Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
czwartek, 30 września 2010

 

Siedzę sobie, siedzę w kuchni, od niechcenia skubię kwaśne winogrona i słyszę, jak mój drogi tata w pokoju obok informuje zgromadzonych, że ostra zima już za dwa tygodnie. Takąż to informacje zdobył był spędzając swoje emeryckie popołudnie w sieci.

Od gwałtownego oziębienia jest krok do globalnego ocieplenia, a od globalnego ocieplenia już tylko rzut beretem na koniec świata. Do końca świata znaczy się. Bo cała moja rodzina ma niesamowitą zdolność do wiązania faktów, analizowania przewrotnych koincydencji i hołdowania teoriom spiskowym. Jest to zapisane sekretnym alfabetem w DNA Ludu Reginów.

A ZATEM:

Według wszelkich znaków na niebie, ziemi i w internecie THE END nastąpić ma dokładnie dnia 21 maja 2011 roku. Mamy więc niespełna 8 miesięcy, żeby przygotować się na wielką Bożą rozpierduchę.

Koniec końców odbieram to jako dobrą wiadomość – przynajmniej nie muszę już zamartwiać się o swoja przyszłość.

 

 

Re

środa, 29 września 2010

 

Z cyklu PoGGawędki:

 

Halszka: Boże, dzięki ci, że mam wreszcie net. I to szybki.

Regina: Nie ma sprawy. Zawsze do usług.

 

 

wtorek, 28 września 2010

mój mąż gotuje

Jol.

Chyba zbliża się moment, kiedy Jolanta z Chudowa kopnie w kandelarz, bowiem oto podnosi ona rękawicę bokserską, rzuconą przez

animal.teimoso.

 

Oto 10 rzeczy, przedmiotów, ludzi i zwierząt, które lubi Jolanta z Chudowa (kolejność przypadkowa):

1. skakankę (obowiązkowo, w końcu ulubiony przedmiot w szkole)

2. wszelakiej rasy jamnisie, nawet te krótkie z długimi nogami

3. rysować, malować, pisakować, kredować, farbować, ołówkować, kredkować, długopisować itd itp fifa uefa i ufo (głównie na kolor kapelutkowy, to chyba jasne)

4. lubi dekorowanie wnętrz i dekorować wnętrza (łohohoho... szumnie to nazwane... lubi wymyślać co, gdzie i w jakim kolorze postawić, położyć lub zawiesić, ot co!)

5. Pana M, Reginę, Halszkę, Wenus, Pana Dziwnego, Wielkiego Wizjonera, Pana B., X-mana, Doradcę Od Spraw Wszelakich, kogoś o pseudonimie Quasi i kilku innych nienazwanych na tym blogu :) (liczy się za jedno, prawda?) (aha, kolejność jest przypadkowa!)

6. Warhola w całej życiowej i twórczej okazałości

7. focić i fotoszopić

8. kompulsywnie przestawiać meble

9. zapach Pana M, selera i wszystkiego, co wyprodukował Gianfranco Ferre, łącznie z butami :)

10. Jolantę z Chudowa (do diabła z fałszywą skromnością!)

 

JOLanta z Chudowa

 

A teraz szczerze wyzywam (łącząc różne wyrazy, ale wszystkie miłe), czy tego chcą czy nie, niezależnie od poziomu akceptacji łańcuszków, stopnia zażyłości z Kapelutkami i chęci brania udziału w tym tylko ociupinkę żenującym przedsięwzięciu, tychże dziesięciu wybrańców:

1. Zioma Rrrrrr

2. Five_elephants

3. Kocicę

4. Li

5. Blocked_by_design

6. Amelię

7. Snowinmay

8. Zucha

9. AgęArt

10. Artura Andrusa :)

 

Rękawica została odrzucona (i rozmnożona). Podnoszenie nieobowiązkowe. To nie jest jeden z TYCH łańcuszków.

 

JOL.

 

poniedziałek, 27 września 2010

Jolanta w celu przewietrzenia swojego bezrobotnego życia zapisała się była do szkoły w celu podnoszenia kwalifikacji, usystematyzowania wiedzy, zalegalizowania pasji i - w końcu - zostania licencjonowanym grafikiem. Juhu! Już się nie mogę doczekać:)

 

JOL

Przykro mi, że wszystkie pozostałe kobiety na świecie nie mają już nawet szans na wyrwanie Pana M.:( Ale nie martwcie się, DiCaprio jest chyba jeszcze wolny.

JOL.

niedziela, 26 września 2010

 

Halszka odleciała. Do lepszego świata. O 12.46 wysłała wiadomość, że samolot wylądował. Nie sprecyzowała czy na pasie lotniska, który zaczyna się na początku, a kończy na końcu wyspy Malty (albo na odwrót), czy może gdzieś w Morzu Śródziemnym. Tak czy siak miejmy nadzieję, że moje szpilki są bezpieczne.

Wróci za niespełna 5 miesięcy. Do tego czasu ja po imprezach wracać będę do domu wcześniej. Gdyż nie będę musiała jechać do siebie przez Halszkową wioskę leżącą trochę w przeciwnym kierunku. A może w ogóle wrócę do alkoholizmu i przerzucę się z auta na nogi. W końcu do mnie zewsząd blisko. Tylko będę musiała sobie znaleźć jakiegoś natręta, który za wszelką cenę będzie chciał mnie odprowadzić, bo etatowy Pan Dziwny też nas porzuca i sobie niebawem odleci. Czy tam odpłynie, sama już nie wiem.

Chciałam się nawet już dziś umówić z Jolką na wódkę, ale dzień święty święci wiercąc dziury w całym, czyli w ścianie, więc nici. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak zrobić sobie drina i sączyć go przy dzwiękach Sonaty Księżycowej. Chyba, że znacie coś bardziej depresyjnego, to dajcie znać.

Halszce natomiast na nowej drodze życia życzmy społem wielu wielokrotnych orgazmów – w końcu po to się wyjeżdża na Orgazmusa, czyż nie? No i niech zapamięta pierwszy sen w nowym miejscu – oby był miły i się spełnił. Na przykład, że ja znajduję pracę na Malcie i też tam przyjeżdżam. Amen.

 

Re

 

sobota, 25 września 2010

 

Świat jest zły i ma wielkie kły. Ot, co powiem.

A historia jest taka: wiezę ja dzis o 5.30 rano Pana M (Pana Męża) na dworzec, co by wsiadł do pociągu byle jakiego i pojechał zdać (podkreślam zdać) zajebiście-ale-to-zajebiście-ważny egzamin i tuż przed celem  naszej wyprawy zdechł mi samochód! Jesteśmy jakies dwa skrzyżowania przed dworczykiem, dojeżdam do świateł, zielone, skrecam, jadę , gaz do dechy a tu gazu ni chu chu. Nie zgosł ale też nie przyspieszył. Siłą rozpędu stoczyłam się na najbliższy parking, Pan M pognał kłusem na dworzec, bo zostało mu bagatela 4 mintuy (uhu, co ja mogę zrobić w cztery minuty), a ja zostałam patrzeć na agonię mojego, szumnie samochodem zwanego, pojadu.

Jako, że  męza już nie było, a ja wtoczyłam się akturat na parking byłej jednostki wojskowej, pomyślałam sobie : „uuułu, jak miło”. Oczywiście w mojej imaginacji w koszarów wyskoczyli żwawo przystojni zbudowani żołnierze, żeby uratować bezbronną kobietę z tej niespodziewanej motoryzacyjnej opresji. Zaraz jednak przypomniałam sobie, że to jest BYŁA jednostka wojskowa, więc z koszarów może co najwyżej wyskoczyć dozorca i przegonić mnie miotłą.

Odpalam grata a tu nic. Trochę buczy, trochę kaszle, pyka pyka i kaput.  Pognałam więc i ja w stronę dworczyka, żeby Panu M pomachać mokrym od łez dowodem rejestracyjnym lub gdyby się spóźnił kombinować z nim jak dostać się z punktu A do punktu B w czasie C, żeby jednak ten egzamin zdać, co byśmy na zawsze nie utknęli w tej materialno-urbanistycznej koziej dupie.

W trakcie biegu przełajowego wykonałam jeszcze kontrolny telefon do Szanownych Rodziców informując, że być może będziemy pilne potrzebować ich automobilnej pomocy. Ku mojemu zrozumieniu – w końcu koincydencje zawsze są przewrotne – okazało się, że ich automobil tez jest w stanie rozpadu, a to z powodu zerwanego przewodu paliwowego, który skutecznie uniemożliwia odpalenie samochodu a co dopiero dojechanie nim do punktu B.

 

Teorię o piramidzie nieszczęść obalił jednakże telefon od Pana M, informujący, że pociąg byle jaki był spóźniony i dzięki temu Pan M zdążył do niego wsiąść nie musząc nawet ciskać w niego zielonym kamieniem, jak to onegdaj śpiewała Maryla. Pierwszy raz w życiu cieszyłam się, że w tym kraju wszystkie pociągi są byle jakie.

Wróciłam na parking byłej jednostki wojskowej i daje próbuję reanimować grata. Czerwona kontrolka oleju wyraźnie daje mi do zrozumienia, że dziś tym pojazdem do domu nie wrócę. Cudem udało mi się zaparkować go w sposób zgodny z ogólnie przyjętymi normami parkowania, pomijając fakt, że stałam na parkingu z zakazem wjazdu nieupoważnionym .  Złożyłam ręce w małdrzyk (btw. kto z was wie, co to jest małdrzyk, bez pomocy Google?) a trójkąt w trójkąt i położyłam go na tylnej szybie, co by mi ktoś nie zarzucił, że bezczelnie sprawny pojazd pozostawiam w miejscu dla niego niedostępnym. W tym samym czasie podjechał mercedesem Pan Zamiatacz i zaczął zamiatać parking (Pan Zamiatacz! Mercedesem! A ja po trzech fakultetach na najbardziej UJowej uczelni w tym kraju jeżdżę, o pardon!, stoję maluchem! Nie, żebym miała cos do Pana Zamiatacza, ale poczułam się, jakby ktoś dał mi miotłą w twarz.) Podeszłam jeszcze do Pana Zamiatacza, chyba tylko z potrzeby interakcji społecznej, i zapytałam czy nie wie, czy mogę tu tak zostawić samochód, bo nieoczekiwanie wziął i zdechł. Pan Zamiatacz, nie kryjąc rozbawienia, zapytał ; „Co zrobił?”. No, zdechł, zgosł, nie pojedzie. „A to, jak zgosł, to co zrobić?” No właśnie, co zrobić? Nic, trzeba zostawić. Toteż zostawiłam poszłam bez namysłu w stronę wschodzącego słońca.

W tym miejscu historia mogłaby się kończyć, ale nie, tak łatwo nie będzie. Idę lekko otępiała i łzawię od tego blasku słonecznego. Wyglądałam zapewne jakbym wracała do domu po okrążeniu nad ranem. Wstąpiłam jeszcze do całodobowego po doładowanie do taktaka, a tam Pan Żul właśnie mocował się z kieszenią u własnych spodni w celu wydobycia z niej 9 groszy, żeby dopłacić do dwóch win Patria. Pomyślałam sobie „A to Polska właśnie” i głowę zwiesiłam niemo. Z tej patriotycznej zadumy wyrwał mnie Pan Żul, który wysupławszy wreszcie dłoń z kieszeni, rzucił grosze na ladę i zaklął, że do każdego interesu trzeba tylko dopłacać. To mi dało do myślenia. A może to wcale nie był Pan Żul, tylko biznesman prowadzący poranną działalność gospodarczą pod sklepem? A Polska to wcale nie alkohol aromatyzowany Patria za 6.80 ale beaujolais nouveaou, młode buzujące wino, które jeszcze nie pokazało swojego prawdziwego potencjału…?

Nie wiem. Zabrałam swoje doładowanie, Pan Żul zabrał swoje i wyszliśmy z całodobowego zacząć nowy dzień.  Zanim doszłam na piechotę do domu, Pan M zdążył dojechać pociągiem do punktu B, zanim skończyłam ten wpis mój Szanowny Ojciec zdążył naprawić przewód paliwowy  w automobilu. Zaraz tu będzie i pojedziemy na parking byłej jednostki wojskowej reanimować mojego grata. Na parkingu nie będzie już Pana Zamiatacza ani zbudowanych żołnierzy. Zanim wrócimy Pan Żul zdąży wypić dwa wina Patria, a Pan M. napisać egzamin. Świat wraca do swojej codziennej dupy. Niczego się dziś nie nauczyłam.

 

JOLANTA

 

 

Świat jest zły. I nie wmawiajcie mi, że jest inaczej.

Przerywam strajk, tylko dlatego, żeby zaprotestować (klin klinem, protest protestem) przeciw wyjazdowi Halszki. A nawet nie tyle przeciw temu, że ona wyjeżdża, tylko przeciw temu, że ja zostaję. W dodatku nasza Maltanka In Spe wykorzystała fakt, że z powodu alergii straciłam czujność na rzecz niepoczytalności i spakowała do swojej mega lanserskiej walizki pańci srańci moje mega lanserskie czerwone szpilki. Już za nimi tęsknię.

Tymczasem moje życie płynie bezrobotnie. Jeśli można osiągnąć mistrzostwo w nicnierobieniu, to ja dokonałam tego już jakieś 3 tygodnie temu i od tamtej pory dzień w dzień ustanawiam nowe rekordy. Testuję wyrozumiałość rodzicieli, zastanawiając się ile trzeba NIE zrobić, żeby znaleźć swoje manatki za progiem z dołączoną kartką z napisem: „Spieprzaj dziadu!”.

Tymczasem pogrążona w łez potoku i smarków biję się w chrapy wołając gromu, ażeby mnie dobił. Ale jak na razie cisza na morzu, bałwan śpi.

 

Regina ŁAMISTRAJK Falangi

 

 

PS. Halszka, jeśli twój samolot rozbije się z moimi czerwonymi szpilkami, to nawet mi się na oczy nie pokazuj!

 

czwartek, 23 września 2010

Halszka, jak się nie zaczniesz cieszyć ze swojego, co tu dużo mówić, rewelacyjnego wyjazdu, to ja... ja... się rozpuknę (i to mi wszyscy będziecie musieli zazdrościć). Jedziesz na kilka miesięcy błogiego bezruchu i oderwania od dupy rzeczywistości.  Oddałabym za to dwa flamingi i kilka setek rzędów krzeseł ogrodowych. Ale, ja już swoje miałam. No chyba, że wyjadę na Gibraltar...albo wrócę do Finlandii... albo znajdę pracę w Polsce.

Tak czy siak - musisz się cieszyć. Postanowione.

A jak wrócisz, to jedziemy do stolycy. :) Postanowione. Dziś. W samochodzie Reginy. Poza tym stwierdzam, że jak my, w sensie my, się kiedyś rozpadniemy, to będzie największe nieszczęście w historii ludzkości.

Zebrało mi się na wynurzenia, zwłaszcza po tym, jak dziś w drodze powrotnej od Halszki, puścili w radiUUU :

Nie możemy się rozpaść. W końcu nie po to się żeniliśmy, w sensie ja, z Panem M., right?.. ;)

 

JOL.

środa, 22 września 2010

Coś misię widzi, że zanim kopnę w kandelarz, muszę podnieść rękawicę 10 rzeczy, które lubię. O rany. Muszę pomyśleć. Podniesę wieczorem, co?

 

JOL.

12:31, kapelutki
Link Komentarze (2) »
wtorek, 21 września 2010

Wyobraziłam sobie dzisiaj nad kostką sera świat idealny. Idealny, czyli taki, w którym każdy, albo powiedzmy niemal każdy, jest szczęśliwy, czuje się życiowo spełniony a jego najwiekszym nieszczęściem jest, kiedy zapomni przy goleniu zanucić "what a wonderful world". Kluczową sprawą w tym świecie są właściwe spotkania miedzy właściwymi ludzmi we właściwym czasie. I nie mówię o miłości czy innych takich tam. Mówię o podaży i popycie.

Wyobraziłam sobie, że każdy człowiek zajmuje się w życiu tym, co lubi najbardziej i znajduje innych ludzi, którzy chcą mu za to płacić. A ci, którzy płacą to pewnikiem ci, którzy najbardziej lubią wydawać pieniądze. Albo akurat w tym momencie potrzebują tego, co tamten robi najlepiej. Np. Jolanta mogłaby rysować i ktoś bardzo potrzebowałby jej rysunków, Regina opowiadałaby o krajach arabskich i byliby ludzie, którzy chcieliby jej słuchać, Wenus pokazywała swoje bardzo stare i bardzo ważne zabytki i kogoś by to interesowało, Halszka... no Halszce to zawsze jacyś ludzie będą płacić, chociaż pewnie by wcale nie chcieli, jakby nie musieli:), Pan M mógłby być wielkim reformatorem zwłaszcza systemu edukacji i byliby tacy, którym by na tym zależało. I wiele innych, łącznie z pasją Pana B. ..

Zastanawiam się, czy taka utopia by przetrwała? Czy do każdego zajęcia społecznie potrzebnego znalazłby się jakiś chętny? Czy byłoby coś, czego nikt nie chciałby robić? Wątpię. Zawsze znajdzie się ktoś, przy zdrowych czy przy niezdrowych zmysłach.

Kilka milionów ludzi w tym kraju wykonuje pracę, której nienawidzi i marzy o pracy kogoś innego, której tamten zapewne także nie znosi jak wysypki na łopatce.

Szkoda, że nie można pozamieniać ludzi miejscami, włożyć ich tam, gdzie naprawdę chcieliby być, dopasować jak klocki do otworów w takim dużym pudełku z otworami. Byłoby błogo, prawda? A tak mamy w Polsce 1,5 miliona bezrobotnych absolwentów, którym za młodu wmawiano, że należy podążać za swoimi marzeniami, tylko nie dodano, że nie w każdym miejscu na ziemi jest szansa tego królika złapać. Od października na uniwersytetach rozpocznie się produkcja kolejnych hord bezrobotnych marzycieli. I gdzie my wszyscy pójdziemy? Co my będziemy robić? Będziemy się nad sobą użalać, ot co!

Żal mi się robi, jak patrzę na zrezygnowanie wszystkich ludzi, których znam, podziwiam i lubię. Ręce odpadają, ja się zaczyna myśleć o tej utopii, bo potem trzeba spojrzeć rzeczywistości w dupę. Moje dzieci nie pójdą na uniwersytet, choćby je sam rektor namawiał. Do liceum też nie pójdą, żeby im ktoś nie mącił w głowach sztuką, poezją i dalekimi podróżami. Jak mawia pewien bardzo mądry filozof - najlepiej trzymać się z dala od swojego potencjału. Nic dobrego z tego nie może wyniknąć. :(

JOL bez rąk

poniedziałek, 20 września 2010

 

Regina zawiesza pisanie.

Do odwołania.

 

 

piątek, 17 września 2010

 

Jeszcze nigdy to powiedzonko nie było aż tak aktualne. Ostatnio tak się złożyło, że nie przechodziłam przez zimę, więc buty nie były potrzebne. Wprawdzie kalendarzowo jeszcze nawet jesieni nie ma, ale coś czuję, że śnieg już wisi w powietrzu i niebawem spadnie na nas z jasnego nieba.

9 miesięcy spędzone na pustyni wybiły mnie skutecznie z mody zimowej. Nie znam zeszłorocznych trendów, więc nie wiem, czego NIE kupować. Nie wiem, co jest tylko trochę passe, a czego zwyczajnie nie wypada założyć. I to się tyczy nie tylko butów, ale całego zimowego outfitu.

No i mam problem na weekend.

 

Re

 

 

ps. Dobrze, że kapelutki zawszę są na topie.

czwartek, 16 września 2010

 

Nie wiem…

Nie wiem…

Kapelutki mają ostatnio dni twórczo-niepłodne. Jola nie ma czasu, a ja nie mam ochoty. Beznadziejny przypadek.

 

Czy może mnie ktoś kopnąć w głowę? Albo przynajmniej w kapelutek?

 

Regina

 
1 , 2
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl