Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
wtorek, 20 października 2015

Już za  parę godzin wyruszamy z Halszką na podbój Andaluzji. Boję się zasnąć, żeby nie zaspać.

Dwa tygodnie temu postanowiłam się w ekspresowym tempie wylaszczyć w związku z Costa de la Luz. Zaczęłam intensywnie biegać. Przez dwa dni z rzędu. Skończyłam zdychając przewlekle w związku z zapaleniem oskrzeli. Wizja bikini trochę mnie zatem przeraża... Ale nie ma się co martwić na zapas. Pewnie i tak będzie padać ;)

Adiós amigos! Nie dajcie się jesiennej szarudze! :)

Re

 

poniedziałek, 05 października 2015

Wrzesień przeleciał z prędkością światła. Jakież było moje zaskoczenie 1 października, gdy okazało się, że minął miesiąc mojego bezrobocia, a ja nawet nie zaczęłam szukać pracy. Wbrew pozorom wrzesień był pracowity. Okazało się, że siedzenie w domu wpływa destrukcyjnie na autoorganizację. Siedzenie w domu wysyła czytelny sygnał do reszty domowników, że oto osoba ma dużo czasu - całe mnóstwo - i może śmiało zajmować się sprawami, które do tej pory zupełnie jej nie dotyczyły w związku z rozbujałym życiem zawodowym - buhahahaha. Okazało się zatem, że:

1. Gotowanie to straszna strata czasu.

2. Gdy nikt nie widzi, spod szafy wypełza armia małych bliżej niezidentyfikowanych obiektów, które rozprzestrzeniają kurz, kruszą w kuchni i ogólnie bałaganią na wszystkich kondygnacjach.

Wpadłam w błędne koło - może nie prowadzenia domu, bo to z pewnością za dużo powiedziane - ale opieki nad domem. Z niecierpliwością czekam na pierwszy śnieg - moi rodzice przestaną jeździć do hacjendy, a ja zacznę szukać zatrudnienia. Ale nie tak szybko. Za dwa tygodnie jeszcze Andaluzja. Październik spisałam już na straty. Wielkie nadzieje pokładam natomiast w listopadzie. Listopad to dobry miesiąc. W listopadzie wszystko się zmieni.

Tymczasem muszę ratować mikrokosmos. W trakcie pisania tego posta armia niezidentyfikowanych obiektów zamieniła mój dom w pobojowisko i teraz przeprowadza atak na obejście. Na samą myśl jestem zmęczona.

 

Regina F.

 

poniedziałek, 07 września 2015

 

Siedzę sobie w barłogu i czuję się dobrze. Psychicznie. Fizycznie nie bardzo. Tradycyjnie pod koniec sierpnia dopadł mnie jakiś upierdliwy wirus i walczę z nim już 14 dzień z rzędu. A końca nie widać. 

Bałam się bezrobocia i boję się nadal. Nie finansowo. Tak się szczęśliwie składa, że zawsze mam jakieś zaskórniaki, które pozwalają mi przetrwać trudne miesiące bez stałych wpływów na konto. Powiem więcej, ten pozbawiony pracy czas jest przeważnie owocny w podróże - ostatni raz za granicą byłam na przełomie 2010 i 2011 roku, właśnie kiedy jarzmo etatu nie ciążyło na mojej duszy globtrotera. W bezrobociu natomiast zawsze najbardziej przerażał mnie brak pracy. Nie źródła dochodu. Zajęcia.

Jestem człowiekiem czynu, lubię działać, lubię coś robić. Lubię nadawać tempa sprawom, lubię poganiać, popędzać i wytykać błędy. Typowa Pani Kierowniczka. W pracy jestem połączeniem perfekcjonisty z cyborgiem. Najwięcej radości sprawia mi zespół, który działa, jak dobrze naoliwiona maszyna. SprawiałBY. Bo jeszcze na taki nie trafiłam. Jedno jest pewne - nadaję się do tego, aby rządzić :)

Ludzie przeważnie źle podchodzą do pracy. W sposób marzycielski zamiast zadaniowy. Ostatnio kolega zwierzał mi się, że on to by chciał mieć taką pracę, w której czułby się spełniony, w której atmosfera byłaby życzliwa, a szef składał hołd i dziękczynienie za każdy najmniejszy wypełniony pracowniczy obowiązek. Bo najgorzej to czuć się niedocenionym przez pracodawcę. Na moje pytania wypowiedziane wielkimi literami: "CHŁOPIE, ILE TY MASZ LAT? W JAKIM TY ŚWIECIE ŻYJESZ?" odpowiedział tylko smętnie: "Może masz rację..."

Generalizując, ludzie dzielą się na tych, którzy zarzynają się po to, aby wspiąć się na najwyższy szczebel drabiny zawodowej albo na takich, którzy robiąc minimum oczekują spektakularnych gratyfikacji pieniężnych oraz oczywiście dobrego słowa od przełożonego. Jedni i drudzy są sfrustrowani. Pierwsi dlatego, że spoglądając z najwyższego szczebla na swoje życie zbyt często nie potrafią odnaleźć w nim ani grama sensu, drudzy - bo ich podejście to już nawet nie jest naiwność tylko głupota w najczystszej postaci. Przeważnie niestety nieuświadomiona. Dotyczy to zazwyczaj osób latami przyspawanych do stołka, dla których podnoszenie kwalifikacji jest bardzo ważne pod warunkiem, że za szkolenie zapłaci pracodawca. W innym wypadku jest to wymaganie nie do przyjęcia. Kto to widział marnować swój prywatny czas na samodoskonalenie zawodowe? W godzinach pracy też nie ma mowy, bo przecież najnowsze trendy same się nie przejrzą i tak dalej. Nie ma mowy! Nie za te pieniądze! (I uwierzcie, nie mam tu na myśli osób pracujących na umowy śmieciowe, czy za najniższą krajową.)

To niestety najczęściej problem średnich miast, gdzie osoby dobrze wykształcone, pracowite i kreatywne, wylatują ze względu na zbyt krótki staż pracy w firmie, a ci, którzy przez 20 lat zdążyli rozwinąć się jedynie w dziedzinach samozadowolenia i roszczeniowości mają się wprawdzie chujowo, ale stabilnie.

Ech, sama nie wiem, do czego zmierzam. Najwyraźniej moje wewnętrzne rozżalenie związane z utratą pracy wciąż ze mnie wyłazi na każdym kroku. Może to i dobrze - gdy już wylezie i zniknie, będę mogła zacząć szukać nowych rozwiązań na przyszłość.

 

Regina

 

 

 

sobota, 29 sierpnia 2015

 

Myślałam, że skutki stresu związanego z utratą pracy dopadną mnie dopiero, gdy będę już oficjalnie bezrobotna. Jednak kwas, jaki panuje w firmie w związku z wizją zmian, jest nie do wytrzymania i niestety odbija się też na mnie. Wybór dyrektora nastąpi prawdopodobnie pod koniec września, a tu Wódz samorządu już zdążył palnąć podczas konferencji prasowej o masowym pogromie w dziale administracyjno-księgowym (zastępując szybko brzydkie słowo "zwolnienia" ładnym zwrotem "restrukturyzacja zatrudnienia"). W owym dziale pracuje obecnie 5 osób - wliczając mnie i księgową, więc skoro za chwilę mnie już nie będzie, a stanowisko księgowej jest ugruntowane w statucie, to łatwo obliczyć na kogo wypadnie, na tego bęc. Pozostałe trzy osoby trzęsą aktualnie porami zastanawiając się kto pierwszy będzie musiał opuścić ciepły do tej pory kurwidołek. Dział techniczny też się trzęsie, ale jakby mniej, gdyż zgodnie z wolą Wodza "zapuszczony kompleks" ma wypięknieć, a przecież budynki same się nie wysprzątają, jak również trawa sama się nie skosi. Zatem dział techniczny w nieco lepszym humorze, jednak starym zwyczajem marudzi, jak to ma źle i niedobrze, wprawiając wszystkich pozostałych w stan lekkiego podkurwienia. Oraz momentami siejąc lekki zamęt. Firmowe koalicje, które potworzyły się w ostatnich tygodniach są śmieszne i straszne jednocześnie. Hejt został skierowany w stronę kozła ofiarnego - osoby, na którą jeszcze 2 miesiące temu nikt nie ośmieliłby się na głos wypowiedzieć złego słowa. A teraz jawne zarzuty, oskarżenia i komentarze, które dawno przestały być choćby przyzwoite.

Ja jestem cichym obserwatorem. Nie wchodzę w animozje. Zapierdalam jak mały samochodzik, żeby wszystkie niedokończone sprawy zapiąć na ostatni guzik. Taką mam zasadę - to co rozgrzebałam, muszę to doprowadzić do końca. Tyle  że w obecnej sytuacji najrozsądniej byłoby wszystko rzucić, skoro reszta osób przejęta tylko i wyłącznie własnym losem większość czasu zamiast na pracy spędza na plotkowaniu, knuciu, zakwaszaniu atmosfery i użalaniu się nad sobą.

Takiej zbiorowej histerii dawno nie widziałam. Piękny i dorodny przykład tego, jak brak obiektywnej oceny sytuacji, stan zagrożenia, egoizm i roszczeniowa postawa powolutku prowadzą do klęski. To będzie taka piękna katastrofa! I pomyśleć, że mogłabym po prostu rzucić zapałkę... i patrzeć jak wszystko zaczyna płonąć...

Dużo widzę. Umiem słuchać. Umiem dodać dwa do dwóch. Budzę zaufanie. I NIE jestem paplą. Dzięki temu posiadam wiedzę, której nie są świadomi wszyscy pozostali. I gdy tak patrzę na tę gamę żałosnych zachowań i równie żałosnych koalicji mam ochotę na koniec jeszcze trochę namieszać. Z zasady nigdy się nie wtrącam, zwłaszcza gdy temat już mnie właściwie nie dotyczy. Ale w ramach zemsty za zepsuty ostatni tydzień pracy, brak empatii i dwulicowość... no korci mnie.

Kuriozalne jest to, że chcąc pomóc wszystkim na około sama stałam się przedmiotem plotek. Z dobrego serca zgodziłam się pracować zamiast siedzieć na urlopie. Wykonuję wszystkie polecenia bez mrugnięcia okiem. Robię rzeczy, które nie leżały nawet obok zakresu moich czynności. I jak się to kończy? Choróbsko, bezsenność i wykluczenie społeczne. Bo skoro się nie buntuję, to znaczy że kolaboruję z wrogiem. 

Nie mogę pojąć, jak można poświęcać całą swoją życiową energię na pielęgnowanie zgnilizny. Nie mogę uwierzyć, że ta zgnilizna uderzyła w moją życiową energię i doprowadziła mnie do skrajnego wyczerpania - fizycznego i psychicznego. Jakoś muszę rozładować stres, bo się wykończę.

To co? Namieszać czy nie namieszać? Iść w kwasy czy zostać przy zasadach?  A może zmienić zasady i jednak pójść w kwasy? ;)

 

Re

 

 

 

 

niedziela, 23 sierpnia 2015

 

Spośród Królowych byłam pierwsza. Wkrótce po mnie dopadło Jolantę. Potem długo długo nic, aż do dziś, kiedy z rzeczywistością przyszło zmierzyć się Halszce...

Regina: Witamy w Klubie 30. Dajesz radę ze świadomością, że młodość bezpowrotnie minęła? :P Najlepszego na kolejne 30 lat! :)

Halszka: Dzięki :( Nigdy się z tym nie pogodzę ;(

Pan Dziwny kiedyś dobrze określił 30-ste urodziny. "To w sumie taka fajna rocznica - okrągła, ale jeszcze nie smutna" :) Wenus wciąż z dwójką z przodu. Ale już nie długo. Jeszcze tylko kilka dni i nocy :) To jest nasz odcinek "Przyjaciół". Ten konkretny. The one where they all turn thirty.

 

 

Re

 

czwartek, 20 sierpnia 2015

Tu Jolanta. Wywołana do tablicy przerywam milczenie. Doszły mnie słuchy o końcu Kapelutków, którym mam moralny obowiązek zaprzeczyć (słuchom, nie Kapelutkom). Kapelutki będą trwały, nawet jak całe internety się skończą. I tak juz mam wrażenie, że jesteśmy prawdziwymi dinozaurami w blogowej przestrzeni internetów. I ciągle 24 fanów. :) To w sumie tyle, ile mamy lat, prawda Regino?

Wracając jednak - wywołana do tablicy przerywam milczenie, choć nie bardzo wiem, jak pisać o tym, co u mnie w obliczu tego, co u Reginy. Pewne aspekty życia idą mi bardzo dobrze, inne gorzej, a jeszcze inne zupełnie do dupy. O tych ostatnich mówić nie będę, te środkowe też przemilczę.

Dobrze mi od jakiegoś czasu w sferze zawodowej. Otóż jestem chodzącym przykładem sytuacji, w której to praca znalazła człowieka.  Jak wiecie, lub nie, ponad rok temu porzuciłam dotychczasowe zatrudnienie (mówiąc "zatrudnienie" stosuję daleko idący eufemizm), aby zająć się obowiązkami rodzicielskimi. Przez pół roku prowadziłam sobie dom, od czasu do czasu wykonując małe i większe zlecenia, które pozwalały mi zupełnie nie zdziczeć i nie zapomnieć swoich biznesowych skillsów. Po spektakularnej utracie pracy przez mojego małżowinka, postanowiłam potrenować chodzenie na rozmowy kwalifikacyjne. Było ich kilka, każda z podobnym rezultatem, tylko powód inny. Odpowiadałam oczywiście jedynie na oferty z branży, w której do tej pory pracowałam etatowo (znów eufemizm), mój drugi skill pozostawiwszy w sferze własnego biznesu. Aż tu pewnego popołudnia otrzymałam telefon od rekrutera zainteresowanego tymże skillem, któremu ktoś gdzieś kiedyś przypadkiem o mnie wspomniał. Nieco zaskoczona takim obrotem spraw, odpowiedziałam, że ja ja naturlich jawohl i tak oto zostałam włączona do procesu rekrutacyjnego. Najszybszego procesu rekrutacyjnego, jaki widziałam - po trzech dniach otrzymałam propozycję pracy. Na umowę o pracę. Z wynagrodzeniem, o które nie śmiałam prosić ("Zapłacimy dwa razy więcej"). Z dodatkami, które to ja dostaję, a nie przynoszę do pracy. W biurze, które znajduje się dokładnie 9 minut jazdy od mojego kwadratu. W fantastycznym - jak się okazało - zespole.

Na początku myślałam, że ktoś mnie wkręca i jak tylko wyjdę z pracy, z krzaków wyskoczy ekipa telewizyjna krzycząc "Mamy cię!. Twoja umowa jest nieważna a ten budynek jest z tektury!" Ale jak na razie nic takiego nie nastąpiło. Oczywiście cały czas się zastanawiam, czy mnie za tydzień nie wypidrolą, zgodnie z zasadą, że co dobre szybko się kończy. Nie wiem. Staram się, jak mogę, aby nie mieli powodu. 

I poza tym, że pracuję - dodatkowo - wreszcie robię coś, do czego czuję się stworzona. Czyli to, co cały czas robiłam w ramach własnych biznesów, ale nigdy nie myslalam, żeby przełożyć to na pracę etatową. W zasadzie nie wiem, dlaczego... Jestem wdzięczna losowi i szczęśliwemu kapelutkowi, że ktoś uczynił to za mnie. Teraz czuję się, jakbym nie pracowała, tylko robiła coś fajnego, co mnie ogromnie cieszy, a ktoś mi za to płacił. Dlaczego nie wpadłam na to wcześniej? :) 

Manifestując swoją pozytywną energię radośnie zmieniłam także kolor włosów na marchewkowy... Chociaż w sumie może na tę przygodę spuszczę laskę milczenia. Zmieniałam kolor. Tyle wystarczy.

Ale - my tu gadu gadu a tam chłop kapustę kradnie. Dlatego pozwolicie, że na tym zakończę ten nudnawy wpis i załatwię jeszcze kilka ważnych spraw, zanim mi pole opustoszeje.

Niebawem wrócę. Tymczasem podążajcie za szczęśliwym kapelutkiem.

Jol.  

21:04, kapelutki
Link Komentarze (4) »
środa, 19 sierpnia 2015

 

Jak już wiecie, z dniem 1 września jestem oficjalnie bez pracy i wreszcie będę miała czas na swoje pasje.

1. Burdel w szafie, burdel  w życiu!
Bezrobocie zamierzam zacząć z przytupem. Mam zamiar dokończyć gruntowne porządki, które zaczęłam mniej więcej zeszłej jesieni. Z roku na rok coraz bardziej się rozprzestrzeniam. Gromadzę, chomikuję i kolekcjonuję stare i do niczego niepotrzebne przedmioty. Summa summarum okazuje się, że moje lokum wygląda jak wysypisko śmieci, gdyż wszystkie półki, szuflady, szafki i szafy dawno są pozajmowane i nigdzie nie wścibić paznokcia. Chaos mieszkaniowy przekłada się bezpośrednio na chaos wewnętrzny, a chaos wewnętrzny na chaos w relacjach międzyludzkich. Moja pedantyczność i samodyscyplina odeszły w zapomnienie, co bardzo mnie boli. Czas wrócić do dawnych dobrych nawyków!

2. Biegam, bo lubię!
Bieganie to dla mnie idealny sposób na rozładowanie napięcia i zniwelowanie wylewającej się każdym otworem mojego ciała frustracji. Jest to też świetny sposób na utrzymanie przyzwoitej wagi. W pewnym momencie, tłumacząc się zmęczeniem i brakiem czasu, zaprzestałam joggingu lub uprawiałam go sporadycznie. Przez rok wszystko było ok, ale potem przekroczyłam magiczną granicę trzeciej dekady i nagle, dosłownie z dnia na dzień, stałam się tłustym pulpetem posmarowanym pasztetową. Tak być nie może! Mogę nie mieć pracy, kariery, męża i domu z ogrodem, ale wyglądać jakoś muszę! W odchudzaniu zapewne pomoże mi nie tylko bieganie, ale także fakt, że w końcu nie będzie mnie stać na jedzenie.

3. Viva España!
Bilety kupione, plan zrzucenia zbędnych kilogramów opracowany. W październiku jadę w fascynującą podróż przez Andaluzję. Wraz ze mną Halszka - też bezrobotna oraz Pablo - mój katarski towarzysz niedoli. Wyszło spontanicznie, a jak wiadomo, spontaniczna wyprawa albo staje się wyprawą życia albo kończy się skradzionym paszportem i brakiem możliwości powrotu do Polski. W obecnej sytuacji każda opcja wydaje mi się równie pociągająca :)

 

Re

 

 

sobota, 15 sierpnia 2015

 

Nie czytaj tego tekstu, jeśli:
- masz słabe nerwy i nie chcesz ich nadwyrężać
- lubisz święty spokój i chcesz miło spędzić świąteczną sobotę
- jesteś urzędnikiem państwowym
- jesteś sympatykiem PiS, PO lub PSL

 

Jak żyć?
1 września znów zasilę grono bezrobotnych. Szczęśliwych bezrobotnych - powiedziałaby Halszka, która - odkąd odeszła z kancelarii kilka miesięcy temu, wreszcie ma czas na swoje pasje. Jednak ja jestem człowiekiem czynu - nienawidzę siedzieć w domu bez celu. Poza tym perspektywa poszukiwań pracy, wizyt w PUPie, wysyłania sryliarda aplikacji, wyczekiwania czyjekolwiek odpowiedzi, w końcu nielicznych rozmów rekrutacyjnych wpędzają mnie w czarną rozpacz i powodują spazmatyczny szloch. Najgorsze jest to, że odkąd skończyłam studia nie mogę nigdzie zagrzać miejsca dłużej niż 2 lata. Pomimo tego, iż w każdej z dotychczasowych firm byłam chwalonym pracownikiem, zawsze inne, pozapracowe czynniki zwiastowały koniec współpracy.

 

Jestem rozżalona
Od marca zeszłego roku pracuję w instytucji kulturalnej podległej pod sammorząd. W 2011 dostałam tam staż, a potem pracowałam dla nich na zlecenie, będąc równocześnie na etacie gdzie indziej. Gdy dzień przed Sylwestrem 2013 mój ówczesny szef wręczył mi wypowiedzenie, tłumacząc się mętnie problemami wyjętymi prosto z dupy, zadzwoniłam do IK i powiedziałam, że rezygnuję ze zlecenia, bo idę po zasiłek do państwa. Potem Urząd Pracy wydymał mnie w sposób fachowy i profesjonalny, ale nie rozdrapujmy starych ran. Ostatecznie IK zdecydowało się zatrudnić mnie na najprawdziwszą w świecie umowę o pracę na stanowisku, które w dodatku bardzo mi odpowiadało. 

W momencie, gdy pierwszy raz zasiadłam za biurkiem w IK, Dyrekcja jednostki wybierała się właśnie na porodówkę, a następnie na urlop macierzyński itd. Od pewnego czasu trwało też kompleksowe kopanie samorządu w papierach firmowych. Kontrola kopała, kopała, aż się dokopała do tego, co uznała za niezbite i wystarczające do wykopania Dyrekcji za drzwi wielce kulturalnej instytucji. Sporządzono miażdżący protokół, który punkt po punkcie wskazywał, jak strasznych nadużyć dopuściła się Dyrekcja podczas dekady panowania. To, że poprzednie kontrole tego samego audytu wystawiały laurkę, pominięto milczeniem uznając, że to było dawno i nieprawda i w ogóle to tamto kopanie było cząstkowe, a teraz jest kompleksowe i ponadto wcale nie należy pamiętać, że jedna z pań kontrolujących była kiedyś księgową w IK. Żeby była jasność - nie bronię Dyrekcji. Jest to osoba niewątpliwie charyzmatyczna, ale o zarządzaniu instytucją kultury miała najwyraźniej blade pojęcie. Co było kwestią zupełnie nieistotną, gdy wiatr na politycznych wodach był przychylny jej kulturalnej żegludze. Żeby było śmieszniej audyt też najwyraźniej przegapił odpowiednią ustawę, bo skontrolował nas nie jako instytucję kultury, która rządzi się swoimi prawami, a jako jednostkę budżetową. Stąd niektóre pokontrolne zarzuty są nie tylko bezpodstawne, ale i śmieszne. Chyba się nawet skapnęli, ale było już za późno i teraz muszą trzymać się swojej wersji. Opinia publiczna uwierzy we wszystko - wystarczy, że mądre samorządowe głowy powtórzą coś wystarczająco wiele razy.

 

To jeszcze nie wszystko
Od sierpnia zeszłego roku, w związku z faktem, że jesteśmy najbardziej niezdyscyplinowaną instytucją na świecie, zarządzono zmiany. Pierwszą zmianą była decyzja o przeniesieniu siedziby administracyjnej. Do tej pory instytucja miała dwie siedziby. W mieście - biuro instytucji oraz na wsi - obsługę obiektów, którymi instytucja dysponuje. Równą karą dla wszystkich było zesłanie działu miejskiego na prowincję. Miało się to stać z dniem 1 stycznia. Podjęliśmy walkę, która ostatecznie nic nie dała, ale Nowy Rok świętowaliśmy jeszcze na starych śmieciach. Wkrótce przyszło kolejne pismo z informacją, że mamy zaprzestać dywersji i grzecznie wdrożyć w życie wolę władzy z dniem 1 maja.

1 kwietnia opinią publiczną wstrząsnął jeden z prowincjonalnych portali internetowych publikując informację, że nasza instytucja zostanie zlikwidowana, a przeniesienie jej administracji o 40 km od jakiejkolwiek cywilizacji to dopiero pierwszy krok w tym kierunku. Informator portalu powoływał się na osobę ze środowiska Wodza samorządu. Ten jednak szybko zdementował wieść gminną, powołując się na Prima Aprilis. W mediach rozpętała się jednak dyskusja na temat IK i przyparty do muru Wódz przyznał, ze szykują się duże zmiany i że część osób nie zachowa pracy, a konkretnie te, którym kończą się umowy. Gdyby ktoś miał wątpliwości, że chodzi o mnie, zostało jeszcze wspomniane moje stanowisko.

Zarówno decyzja o zmianie siedziby jak i redukcji zatrudnienia wiązała się z koniecznością wprowadzenia oszczędności.

 

Ukisi się
Nasza IK przyjęła strategię: nie odzywamy się, nie wychylamy się, nie komentujemy sprawy, robimy wszystko, co każą - ukisi się. Pokorne cielę dwie matki ssie - jak zobaczą, że jesteśmy grzeczni, to pogłaskają nas po policzku i wszystkim pozwolą zachować pracę. Jednakże im bardziej potulni byliśmy wobec nich, tym większe roszczenia zaczęły pojawiać się na horyzoncie. Niezależna jednostka posiadająca osobowość prawną stała się nagle wasalem swojego organizatora. Nastał czas czas terroru. Serio - mobbing to wciąż za mało, żeby opisać to, co dzieje się obecnie w firmie. Na nieśmiałe: "odczepcie się, robimy wszystko, co chcecie" odpowiedź jest zawsze podoba: "jesteście pod lupą" albo "jesteście na cenzurowanym". Co jest doskonałym usprawiedliwieniem tego, że wkładają kinol w sprawy, do których nie mają żadnego prawa i kompletnie dezorganizują naszą pracę.

 

Taka była umowa
W zeszłym tygodniu władze zjechały się do nas, żeby omówić kilkanaście niezwykle ważnych tematów. Obrady zajęły strasznie dużo czasu, bo coś ponad godzinę. Potem były już tylko przyjemności za publiczne pieniądze - grill, parasolki i browar. I wtedy mój przełożony poszedł oddać pokłon Wodzowi i zapytał go, czy ten łaskawie zgodzi się na przedłużenie mojej umowy, żeby nowy dyrektor, którego wybór planowany jest na drugą połowę września, miał szansę poznać mnie osobiście i zobaczyć jak ważnym ogniwem instytucji jestem. Odpowiedź oczywiście była negatywna.

 

Jestem wkurwiona
Wiecie, co dla mnie jest najbardziej przerażające i odrażające? Nawet nie to, że próbują oszczędzać na kulturze, ale to, w jaki sposób to robią. Próby ingerowania w jakość organizowanych imprez przez osoby, które nie mają o tym fioletowego pojęcia jest żenujące. Plakaty powinniśmy robić w wordzie i drukować samodzielnie na drukarce biurowej, akustyk powinien być dwa razy tańszy, bo kto to widział płacić komuś normalną stawkę skoro szwagier pani z dziennika podawczego też umie podpiąć mikrofon do głośnika, a już w ogóle największym kuriozum jest to, że zapraszamy Kulkę Konstantego Andrzeja skoro siostrzeniec radnego Pająka od 4 lat gra na skrzypcach... Oczywiście przesadzam, ale w wielkim uproszczeniu o to właśnie chodzi. To po pierwsze. Po drugie - redukcja zatrudnienia to oczywiście najprostsza droga, ale można redukować z głową. Jako pracownik najmłodszy stażem zarabiam najmniej. Jako pracownik najmłodszy stażem robię najwięcej - jestem zmotywowana, kreatywna, nie dopadło mnie jeszcze wypalenie zawodowe. I gdyby pan Wódz był na tyle inteligentny, aby spojrzeć na poziom wykształcenia pracowników IK to zobaczyłby, że jestem jedną z trzech osób (na dziesięć osób pracujących w ogóle), która posiada dyplom ukończenia studiów. Oczywiście nie ma co wymagać, aby ogrodnik czy pracownik gospodarczy musiał mieć mgr przed nazwiskiem - bez przesady, ale jest to do nędzy instytucja kulturalna! Wreszcie to, w jakich okolicznościach padła ostateczna odpowiedź: urzędnik państwowy. który za publiczne pieniądze zorganizował w godzinach pracy bibę, która, jak podejrzewam, kosztowała więcej niż dwie moje miesięczne pensje, na której serwowany był alkohol, mówi, żeby osobie gruntownie wykształconej, inteligentnej i pracowitej nie przedłużać umowy, bo instytucja musi oszczędzać. Nóż się w kieszeni otwiera.

 

Nie ma sił
Nie mam już sił się złościć. Nie mam sił dyskutować na ten temat. Męczy mnie przebywanie w pracy, a pracować mam do końca sierpnia, bo zbliża się duża impreza, którą trzeba ogarnąć. Atmosfera w firmie nie nastraja optymistycznie. Jest nerwowo - delikatnie mówiąc. Kwestia przejęcia przynajmniej części moich obowiązków rodzi niezadowolenie u koleżanek. Ich rozmowy na temat tego niezadowolenia budzą moje niezadowolenie. Moją depresję związaną z utratą pracy potęguje biadolenie, jak źle mają ci, którzy zostają - bo tyle pracy, bo gdy wybiorą nowego dyrektora to jeszcze więcej głów może spać na posadzkę. To prawda. Ale jak na razie tylko moja głowa smętnie toczy się w stronę drzwi wyjściowych...

 

Re

 

 

 

 

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

 

Jeśli kogoś interesuje, jak zakończyła się historia z babciną podomką, to spieszę donieść, że zakończyła się happy endem :) Podomka została założona. Halszka stwierdziła, że wygląda lepiej niż na zdjęciu, ale szału nie robi. To już coś - w końcu dobre słowo Halszki droższe piniendzy :)

W sobotę obie szykowałyśmy się na uroczystość. Oko umalowane, paznokć zrobiony. Gdy wtem! Dzwoni Halszka, a z jej ust padają słowa, które powodują u mnie lekki udar: "Ten ślub jest JUTRO!"

Jak bardzo trzeba nie ogarniać, żeby pomylić datę ożenku przyjaciela? :)

 

Re

 

 

 

sobota, 08 sierpnia 2015

 

Sięgnęłam pamięcią wstecz i doszłam do wniosku, że śluby moich znajomych były dla mnie doskonałą okazją do zaliczenia modowej wpadki. U Joli i Pana M. postawiłam na futurystyczno-kosmiczny look - teraz z bólem serca oglądam zdjęcia z tej uroczystości. A srebrne szpilki stoją w szafie czekając aż moja stopa zrobi się połowę węższa. Do dziś próbuję zwalczyć odciski, których nabawiłam się na przyjęciu weselnym.

U Wielkiego Wizjonera wyglądałam jak dwórka Marii Antoniny, miesiąc później - u Pana Dziwnego jak Kopciuszek 15 kilo później. Zdecydowanie najlepiej wypadłam u Wenus - jednak klasyczna czerń, romantyczne fale i chuda dupa zawsze się obronią.

Dziś, po ostatecznej analizie sondy, bez przekonania uprasowałam prostą czerwoną sukienkę, która nadaje się dosłownie na każdą okazję... A potem rzuciłam monetą... Orzeł czy reszka? Wypadło na podomkę :)

 

Re

 

 

czwartek, 06 sierpnia 2015

 

Kiedyś wydawało mi się, że mam całkiem dobry gust. Wyrażenie "wydawało mi się" jest tutaj bardzo na miejscu - w końcu Halszka niejednokrotnie kwitowała moje stylizacje jednym zdaniem: "Wyglądasz jak lafirynda". Jednak falę krytyki płynącą z jej strony zawsze przeskakiwałam zgrabnym susem, niesiona bardziej przychylnymi opiniami innych. Każdy z innych mienił się wszakże arbitrem elegantiarum. Wszystko było w porządku aż do dziś. Dziś bowiem przyszła sukienka, którą zamówiłam sobie na sobotni event. Z zadowoleniem przymierzyłam, a warto nadmienić, że ja nigdy nie mierzę świeżo zakupionych rzeczy. Tak mi się podobała!

Podobała mi się sukienka. Podobała mi się moja osoba w sukience. Podobało mi się wszystko. Jako że bardzo chciałam pochwalić się zakupem, zabrałam go na spacer do Es I się zaczęło...

Es nie zareagowała entuzjastycznie. Choć z drugiej strony...? Jej szyderczy śmiech początkowo zbił mnie z pantałyku... Potem jednak wpadłam w konsternację. Postanowiłam przeprowadzić sondę wśród osób losowo wybranych z książki telefonicznej. Maszyna losująca wytypowała Wenus, Jolę, Halszkę i Bratową. Na pytanie: "Czy wyglądam jak w babcinej podomce?" wszystkie zgodnie zaznaczyły odpowiedź "TAK!". Wszystkie oprócz Wenus, bo ta póki co oszczędziła mi swojej miażdżącej krytyki nie odpisując na mmsa.

Powiesiłam sukienkę na wieszaczku i się w nią uporczywie wpatruję. Podoba mi się stale i wciąż :( I teraz pytanie do Ciebie, drogi Czytelniku:

Odesłać wbrew sobie, czy chodzić wbrew światu?

 

Re

 

Sukienka Mango

 

 Update: Wenus potwierdza, choć łagodnie: "Trochę tak" :)

 

 

Re

niedziela, 02 sierpnia 2015

 

Wbrew plotkom, które bezwstydnie rozsiewa po lesie Lumberjack, Kapelutki NIE UMARŁY! O nie! Owszem, ostatnio coś jakby spadek formy... Apatia, zniechęcenie, z lekką nutką dekadencji... Ostatnio – od dwóch lat...

Osobiście nie wiem, co się stało z czasem. Wystarczy, że mrugnę i nagle okazuje się, że minęło pół godziny. Mrugnę znowu - godzina. Zamknę oczy na chwilę – świta kolejny dzień.

Odkąd wstaję o 5.00 rano odświeżyłam swoje podejście do życia. Otóż, jest mi jeszcze bardziej wszystko jedno. Marzę tylko o tym, żeby wpełznąć z powrotem pod kołdrę i zwinąć się w bezpieczny, ciepły kokon. Z rozrzewnieniem wspominam czasy, gdy budzik dzwonił o 6.00. Z powrotami po pracy wcale nie jest lepiej. Jak się uda, jestem w domu  o "normalnej porze", czyli 17.20. Jak się nie uda... bagatela godzinkę później. Nie ma tego złego – póki co pracuję do końca miesiąca i jak dobrze pójdzie od września będę szczęśliwym bezrobotnym. Jak Halszka.

Moje codzienne wycieczki do pracy przypominają mi bardzo pewną scenę z pewnego filmu. Z czego to?

 – Ja to, proszę pana, mam bardzo dobre połączenie. Wstaję rano za piętnaście trzecia. Latem to już widno. Za piętnaście trzecia jestem ogolony, bo golę się wieczorem. Śniadanie jadam na kolację. Tylko wstaję i wychodzę.
– No, ubierasz się pan.
– W płaszcz – jak pada. Opłaca mi się rozbierać po śniadaniu?
– Fakt!
– Do PKS mam pięć kilometry. O czwartej za piętnaście jest PKS.
– I zdążasz pan?
– Nie, ale i tak mam dobrze, bo jest przepełniony i nie zatrzymuje się. Przystanek idę do mleczarni. To jest godzinka. Potem szybko wiozą mnie do Szymanowa. Mleko, widzi pan, ma najszybszy transport, inaczej się zsiada. W Szymanowie zsiadam, znoszę bańki i łapię EKD. Na Ochocie w elektryczny do stadionu, a potem to już mam z górki, bo tak… w 119, przesiadka w 13, przesiadka w 345 i jestem w domu, to znaczy w robocie. I jest za piętnaście siódma! To jeszcze mam kwadrans. To sobie obiad jem w bufecie, to po fajrancie już nie muszę zostawać, żeby jeść, tylko prosto do domu. I góra 22.50 jestem z powrotem. Golę się. Jem śniadanie i idę spać.

 ***

Spróbujmy, na złość Lumberjacku, wskrzesić Kapelutki.

Mam na imię Regina. Jestem czarnym Kapelutkiem. Czarnym, jak moja dusza. W lutym stuknęła mi 30-tka. Jak mawia Pan Dziwny, to taka fajna rocznica – okrągła, a jeszcze nie smutna. Blog piszę wespół z Jolantą. Jolantą z Chudowa. Fioletowym Kapelutkiem. Żoną Pana M. i mamą Małego Pana M. Zwierzęciem scenicznym i bussiness woman. Grupę wsparcia tworzą Halszka i Boska Wenus Botticelliego. Szarą eminencję stanowi Wielki Wizjoner. A Lumberjack to mąż Wenus.

 

Dzisiejszy wpis sponsorują: qquasi, boskawenus, zloty.strzal i asiape :)

 

 

czwartek, 23 lipca 2015

 

Czy jest tam kto? Czy ktoś jeszcze pamięta o Kapelutkach? 

 

14:57, kapelutki
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 22 czerwca 2015

 

Ostatnie dwa tygodnie upłynęły mi pod znakiem urlopu. Przymusowego urlopu, dodajmy, związanego z moją wygasającą umową o pracę. A czerwiec dla mnie urlopowym miesiącem nie jest. Nie wiem, dlaczego. Jakoś tak za wcześnie wypada w kalendarzu. Zresztą lipiec i sierpień to także nie moje klimaty. Najchętniej wypoczywam końcem września lub w październiku.

Lubię jesień. Miłe rzeczy dzieją się w moim życiu jesienią. To dobry czas, żeby się zakochać. Szkolną, szczeniacką miłością. Zawsze mam wtedy nadzieję, że ktoś wyśle mi wiązankę nowiutkich ołówków.

Tymczasem lato. Niezbyt gorące, raczej letnie. Momentami może nawet zimne, bure i ponure. Ale z jesienią ma jednak niewiele wspólnego. Powietrze pachnie inaczej. Ptaki śpiewają w innej tonacji. Liście są zbyt zielone.

Czekam na wrzesień. Czuję, że zajdą zmiany. Ludzie mówią, że zmiany są dobre.

Re

wtorek, 26 maja 2015

 

Ostatnio w moim życiu zaszły pewne zmiany... Trudno to wszystko nawet opisać składnie i ładnie. Grunt, że zmieniłam miejsce pracy. Nie, nie firmę - lokalizację firmy. Zwykle zdarza się tak, że szefowie przenoszą siedziby swoich firm z mniejszych miast do większych. Nas przeniesiono z mniejszego miasta na wiochę zabitą dechami, gdzie psy już dawno przestały szczekać dupami, gdyż nie mają na kogo. Do pracy muszę dojeżdżać 40 km w jedną stroną. Uzasadnienie? Centralizacja. Long story.

Odkąd wstaję o 5 rano świat wydaje mi się jeszcze bardziej zły niż kiedyś. Wracając o godzinie 18.20 czuję jeszcze większą nienawiść do ludzi niż dawniej.

Proces eksmisji objął siedem osób. W czwórkę dojeżdżamy do pracy jednym samochodem, aby zminimalizować koszty podróży. Mamy jednego kierowcą z autem (kolegę) i jednego kierowcę bez auta (czyli mnie). Dwie koleżanki schowały prawo jazdy do szuflady jakąś dekadę temu i nie ma takiej siły, która by zmusiła je do jazdy.

Niespodziewana grypa żołądkowa kierowcy (grypa żołądkowa zawsze jest niespodziewana) paraliżuje całą misterną logistykę. Stąd postanowiłam kupić samochód. Na ten cel muszę przeznaczyć większą część moich życiowych oszczędności, które zaczęłam gromadzić jeszcze na studiach, a i tak ferrari z tego nie będzie. Bardziej coś w stylu 12-letniego Volksvagena Polo. Das auto.

Jednakże się waham. Waham się już drugi miesiąc. Wszyscy wiedzą, że najpiękniejsza jest Regina, kiedy się waha. Powodem wahania nie jest jednak chęć bycia najpiękniejszą, a fakt, że moja umowa o pracę wygasa 31 sierpnia. A szef wszystkich szefów powiedział w radiu, że umowa Reginy nie zostanie przedłużona, gdyż Regina nie jest potrzebna (chlip chlip). W końcu na fejsie może siedzieć każdy, a posty dodawane przez wiewiórkę w parku zgarną i tak więcej lajków niż moje. Roma lokuta, causa finita. Mój szef osobisty, a raczej szef zastępujący nieobecną szefową (it's complicated) twierdzi, że sprawa się zdąży ukisić i mogę czuć się bezpiecznie. Ale podejrzewam, że mówi tak tylko dlatego, że nie chce dłużej nas wozić.

W wielkim skrócie to tyle. Najważniejszą informacją i tak jest to, że żyję. (Żyję, żyję... Ale co to za życie...)

 

Regina

 

 

 

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 59
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl