Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
wtorek, 28 sierpnia 2012

 

Pudel właśnie doniósł, że Maria Czubaszek wydaje rocznie na papierosy 26 tysięcy złotych, gdyż wraz z mężem bardzo lubią się podtruwać. Czem prędzej chwyciłam w dłoń kalkulator i dokonałam obliczeń. Uff. 1800. Nie jest źle.

Z drugiej strony znalazło się to 1800, które mi zawsze brakuje na wakacyjny wyjazd do Sharm el-Sheikh... Liczby jednak nie kłamią. I dają do myślenia.

 

Re

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

 

Wenus pisze:

 

Od rana wmawiam sobie, że jak nowy tydzień, to musi być lepiej!
Mój bilans z poprzedniego tygodnia:
 
niedziela
- zostawiam telefon  w Krakowie (odzyskuję go dopiero w czwartek)
 
poniedziałek
- zepsuł mi się terminal do płatności kartą w pracy
 
wtorek
- mój laptop ląduje w serwisie
 
środa
- drukarka przestaje działać
 
czwartek
- łamię paznokcia - odrywa mi się płytka paznokcia przyrośnięta o palca, wygląda to obrzydliwie
 
piątek
- rozlewa mi się w walizce szampon, przecieka przez kosmetyczkę i zalewa ubrania pod nią, zostawiając plamy na nowej wypasionej koszuli Lumberjacka na weselną serię
 
sobota
- rozwala mi się zamek w spodniach
- gdy idziemy z Lumberjackiem pojeździć na koniach okazuje się, że 5 minut wcześniej uciekło na sąsiednie wzgórze całe stado - 30 koni - więc nie ma na czym jeździć
- w zamian za konie wybieramy się na przejażdżkę rowerową, wracamy po 15 minutach, bo przednie koło nie trzyma powietrza i robi się kapeć
 
niedziela
- odpada mi podeszwa w butach
- siada mi akumulator w samochodzie - tata Lumberjacka musiał mi na ratunek z innym akumulatorem przyjeżdżać (a byłam 90 km od domu)
- dla rozładowania nerwów wybieram się na rower - tym razem sama, bo mamy tylko jeden sprawny - wracam przemoczona do suchej nitki
 
Będzie już tylko lepiej, prawda?

 


NO NIE WIEM... :) Re

sobota, 25 sierpnia 2012

 

Wczoraj zasłabłam w drodze do pracy... Weszłam do sklepu po mleko i "Witaminkę" i nagle świat zaczął wirować a pani sprzedawczyni baaaaaaaaaardzo wolno wydawała resztę. Wyszłam na ulicę i na pamięć udałam się w stronę ławki. Dotarłam do niej w ostatnim momencie - za chwilę bowiem oblał mnie zimny pot i jednocześnie uderzyła we mnie fala gorąca. Czułam, że nie panuję nad własnym ciałem. Po kilku minutach wstałam i niepewnie ruszyłam w stronę biura. Szłam w miarę szybko, by jak najprędzej znaleźć się w miejscu, gdzie ktoś znajomy będzie mógł mi pomóc w razie czego. Nawet jeśli to miałaby być ta francowata księgowa "z góry".

Dotarłam do pracy, nalałam sobie szklankę wody i usiadłam w fotelu - nie mogłam zrozumieć, co się ze mną ostatnio dzieje. Wpadłam na pomysł, że chyba muszę coś zjeść. Nie przewidziałam jednak, że ziarenko z bułki wejdzie mi w felernego zęba i spowoduje nagły atak bólu nie do zniesienia. Łzy krokodyle spłynęły mi po policzkach. Poczułam się maksymalnie bezradna, zupełnie nie wiedziałam, co robić. Połknęłam szybko jakieś proszki, wyciągnęłam z kosmetyczki szczotkę i pastę i poszłam do łazienki szorować zęba dopóki mi nie przejdzie. W moich myślach popłynęły inwektywy pod adresem dentysty, który powiedział, żeby nie rwać, bo na pewno da się wyleczyć. Tyle, że leczy już 4 miesiące i nic! Po 20 minutach ból ustał.

Wróciłam do pokoju, usiadłam na krześle i z miejsca rozbolała mnie głowa. Była dopiero 9.00. Perspektywa pracy do 16.00 odebrała mi resztkę sił. Gdy przyszedł Boss wzięłam się jednak w garść i skoncentrowałam się na robocie. Z bólem głowy w tle i nerwobólami w lewej nodze (nie wspominałam wcześniej o nerwobólach?).

Po 16.00 zadzwoniła koleżanka, że koniecznie chce się ze mną widzieć. Poszłam niechętnie na spotkanie i półprzytomnie wysłuchałam jej frustracji. Około 18.00 wsiadłam do autobusu, który miał mnie zawieźć na Przedmieście. Gdy tylko ruszył, niebo się rozwarło i wyrzuciło z siebie ścianę wody. Ludzie zaczęli zamykać okna, po paru sekundach w środku zrobiła się sauna. Smród i malaria. Zrobiło mi się niedobrze. Ból głowy, który nie opuszczał mnie tego dnia ani na chwilę, nagle się spotęgował. Gdyby nie to, że miałam miejsce siedzące, pewnie bym upadła na jakiegoś spoconego pasażera. Trzymałam się tylko dlatego, że miałam nadzieję, że moje wszystkie piątkowe dolegliwości miną wraz z nawałnicą. Nawałnica minęła, dolegliwości nie.

Wysiadłam z autobusu ledwo żywa. Szybko wyprzedziłam sąsiadkę zanim zdążyła do mnie zagadać. Miałam ochotę zwymiotować. Dostałam ślinotoku i nie nadążałam z przełykaniem. Wypluwałam więc ślinę o metalicznym posmaku i wodnistej konsystencji na ziemię, a ludzie, którzy mnie mijali, patrzyli na mnie podejrzliwie.

Przyszłam do domu i padłam niczym żołnierz maratoński Filippides, który dobiegł do Aten, powiedział, co miał powiedzieć i umarł.

Noc była równie ciężka, co dzień.

 

Regina

 

Ps.

1. A może chodzi po prostu o to, że Jola ma brzuch, a ja mam objawy?

2. Pamiętajcie o ankiecie piętro niżej!

 



czwartek, 23 sierpnia 2012

Ponieważ nie za bardzo mam o czym pisać... albo inaczej... nie za bardzo mam o czym pisać poza jednym tematem, który może niekoniecznie pasuje do tegoż własnie bloga, potrzebuję przeprowadzić krótką ankietę. Ankieta ta odpowie mi na pytanie czy pisać, czy zamilknąć na czas jakiś, może nawet dłuższy, no tak... powiedzmy... z 24 lata.

Pytanie ankietowe brzmi (odpowiedzi można udzielać w komentarzach podając wybraną opcję):

Czy jeden z Kapelutków może przez jakiś czas być ... no taki pękaty...jakby to powiedzieć... no powiedzmy... brzuchaty? Taki trochę jak ten...

 

... albo może nawet trochę bardziej?

 

Odpowiedzi:

a) tak! hurra! ale fajnie!

b) pani chyba żartuje!

c) protestuję i stanowczo mówię stanowcze nie

d) nie rozumiem... :/

e) kiedy wszystkie inne strony w internecie poza YouTube i Kapelutkami będą zablokowane, a ja już obejrzę wszystkie dostępne na tubie odcinki Pamiętników z Wakacji (dwa razy), ostatecznie mogę poczytać u Was o tym...

d) nie widzę przeciwwskazań 

e) ale o so cho?

 

Odpowiedzi, jak już mówiłam, można udzielać poniżej... nie pod stołem, tylko poniżej wpisu, w komentarzach...

JOL.

środa, 22 sierpnia 2012

 

Obudziłam się dziś rano z bólem zęba, który już kosztował mnie 500 zł., a końca leczenia nie widać. Potem przypaliłam żelazkiem nową bluzkę. Same straty.

Pogoda mnie dobija - skoki ciśnienia, ciepło-zimno. Wczoraj pierwszy raz w życiu bałam się, że zwyczajnie przewrócę się na ulicy i umrę. Czułam się tak, jakby zawodnik sumo siedział na mojej klatce piersiowej. Wiem, że to brzmi jak erotyczny koszmar, ale tak właśnie się czułam. I jeszcze bolała mnie głowa aż do mdłości.

Końcówka miesiąca zapowiada się nerwowo. Nie lubię końcówek miesiąca. Początków też nie lubię, bo nagle po uregulowaniu wszystkich opłat okazuje się, że znów mam debet.

W radiu ciągle mówią, że ma być jeszcze gorzej. Jak to JESZCZE GORZEJ? To znaczy, że co? Że będę musiała przestać jeść, myć się, PALIĆ?

Znów nie widzę światełka w tunelu. Niech ten sierpień się już skończy.

 

Re

wtorek, 21 sierpnia 2012

 

Siedzę w robocie i nie odbieram telefonów od wkurwionych klientów.

No po co mam odbierać i się stresować? Ja nic nie wiem. Nie wiem, nie interesuję się, nie wiem. Nie odbieram telefonów. Nie odpisuję na maile. Niedługo ma przyjść Boss i mamy radzić, co dalej począć i jak ogarnąć ten burdel, który rozpanoszył się wokół nas (nie z mojej winy dodam). Do tego czasu - ODMAWIAM SKŁADANIA ZEZNAŃ!

W związku z ostatnimi wydarzeniami w życiu zawodowym i osobistym składam niniejszym deklarację, że we wrześniu idę na urlop! Nie na tydzień. Na dwa. Minimum.

 

Regina

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

 

Urlop do zuooooo. Tak, tak, urlopy powinny być ustawowo zakazane. Wykreślone, zabronione, zbanowane, wyrugowane z głów i kalendarzy. Albo ustawowo zakazane powinny być urlopy krótsze niż miesięczne. No bo co to jest tydzień urlopu? Tydzień to najgłupszy okres czasu, jaki można na cokolwiek przeznaczyć (z rozbiegu przeznaczany zawsze na wszystko, nawet jeśli zrobienie tego zajmuje trzy godziny albo trzy lata). Tydzień. Do dupy z tygodniem! Tydzień jest zły na urlop bo:

a)      to za krótko, żeby oderwać się myślami od pracy

b)      wystarczająco długo, żeby zawalić 50 proc. ważnych terminów.

 

Przecież nie będziesz w trakcie tygodniowego urlopu siedzieć na mailu i telefonie, bo coś tam wypadło i trzeba to zrobić. Ale z drugiej strony nie możesz przestać myśleć o tym, że jak wrócisz to to będzie niezrobione i ty za do oberwiesz. W rezultacie:

a)      sprawa jest zrobiona ale w sposób urągający zasadom załatwiania spraw w twojej branży, a ty nie jesteś wypoczęty po urlopie, bo cały czas – pracując oczywiście - bijesz się z myślami, czy pracować podczas urlopu czy nie.

b)      sprawa nie jest zrobiona, a ty nie jesteś wypoczęty bo przez cały urlopu zastanawiasz się, co będzie, jak wrócisz i okaże się, że sprawa nie jest zrobiona

c)      albo  gorzej – sprawa jest zrobiona, a na ciebie patrzą jak na wariata, który pracuje podczas urlopu.

 

Aaa tak, delegowanie zadań. Oczywiście, że istnieje coś takiego jak delegowanie zadań. Tylko co, kiedy nie ma się ani zastępcy, ani drugiej osoby, która zajmuje się tym samym, co ty? Tydzień to za mało, żeby wdrożyć kogoś, no powiedzmy jakiegoś praktykanta, w to, co trzeba w ten tydzień zrobić, tak, żeby on w tenże tydzień się z tym uporał.

 

Właśnie jestem po tygodniowym urlopie i mówię stanowcze, zdecydowane, twarde NIE TYGODNIOWYM URLOPOM! Albo miesiąc albo wcale. Co prawda moja sprawę załatwiłam tak, że po dwóch dniach bicia się z myślami,  przeniosłam ją na za tydzień J

Drugiego dnia urlopu rozładował mi się także firmowy burok i nie mogłam znaleźć  ładowarki, więc Bogu dzięki nie musiałam już dłużej bić się z myślami, czy odbierać czy nie (tak wiem, normalni ludzie nie mieliby tego dylematu, ale ja naprawdę lubię swoją pracę i chciałabym … dla niej jak najlepiej J. No co?  Jak mówi Garfield: „Tak się składa, że niektórzy lubią anchois”)

Ale i tak w pourlopowy poniedziałek byłam bardziej styrana niż w przedurlopowy piątek. Moje oczy biegały między oknem, ekranem komputera, klientem, kanapką w kuchni i paprochem na podłodze, głównie koncentrując się na oknie, kanapce i paprochu. Nie powiem pomiędzy czym a czym biegały moje myśli. Poniedziałki pourlopowe powinny być zakazane, o ile urlop trwał krócej niż miesiąc.  Ament w pacierzu i zdania nie zmieniam.

 

Na szczęście jutro wtorek i wspomnienia urlopowe znikną jak z piczy strzelił.

 

A wszystkim, którzy są przed urlopem życzę miesięcznych tygodni.    

 

JOL. 

 

sobota, 18 sierpnia 2012

 

***

Jeszcze niedawno wydawało mi się, że jestem człowiekiem nie do zdarcia, że coś takiego jak urlop nie jest mi potrzebne, że odpoczynek jest dla mięczaków. Zresztą perspektywa spędzenia wolnego czasu w domu nie napawa mnie radością. Jak mam siedzieć w chacie, to już wolę chodzić do roboty. A na wczasy mnie nie stać. Cóż...

A potem zemdlałam w galerii handlowej i zmieniłam zdanie. Do zdarzenia doszło (na szczęście) w butiku, w którym pracuje Bratowa, która udzieliła mi pierwszej pomocy.

- Co to było? W ciąży jesteś? - zapytała, gdy trochę doszłam do siebie.

- Wprawdzie jem za dwóch dużo pączków, ale rozmnażania przez pączkowanie jeszcze nie opanowałam - odpowiedziałam niechętnie przyznając się do seksualnej posuchy.

Postanowiłam pójść na urlop. We wrześniu. I choćby nie wiem co, muszę się zaszyć na jakimś zadupiu. Wenus zaproponowała, żebym przyjechała do Lasu - rozważam tę opcję zwłaszcza, że żadnej lepszej propozycji na razie nie dostałam. Pohasam nago po łące, pojeżdżę na lanserskim rowerze, poczytam... czy coś... A potem wrócę i będzie wszystko, jak było.

Obecnie jestem chora. Przeziębiona. Jest mi zimno. Mam zimno. Dreszcze. Ból głowy. Rano nie mogłam wstać z łóżka. Mam gości.

 

***

Wenus pożyczyła ode mnie skórzaną spódnicę, w której być może pójdzie na pewną imprezę. Spódnica leży dobrze. Nawet bardzo dobrze.

Wenus: Regina! Twoja spódnica robi robotę. Jak wczoraj przymierzyłam, to przez 15 minut wpatrywałam się w lustrze w swój tyłek, tak dobrze w niej wygląda :)

Regina: Cieszę się. Kup sobie jeszcze pejczyk i zmuś Lumberjacka, żeby się wreszcie oświadczył :)

Wenus: Niezły pomysł. W takiej spódnicy do wszystkiego go zmuszę :)

Chyba sama powinnam zacząć chodzić w mojej skórzanej spódnicy.

 

***

Zmiany. Siostra wyjeżdża na rok za granicę uczyć obce dzieci języka polskiego. Dużo lepsze pieniądze i przede wszystkim komfort psychiczny związany z niemieszkaniem w domu. Komfort zarówno dla niej, jak i dla mnie.

Brat z kolei zamierza spektakularnie odejść z pracy. Dostał nową. U Niemca. Dużo duuuużo lepsze pieniądze. Na tyle dobre, że (jeśli wszystko pójdzie zgodnie z umową) w niedługim czasie będzie mógł wypiąć się na spadek, kupić sobie własną ziemię, wybudować dom i żyć długo i szczęśliwie. Arbeit macht frei.

Ja i Wielki Brat nadal w czarnej dupie. Łudzę się, że gdy dobiję do 30-tki też wszystko zacznie mi się układać. Samo. Tymczasem...

 

Re

piątek, 17 sierpnia 2012

 

Pamiętam, gdy 1 stycznia weszłam z nudów (nudziło mi się wtedy najbardziej w okolicy żołądka - if you know what I mean) na bloga Kasi Tusk  i stwierdziłam, że ta dziewczyna jest niesamowita. Gdy inni leczyli posylwestrowe "zmęczenie", ona dodała wpis, który z miejsca został okrzyknięty (przeze mnie) najbardziej pretensjonalnym wpisem roku. Nie zrozumcie mnie źle - nie mam nic do Kasi. Uważam, że jest bardzo ładna, nigdy nie ośmieliłabym się skrytykować jej stylu ubierania, bo może - jak piszą inni (źli) ludzie - jest nudny, ale zawsze się miło na nią patrzy, taką Kasię next door, skromną, schludną i elegancką. Zresztą cały czas zastanawiam się jak uczynić moje life easier, więc czasem podglądam, co ta Kasia piszę i raz się zgadzam, innym razem nie. Jestem raczej kulturalna w sieci, więc nie trolluje jej w komentarzach, nie biję jej politycznym paskiem chanel i tak dalej. Ale dziś, po przeczytaniu najnowszego wpisu coś we mnie pękło. Poniżej cytuję go, bym później miała się do czego odnieść.

 

Co zrobić, gdy nasz budzik po raz kolejny odmówił nam posłuszeństwa i postanowił nie zadzwonić? Lub gdy perspektywa wciśnięcia opcji "drzemka" była zbyt kusząca? Albo po prostu źle sprawdziłyśmy godziny rozpoczęcia się zajęć na uczelni i do wyszykowania zostało nam zaledwie 10 minut? Czy istnieje szansa, aby ktokolwiek, kto na nas spojrzy nie zorientował się, że rano miałyśmy, aż tak mało czasu?

Pewnie nie. Dziesięć minut wystarczy nam tylko i wyłącznie na umycie zębów i wciągnięcie dresów. Jeśli jednak dysponujemy chociaż odrobinę większą ilością czasu, możemy to osiągnąć. Załóżmy, że szczęsliwie udało nam się wziąć prysznic i wciąż nie być spóźnionymi – z jakich czynności powinnyśmy zrezygnować?

Prosto po wyjściu z wanny dokładnie wytrzyjmy włosy. Jeśli odżywka jest dla nas niezbędna to wybierzmy tą bez spłukiwania. Za suszenie zabierzemy się dopiero po wykonaniu niezbędnych kosmetycznych czynności i wyborze ubrania (dajmy im samym podeschnąć, chociaż przez kilka minut – szybciej je potem wysuszymy i przede wszystkim mniej zniszczymy). Balsamowanie ciała i regulację brwi możemy z całą pewnością odłożyć na wieczór, ale o wykremowaniu twarzy i szyi nie możemy zapomnieć.

Po nałożeniu kremu, nie czekamy na jego wchłonięcie oglądając nasze paznokcie i patrząc na siebie w lustrze, tylko pędem biegniemy przed szafę. Co wybrać? Możliwości jest kilka, ale każda jest klasyczna, aż do bólu:

- aby nie popełnić kolorystycznaj gafy, wybierzcie zestaw oparty na czerni (czarne spodnie, czarna marynarka, czarne buty, czarna torebka – brzmi mrocznie? Cóż, trzeba było wstać wcześniej;))

Hmm... Hmmmm... Po pierwsze wątpię, czy którakolwiek dziewczyna poszłaby do pracy/na uczelnię w dresach. Założę się, ze większość nie ma nawet dresów w szafie. Na dupę z prędkością światła wkłada się dżinsy, top i żakiet i się leci na autobus, który właśnie odjeżdża z najbliższego przystanku. Jak się ma więcej zdrowego rozsądku, to do pracy się dzwoni i informuje o niekontrolowanym poślizgu - od jednego spóźnienia nigdzie nie zwalniają, a zajęcia? Chryste, przecież gdy się jest studentem i się zaśpi, to zwyczajnie przewraca się na drugi bok i się idzie dopiero na następne. Albo następnego dnia. To w końcu dlatego studiowanie jest takie zajebiste. Proste, jak równia pochyła, po której stacza się do doła nasza gospodarka.

Trzeci akapit mnie rozbawił. Chodzi o motyw z balsamowaniem i regulacją brwi. Jeśli ktoś robi to codziennie rano, to gratuluję samozaparcia. Wstawanie o 4.30 i doprowadzanie do ładu zmęczonej twarzy z pewnością więcej daje niż dwie godziny snu.

Dalej jest jeszcze śmieszniej. Po nałożeniu kremu, nie czekamy na jego wchłonięcie oglądając nasze paznokcie i patrząc na siebie w lustrze? Serio?

Powiem tak. Ja zdaję sobie sprawę, że Kasia żyje w deczko odrealnionym świecie pięknych ubrań i drogich samochodów, ale żeby do tego stopnia tracić kontakt z rzeczywistością? Nie zazdroszczę jej, nie życzę jej źle, nie jej wina, że urodziła się córką swego ojca i dzięki temu miała zupełnie inny start niż przeciętna polska młoda kobieta. Ale dawanie tipów typu - "wsiadając do samochodu uważajcie, żeby nie pobrudzić waszych jasnych spodni" - ile procent dziewczyn jeździ na uczelnie własnym autem? Za moich czasów był tramwaj, rower albo piechota. Nie wiem, może po prostu jestem już stara i się czepiam. Może mam zły dzień. Może jednak w głębi duszy jestem zawistna... Może to, co dla mnie jest oczywiste - że rano trzeba się umyć, że ubierać się należy przede wszystkim stosowanie do pogody i jeszcze do okazji. Ale do pogody bardziej, bo okazje rzadziej się zdarzają. Może to dlatego, że gdy zaśpię, to nie działam na oślep, ale potrafię w ułamku sekundy ustalić priorytety... Może pokolenie osób urodzonych po roku '90 tego nie umie... I trzeba im wyraźnie powiedzieć, że brudne ubranie wygląda niechlujnie? Nie wiem. Jeśli tak jest, to może dlatego, że nas wielu rzeczy uczyli rodzice, robili nam kanapki i dawali reprymendę w przypadku zbyt krótkiej spódnicy na zakończenie roku szkolnego. A teraz? Nikt nie ma czasu na takie rzeczy, bo trzeba pracować. Albo na chleb albo na karierę... Może dlatego Kasia musi wychowywać pokolenia, które nie wyniosły z domu podstawowych zasad dobrego smaku 15 lat wcześniej...

Ale wracając do spóźniania się. Przypomniało mi się ulubione powiedzonko Jolanty z czasów studiów i Królewskiego Apartamentu: "Dopóki nie jestem spóźniona, ZDĄŻĘ!" Najważniejsze przecież to nie tracić wiary, we własne możliwości. Czyż nie? :)

 

Regina

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Mój dół/rów/wór, czy jak to jeszcze inaczej nazwać, na razie został zażegnany. Choć pewnie jeszcze powróci. Na razie mam fazę zwyżkową (ach ta psychoza maniakalno-depresyjna). W każdym razie jestem na huśtawce. I trochę mdli…

 

 Szybki przegląd prasy:

 

1. niedawno minęła moja druga rocznica wieczoru panieńskiego! A ja jeszcze go nie skończyłam opisywać. Ale to znaczy, że ciągle jest co opisywać na blogu. Zdradzę tylko czekającym na ciąg dalszy, mrożącej wódkę w lodówce, historii, że podczas mojego wieczoru panieńskiego prawie że pojawił się Grześ Turnau. Prawie. A na pewno rozważał tę możliwość. No w każdym razie na sto procent zostało mu to zaproponowane.

 

2. niedawno minęła także moja druga rocznica ślubu z Panem M. i przyznam, nie tylko dlatego, że on to czyta, przez 98 proc. czasu, jaki ze sobą przeżyliśmy byłam w fazie pierwszo-miłosnej J Więc na razie się udaje i nie ma w tym żadnej ściemy. Ale daruję sobie rozwodzenie się nad tym, jaki on jest cudowny, kochany, cierpliwy, zabawny, uczynny i wiele innych, żeby się nie zrobiło jeszcze bardziej mdło :P  

 

3. kolor włosów black zamieniłam na czerwień granatu. Tego jeszcze na kapelutkach nie było: blond Re i ruda Jol.

 

4. z z rzeczy spędzających sen z powiek: dostałam zlecenie, o którym z dużym prawdopodobieństwem wielu DTPowców marzy. Dodam, że stanęłam w szranki z całą agencją składaczy i zostałam wybrana. Czasem mały może więcej. Bo chce mniej … J

Jeśli mi się uda, to być może już niedługo w Waszym mieście zobaczycie owoce mojej pracy.

 

5. aaa… ze zleceń. Dostałam jeszcze jedno zlecenie, w sumie chyba nawet większe od tamtego. Ale to jeszcze chwila. Jeszcze nic nie godam.

 

6. poza tym… no… życie…

 

Jol.

 

 

niedziela, 05 sierpnia 2012

 

Wracam w nocy do domu autobusem (no co, jaka wypłata, takie taxi, a raczej brak wypłaty - autobus), już zbliżamy się do przystanku, na którym mam wysiąść, gdy wtem jeden z pasażerów dotyka mojego nadgarstka i przemawia następujący słowy:

- Czy byłabyś w stanie podyktować mi swój numer telefonu?

Obdarowałam go najbardziej promiennym ze swym uśmiechów, po czym odpowiedziałam:

- Nie.

- Niee? - zapytał z niedowierzaniem.

- Nie - odrzekłam zdecydowanie pomagając sobie równocześnie poziomymi ruchami głowy.

W tym momencie autobus się zatrzymał, drzwi się otworzyły, a ja wysiadłam. Poszłam w kierunku ławki, zapaliłam papierosa i zaczęłam się zastanawiać. Że kurczę, przecież ten koleś być może nieśmiały jakiś pod wpływem pojawiających się wszędzie w internecie porad "zdobądź się na odwagę i poproś ją o numer" zdobył się na odwagę i poprosił mnie o numer,  a ja powiedziałam, że... nie... Już nawet zaczynałam mieć wyrzuty sumienia, gdy przypomniała mi się pewna sytuacja. Otóż. Wracałam kiedyś tym samym nocnym autobusem do domu. Siedziałam przy oknie, a z siedzenia z mną do moich uszu docierał rozżalony głos. Głos dzwonił do jakiejś dziewczyny przepraszając ją za porę, dziękując wszakże, że odebrała oraz udzielając jej niezwykle ważnej informacji "aleeesienajebaałeeeem". Potem jeszcze się żalił, że jest tak bardzo nieszszęślywy, i jakaś tam go puściła w trąbę i że w związku z tym się naebał oraz że (ponownie) przeprasza za niestosowną porę. Potem już nie wiem, co było, gdyż na szczęście wysiadłam, ale wcześniej zdążyłam spojrzeć na fizys delikwenta. I to był ON.

Poczułam ulgę, że ten dziwny człowiek nie wszedł w posiadanie mojego numeru.

Cholera, nie wiem, co za kretyn(ka) publikuje te wszystkie demoty motywacyjne, że "zagadaj do niej w autobusie" itepe. Nie zagaduj!! Jeśli nie stać cię na taryfę do domu, to nie stać cię też na kobietę, która ukończyła 17 rok życia. Nawet jeśli jej samej nie stać na taryfę. Poza tym, gdy zagadujesz w środku nocy, z miejsca jesteś traktowany jak potencjalny gwałciciel, a to chyba nie jest najlepszy punkt wyjścia żadnej znajomości. Poza tym nigdy nie wolno dotykać kobiety zanim się do niej nie przemówi najpierw. Zanim się jej nie oswoi ze swoją osobą. Bo to... bo to... bo to okropne jest. Wyczucia trochę, na Boga.

 

Re

 

11:12, kapelutki
Link Komentarze (2) »
piątek, 03 sierpnia 2012

 

Na zewnątrz ciepło, a mi wylazło zimno. Nie przypominam sobie, żebym się wczoraj całowała. Nie przypominam sobie, żeby ktoś mnie wczoraj całował (a ja lubię pamiętać takie rzeczy!), poza tym nawet nie wiało... Nie wiem, co z tym fantem zrobić...

Może znacie jakieś domowe sposoby na to cholerstwo? Coś w stylu: wstrzyknąć siki węża do oka albo obłożyć się w całości liściem bobkowym? Bo z obserwacji wiem, że medycyna konwencjonalna nie znalazła jak dotąd skutecznej metody. Leczone trwa tydzień, a nieleczone siedem dni.

Z rzeczy super-nudnych mam napisać 10-stronicowy tekst o mieście, w którym nigdy nie byłam. Czuję się tak, jakbym znów miała napisać magisterkę. Szef dzwoni i pyta, ile już mam, to skłamałam, że 1,5 strony - bo co miałam powiedzieć? Że nadal siedzę okopana przewodnikami i nie mogę ruszyć z miejsca? Bez przesady. Zresztą to też byłoby kłamstwo, bo przecież póki co siedzę na bloxie... fejsbuku... pudlu...

Poza tym mam przerwę śniadaniową. Jem obwarzanka z solą i piję colę z cytryną. Samo zdrowie! Teraz już znacie sekret mojej idealnej sylwetki.

A tak w ogóle dziś w rannym autobusie napadła mnie znienacka taka refleksja. Jest wielce prawdopodobne, że nigdy już nie będę wyglądać tak dobrze, jak obecnie. I może warto byłoby to piękno zatrzymać w obiektywie. Dla potomnych. A raczej dla mego małżonka, którego zapewne poznam dopiero w domu spokojnej starości w Leśnym Dołku - żeby miał świadomość z kim się ożenił!

Tak że szukam fotografa! Oczywiście - mogłabym poprosić mego szefa, który zupełnie przypadkiem profesjonalnie zajmuje się robieniem zdjęć, ale przecież przed nim się nie rozbiorę. Jestem pewna, że następnego dnia zobaczyłabym na drzewie za oknem snajpera wynajętego przez jego żonę... Poza tym... przecież ja się przed nim nie rozbiorę!

Sesja ma być ładna, pół-erotyczna, nie-wulgarna. Jacyś chętni? ...Jola?

 

Re

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl