Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
poniedziałek, 22 czerwca 2015

 

Ostatnie dwa tygodnie upłynęły mi pod znakiem urlopu. Przymusowego urlopu, dodajmy, związanego z moją wygasającą umową o pracę. A czerwiec dla mnie urlopowym miesiącem nie jest. Nie wiem, dlaczego. Jakoś tak za wcześnie wypada w kalendarzu. Zresztą lipiec i sierpień to także nie moje klimaty. Najchętniej wypoczywam końcem września lub w październiku.

Lubię jesień. Miłe rzeczy dzieją się w moim życiu jesienią. To dobry czas, żeby się zakochać. Szkolną, szczeniacką miłością. Zawsze mam wtedy nadzieję, że ktoś wyśle mi wiązankę nowiutkich ołówków.

Tymczasem lato. Niezbyt gorące, raczej letnie. Momentami może nawet zimne, bure i ponure. Ale z jesienią ma jednak niewiele wspólnego. Powietrze pachnie inaczej. Ptaki śpiewają w innej tonacji. Liście są zbyt zielone.

Czekam na wrzesień. Czuję, że zajdą zmiany. Ludzie mówią, że zmiany są dobre.

Re

wtorek, 26 maja 2015

 

Ostatnio w moim życiu zaszły pewne zmiany... Trudno to wszystko nawet opisać składnie i ładnie. Grunt, że zmieniłam miejsce pracy. Nie, nie firmę - lokalizację firmy. Zwykle zdarza się tak, że szefowie przenoszą siedziby swoich firm z mniejszych miast do większych. Nas przeniesiono z mniejszego miasta na wiochę zabitą dechami, gdzie psy już dawno przestały szczekać dupami, gdyż nie mają na kogo. Do pracy muszę dojeżdżać 40 km w jedną stroną. Uzasadnienie? Centralizacja. Long story.

Odkąd wstaję o 5 rano świat wydaje mi się jeszcze bardziej zły niż kiedyś. Wracając o godzinie 18.20 czuję jeszcze większą nienawiść do ludzi niż dawniej.

Proces eksmisji objął siedem osób. W czwórkę dojeżdżamy do pracy jednym samochodem, aby zminimalizować koszty podróży. Mamy jednego kierowcą z autem (kolegę) i jednego kierowcę bez auta (czyli mnie). Dwie koleżanki schowały prawo jazdy do szuflady jakąś dekadę temu i nie ma takiej siły, która by zmusiła je do jazdy.

Niespodziewana grypa żołądkowa kierowcy (grypa żołądkowa zawsze jest niespodziewana) paraliżuje całą misterną logistykę. Stąd postanowiłam kupić samochód. Na ten cel muszę przeznaczyć większą część moich życiowych oszczędności, które zaczęłam gromadzić jeszcze na studiach, a i tak ferrari z tego nie będzie. Bardziej coś w stylu 12-letniego Volksvagena Polo. Das auto.

Jednakże się waham. Waham się już drugi miesiąc. Wszyscy wiedzą, że najpiękniejsza jest Regina, kiedy się waha. Powodem wahania nie jest jednak chęć bycia najpiękniejszą, a fakt, że moja umowa o pracę wygasa 31 sierpnia. A szef wszystkich szefów powiedział w radiu, że umowa Reginy nie zostanie przedłużona, gdyż Regina nie jest potrzebna (chlip chlip). W końcu na fejsie może siedzieć każdy, a posty dodawane przez wiewiórkę w parku zgarną i tak więcej lajków niż moje. Roma lokuta, causa finita. Mój szef osobisty, a raczej szef zastępujący nieobecną szefową (it's complicated) twierdzi, że sprawa się zdąży ukisić i mogę czuć się bezpiecznie. Ale podejrzewam, że mówi tak tylko dlatego, że nie chce dłużej nas wozić.

W wielkim skrócie to tyle. Najważniejszą informacją i tak jest to, że żyję. (Żyję, żyję... Ale co to za życie...)

 

Regina

 

 

 

 

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

 

Stało się. Wenus nie jest ci już panienką. Mąż - tutaj bez zaskoczenia: Lumberjack. Wszystko było perfekcyjnie.

W kościele było po prostu pięknie. Nie tylko dlatego, że uroczystość została uświetniona czytaniami w wykonaniu moim i Pana M. ;) Panna Młoda wyglądała olśniewająco. Prawie tak olśniewająco jak jej wybranek. Ale z munudrem przecież nigdy nie można konkurować - nawet suknią ślubną. Wesele po prostu było epickie. I nie zgodzę się z twierdzeniem Jolanty, że brak publicznego krojenia tortu, czy oczepin zaburzył jakiś tam weselny rytm. Zastanawiające jest, że do konkursu łapania bukietu zawsze najbardziej chętne są mężatki ;)

Re

sobota, 28 marca 2015

 

Wczoraj wraz z Halszką, Wielkim Wizjonerem oraz jego Połowicą udaliśmy się (jako delegacja) do Miasta Królów i Królowych, aby obejść hucznie dirty thirty Jolanty z Chudowa. Jola zaprosiła nas do niezwykle modnego klubu, w którym mieliśmy świętować w rytm muzyki disco, a w rzeczywistości leciało disco polo. Ale i tak było super! Wprawdzie mam pewne wątpliwości, co do poprawności mego zachowania momentami, ale tak to już jest, gdy się człowiek wypuści z prowincji na melanż do metropolii. Nie potwierdzam. Nie zaprzeczam. Choć coś jest na rzeczy, gdyż rano po przebudzeniu okazało się, że mój język jest cały w krostach... Może to świadczyć zarówno o tym, że w swojej coraz słabiej skrywanej desperacji rzuciłam się na jakiegoś żula i poczęłam go namiętnie całować (daj Boże nie) albo że zwyczajnie zrobiłam coś równie niestosownego, a krosty na języku stąd, że całe towarzystwo ma dziś na językach mnie. Najgorsze, że wspomniane warianty wcale a wcale się nie wykluczają i wtedy byłoby naprawdę źle.

Sam Kraków chyba niewiele się zmienił. Na Brackiej jak zwykle padał deszcz...

 

Regina

 

środa, 25 marca 2015

Droga Regino!

 

Twój list wprawił mnie po troszę w radość, a po troszę w stan zadumania. Dziękuję Ci za niego. Cieszę się, że ostatecznie zostałaś wilkołakiem szczęśliwym, to chyba dobrze rokuje.

Melduję, że ja już obiema nogami jestem za granicą trzydziestki i na razie jedyne, co jest inne to to, że jem więcej ciasta niż wcześniej i nie mam wyrzutów sumienia. Załamanie nerwowe pomyślnie przeszłam w zeszłym miesiącu. Dwa dni przed trzydziestką oznajmiłam mężowi, że się wyprowadzam i już nigdy tutaj nie wrócę. Po przejechaniu ćwierci miasta doszłam do wniosku, że w sumie to nie mam dokąd pojechać, więc wróciłam udając, że nic się nie stało. Mąż mojego chwilowego zniknienia nie zauważył, toteż nie musiałam bardzo udawać.

Obecnie dryfuję powoli na śliskiej lodowej krze, podejrzewając jedynie, że moją destynacją jest wiek czterdziesty i, że tam czeka mnie wędrówka ku pięćdziesiątce, sześćdziesiątce i, jak Bóg da, ku wiekom dalszym. Nie opakowałam jeszcze tej trasy w dodatkowe atrakcje, choć w głębi serca liczę, że coś tam jeszcze po drodze zobaczę. Nie przedłużając - pozdrawiam Cię czule zza monitora i czekam na odpowiedź, co tam nowego u Ciebie. 

 

Jolanta z Chudowa

wtorek, 24 marca 2015

 

"Trzydziestka nie może być aż taka zła. Legenda mówi, że są ludzie, którzy tam byli i... wrócili!" /Jolanta z Chudowa/

"Co tam jest?" /Jolanta z Chudowa/

 

Droga Jolu,

W pierwszych słowach mego listu pragnę zapewnić cię, że żyję. Przeżyłam. Przetrwałam. I potwierdzam: TRZYDZIESTKA NIE JEST AŻ TAKA ZŁA. Poszłam w to i nie zamierzam już wracać. Nie zrozum mnie źle. Nie to, że nie chciałabym być znów frywolnym dwudziestoletnim żeńskim młokosem. Niestety, istnieje taka granica, po przekroczeniu której człowiek przestaje być sobą, a młódka przestaje być młódką i staje się kobietą. Rasową kobietą przez duże KA!

Moja nieobecność na Kapelutkach mogła sugerować, że jednak strzeliłam sobie w łeb. Strzeliłam, owszem, ale kilka kielichów. Być może nawet kilka kielichów za dużo.

Celebrację mojej 30-stki zaczęłam o dzień za wcześnie i skończyłam o tydzień za późno. Był to z pewnością dobry czas, a już na pewno najlepsze urodziny ever! Większość ludzi spotkanych w tych dniach na życiowej ścieżce okazało mi swą życzliwość, przyjaźń, a może nawet ich życzenia wszelkiej pomyślności były szczere. Spędziłam wiele wspaniałych chwil przy whiskey, winie, wódce i nalewce cytrynowej. W siedemnastej dobie moja wątroba zaczęła nieśmiało wywieszać białą flagę. 

Problemy zaczęły się, gdy po kolejnych 2 tygodniach wytrzeźwiałam. Cóż się bowiem okazało? Ano okazało się, że nastąpiły nieoczekiwane i nieodwracalne zmiany. Z lustra spojrzała na mnie stara, paskudna Baba Regina, z ryjem przeoranym wąwozami zmarszczek i rozsianymi na horyzoncie wzgórzami krogulców. Coś dziwnego stało się też z moimi włosami - zaczęły łudząco przypominać szczypior rażony pierunem o poranku. Następnie popełniłam horrendalny błąd i stanęłam na wagę... Podobno leżałam nieprzytomna przez 24 godziny. Gdy się ocknęłam okazało się, że zmieniłam się w wilkołaka...

Ale nic się nie martw. Jestem szczęśliwym wilkołakiem, żyjącym w symbiozie z własnym id, ego, superego i alter ego, świadomym swej wilkołakowatości. Jest dobrze! Jak ubiorę sukienkę i zrobię makijaż, to dzieci już nie rzucają we mnie czosnkiem.

 

Pozdrawiam cię, moja droga Jolu. Bądź zdrowa! Trzymaj się dzielnie! W twoim przypadku na pewno będzie lepiej! Ave!

Regina

 

wtorek, 24 lutego 2015

Puk, puk! Otwarte! Bałam się, że nie pamiętam loginu :)

 

30 lat minęło, jak jeden dzień :) Śpiewam sobie codziennie, odliczając czas do dnia, kiedy i ja pożegnam się z młodością i perspektywami na przyszłość i powitam podomkę, wałki na głowie, przydeptane kapcie oraz pierwsze siwe włosy na mojej brwi (na skroń nakładam onyksową czerń więc siwizna nie ma szans się przebić). Podobno po 30tce szanse na zarobienie pierwszego miliona drastycznie spadają (chyba już to pisałam, a na pewno mówiłam). Ale to może chodzi o  ZDOBYCIE miliona (np. w drodze kradzieży, bo wiadomo, że młodsi są bardziej ryzykanccy). Wydaje mi sie, że to właśnie po 30tce człowiek jest na tyle doświadczony, że zna już conajmniej kilka sposobów na zarobienie większej kasy. Nie? A przynajmniej wie, które sposoby nie działają? Tez nie? To co, do cholery, dobrego przychodzi po 30tce? 

 

JOL.

poniedziałek, 09 lutego 2015

 

Wielkie odliczanie

Od pewnego czasu mam wrażenie, że niektóre osoby z mojego otoczenia czerpią perwersyjną przyjemność z przypominania mi o tym, że wkrótce skończę 30 lat. Jeszcze kilka miesięcy temu miałam dystans do całej sytuacji. Do wieku. Do komentarzy. Czułam się dobrze, czułam się atrakcyjna i miałam wrażenie, że czas działa na moją korzyść. Czułam się coraz dojrzalsza emocjonalnie, a przecież wszyscy wiedzą, że depresja, huśtawka nastrojów i czarny kapelutek były do tej pory moimi życiowymi towarzyszami niedoli. Tymczasem taki zwrot akcji, a w centrum wydarzeń ja - pewna siebie, swej kobiecości i inteligencji Regina.

 

Młodość mija, a ty niczyja

Początkowo dyskretne aluzje traktowałam z przymrużeniem oka i puszczałam mimo uszu. Ale gdy niespodziewanie tematyka sentencji kierowanych pod moim adresem przestała ograniczać się li i jedynie do stwierdzenia, że jestem stara, a zaczęła niebezpiecznie oscylować wokół tego, że jestem niezamężna, a co gorsze bezdzietna, trochę się wkurwiłam. Początkowo. Potem ogarnął mnie smuteczek. Przekonwertowałam sobie bowiem bardzo szybko wszystkie zasłyszane teksty w jedno niezwykle depresyjne motto: "Jesteś beznadziejna, nic w życiu nie osiągnęłaś!" (W domyśle: ani w sprawach osobistych, ani zawodowych.)

 

Kryzys wieku średniego

Dość szybko okazało się, że moje słabe samopoczucie przekłada się bezpośrednio na wygląd zewnętrzny. Cienie pod oczami, szara cera, matowe oklapnięte włosy, zgarbione plecy i oponka wokół pasa... Swój niebagatelny udział w tym procesie miały z pewnością: stres, zwiększona ilość substancji smolistych wchłanianych do organizmu oraz rogale czekoladowe z rana. Czy może być gorzej?

 

Rycząca 30-stka

Postanowiłam, że nie będę walczyć z kryzysem. Po prostu poczekam aż minie. A jeśli nie minie do moich 30-stych urodzin, wtedy wezmę się w garść. Przecież i tak nie będę mieć wyjścia. Łudzę się, że mimo iż perspektywa zamknięcia pewnego okresu w życiu jest przygnębiająca, to gdy już to nastąpi, zwyczajnie "jakoś to będzie". Wyryczę się porządnie w dniu urodzin (zresztą jak co roku), a potem po prostu będę żyć! :)

 

Re

 

czwartek, 29 stycznia 2015

 

Moje noworoczne postanowienie o częstszych wpisach na Kapelutkach póki co nie wypaliło. Może dlatego, że ja jestem wypalona pod każdym względem i jedyne czego pragnę i czego wciąż mi brak, to święty spokój.

Coś dziwnego się stało. Niektórzy mówią, że z roku na rok życie toczy się szybciej. Ja mam nieco inne wrażenie. Wydaje mi się, że świat kręci się jak dawniej, natomiast to ja funkcjonuję w trybie slow motion. Niestety też coraz częściej w trybie e-motion.

Trzydziestka jeszcze dobrze nie przyszła, a ja już jestem rozhisteryzowaną babą, której zachowanie determinuje dosłownie WSZYSTKO: 

- pogoda

- samopoczucie fizyczne 

- samopoczucie psychiczne

- dzień cyklu

- pora dnia

- faza księżyca

- rozdwojona końcówka włosa

- złamany paznokieć

- otrzymana wiadomość

- brak wiadomości

- rozlane mleko

- i wiele wiele innych...

Nieważne czy czynnik oddziałujący jest dobry, zły czy neutralny - mojej reakcji nie potrafię przewidzieć nawet ja sama. I tak - czynnik dobry, może wywołać reakcję złą i na odwrót. Może też wywołać kompletny brak reakcji. Tak czy owak reakcja (albo jej brak) jest zazwyczaj nieadekwatna do sytuacji... Nawet mój przełożony niedawno stwierdził, że od pewnego czasu boi się do mnie odezwać, żeby przypadkiem mnie nie urazić. "Boję się ciebie o cokolwiek zapytać, a już tym bardziej o coś poprosić" - powiedział... Znaczy się sterroryzowałam już nie tylko rodzinę, ale dodatkowo szefa.

Panie doktorze, czy to kiedyś minie? Czy jeszcze kiedyś będzie tak jak dawniej?

 

Regina F. (F jak Foch)

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Ponieważ dzień 31 grudnia zamierzam zakończyć w stanie upojenia alkoholowego, podsumowanie noworoczne sporządzę Wam ja dzisiaj (także będąc w stanie upojenia alkoholowego, ale mniejszym niż zamierzam byc 31 grudnia i z zupełnie innej beczki). Do rzeczy zatem.

Rok 2014 był dla Jolanty i Pana M. rokiem dobrym, nawet bardzo dobrym, ale jego dobro zostało obsrane przez mocno gówniane zakończenie. Z rzeczy dobrych: byliśmy zdrowi, synek rósł i rośnie jak na szpilkach, obeszło się bez większych problemów małżeńskich, kupiliśmy sporo sprzętów z IKEI celem wykończenia mieszkania, nie popełniliśmy żadnego wykroczenia, ja w połowie roku zrezygnowałam z pracy, co zaowocowało zwiększeniem czasu przebywania z moim dzieckiem, polepszeniem stanu zdrowia psychicznego i fizycznego (4 kg w dół) oraz wdrożeniem w życie jednego z dziecięco-młodzieńczych marzeń (dodam też, że z jako takim sukcesem). Generalnie nie mieliśmy większych powodów do narzekania. Do grudnia. W grudniu bowiem firma mojego małżowinka z przyczyn idących z góry postanowiła podziękować za współpracę kilkunastu pracownikom, a w grupie tej niestety znalazł się także mój szanowny małżonek.

Wiadomość ta, niczym grom z przejasnych niebios, dotarła do moich uszu, kiedy akurat wybierałam w sklepie bluszcz do puszczenia go po okapowym kablu, który zwisaniem swym - do zbyt daleko umieszczonego gniazdka - bezwzględnie szpeci mi kuchnię. Rażona wizją jedzenia śniegu i wyprzedawania dobytku, odrzuciłam wybrany bluszcz niczym trujące zielsko i popędziłam do domu, aby jak najszybciej zamknąć się w pokoju i zacząć łkać. Kiedy już skończyłam łkać i otrząsnęłam się z wizji gotowania sznurowadeł miast makaronu, przypominałam sobie, że wyrugowałam przecież łkanie ze swojej natury co najmniej trzy lata temu i nie ma innej rady, niż działać, działać, działać. Jednak zaraz potem uświadomiłam sobie, że nie mamy pracy, za to mamy dziecko poniżej lat dwóch. MOPSIE przybywam!

No dobrze, może tak źle nie będzie. Mąż pracy szuka, choć, jak być może wiecie, nie ma letko. Nawet (a może  szczególnie) na rynku zawodów, które mój małżonek szczególnie ukochał. Ponieważ mam cichą nadzieję, że nasz blog czyta wiele wpływowych osób (albo chociaż dobrze poinformowanych), które ze wszech miar pragną szczęścia wszystkich jego bohaterów, w tym także Pana M., niniejszym lokuję informację, że chodzi o zawody PRAWNIETZSCHE, a zatrudnienia szukamy w mieście wielu królów, czterech królowych i jednego smoka. Tak jest, szukamy pracy w Krakowie dla prawnika-cywilisty z doświadczeniem, urokiem osobistym oraz piękną i inteligentną żoną, którą planowo ma z nim dziecko (a to - jak wiadomo –najlepiej świadczy o mężczyźnie). Będziemy wdzięczni za wszelki cynk (może być tu na blogu, albo tu abo tu).  

Z poważaniem

Jolanta z Chudowa

 

 

sobota, 27 grudnia 2014

 

Boże Narodzenie. Przechodzę przez Rynek kierując się w stronę katedry na mszę. Jest godzina 16.25. Z przeciwka idzie dwóch osobników rodzaju męskiego. Gdy się mijamy, dociera do mnie strzępek rozmowy.

"Nikt mnie nie będzie jebać w dupę. W dupę jebać to ja mogę takie panie jak ta."

KURTYNA.

 

Zazdroszczę niektórym przekonania o własnej wyjątkowości.

 

Re

 

czwartek, 25 grudnia 2014

 

Przeszłam wigilijne załamanie nerwowe. Żenada. Płakałam w pracy. Płakałam na ławce przy głównym deptaku. Płakałam na przystanku autobusowym. Przy wigilijnej kolacji. I paląc papierosa na balkonie. I w poduszkę. Jestem zażenowana sama sobą.

Owszem, listopad był miesiącem o wzmożonej eksploatacji układu nerwowego, a w grudniu wcale nie było lepiej, ale nie spodziewałam się, że tak dalece odbije się to na moim systemie odpornościowym - zarówno fizycznym jak i psychicznym. Pierwszy raz w życiu czułam się tak bezradna w zderzeniu z własnymi emocjami. 

...

Zewsząd sypią się złote rady. Wyprowadź się z domu. Zmień pracę. Wynieś się do innego miasta. Znajdź sobie fajnego faceta. Zacznij wszystko od nowa. O kurwa, sama bym na to nie wpadła.

...

Czasem zdarzają się miłe drobnostki - takie małe bożonarodzeniowe cudeńka. Dzień przed Wigilią odwiedziłam koleżankę. Jako że ona jest obecnie przykutą do pieluch matko polko, a ja ostatnio miałam ciężki dzień (tydzień, miesiąc, rok...), postanowiłyśmy się znieczulić i zresetować. Poszła butelka wina. Butelka na głowę rzecz jasna. Idąc na przystanek zorientowałam się, że suma drobnych w portfelu nie jest wystarczająca, aby zakupić bilet u kierowcy, a nie ma szans, żeby wydał mi z pięciu dych. (W naszym prowincjonalnym mieście nie można nawet pomarzyć o biletomatach.) Przepytałam więc innych przystankowiczów, czy aby ktoś mi nie rozmieni banknotu z wizerunkiem Kazika Wielkiego, ale nie. Kierowca oczywiście też nie miał. Poprosiłam więc, żeby sprzedał mi jakikolwiek bilet za kwotę, którą udało mi się skonstruować z drobnych. Ulgowy. "Trudno, najwyżej mnie kanary złapią, raz się żyje" - powiedziałam trochę zbyt głośno, ale przecież byłam wstawiona. Nie minęło pół minuty, kiedy młody chłopak siedzący nieopodal zaoferował: "To skasuję za Panią, bo mam karnet." Niby nic. Niby to tylko bilet. A jednak wiara w ludzkość przywrócona :) Wszystko byłoby wspaniale, gdybym potem o 1 w nocy nie obudziła się i nie dostała ataku paniki, który nie pozwolił mi zasnąć do rana i przyczynił się do wigilijnej emocjonalnej rozpierduchy.

 

Re

 

poniedziałek, 22 grudnia 2014

 

Jestem uczulona na świąteczne pierdolenie. To znaczy na pierdolenie w ogóle - ale na świąteczne zwłaszcza. Wszelkie firmowe opłatki doprowadzają mnie na skraj załamania nerwowego. 

Ludzie myślą, że moja mizantropia, którą epatuję wszem i wobec, to tylko taka poza - żeby było inaczej, oryginalnie, ale śmiesznie i miło. Utwierdza ich w tym błędnym przekonaniu także to, że chcąc przestrzegać w minimalnym stopniu podstawowych zasad współżycia społecznego, poddaję się często pewnym rytuałom, które (choć totalnie sprzeczne z moją naturą) świadczą o tym, że jest się osobą "normalną". A potem, kiedy przelewa się moja wewnętrzna czara goryczy, to wszyscy są zaskoczeni.

Dziś w pracy na przykład zalano mnie taką ilością świątecznego lukru, że niespodziewanie wstałam od opłatkowego stołu, niechcący trzasnęłam drzwiami i poszłam do toalety i się porzygać. Mnie ulżyło, ale inni spoglądają na mnie co najmniej podejrzliwie. 

 

Re

 

 

czwartek, 27 listopada 2014

 

Od zeszłego tygodnia zalewa nas wszystkich (zwłaszcza czytelników Pudelka) informacja na temat nowego i intensywnie szerzącego się trendu, którym jest „lumberseksualizm”. Kto nie wie, co zacz, tego poinformuję tylko, że chodzi o modę rodem z kanadyjskiego lasu, którą cechują takie atrybuty, jak flanelowa koszula w kratę, ciężkie buty, broda, wypomadowany wąs i rozwiany włos z niesfornym kosmykiem opadającym na czoło. Mile widziana jest także siekiera zawadiacko przewieszona przez ramię. Wieść gminna niesie, że jest to obecnie najbardziej pożądany materiał na fejsbukowego towarzysza życia.

W ten sposób lansuje się już m.in. Ryan Gosling, Jake Gyllenhaal, Justin Timberlake oraz wkraczający z impetem do naszego rodzimego szołbiznesu Ekskluzywny Menel. Nikt jednak nie wie, że lumber sexual to wizerunek stworzony przez NASZEGO LUMBERJACKA, do którego teraz rości sobie prawo połowa Hollywood. Wizerunek, ba! To styl życia.

I tu właśnie pojawia się dysonans pomiędzy obliczem prawdziwego lumberjacka, a tym, co prezentują wydepilowane klaty stanowiące jedynie tandetną podróbkę oryginału. Prawdziwy lumberjack nie depiluje klaty. Powiem więcej – nie reguluje brwi, nie piłuje paznokci (chyba że pilnikiem do drewna) i nie płacze, gdy skaleczy się siekierą.

Lumberjack nie mieszka w mieście, jeno w lesie! Rąbie drwa aż wióry lecą (twardziel) i karmi wie-wióry, czyli wiewióreczki (twardziel o złotym sercu). To jest etos lumberjacka. Amen.

 

Re ;)

 


piątek, 14 listopada 2014

 

Wszystko zaczęło się od tego, że zdechł mi kot. Prawdopodobnie Ślicznotka zeżarła zatrutą mysz, bo męczyła się bardzo długo. Zaczęło się o północy, a skończyło o 5-tej rano. Było to 3 listopada. 

Tydzień później - 10 listopada moja mama wracając rano ze sklepu zauważyła, że nieopodal naszego domu, przy ogrodzeniu sąsiada leży kuna. Prawdopodobnie została uderzona przez auto. Dowlekła się jeszcze na trawnik i tam sobie padła budząc sensacje wśród dzieci jeżdżących na rowerach. Pisząc padła nie miałam na myśli, że zdechła. Oczywiście, że nie. Zwierzę oddychało i bardzo się męczyło. Jako że jestem osobą, której cierpienia fizyczne zwierzęcia sprawia ból psychiczny, zadzwoniłam do urzędu gminy i poprosiłam, aby ktoś przyjechał i pomógł futrzakowi, nawet jeśli miało to oznaczać dobicie go. Pani przyjęła do wiadomości moje zgłoszenie i i oczywiście, jak się później okazało, nic z tym nie zrobiła. Pomimo, że podobno gmina ma podpisaną umowę z weterynarzem, który reaguje w takich sytuacjach. Kuna męczyła się jeszcze długo. Gdy wychodziłam z domu koło 16-tej wciąż żyła :( 

Oczywiście żałuję, że brakło mi odwagi cywilnej, żeby wziąć zwierzaka pod pachę (bo nie mam własnego samochodu) i autobusem zawieść go do miasta do najbliższej lecznicy. 

Uważam, że w każdym mieście powinno być całodobowe pogotowie dla zwierząt. Moja kotka zaczęła zdychać w nocy - może gdybym miała szanse zawieść ją do weterynarza to przynajmniej nie męczyłaby się tyle godzin, bo lekarz by ją uśpił. 

Powinno być pogotowie dla zwierząt, które przyjeżdżałoby na miejsce zdarzenia, takiego jak z kuną. Co jeśli następnym razem napotkam potrąconego, ale wciąż żyjącego i cierpiącego psa?

Oczywiście nie chodzi mi o to, żeby była to opieka bezpłatna - bez przesady. Wiem, że nie wszyscy ludzi są wrażliwi na los zwierząt. Na przykład naszej Halszki historia o kunie zupełnie nie ruszyła. (Przypuszczam, że historia o moim kocie też nie.) Ale ja osobiście chciałabym mieć możliwość zareagowania. Nawet jeśli oznaczałoby to wyłożenie kasy z własnej kieszeni.

Mój kot został pochowany, kuna leży i czeka na rozkład. Kolejny problem - dlaczego ja, uczciwy podatnik, mam wdychać przez następne kilka tygodni smród rozkładających się kunich zwłok? Moja gmina dba o to, aby ulice były czyste, aby na na trawnikach przy chodnikach nie było chwastów, ba! nawet sadzi ozdobne drzewka i stawia olbrzymie piękne donice z kwiatami! A pozwala, żeby zwierzę rozkładało się na trasie, którą codziennie przemierzają dzieci do szkoły oraz ja na przystanek autobusowy.

Wiem, że kijem Wisły nie zawrócę. Usłyszałam już pytanie, czy nie mam większych życiowych problemów. Otóż mam. Ale w ich rozwiązywaniu nie pomaga mi świadomość, że gdzieś w pobliżu w męczarniach umiera zwierzę i nikt z tym nic nie robi. 

 

Re

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 59
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl