trzy schody, znów drzwi i dopiero mieszkania. A jak nie wiecie, to kopnijcie swoją imaginację. Koniec dygresji.

Otworzyłam drzwi na oścież i czekałam w nadziei, że szczur zaczai, że nie zamierzam go zbić ani nic, aleeee nieeee. Trząsł się w drugim  końcu przedsionka i łypał od czasu do czasu w moją stronę. Mój tramwaj zapewne odjechał w tym momencie.

Mój wysoko rozwinięty imperatyw poprawności wszelakiej nie pozwolił mi ani zostawić szczura w środku, ani zostawić otwartych drzwi. Postanowiłam działać.

Weszłam do środka przekonana, że jak mnie zobaczy, to ucieknie prosto do wyjścia. Aleeee nieeee. Zestresował się biedak tak bardzo, że wydał z siebie jakieś dziwne dźwięki i skacząc na wszystkich swych kończynach zaczął niebezpiecznie się do mnie zbliżać. (Wtedy padła pierwsza „kurwa”.)

Nie to, że ja się boję szczurów, czy coś. On bał się bardziej i na pewno był cały spocony. Na ogonie. Nie bardzo jednak odpowiadała mi wizja, że on mnie użre, dostanę wścieklizny i pojadę do dupy, a już na pewno nie na sanki… narty… nie do Dubaju w każdym razie.

Nudziło mi się, więc zadzwoniłam do Joli. Tośmy se trochę pogawędziły. Potem zadzwoniłam do Wenus.  I znów miła pogawędka. I wtedy wylazł. Ale akurat wpadł prosto na mnie! Wystraszył się i zwiał z powrotem do środka. Zapewne w tym momencie odjechał mój pociąg.

(Padła druga „kurwa”).

Panowie z „Hamowni”, którzy kręcili się w pobliżu, z zaciekawieniem zerkali w moją stronę, jak z tobołami skaczę po rabatkach albo zza węgła spoglądam i kurwuje. Ale żaden się nie zjawił, żeby zapytać, czy ja aby na pewno się dobrze czuję.

Kiedy na chodniku przed kamienicą umarłam z nudów i gorąca, szczur poczuł się bezpiecznie i sobie poszedł. A ja kopnęłam swoje zwłoki, zamknęłam drzwi i pobiegłam na pętlę – tramwaj oczywiście odjechał beze mnie… Ale nie ma tego złego – podjechałam innym, a potem z buta plantami w stronę PKP i tam spotkałam mojego przeuroczego dawnego lektora od języka obcego. Odpowiedziałam wdzięcznie „dzień dobry” i posłałam mu swój najbardziej promienny uśmiech, który na pewno przyćmił to, że byłam zziajana, rozczochrana, rozmazana i okulbaczona.

Dotarłam w końcu do dworca. Ale te kocie łby to chyba celowo tam są po to, żeby takie pańcie srańcie w zajebiście nienadających się do biegania japonkach oraz spadujących spodniach biodrówkach (bo trzeba mieć jeszcze biodra, a nie tylko dupę) nie zdążały na pociąg. Ale ja zdążyłam. Uff…

 

Re

 

 

Wiadomośc z ostatniej chwili: SZCZUR W APARTAMENCIE!

resztę notki dopisze Regina.... albo życie...

 

Jol.

 
1 , 2
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl