Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
wtorek, 30 sierpnia 2011

Zainspirowana blogiem i-love-stilettos.blogspot.com

postanowiłam sporządzić własną listę 100 rzeczy, które muszę zrobić przed kopnięciem w kandelabr, bo jak nie - to umrę!

 

Oto one (100 czy 70....co za różnica, i tak dużo).

 

Jol.

Uświadomiłam sobie niedawno, że właściwie od sześciu czy siedmiu lat nie oglądam telewizji... Też tak macie? Nie mam pojęcia, co się tam wyprawia.

Niedawno natomiast czytałam w gazecie o nowych ramówkach tefałenu, dwójki, piątki, polgniotu i innych stacji i mam dziwne wrażenie, że niewiele się zmieniało od czasu, kiedy ostatni raz sięgałam świadomie po program telewizyjny. Te same twarze, tylko trochę bardziej naciągnięte lub bardziej nalane, te same seriale, tylko aktorzy mają więcej wprawy w wypowiadaniu kwestii: "Oh! Witaj, cześć! Ohoho! Cmok, yyym wchodź, cmok. Właśnie podawałam obiad. Może zjesz z nami?", te same formaty show.

Co do szołów najbardziej dziwi mnie to, że przez te kilka lat ciagle jeszcze nie znaleźli tego wielkiego talentu wokalnego. Ciągle szukają. Wytrwale. Może warto poszukać np. w szkołach muzycznych? Tam na pewno ludzie potrafią śpiewać. Swoją drogą, nie rozumiem dlaczego szukamy akurat talentu wokalnego. Ja to bym chciała, żeby znaleźli jakiegoś wybitnego piekarza, bo to, co kupuję ostatnio w sklepach ciężko nazwać chlebem. Albo fryzjera! O! Domorosły fryzjer-geniusz. Jakby znaleźli talent w tej dziedzinie, to miałby człowiek wzięcie większe niż Michał Szpak w Kokonie (o ile tam kiedykolwiek był, ale gdyby był to na pewno miałby wzięcie). Możnaby też poszukać talentu w dziedzinie zapowiadania pociągów na dworcach. W tej branży ciężko, ciężko o uzdolnionego artystę. Najczęściej jakieś dada albo ekspresjonizm, a tu trzeba zdolnego realistę, co by jasno i wyraźnie umiał wypowiedzieć słowo "peron" i wymówić jednoznacznie cyfrę, która stoi obok tego słowa. Ale nic. Będziemy mieć miliony wokalistów. W sumie, jak to zwykle bywa w moim przypadku w temacie tiwi - serdecznie zwisa mi to i powiewa. 

I drugi temat, który chciałam poruszyć i zostawić bez puenty to własnie temat zwisania i powiewania. Jako, że Doda była kiedyś moją idolką w kwestiach życiowych, zauważyłam, że często w wywiadach przyznawała się do posiadania różnych rzeczy i spraw w pozycji zwisania i powiewania. Ostatnio Doda przestała być moją idolką w kwestiach życiowych, ale umiejetność trzymania pewnych rzeczy i spraw w pozycji zwisania i powiewania nadal budzi mój ogromny podziw i zazdrość. Chciałabym, tak jak ona, umieć umieszczać tyle spraw, rzeczy i ludzi w tej pozycji. Zwieszać i pozwolić by powiewały. To moje marzenie od czasu, kiedy zbyt dużo ludzi, rzeczy i spraw pakuje mi się na głowę i zamiast zwisać i powiewać wali mnie jakimś tępym ciężkim przedmiotem w potylicę. Zwisajcie zatem i powiewajcie! W trybie NOW!

Uroczyście więć, jak za dawnych dobrych czasów Kapelutków, inauguruje Wielką Akcję Nauki Zwieszania i Powiewania Niektórych Ludzi Spraw i Przedmiotów, w skrócie WANZiPNLSiP.

 

Jol.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

To ja Jolanta - ktoś jeszcze pamięta? Kiedyś tu pisałam.

Wróciłam z tygodnia nad morzem (plus Toruń i Łódź po drodze). Tygodnia, który z powodzeniem mogę zaliczyć do najlepszych dni w moim życiu. Morze i mąż. Czegóż chcieć więcej? Właśnie niczego nie chciałam. Byłam wolna, radosna, lekka, sympatyczna, szczęśliwa. I niestety wróciłam w te cholerne góry i znowu jestem przybita, przygnebiona, przywiązana, z całym balastem myśli, które nie dają mi spokoju.

Kontrast pomiędzy brakiem powodów do zmartwienia nad morzem a toną problemów po powrocie, sprawa, że jeszcze bardziej nienawidzę południa Polski, choć ono nie jest niczemu winne. Choć może jest. Nie wiem. 

Wiem za to, że potrzebuję normalnej pracy, bo to co sie dzieje teraz to jest jakaś szopka, a nawet szopa, której kompletnie nie ogarniam. 

Nie wiem , w którą stronę iść...

 

 

J.

niedziela, 28 sierpnia 2011

 

Ach, co to był za tydzień. Pełen stresu, niezdrowego jedzenia i chodzenia na obcasach po kilkanaście godzin dziennie. Bólu głowy, bólu brzucha, bólu nóg. Plusy? Tylko jeden - moja ręka została obcałowana przez sławne persony. I choć bardzo tego całowania w rękę nie lubię, to jednak w ich staromodnym wykonaniu było to nawet urocze.

Zaczynam "być w branży". Nazwiska, które wcześniej brzmiały mi tylko gdzieś z tyłu głowy, teraz mają już swoje twarze, a nawet całe sylwetki. Poza tym zamieniłam "was" na "nas". Teraz już coraz częściej mówię "u nas w firmie". Zadomowiłam się. Choć w sumie nie bardzo chciałam.

Jutro wolne. Odbieramy nadgodziny. Plan? Odgruzować swój pokój. Zrobić pranie. Pobiegać. Na więcej raczej nie starczy czasu. A od wtorku próba ogarnięcia spraw, który spychane od dwóch tygodni na margines życia biurowego walają się już nawet po podłodze.

Dobra strona tej całej harówki jest taka, że nie ma kiedy myśleć. A jasień przecież zawsze skłania do wzmożonych refleksji.

 

 

 

Re

środa, 24 sierpnia 2011
.
.
- A gdzie ty idziesz?
- No jak to gdzie? Biegać.
- Wychodzisz o 7 rano, wracasz o 9 wieczorem i jeszcze masz siłę, żeby biegać?
- Nie mam siły i właśnie dlatego idę biegać.
.
.
.
Maraton trwa. A, że tak powiem, jutro to się dopiero zacznie!
Przez najbliższe dwa dni będę pracować po... bo ja wiem... jakieś siedemnaście godzin. Oraz w sobotę około osiem. Nadgodziny. Duuuuużo nadgodzin.
.
Niektórzy zarzucą mi, że wliczam w czas pracy przerwy, które mam pomiędzy pracą właściwą (biuro) a iwentem, który zaczyna się wieczorem. Dlaczego nic sobie z tego nie zrobię? Bo, proszę państwa, normalnie po robocie mogłabym przywlec się do siebie na Przedmieście, spokojnie zjeść obiad, transformować w piżamę, wleźć pod koc i mieć wszystko w mojej szanownej wielkiej (acz niezwykle zgrabnej) dupie. Gdy tymczasem muszę wpaść do domu jak po ogień, a właściwie wodę (prysznic) i wykonać wokół siebie szereg zabiegów upiększających typu włos, pazur i oko. A następnie gnać do innego miasta (w niezbyt komfortowych warunkach - dodam) na imprezę, która dla mnie akurat z imprezą nic nie będzie mieć wspólnego. 
Adulthood sucks!
.
.
R.
.
.
niedziela, 21 sierpnia 2011

 

Stoję sobie ostatnio w drogerii w kolejce do kasy. Za moimi plecami znajdują się półki z perfumami. I właśnie stamtąd dobiega do mnie taki oto dialog:

 

- Feee, niee, śmieeeerdzii.

- No, masz rację. To zapach dla starszych kobiet. Wiesz, takich po trzydziestce.

 

Moja twarz po tych słowach przyjęła mniej więcej taki wyraz: O_O  

Odwróciłam się, żeby rzucić pełne pogardy spojrzenie w stronę, jak się okazało, dziewcząt mocno nastoletnich. A potem spojrzałam do swego koszyka, z którego uśmiechał się do mnie promiennie mój pierwszy krem przeciwzmarszczkowy...

 

 

Regina Falangi (l. 26)

 

czwartek, 18 sierpnia 2011

Jestem beznadziejna. Nawet jak SE postanowię nie pisać do odwołania i Regina SE postanowi nie pisać do nie wiem kiedy, to i tak sprawdzam Kapelutki licząc, że ktoś coś napisał... Damn O_o

Tęsknię za Kapelutkami z czasów:

i w oooogóle za tymi czasami... JOL.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

 

Miniony tydzień był naprawdę słaby. Głównie w tak zwanym życiu osobistym, ale nie omieszkało odbić się to na pracy. Muszę przyznać, że mało zrobiłam. Pracowałam w przerwach między jednym papierosem a drugim, między jedną a drugą kawą i między jednym a drugim atakiem płaczu w toalecie. Skończyło się na tym, że zabrałam robotę do domu i robię wszystko, żeby teraz się za nią nie zabrać.

O szyby deszcz dzwoni deszcz dzwoni jesienny... Muszę wyjechać na kilka dni. Zakopane? Kraków? Zanzibar? Idę biegać. 

 

 

Re

niedziela, 14 sierpnia 2011

 

Od dłuższego czasu noszę się z zamiarem, żeby ogłosić koniec swojego blogowania. Regina po prostu się wypaliła. Wczoraj Jolanta poinformowała nas, że zawiesza pisanie. Choć raz czujemy podobnie w tym samym czasie, a to oznacza, że Kapelutki najwyraźniej zmierzają do końca. Ale, jak mówi poeta, all good things come to an end, czyż nie? Czy Kapelutki umrą poprzez samospalenie czy powieszenie nie ma znaczenia. Znaczenie ma fakt, że chyba coś się zmienia. A zmiany przecież są dobre.

 

Re

sobota, 13 sierpnia 2011

Ja pitolę, nie. Tak być nie może. Wczoraj dodawałam wpis przez pół godziny. Blox się zesrał i nie przyjął. Wpis był w docu. Mąż zamykał, nie zapisał. Nie ma wpisu. Nie chce mi się powtarzać.

A było o tym, że zawieszam pisanie bloga w trybie NOW na czas DO ODWOŁANIA. Było tez o tym, że wizyta z Halszką w chińskim supermarkecie pełnym małych kolorowych ubrań, prastykowych zabawek, kosmetyków z oleju silnikowego, talerzy z zodiakami, minigolfów, suszonych kwiatów i gumowych piłek okazała się najbardziej przygnębiającym doświadczeniem ostatnich tygodni. I nie dlatego, że normalnie noszę rozmiar S/M a w chińskim supermarkecie rozmiar XXL był na mnie za mały i też nie dlatego, że łażąc między regałami myślałam o małych chińskich rączkach, które rano trzymały mikroskopijną miskę ryżu a po południu szyły bluzki z nadrukiem "Young Generation! Yeah! Come ON! Baby, lets do it!" czy innym równie urzekającym napisem. Nie, nie dlatego. Tylko dlatego, że… właśnie nie wiem dlaczego… po prostu to miejsce okazało się epicentrum przygnębienia. Antyczakramem rzekłabym. Weszłam tam z ciekawości z wyszłam z brutalnie odebranym sensem życia.

I to też jeden z powodów, dla których zawieszam pisanie bloga w trybie now do dowołania. Muszę zrobić porządek w mieszkaniu, wyrzucić meble, ciuchy, gary. Zedrzeć boazerię - znak dawnych czasów, rozwieść się z mężem, takie tam codzienne sprawy.

Poza tym nie chce mi się już nawet gotować. Pascal przewróciłby się w kuchni, jakby to usłyszał. Po prostu - nie gotuj. Po prostu nie gotuję. To moje nowe motto. Nie gotuj, nie jedz, nie pisz, rób rozpierduchę. Tyle mam ochotę ostatnio robić.

Dobranoc do odwołania

JOL.

.
.
Piję turecką zieloną herbatę. Prawdziwą - ususzone listki i łodyżkę, które sama połamałam palcami, a nie jakieś tam torebki czy inne wióry, które koło zielonej herbaty prawdopodobnie nigdy nie leżały. Przez chwilę miałam ochotę dodać jeszcze świeżej mięty, ale odkąd mamy psa z dystansem podchodzę do wszystkiego, co rośnie na naszej posesji. 
.
A propos rośnięcia. W horoskopie napisali, że pora dorosnąć, zmienić swoje życie. To poszłam do fryzjera. Każda kobieta podświadomie uważa, że nie ma nowego startu bez nowej fryzury. Nie jestem oryginalna. Nie jestem też już ruda. Ani blond. Horoskop kazał dorosnąć, więc zrobiłam dorosły nudny brązowy kolor. Wyglądam dobrze. Ładnemu we wszystkim ładnie.
.
Nie lubię chodzić do fryzjera. Nie lubię, gdy ktoś obcy dotyka moich włosów. I jeszcze w obecności osób trzecich. Też obcych. Moje włosy są święte. Look but don't touch. You touch and you die. Zawsze słucham tego samego wykładu, że włos kręcony z natury jest suchy i trzeba go NAWILŻAĆ, PROSZĘ PANI! Bardziej, mocniej, lepiej. Wiem o tym, ale nie mam czasu, kasy i rzadko kiedy się nawet czeszę. Ale ok, postanawiam się poprawić, obiecuję. Drugi standardowy temat to pogoda. "Piękną mamy jesień tego lata, don't you think?" Na szczęście wczorajsza pani nie próbowała na siłę podtrzymywać rozmowy, zaproponowała kawę i obcięła mi włosy tak, jak chciałam. Nie to co kiedyś: "Tnę, tnę i ciągle za krótko!"
.
Gdyby kobieta chciała być zawsze idealnie wydepilowana, mieć idealne włosy, skórę i paznokcie, idealnie ukształtowane przez ćwiczenia aerobowe, basen, body ball, pilates, BPU, AGD i PCV ciało, to jej TBC byłaby pewnie świetna, ale psychika wymagałaby leczenia na oddziale zamkniętym w pomieszczeniu pozbawionym kolorowych kobiecych pism traktujących o zdrowiu i urodzie. URODA NIE MA NIC WSPÓLNEGO ZE ZDROWIEM! Chociaż nie, jednak ma - SEN. Bez snu to ani zdrowia ani urody. Bessęsu. 
.
Tydzień był ciężki. Życie w permanentnym bólu i stresie mi nie służy. Palenie nie sprawia mi przyjemności. Raczej nudności. To samo tyczy się kawy. I nie, może nie jestem w ciąży. 
.
Wczoraj mieliśmy oglądać spadające Persefony, Orfeusze i Leonidasy, ale zachmurzenie duże oraz mój globus histericus nam to uniemożliwiły. Halszka widziała jednego Leonidasa jak sobie pikował w dół pomiędzy jednym cumulusem a drugim, ale akurat zapomniała wypowiedzieć życzenia. 
.
Ja, odkąd skończyłam 15 lat, nie wypowiadam życzeń w niebo. Ale odkąd zaczęłam pracować czytam horoskop;) A horoskop mówi mi, że mam zmienić swoje życie. Fryzjer już był. Teraz czas na szoping. Wczoraj było Matki Boskiej Pieniężnej;)
.
.
Re
.
.
czwartek, 11 sierpnia 2011

 

Miało być: szybka kawa i długi spacer.

Było: szybka kawa, dłuuuugie wino i krótki spacer.

Jest: śruba i perspektywa zanikającego piątku.

 

Re:)

poniedziałek, 08 sierpnia 2011

Dzisiaj nie będzie śmiesznie. Nie wiem nawet czy będzie mądrze. Nie może być zawsze śmiesznie. Mam wrażenie, że na Kapelutach, nawet jak sie wszystko wali, to i tak jest śmiesznie (albo przeceniam nasze zdolności :)). Teraz się nie wali, ale chętnie bym zobaczyła jakąś małą rozpierduchę. Nie małą. Wielką! Wielka rozpierduchę ww moim życiu. Tak, przeżywam okres refleksji egzystencjalno-anarchistycznej.

Jeszcze na pierwszym roku studiów powiedziałam głośno sobie i rodzinie, że nie chce i nie będę mieć życia z powielacza. Że, jak poczuję Ace Ventura-Zew Natury, to wyjadę na Galapagos, będę się gapić na zwierzęta, pić rosę w liści i gardzić łącznością telefoniczną. Tak zrobię. I co? I nic. Patrzę za okno – to raczej nie Galapagos. Jestem zła, wkurzona wręcz. Nie będę pisać o systemie, matrixie i innych takich, bo wiecie, co mówią o systemie (jak mawia Pan M.: Raz to mówią, a raz nie).  Jestem zła, bo nie robię tego, co chce robić. Bo nie żyję, tak jak czuje, tylko tak, jak pozwala sytuacja. Myślę sobie, że za dużo mam i za dużo mam do stracenia, żeby zrobić to, co chcę. A w rzeczywistości to złudne, prawda? Boje się, o coś, co i tak kiedys szlag trafi. Rzeczy materialne, pieniądze, nawet ludzie. Ostatecznie nie zostanie nic.

A z drugiej strony - podobno coś się na tym buduje. Tylko, ze jakoś tego nie widzę. Tej budowli na przyszłość. Poza tym – buduje się? Samo się buduję? Czy ja buduję? Chyba jednak nie ja. Naprawdę, czuję, że się pogubiłam. Że nie tego chciałam, nie o tym marzyłam, kiedy jeszcze wydawało mi się, że świat jest z gliny i można sobie ulepić, co się tylko zechce. Wiem, że brzmi to enigmatycznie, ale co będę tutaj świecić bebechami. Po prostu patrzę na to życie i mam wrażenie, że śpię. Że trzeba się obudzić i coś rozpierdzielić….

 

 

Mam jeden pokój do remontu...

 

....

 

(tak kończy się anarchia poprawnych obywateli, damn it :/)

 

 

JOL.

niedziela, 07 sierpnia 2011

 

Dziś coroczny Wielki Gryll u Wielkiego Wizjonera. Pamiętacie, co działo się w zeszłym roku? Nieeee?? To sobie można przypomnieć.

TU.

W tym roku demolka powinna być mniejsza, gdyż Pan Dziwny ma się nie zjawić ;) Poza tym, jesteśmy starsi, więc imprezę zaczynamy i kończymy wcześniej. Gdybyśmy chcieli się rozejść, tak jak ostatnio o 4 rano, to chyba musielibyśmy pójść od WW prosto do pracy. 

Jeśli chodzi o moje prywatne życiowe tragedie (wiem, że zawsze chętnie o nich czytacie;)), to ostatnio głównie ryczę z bólu. I, co najciekawsze, nie o ból istnienia tu chodzi, a o całkiem fizyczny ból z lewej strony mego ciała od karku, przez łopatkę z promieniowaniem w kierunku łokcia. Serio, boli mnie. Napierdala. Najpierw myślałam, że to zawianie, ale w zawianiu ból z czasem mija a nie nasila się. A żadne szpreje, prochy, maści, i inne paści nie działają. Teraz wydaje mi się, że se coś naciągnęłam przy tych nadrabinnych wygibasach tydzień temu w sobotę. 

Nic to. Co zrobię, jak nic nie zrobię? Nic nie zrobię. Dobrze, że mam wysoki próg bólu...  A może jest na sali wykwalifikowany masażysta?

 

Re

czwartek, 04 sierpnia 2011

Powróciłam. Mam nadzieję, że z tarczą (jeszcze nie zadzwonił kierownik biura...). Było ciężko. Bywało nawet niesamowicie ciężko, osiagnełam level GURU w dziedzinie niespania, ale było warto. Jak zwykle poznałam ogromną liczbę rewelacyjnych ludzi, którzy odbudowali moją wiarę w ludzkość. Zrobiłam 3,5 tys. zdjęć, z czego połowa - jak patrzę - jest całkiem niezła. Miałam nawet 4 (słownie: cztery) wolne chwile, kiedy mogłam pograć w siatę i popływać. I przede wszystkim, po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że lubię pracować z młodzieżą. 

Po tak intensywnej pracy i tylu nieprzespanych nocach  powinnam teraz padać z nóg, a mam tyle energii, że mogłabym wziąć udział w triatlonie, namalować Panoramę Racławicką w negatywie a potem stoczyć walkę na kije. Jak te dzieci to robią? Promieniują energią czy co?

JOL.

 
1 , 2
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl