Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
niedziela, 15 września 2013

 

Miałam niedawno okazję bawić się dzieckiem ok. 2 lat. To doświadczenie dało mi do myślenia w temacie dziecięcego podejścia do sprzątania. Otóż maluch, o którym mówię, był u mnie w odwiedzinach ze swoją mamą of cors. Przyniósł milion zabawek, które rozrzucił w całym pokoju, ale żadną nie bawił sie dłużej niż kilkanaście sekund. Najbardziej zajmowało go patrzenie z balkonu na pracującą w pobliżu koparkę oraz skakanie po kanapie. A zabawki leżały. Przechodzenie przez pokój nimi usłany było na tyle uciążliwe, że zaproponowałam chłopcu, w moim przekonaniu, zabawę "w układanie zabawek". Kiedy mu ją zaproponowałam obdarzył mnie najbardziej pogardliwym dziecięcym uśmiechem ever a z jego oczu bił komunikat „chyba sobie ze mnie jaja robisz, kobieto”. Wszystko trwało może 2 sekundy, po czym chłopak odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju mówiąc „nie”.  Po prostu nie. I tyle. Rozrzucać zabawki mogę, ale układać ich nie będę. Sama sprzątaj. To posprzątałam.

I teraz sobie tak dumam nad moim bobasem, z którym oczywiście jeszcze nie mam tego typu problemów, skąd u dzieci bierze się ta niechęć do sprzątania? I mam taką oto teorię, która jest moja, tylko moja i nazywam ją teorią na temat dziecięcej niechęci do sprzątania. Otóż dziecięca niechęć do sprzątania nie jest wrodzona. Dzieci rodzą się przecież bez tego typu poglądów, są wręcz zaprogramowane na działanie, robienie, czegokolwiek, byle tylko było to fizyczne działanie. Sens tym działaniom często nadają ich rodzice. Czym, z fizycznego punktu widzenia, rozkładanie zabawek różni się od ich składania? Niczym. Czynność, jak każda inna. Tylko, że rodzice dorabiają do niej negatywne znaczenie („za KARĘ  posprzątaj w pokoju!”, „Nie wyjdziesz, DOPÓKI nie posprzątasz swojego pokoju”, „TRZEBA posprzątać”, „MUSISZ to teraz posprzątać”). Nawet taki dwuletni maluch czuje, że sprzątanie nie może być czymś normalnym, a już na pewno czymś fajnym, skoro wykonuje się je z musu albo za karę. I nie można od niego oczekiwać, że ochoczo będzie robił coś, co jest uznane za niefajne, nieciekawe, złe. Z takich czynności nie wynika nic dobrego, są związane ze złością i innymi negatywnymi emocjami (tak czuje dziecko).

A przecież w samej istocie sprzątania nie ma nic złego, wręcz przeciwnie, prowadzi ono do czegoś fajnego, pozytywnego – do osiągnięcia stanu porządku, czystości, do znalezienia się w przyjemnym, czystym, ładnie pachnącym miejscu! Same pozytywy! To dlaczego rodzice robią przed dziećmi ze sprzątania taką tragedię? Nie chodzi o gloryfikowanie układania książek na półce czy wpadania w euforię po umyciu podłogi. Raczej o nauczenie dziecka, że sprzątanie jest czymś normalnym, nieodzowną częścią zabawy – najpierw rozkładamy zabawki, potem się nimi bawimy a na końcu je składamy.  Rzeczy mają swoje miejsce i po ich użyciu odkładamy je tam, skąd je wzięliśmy. Proste i naturalne. Tego nauczyli mnie moi rodzice i mimo, iż w czasie moich zabaw pokój przypominał sklep z zabawkami po przejściu tornada, to pod koniec dnia, kiedy zabawa był skończona, wszystko wracały do swoich domków i szło spać.

Do czego zmierzam? We wpisie – nie wiem, do czego  :) W życiu - do tego, aby wychować swojego syna na człowieka, dla którego sprzątanie jest czymś naturalnym i nie robi się wokół tego wielkiego halo. Mieszkanie po prostu się sprząta, aby utrzymać je w przyjemnym stanie, ale nie jest to ani kara za grzechy ani żaden czyn heroiczny. Nie wiem, czy mi się uda. Na razie stawiam pana Bobasa w leżaczku w kuchni, kiedy sama sprzątam, pokazuje mu i opisuję, że „teraz mama ładuje zmywarkę”, „teraz mama wyciera blaty”, „ a teraz mama myje podłogę”, żeby widział, że w ciągu dnia nie tylko sie bawimy, ale też sprzątamy… Boję się tylko, żeby nie przyniosło to niezamierzonego odwrotnego efektu, kiedy mój syn będzie uważał, że to normalne, że to mama ładuje zmywarkę, mama wyciera blaty i mama myje podłogę a on leży w leżaku  i się temu przygląda…  :) 

 

JOL. 

 

środa, 11 września 2013

 

Pracuję po 12 godzin... Jest 6.30, siedzę w ręczniku i turbanie na głowie i sprawdzam blogi i w dodatku jeszcze sama próbuję stworzyć jakiegoś niedorozwiniętego posta. A czas goni, więc i tak pewnie nic z tego nie będzie. Jestem smutna i zmęczona. I nie byłam jeszcze na urlopie. Będę robić nadgodziny do końca życia. 

 

Re

 

1750

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl