Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
poniedziałek, 05 września 2016

Nigdy nie myślałam, że moja kariera nabierze takiego tempa. W ciągu miesiąca rzuciłam pracę, dostałam pracę, dostałam propozycję nowej starej pracy i odrzuciłam propozycję. Na gruncie zawodowym czuję się kobietą spełnioną. Jestem gotowa, aby przejść na emeryturę.

Moja obecna robota jest naprawdę całkiem fajna. Gdy przyszłam pierwszego dnia, przywitała mnie szefowa działu i zaprowadziła na me gabinety. Na drzwiach wisiała już tabliczka z moim nazwiskiem i stanowiskiem - bardzo mile uczucie, nie powiem. Dodatkowo okazało się, że mam pokój większy od mojego mieszkania - śmiało można grać w siatkówkę. Pierwszy tydzień był oczywiście kryzysowy. Moja tendencja do przesady i dramatyzowania dała się we znaki nie tylko mnie samej, ale też kilku przyjaciołom, w tym Halszce. Oczywiście biadoliłam, że nie podołam, że nie dam rady, że jedyne o czym marzę, to zwinąć się w kłębek pod kołdrą i udawać, że nie istnieję. Jednak czas leczy frustrację. Gdy okazało się, że w drodze do pracy wcale nie trzeba wypalać czterech fajek z rzędu, a po powrocie do domu wpadać w stan przedzawołowy zrozumiałam, że postąpiłam słusznie, porzucając prestiż i pieniądze na rzecz prestiżu i biedy. Stanęłam w oknie z widokiem na 5th avenue, wciągnęłam do płuc solidną dawkę spalin i poczułam ulgę. I wtedy los ze mnie zadrwił.

Znacie to  powiedzenie? Chcesz rozbawić Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach? Niespełna tydzień wcześniej, w przypływie gorzkich żali, wybełkotałam w stronę niebios: "Ech, gdyby tylko zadzwonili z Instytucji Bardzo Kulturalnej, to dziś rzucam wszystko, wracam na Prowincję i mam w nosie wielkomiejskie życie!" - i zadzwonili. Przez chwilę nawet się wahałam. A raczej kombinowałam, jak upiec dwie sroki na jednym ogniu. Nie dało się, więc odmówiłam. I chyba poczułam lekką satysfakcję.

Jak widzicie, praca zdominowała nasze życie. Jola szuka równowagi pomiędzy pracą a życiem. Ja chyba ją właśnie odnalazłam. Halszka robi wszystko, żeby pracy nie znaleźć, a gdy chcą ją zatrudnić, to szuka wymówek i idzie na dzienne studia ;) Tylko Wenus siedzi i pielęgnuje latorośl i czasem z przerażeniem myśli o wszystkich tych zaległościach, które będzie musiała nadrobić po powrocie z urlopu wychowawczego...

 

Re

 

 

sobota, 03 września 2016

Dzien dobry, 

it is I- Jolanta. Zapomnialam hasla do bloga. Chcialam po latach stworzyc wpis zawiazujacy do starych, dobrych poczatkow Kapelutkow - czyli wpis pelen zali i afirmacji czarnej dupy rzeczywistosci - a tu, zonk! Nie mogiem sie zalogowac, bo nie pamietam hasla. To tak, jakby zapomniec imie wlasnego dziecka. Albo swoje. Wstyd troche. Ale co zrobisz? Dobrze, ze mam druga glowe w postaci Reginy, wiec udalo mi sie zalogowac i oto - na tarczy, ale jednak - powracam na Łono Kapelutków.

A powrot moj oznacza podwojna dawke swiezych zali, tak jak lubicie najbardziej :)))  

Wielu z Was... może kilkunastu... kilku.... no moze jeden z Was.... albo nawet nikt.... zastanawia się, co ciekawego porabialam przez ostatnie milion lat nieobecnosci na Kapelutkach. Odpowiedz moze Was zaskoczyc! Otóż - nie wiem, chyba nic godnego uwagi. Ale nie oznacza to, ze o tym nie opowiem :) Przeciez nie jestesmy tu po to, zeby codziennie wyruszac w rejs po Morzu Jonskim, skakac ze skał na latawcu, wychodzic za maz za milionera na białym koniu, wygrywac miliard w zdrapkach, krasc serca telewidzow skaczac w talent show do pustego basenu czy robic sobie kosztowne operacje plastyczne twarzy, zeby wygladac jak Brangelina czy ... Vincent Cassel itd. itp. Jestesmy tu po to, by wiesc nudne, ordynarne zycie pelne sprzecznosci i przeszkod rzucanych nam pod nogi przez rzeczywistosc, najblizsza rodzine a - głownie - nas samych. 

A mowiac serio, jak nietrudno sie domyslic, przez ostatnie milion lat pracowalam. Pracowalam w pracy, pracowalam po pracy, pracowalam w domu. W wieku 31 lat doszlam jednakze do wniosku, ze to do niczego nie prowadzi. I o tym mial byc ten wpis.

Przez wiele lat myslalam, ze praca mnie definiuje, konstytuuje moje jestestwo, okresla kim jestem. Że im wiecej pracuje, tym bardziej jestem i tym bardziej mam prawo byc. Pracuje, wiec jestem. Tylko nie myslalam o tym, czy to, kim jestem jako pracownik, jest tym kim chce byc jako czlowiek. Jako kobieta. Zona. Matka. Dopiero, kiedy zaczelam czuc zmeczenie psychiczne (rozne od stresu) i wyczerpanie fizyczne spowodowane wlasnie tym zmeczeniem umyslu, cos mnie tknelo. Powiecie - "spadlas z ksiezyca? przeciez to proste i jasne, ze nie mozna sie zapracowac na smierc". No nie dla kazdego proste. Nigdy nie bylam mistrzem odmawiania i nawet kiedy zaczelam pracowac etatowo po 10, 11, 12 godzin dziennie nadal przyjmowalam zlecenia na rzeczy po pracy. I pracowalam w nocy. Po czym zdychalam dnia nastepnego, zeby wieczorem znowu siasc do komputera, na jakichs wspomagaczach swiadomosci (wszystkich legalnych of cors) i dalej dlubac do poznej nocy albo bladego switu.

Nie jestem ironmanem, dlatego po roku takiego zycia moje zasoby energii wyczerpaly sie, co objawilo sie okropnym bolem plecow, problemami ze skora, przybraniem na wadze, kolataniem serca, problemami z pamiecia, napadami zlosci, placzu, wkurwu i wszytskiego, co w czlowieku najgorsze. Przyszedl taki moment ze wreszcie to sobie uswiadomilam, ze w takim trybie zycia nie zajde daleko. Najpewniej umre albo trafie do wariatkowa.

Tylko, że samo uswiadomienie sobie, to dopiero poczatek. Nie jest latwo wychodzic z pracy po 8 godzinach, nie zawsze sie da, a jak sie da to i tak powiedzenie sobie, ze "to, ze nie skonczylam dzisiaj jeszcze nie jest tragedia, moge skonczyc jutro, a teraz musze wstac, wyjsc i zaczac zyc" nie jest latwe.  Nie jest latwo odmawiac, gdy ktos prosi. Ale probuje. Potem przezywam wyrzuty sumienia, musze sobie sama tlumaczyc te odmowy. 

W tym roku pierwszy raz od 5 lat wyjechalam na urlop. Tzn. na wywczasy. Takie z torba podrozna i samolotem. Bez dziecięcia. Do tej pory albo nie robialam sobie przerw w pracy albo urlop wykorzystywalam na pracowanie (najlepiej sie pracuje wtedy, gdy inni mysla, ze jestes na urlopie, bo nikt nie dzwoni i nie pisze maili - oh yeah!) i nawet udalo mi sie nie sprawdzac poczty firmowej (ok, tylko raz). Poczulam sie dobrze. Lepiej. Nabralam oddechu, troche energii. Ale szybko musialam wrocić do rzeczywistosci i powrot byl bolesny. Energii urlopowej nie starcza na pol roku, to sciema. Tydzien góra. Ale ciagle mysle o tym, ze musze... chce zyc inaczej. Zyc w ogole. 

Lubie moja prace, lubie to co robie i to kim jestem, ale jesli nie znajde jakiejs rownowagi na inii praca-zycie to sie za...bie na smierc. To jest pewne. Karoshi mam jak w banku. 

Ostatnio nadzieje pokladam w moim dziecieciu i jego nowym przedszkolu, ktore czynne jest do 17:00. Tym samym - czy chce czy nie - musze wyjsc z pracy o 4, zeby odebrac mojego potomka na czas, co by go nie oddano do policyjnej izby dziecka. Oto przyklad jak rodzicielstwo czyni ludzi lepszymi. :)

Ale, zeby za dobrze nie bylo, to wrzesien jeszcze spedze na pracy na dwa fronty bo mam zalegle zlecenie, przed ktorym nie moglam sie obronic i musialam je wziac. Musialam. Ale od pazdziernika ide na emeryture. I na studia. Bo jeszcze sie na studia dostalam.... Znowu... Ale nie trzeciego wieku, spokojnie. Bede 30 letnim emerytem-licencjuszem.  No i bede miala na papierze wytlumaczenie, dlaczego w weekend nie moge pracowac. Studia maja swoje prawa. :)

 

Jol. 

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl