Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
środa, 28 października 2009

Ósemki mi się obudziły. I mam na myśli zęby. Kiedyś dawno temu wychynęły znienacka z moich dziąseł, porosły, porosły (hehe czym porosły?:) i przestały. Wtedy myślałam, że już wszystkie inicjacje mam za sobą. Aż tu nagle teraz znowu się odezwały. Jedna chyba nawet nie mieści się w mojej standardowej szczęce i próbuje wyjść tylnym wyjściem. Byle tylko nie chciała wyjść przednim, bo będzie musiała stoczyć bój z innymi zębami, które były tam pierwsze.

 

Już się w sumie przyzwyczaiłam do mojej dotychczasowej szczęki, nie wiem czy jestem gotowa na takie przemeblowanie. Taka zmiana to jednak zmiana, wbrew temu, co śpiewa Gutek. I czemu właściwie są to zęby mądrości? Że niby wychodzą w wieku, kiedy jesteśmy światli i poważni i lektury mamy trochę mądrzejsze? Iiiii… bo ja wiem. Ja tam byłam bezwzględnie inteligentna już w wieku lat szesnastu. Czytałam Brechta, Freuda i Cortazara, oglądałam sztuki Petera Brooka i zachwycałam się obrazami Eschera i mało znanymi szkicami Wyspiańskiego. Brakowało mi tylko inicjacji. A potem poszłam na studia.

A tam były już tylko inicjacje i powolne acz systematyczne niszczenie swoich pasji.

 

I teraz mi rosną zęby mądrości? To znaczy, że jeszcze coś jest przede mną? Jeszcze o czymś nie wiem? Ja nie wiem? Ale jak to nie wiem?! (jak to był kiedyś powiedział Pan M. podczas jednej z wielu kuchennych posesji w Apartamencie, zaskoczony pytaniem, czy aby na pewno wie to, o czym mówi, że wie. Ech, ten Pan M. … chyba za niego wyjdę :p ).

A teraz do spania, bo jutro kolejny standardowy 12-godzinny dzień zapieprzania przed nami.

 

JOL.

 

poniedziałek, 26 października 2009

 

Moja naturalna równowaga psychiczna została przywrócona. Znów mam depresję, nienawidzę ludzi i mam ochotę niszczyć, burzyć i w proch obracać.

Choć trochę to w niewłaściwym momencie się stało, bo obecnie mam MOŻLIWOŚĆ, ale z niej nie skorzystam tylko dlatego, że jestem Reginą. (Tą właściwą Reginą. Starą poczciwą Reginą.)

Ale trudno. Zdarłam już uśmiech z twarzy i na razie nie mam zamiaru go sobie znów przylepiac. No More Mr. Nice Guy. Czy coś.

Re

środa, 21 października 2009

 

Życie może stać się samospełniającą się przepowiednią. Wystarczy trochę samozaparcia, wewnętrznego zawzięcia oraz wizualizacja. Nie wierzycie, co? Regina też by nie wierzyła. Ale coś takiego przytafiło się jej osobiście.

Kiedy jeszcze była w liceum, wszyscy pytali ją o powód jej szaleństwa: "dlaczego, ach dlaczego chcesz uczyć się arabskiego?"

Odpowiadała: "dlatego, ach dlatego, żeby zostać ambasadorem w Zjednoczonych Emiratach Arabskich".

Kiedy potem człowiek trzy razy nie dostaje się na wymarzone studia, które miały doprowadzić do ambasadorowania, może go dopaść lekkie zniechęcenie. Ale Regina nie chciała poddać się beznadziei. To znaczy oczywiście, że chciała. I poddała się. Ale musiała studiować, pracować, przeprowadzać się i żyć. I chciała. Choć nie, wcale nie chciała. Musiała studiować, pracować i przeprowadzać się - żeby żyć. Choć tak naprawdę wcale nie musiała. Ojej, noo - to skomplikowane.

W każdym razie w końcu dotarła do Krakowa, choć była to podróż dłuuuga. I przez Zakopane - ale to bajka na inny wieczór...

Dobra rozumiem, mam się streszczać. Się robi.

Minęło trochę czasu i oto nasza bohaterka jest w swoim pierwszym kraju arabskim. W Katarze. Rzut beretem od Emiratów (którymi zresztą już od dawna się nie podnieca). W dodatku rok temu odnalazła się jej "Ciocia" dziwnym trafem mieszka  sobie ona w... Dubaju... Cóż za koincydencja...

A co do tego ambasadora, o którym już wszyscy zapomnięli - dziś Regina usłyszała, że nim jest:) Mimo braku oficjalnej nominacji Prezydenta Najjaśniejszej RP, na wniosek Ministra Spraw Zagranicznych tejże, Re jest ambasadorem kultury polskiej tu oto. Nie tylko dlatego,  że na każdym kroku pepla, jaka to Polska jest piękna (i z głebi duszy to mówi, bo zaiste tak uważa), że w Polsce najlepszy chleb, najlepsze ziemniaki i najładniejsze dziewczyny... To wszystko przyćmione jest przez fakt, że połowa znanych tu Reginie osób już mówi po polsku, a druga połowa chce zacząć :)

A było tak...

Pewnego dnia na zajęciach nauczyciel arabskiego, nazwijmy go Ahmed, poprosił pewnego Wietnamczyka, nazwijmy go Li, żeby powiedział "dzień dobry" po wietnamsku. I Li powiedział. Następnie Ahmed powiedział po arabsku zdanie i poprosił pewną Polkę, nazwijmy ją Redżi, żeby przetłumaczyła na polski. I przetłumaczyła:

"Chcę usiąść na krześle."

Studentów ogarnęła niepohamowana radość. Redżi została poproszona o powtórzenie, więc powtórzyła. Na co Ahmed odparł, że te nieartykułowane dźwięki śiszyczyćiszyczśiyszśćyiśćszy mową polskę być nie mogą i że Redżi na pewno oszukuje:) Śmiechu było co niemiara.

W przerwie do Polki podeszła pewna Nigeryjka, nazwijmy ją Suad, i porosiła żeby Redżi nauczyła ją owego "Chcę usiąść na krześle". Do Suad i jej nieudolnych prób powtórzenia zdania dołączyło wkrótce kilka innych osób. Oczywiście nikt nie mógł zdania tego zapamiętać. Redżi niezrażona porażką ;) w dziedzinie edukowania innych, postanowiła wyciągnąć nieco lżejszą artylerię, dzięki czemu teraz wszyscy witają ją słowami: "Czyść! Jak sie masz? Dobrzie?" :) Co więcej witają ją tak nawet ci, których wcale nie uczyła, albo nawet tacy, których wcześniej nie znała :) Inni obecni tu Polacy też są zdziwni, gdy nagle przyjdzie im usłyszeć "cześć" czy "siema" od Chińczyka lub Tajki :)

Dziś w autobusie Redżi usiadła obok anglofońskiej koleżanki, nazwijmy ją Kristiną, i miło sobie pogawędziły:

K: Dziń dobri!

R: Dzień dobry! :)

K: Jak sie masz?

R: Dobrze, dziękuję. A ty?

K: Zmęczona :)

Jej mama jest Polką, więc od razu widać że dziewczyna ma ten język we krwi.

Reszta rozmowy odbyła się już w znienawidzonym przez Redżi języku angielskim:

R: Jak to możliwe, że wszyscy tu chcą uczyć się polskiego?

K: Przez ciebie. Jesteś tutaj ambasadorem kultury polskiej.

 

Za krzewienie mowy ojczystej należy mi się jakiś medal! :) Albo przynajmniej tort. Ambasador oczywiście.

 

Re

 

wtorek, 20 października 2009

 

... jak mówi poeta;)

Moja Mama oczywiście.

Pamiętam, jak dwa lata temu w dniu Jej urodzin zażartowałam: "no Mamo, już bliżej niż dalej" :) Jako że zna się na żartach (w zasadzie zna się tylko na moich żartach) odpowiedziała lekko łzawiąc: "jak możesz mi tak mówić?" Uświadomiłam sobie, że jestem strasznym dzieckiem.

A moja Mama jest super! (Pomijając oczywiście te momenty, kiedy jest niedowytrzymania.)

Postanowiłam, że dziś się ugryzę w jęzor i nic złośliwego Mamie nie powiem. I wcale nie dlatego, że jestem tysiące kilometrów od domu;)

Mamo, Dorga Mamo!

zawsze mi imponowałaś:

- chodzeniem tylko na szpilkach lub bardzo wysokich obcasach

- malowaniem ust wyłącznie czerwoną szminką

- zmuszaniem się do gotowania, którego nienawidzisz

- znajomością matematyki i fizyki

- nawykiem regularnej gimnastyki

- maniakalnym trwaniem w swoich szaleństwach

- oraz i tak dalej i tak dalej...

 

 

 

Re

 

poniedziałek, 19 października 2009

A ja, żeby tak jakąś przeciwwagę dla tej nudy postawić, powiem, że dzisiaj zapieprzałam jak osioł (choć i tak do przodowników pracy w firmie mi daleko, ale najważniejsze, że mam ambiszons).

W piątek też zapieprzałam, choć nie tak jak dzisiaj. Ale widzę, że poziom potrzeby zapieprzania wzrasta w każdym dniem, więc nawet nie chcę myśleć, co będzie kiedy osiągnie swój punkt kulminacyjny. W toku ewolucji wyrośnie nam dodatkowa para rąk? Byłoby błogo, nie powiem. Albo wszyscy staniemy się robotami T-1000 i będziemy musieli przynajmniej raz dziennie zabić Arnolda Schwarzeneggera, żeby wieczorem móc położyć się spać z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Hew noł ajdija.

W każdym razie, nie narzekam na nudę. :) Halo! Ktoś może to gdzieś zarejestrować, w jakiejś księdze pieczystej? :)

Natomiast wczoraj stało się coś, czego nie spodziewałam się nawet w moich najbardziej perwersyjnych snach (nie, nie tych o sikaniu do lodówki turystycznej).

Otóż, byłam wam ja w sklepie obuwniczym, a dokładniej w pięciu a nawet sześciu sklepach obuwniczych...... i podobało mi się! Spędziłam w jednym centrum handlowym 3 godziny, przymierzając wszystkie buty, jakie mieli na składzie. Wszystkie.

Dlaczego jest to tak dziwne? Otóż dlatego, że do tej pory uważałam, że moje osobiste piekło będzie wyglądało tak, że przez 24 godziny na piekielną dobę będę zmuszona do pilnego kupowania obuwia, a czynność ta będzie sprowadzała się do oglądania pięknych butów, na które mnie nie stać, lub do szukania takich sobie butów,na które mnie stać, ale nie ma mojego numeru, koloru, fasonu, wysokości, szerokości i hujvi jeszcze czego. Tak zapowiadał mi się mój osobisty kocioł piekielny. Wczoraj natomiast, owszem, oglądałam buty, ale po pierwsze było mnie na nie stać, po drugie, większość z nich była piękna, po trzecie było ich tyle, że ja-nie-mogę.

Tallin okazał się być zagłębiem obuwniczym. A na pewno to centrum, w którym wczoraj byłam. Co prawda buty nie są tu tanie, ale co poradzić (teraz możecie połączyć tę informację z zawartą w poprzednim akapicie i z tej konfiguracji powinna wyjść wam konstatacja, że Jola musi zarabiać kokosy. Powiem tylko, że nie kokosy tylko korony i że nie narzekam... Oho! znowu proszę o wpis do księgi:)).

Oczywiście nic nie kupiłam, a wczoraj zamknęli to centrum, kiedy jeszcze byłam w trakcie buszowania (oczywiście, że wcześniej zostałam delikatnie wyproszona).  Ale jak tam wrócę w sobotę to tak nakupuję, że nawet obcas im się nie ostanie.

W tym moim szale oglądania, nie zauważyłam tylko pewnego szczegółu... Pierwszym pytaniem mojej szefowej dzisiaj było: "No i jak? Kupiłaś nowe buty?". Konsternacja. To dlatego jest szefową, bo ma zdolność czytania w myślach? Jest wszechwiedząca? Niepostrzeżenie wrzuciła mi podsłuch i podgląd do torebki? Nie. Trick polegał na tym, że była wczoraj w tym samym centrum handlowym co ja i siedząc w kawiarni przed wejściem do jednego z butików, przez godzinę przyglądała się z zaciekawieniem, jak po kolei przymierzam każdą parę butów w tym sklepie. Nie wiem czy powinnam się wstydzić? Śmiać? Każdy ma jakieś zboczenie, nie?

Kurde fajka, a może buty to jednak nadal moje przekleństwo? Klątwa rzucona tysiąc lat temu przez jakąś butną wiedźmę na wszystkich wtedysiejszych i przyszłych członków rodu Jolantów? Na pewno. A kto nie wierzy niech try walking in my shoes.(z czego to? :))

 

 

Jol.

niedziela, 18 października 2009

 

I taaaak....

Nudy, nie? U mnie też. Od ośmiu dni nie byłam NIGDZIE. (Codzienne wycieczki na uczelnię się nie liczą.) Chyba dopadła mnie jesienna depresja.

Echhh.... żeby choć dynamit....

 

 

 

Re

 

środa, 14 października 2009

Też za mną chodzi :) Nawet stalińskie ustawiczne deszcze nie dorównują mokrością tym na Brackiej...

Grześ moknie jak się patrzy. Lepiej nie patrzmy, bo przemoknie do nitki...tyż mokrej.

JOL

 

...na Brackiej pada śnieg :) Tak doniosła mi Halszka. I ja jej wierzę.

Ale wam fajnieeeee! Macie śnieeeeeeg! - powiedziała Regina, wyłączając klimatyzację.

Cieszę się waszym szczęściem. I z głębi serca zazdroszczę. Bo ja śniegu tej zimy raczej nie zobaczę. No chyba, że w telewizorni. Ale na pewno znów nie ulepię bałwana :( Hmmm.... może przynajmniej wybiorę się do City Center na łyżwy :)

Ochh, chciałabym trochę zimyyy. U was zima. W Nowym Jorku w szesnastym odcinku pierwszego seoznu Przyjaciół, który właśnie oglądam, też zima. Mam wrażenie, że wszędzie jest zima tylko nie tu.

Ale z was szczęściarze! :) Cieszcie się tą zimą! Tylko pamiętajcie o jednym: nie jedzcie żółtego śniegu!

:)

Regina - Ciocia Dobra Rada

 

 

wtorek, 13 października 2009

Co myślicie, kiedy słyszycie nazwę "urząd imigracyjny"? Budynek. Ok. W budynku stanowiska, krzesła, stoły. Ok. Panie urzędniczki, panowie urzędnicy. I petenci. Kim mogą być petenci urzędu imigracyjnego w Tallinie. Estończykami? Raczej nie. Obcokrajowcami? Raczej tak. W jakim języku zazwyczaj porozumiewa się obcokrajowiec w obcym kraju? Języku tego kraju? Czasem tak. Języku kraju sąsiedniego? Czasem też. Ale najczęściej porozumiewa się w lingua franca, tak? I nie mam na myśli łaciny, tylko język angielski. Uff.

Byłam dziś w urzędzie imigracyjnym sTalina, ażeby zasięgnąć informacji o dokumentach, jakie muszę dostarczyć w celu otrzymania estońskiego tymczasowego dowodu. Wchodzę...o chwila. Jeszcze zanim wchodzę - patrzę. Patrzę na szyld. A tam migracioni coś tam i coś tam po rusku (po rosyjsku oczywiście, a nie po rusku). Trochę się dziwię, ale wchodzę. Na drzwiach jakieś kartki informacje - po estońsku i po rosyjsku.

W środku automat numerkowy (w każdym urzędzie, nawet na poczcie i w banku trzeba najpierw wziąć numerek i czekać na swoją kolej) a na automacie ni du du po engliszu. Naciskam jedyne familiar słowo - INFO. Biorę swój numerek. Światełko mryga, numerek mój się wyświetla, podchodzę do stanowiska INFO i zaczynam "Hello, I would like to find out how can I ..." i klops. INFOpani ni du du. Mówię więc, że ja ni du du po estońsku i ni chu chu po rosyjsku. INFOpani wyraźnie zmieszana idzie gdzieś i prowadzi inną kobietę, która to na szczęście już po angielsku mówi.

Ja rozumiem jakby to ta druga pani nie mówiła po engliszu, a siedziała gdzieś indziej, ale INFOpani w urzędzie imigracyjnym to chyba powinna mówić w tym najbardziej, nie istotne czy słusznie czy nie,rozpowszechnionym języku świata. Am I right?

Zresztą, tutaj to zdarza się na każdym kroku. Poczta - ni du du. Urząd miasta - ni du du. Sklep spożywczy - ni du du, sklep z ciuchami - ni w ząb. W banku na razie się dogadałam bez problemu. Ale to Nordea, fiński bank:), to jakże by mogło być inaczej?

Po za tym wielu ciekawych lingwistyczno-społecznych faktów się dowiedziałam, ale zostawię je sobie na książkę:)

No, ale przynajmniej już się nie gubię w mieście. Na początku była totalna masakra. Chodziłam w kółko, jak pies Anielki. A teraz, z zamkniętymi oczami dochodzę wszędzie. No dobra, nie z zamkniętymi oczami tylko z wadą wzroku, nie wszędzie tylko do miejsc, które obejmuje moja mapa i nie dochodzę tylko...hm...szczytuję? ;) Nie no! Trafiam do celu po prostu.

To miasto jest małe jak psia buda albo jak opel Corsa. Można je w dwie godziny przejść całe. W #%V&*% w dnie godziny można było przejść co najwyżej z %$&@%$  do #*&@%  &%$#@!.

Ale, a propos, będąc tutaj teraz czuję, jak bardzo lubię #%V&*% (choć zawsze mówiłam, że go nienawidzę). A jednak ma coś w sobie. Zawsze jak z niego wyjeżdżam, to za nim tęsknię. Ale kiedy siedzę tam już kilka tygodni, mam ochotę na znak protestu nażreć się siarki, wypić rzekę i eksplodować. O jakim mieście mowa?

JOL sTallina

niedziela, 11 października 2009

 

Mam. Przechodzę. Pierwszy i jak mniemam nie ostatni.

A jest to Kryzys Uprzejmości. No kurwa dłużej nie wytrzymię. Dość. Muszę chociaż na chwilę zedrzeć se uśmiech z twarzy, bo inaczej dostanę szczękościsku oraz kocikwiku.

Dlaczego? Ach, dlaczego? Dlaczego wszyscy od wschodu słońca, aż po jego zachód cały czas się uśmiechają do innych i sto razy dziennie hałarju, hałarju? A jak człowiek usiądzie przy obiedzie przy pozbawionym ludzi stoliku, żeby sobie do ładu dojść z własnymi myślami, to zaraz słyszy dżojnas, dżojnas!

Wiem, że tak właśnie wygląda normalność. Ale tak (tu zdjęcie Reginy) wygląda nieśmiałość. Oraz aspołeczność. A od dwóch tygodni jestem tak zajebiście miła dla wszystkich, że już rzygam uprzejmością. Na różowo.

RE

 

czwartek, 08 października 2009

 

Jako że Kapelutki nie tylko óczom ale także bawiom, a ja właśnie kończę naukową część tygodnia i zaczynam zabawowy łikend będzie dowcip, że ino boki zrywać:

 

Dwie kury grają w statki:

- H5N1

- Trafiony zatopiony.

 

A i jeszcze was uraczę sententią, bom dawno nie raczyła:

"Ora et labora a pójdziesz do doktora", czyli w wolnym tłumaczeniu: "Módl się i pracuj, garb ci sam wyrośnie". Ale z kolei, jak mówi poeta: "Bez pracy nie ma kołaczy"...

Bez składu i ładu, ale jednak w temacie.

A jutro może nad morze...

 

RE

 

 

poniedziałek, 05 października 2009

 

Padłam i powstałam. Odrodziłam się, jak Feliks z popiołów. Umarłam i zmartwychwstałam. Jak zwykle.

Po 24 godzinach nic-nie-jedzenia i  17 godzinach leżenia w pozycji horyzontalnej wracam do formy.

 

Re

niedziela, 04 października 2009

 

Jolanta nie wspomniała, że naszego tłumaczenia na amerykańską modłę (telemost z sTalinem, impra pożegnalna R.) wcale nie wzięła sobie do serca. I musieliśmy przeprowadzić walne głosowanie (a może walne było zgromadzenie, a głosowanie demokratyczne...):

Kto z Pań Posłanek i Panów Posłów jest za tym, żeby Jolanta zosała w sTalinie proszę podnieść rękę i nie naciskać niczego...

Kto jest przeciw...

Kto się wstrzymał...

W głowowaniu wzięło udział 9 posłów. 8 było "za", 1 się wstrzymał.

Dopiero to skłoniło Jol do zarzucenia myśli o powrocie na łono ojczyzny.

 

To tyle w tej sprawie. Teraz temat naukowo-zdrowotny.

Zawsze, gdy musiałam się uczyć do egzaminu czy kolokwium, moje ósemki zaczynały szaleć. Albo szalała moja głowa. Ooooj, szalała. Halszka świadkiem, że tak było. Określiłyśmy to mianem "Samoistnej Reakcji Obronnej Organizmu", w skrócie SROO.

Dziś pierwszy dzień zajęć - przez moje jelita przechodzi tornado. Przypadek?

 

Re (jeśli nie umrę, za 100 lat może napiję się wody)

 

 

13:31, kapelutki
Link Komentarze (2) »

Zaraz wybywam na spotkanie:) Tylko szybko coś skrobnę bo osierocone kapelutki trzeba ukoić:)

Nie będę pisać o mojej pracy. Jest w porządku. Praca jak praca. Na pewno nie na lata, ale na początek jest ok. Tylko się pochwale, że niedawno tak od niechcenia narysowałam w pracy rysunek i powiesiłąm sobie nad biurkiem. Rysunek oczywiście wzbudził powszechny zachwyt :) ( wiem wiem, na drugie imię mam Skromność a trzecie Dyplomacja) i mam już dwa zamówienia na portret. Sweet. Anyway. Miałam o czymś innym. O Eesti.

 

Przyjechałam do Estonii i przeżyłam spore rozczarowanie. Krajem.

Tallinem. Spodziewałam się czegoś... wiecie czegoś "nordic", a Estonia jest krajem nawet nie tyle słowiańskim, a co nadal postsowieckim. Niepodległość odzyskali w 1991 roku, komunizm zdążył dość poważnie ich zniszczyć, fizycznie i mentalnie. Jeszcze i ciągle to widać, nawet tutaj, w stolicy.

Było kilka momentów, kiedy sprawdzałam połączenia do Polski i chciałam wracać. Uciekać wręcz. Oczywiście wtedy z pomocą przyszła Paka  i wytłumaczyła mi po amrykańsku, że „wszystko będzie dobrze, jutro też jest dzień”. No i uwierzyłam.

 

Ale od początku.

Najpierw przez tydzień tułałam się po znajomych, bo nie mogłam znaleźć mieszkania. Oglądałam w Tallinie tak zniszczone i zaniedbane mieszkania do wynajęcia, że aż strach. h. Mieszkania bez światła, z instalacjami sprzed wieków, z dziurami w oknach, bez ogrzewania. Coś strasznego. Bałam się, że wyląduję w jakiejś spelunie, bo tak moge nazwać te "mieszkania", które widziałam.

Ale, w końcu znalazłam mieszanie. Nowe, eleganckie, bardzo ładne mieszkanie. Fakt, że ze współlokatorem, ale powoli zaczynamy się dogadywać. :)

Nawet martwimy się o siebie (przedwczoraj poszłam na pocztę, po czym zahaczyłam o sklep, gdzie jak każdy obcokrajowiec musiałam dopasowywać produkty do kodów kreskowych na cenach, żeby wiedzieć co ile kosztuje, toteż w sklepie spędziłam dwie i pół godziny. Dostałam od wspolakatora smsa czy wszytsko ok., gdzie jestem i czy żyję:) urocze. a przecież mógł po prostu sprzedać moje rzeczy i uciec do Buenos Aires)

Aż do tego tygodnia miałam też ograniczony dostęp do internetu ponieważ mój komputer w przedziwny sposób nie pracuje z wieloma sprzętami tutaj, jak różne przełączki netowe. Na początku w ogóle nie miałam internetu w domu, tylko w pracy w przerwach, potem mieliśmy jeden kabel, którym musieliśmy się dzielić. O ale teraz mamy WiFi (kupione za moją połowę czynszu) i mój komputer wreszcie to łyknął, więc jestem online jak długo chce:)

 

A Tallin. Tallin jest moim zdaniem dość brzydki. Pomijając fakt, że jest zimno (10 st.), cały czas pada deszcz i piździ wiatr, Tallin jest bardzo chaotycznym miastem. Jego architektura składa się w zasadzie z trzech typów budynków: tradycyjnych drewnianych skandynawskich domów (takie dość duże, 2-3 poziomowe kamienice, tyle, że obite drewnem, widać na zdjęciu ze słońcem), szarych betonowanych komunistycznych kloców mieszkalnych lub użytkowych oraz nowoczesnych, szklanych wysokich biurowców.

To wszystko w centrum, jedno obok drugiego, z czego dwa pierwsze typy budynków są zazwyczaj bardzo zniszczone i obskurne, więc nijak nie pasują do nowych połyskujących wież ze szkła i metalu. Całość dopełniają dziurawe jak stare gacie asfaltowe szerokie chodniki, w których dziurach zazwyczaj stoi woda, bo tutaj cały czas pada deszcz. NIe chcę tego mówić, ale muszę. Jeśli Estonia pretenduje do bycia jednym z krajów skandynawskich, to jeszcze daleka droga przed nią.

Mentalność ludzi... Niestety, na razie „wygląda mi to drzewo sykomory” (z czego to ? :)) a raczej na mieszankę najbardziej wkurzających cech Skandynawów (oschłość, zimno, małomówność) z najbardziej wkurzającymi cechami krajów postsowieckich (zblazowanie, nienawiść do świata i ludzi). Estończycy, jak do tej pory, ukazali mi się jako dość smutny naród, ale może to przez pogodę...:/

I w sumie nie miałam za wiele czasu na obserwacje socjologiczne, bo pracuję o 10.30 do 19.00 czyli w najbardziej newralgicznych dla życia godzinach. Kiedy wracam z pracy jest już ciemno, a Estonia chyba oszczędza na oświetleniu, ponieważ wiele miejsc, ulic tutaj jest zupełnie ciemnych. Boję się łazić wieczorami i robić obserwacje socjologiczne:))

 

Odwiedziłam też Ambasadę RP. Spotkałam się z konsulem, który okazał się niesamowicie pomocnym i sympatycznym człowiekiem. Bardzo mi pomógł załatwić pewne sprawy w Polsce, na uczelni, które były mi potrzebne. Naprawdę, czułam się jak obywatel najpierwsiejszej kategorii:) Dzięki wielkie Panie Konsulu!!!

 

I co najważniejsze, będąc tutaj, naprawdę doceniam jakim pięknym krajem jest Polska. Kiedy byłam w Finlandii, zobaczyłam wady Polski, teraz doceniam jej zalety. Co oczywiście nie znaczy, że Estonia jest tak fatalna. Nie. Jest tu wiele przemyślanych, dobrych rozwiązań, żeby ludziom żyło się lepiej (to, co jest na porządku dziennym w Finlandii), np. dalej niż u nas posunięta elektronizacja biurokracji. Wiele spraw w urzędach czy na uczelniach można załatwić przez internet, nie trzeba stać w kolejkach i przerzucać papierów. To jest to, co w Estonii jest skandynawskiego. Ale już pomysły na zabudowę miasta są zupełnie bezsensowne. Nielogicznie usytuowane przejścia dla pieszych, brak pasów na przejściach i ulicach, brak świateł na chodnikach. Chodniki w stanie...niemal całkowitego zniszczenia, albo też brak chodników. Poruszanie się po mieście, zwłaszcza wieczorem grozi skręceniem wszystkich kończyn.

 

Stare miasto jest oczywiście ładne. Jak to wszystkie średniowieczne miasta. Nie zupełnie odrestaurowane, ale ma swój urok. Choć wieczorami oblegane jest przez przez tłumy turystów i pijanych Finów (kocham ten naród, ale to jest ich duża wada, potrafią pić do nieprzytomności i to regularnie:))

 

A teraz idę na spotkanie z mnichem:) (z czego to?) Reszta jak wrócę

JOL

sobota, 03 października 2009

 

R: co u paki?

H: nie ma paki

ty w Katarze

Jol w sTalinie

Pan Dziwny w turcji

WW na giełdzie

Pan B. w księgarni

Wenus piecze placek

R: w lesie :)

H: poza tym skad mam wiedziec, co u paki skoro nie ma spotkańsk, bo ich nie ma kto organizować ;)

 

 

 
1 , 2
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl