Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
sobota, 15 sierpnia 2015

 

Nie czytaj tego tekstu, jeśli:
- masz słabe nerwy i nie chcesz ich nadwyrężać
- lubisz święty spokój i chcesz miło spędzić świąteczną sobotę
- jesteś urzędnikiem państwowym
- jesteś sympatykiem PiS, PO lub PSL

 

Jak żyć?
1 września znów zasilę grono bezrobotnych. Szczęśliwych bezrobotnych - powiedziałaby Halszka, która - odkąd odeszła z kancelarii kilka miesięcy temu, wreszcie ma czas na swoje pasje. Jednak ja jestem człowiekiem czynu - nienawidzę siedzieć w domu bez celu. Poza tym perspektywa poszukiwań pracy, wizyt w PUPie, wysyłania sryliarda aplikacji, wyczekiwania czyjekolwiek odpowiedzi, w końcu nielicznych rozmów rekrutacyjnych wpędzają mnie w czarną rozpacz i powodują spazmatyczny szloch. Najgorsze jest to, że odkąd skończyłam studia nie mogę nigdzie zagrzać miejsca dłużej niż 2 lata. Pomimo tego, iż w każdej z dotychczasowych firm byłam chwalonym pracownikiem, zawsze inne, pozapracowe czynniki zwiastowały koniec współpracy.

 

Jestem rozżalona
Od marca zeszłego roku pracuję w instytucji kulturalnej podległej pod sammorząd. W 2011 dostałam tam staż, a potem pracowałam dla nich na zlecenie, będąc równocześnie na etacie gdzie indziej. Gdy dzień przed Sylwestrem 2013 mój ówczesny szef wręczył mi wypowiedzenie, tłumacząc się mętnie problemami wyjętymi prosto z dupy, zadzwoniłam do IK i powiedziałam, że rezygnuję ze zlecenia, bo idę po zasiłek do państwa. Potem Urząd Pracy wydymał mnie w sposób fachowy i profesjonalny, ale nie rozdrapujmy starych ran. Ostatecznie IK zdecydowało się zatrudnić mnie na najprawdziwszą w świecie umowę o pracę na stanowisku, które w dodatku bardzo mi odpowiadało. 

W momencie, gdy pierwszy raz zasiadłam za biurkiem w IK, Dyrekcja jednostki wybierała się właśnie na porodówkę, a następnie na urlop macierzyński itd. Od pewnego czasu trwało też kompleksowe kopanie samorządu w papierach firmowych. Kontrola kopała, kopała, aż się dokopała do tego, co uznała za niezbite i wystarczające do wykopania Dyrekcji za drzwi wielce kulturalnej instytucji. Sporządzono miażdżący protokół, który punkt po punkcie wskazywał, jak strasznych nadużyć dopuściła się Dyrekcja podczas dekady panowania. To, że poprzednie kontrole tego samego audytu wystawiały laurkę, pominięto milczeniem uznając, że to było dawno i nieprawda i w ogóle to tamto kopanie było cząstkowe, a teraz jest kompleksowe i ponadto wcale nie należy pamiętać, że jedna z pań kontrolujących była kiedyś księgową w IK. Żeby była jasność - nie bronię Dyrekcji. Jest to osoba niewątpliwie charyzmatyczna, ale o zarządzaniu instytucją kultury miała najwyraźniej blade pojęcie. Co było kwestią zupełnie nieistotną, gdy wiatr na politycznych wodach był przychylny jej kulturalnej żegludze. Żeby było śmieszniej audyt też najwyraźniej przegapił odpowiednią ustawę, bo skontrolował nas nie jako instytucję kultury, która rządzi się swoimi prawami, a jako jednostkę budżetową. Stąd niektóre pokontrolne zarzuty są nie tylko bezpodstawne, ale i śmieszne. Chyba się nawet skapnęli, ale było już za późno i teraz muszą trzymać się swojej wersji. Opinia publiczna uwierzy we wszystko - wystarczy, że mądre samorządowe głowy powtórzą coś wystarczająco wiele razy.

 

To jeszcze nie wszystko
Od sierpnia zeszłego roku, w związku z faktem, że jesteśmy najbardziej niezdyscyplinowaną instytucją na świecie, zarządzono zmiany. Pierwszą zmianą była decyzja o przeniesieniu siedziby administracyjnej. Do tej pory instytucja miała dwie siedziby. W mieście - biuro instytucji oraz na wsi - obsługę obiektów, którymi instytucja dysponuje. Równą karą dla wszystkich było zesłanie działu miejskiego na prowincję. Miało się to stać z dniem 1 stycznia. Podjęliśmy walkę, która ostatecznie nic nie dała, ale Nowy Rok świętowaliśmy jeszcze na starych śmieciach. Wkrótce przyszło kolejne pismo z informacją, że mamy zaprzestać dywersji i grzecznie wdrożyć w życie wolę władzy z dniem 1 maja.

1 kwietnia opinią publiczną wstrząsnął jeden z prowincjonalnych portali internetowych publikując informację, że nasza instytucja zostanie zlikwidowana, a przeniesienie jej administracji o 40 km od jakiejkolwiek cywilizacji to dopiero pierwszy krok w tym kierunku. Informator portalu powoływał się na osobę ze środowiska Wodza samorządu. Ten jednak szybko zdementował wieść gminną, powołując się na Prima Aprilis. W mediach rozpętała się jednak dyskusja na temat IK i przyparty do muru Wódz przyznał, ze szykują się duże zmiany i że część osób nie zachowa pracy, a konkretnie te, którym kończą się umowy. Gdyby ktoś miał wątpliwości, że chodzi o mnie, zostało jeszcze wspomniane moje stanowisko.

Zarówno decyzja o zmianie siedziby jak i redukcji zatrudnienia wiązała się z koniecznością wprowadzenia oszczędności.

 

Ukisi się
Nasza IK przyjęła strategię: nie odzywamy się, nie wychylamy się, nie komentujemy sprawy, robimy wszystko, co każą - ukisi się. Pokorne cielę dwie matki ssie - jak zobaczą, że jesteśmy grzeczni, to pogłaskają nas po policzku i wszystkim pozwolą zachować pracę. Jednakże im bardziej potulni byliśmy wobec nich, tym większe roszczenia zaczęły pojawiać się na horyzoncie. Niezależna jednostka posiadająca osobowość prawną stała się nagle wasalem swojego organizatora. Nastał czas czas terroru. Serio - mobbing to wciąż za mało, żeby opisać to, co dzieje się obecnie w firmie. Na nieśmiałe: "odczepcie się, robimy wszystko, co chcecie" odpowiedź jest zawsze podoba: "jesteście pod lupą" albo "jesteście na cenzurowanym". Co jest doskonałym usprawiedliwieniem tego, że wkładają kinol w sprawy, do których nie mają żadnego prawa i kompletnie dezorganizują naszą pracę.

 

Taka była umowa
W zeszłym tygodniu władze zjechały się do nas, żeby omówić kilkanaście niezwykle ważnych tematów. Obrady zajęły strasznie dużo czasu, bo coś ponad godzinę. Potem były już tylko przyjemności za publiczne pieniądze - grill, parasolki i browar. I wtedy mój przełożony poszedł oddać pokłon Wodzowi i zapytał go, czy ten łaskawie zgodzi się na przedłużenie mojej umowy, żeby nowy dyrektor, którego wybór planowany jest na drugą połowę września, miał szansę poznać mnie osobiście i zobaczyć jak ważnym ogniwem instytucji jestem. Odpowiedź oczywiście była negatywna.

 

Jestem wkurwiona
Wiecie, co dla mnie jest najbardziej przerażające i odrażające? Nawet nie to, że próbują oszczędzać na kulturze, ale to, w jaki sposób to robią. Próby ingerowania w jakość organizowanych imprez przez osoby, które nie mają o tym fioletowego pojęcia jest żenujące. Plakaty powinniśmy robić w wordzie i drukować samodzielnie na drukarce biurowej, akustyk powinien być dwa razy tańszy, bo kto to widział płacić komuś normalną stawkę skoro szwagier pani z dziennika podawczego też umie podpiąć mikrofon do głośnika, a już w ogóle największym kuriozum jest to, że zapraszamy Kulkę Konstantego Andrzeja skoro siostrzeniec radnego Pająka od 4 lat gra na skrzypcach... Oczywiście przesadzam, ale w wielkim uproszczeniu o to właśnie chodzi. To po pierwsze. Po drugie - redukcja zatrudnienia to oczywiście najprostsza droga, ale można redukować z głową. Jako pracownik najmłodszy stażem zarabiam najmniej. Jako pracownik najmłodszy stażem robię najwięcej - jestem zmotywowana, kreatywna, nie dopadło mnie jeszcze wypalenie zawodowe. I gdyby pan Wódz był na tyle inteligentny, aby spojrzeć na poziom wykształcenia pracowników IK to zobaczyłby, że jestem jedną z trzech osób (na dziesięć osób pracujących w ogóle), która posiada dyplom ukończenia studiów. Oczywiście nie ma co wymagać, aby ogrodnik czy pracownik gospodarczy musiał mieć mgr przed nazwiskiem - bez przesady, ale jest to do nędzy instytucja kulturalna! Wreszcie to, w jakich okolicznościach padła ostateczna odpowiedź: urzędnik państwowy. który za publiczne pieniądze zorganizował w godzinach pracy bibę, która, jak podejrzewam, kosztowała więcej niż dwie moje miesięczne pensje, na której serwowany był alkohol, mówi, żeby osobie gruntownie wykształconej, inteligentnej i pracowitej nie przedłużać umowy, bo instytucja musi oszczędzać. Nóż się w kieszeni otwiera.

 

Nie ma sił
Nie mam już sił się złościć. Nie mam sił dyskutować na ten temat. Męczy mnie przebywanie w pracy, a pracować mam do końca sierpnia, bo zbliża się duża impreza, którą trzeba ogarnąć. Atmosfera w firmie nie nastraja optymistycznie. Jest nerwowo - delikatnie mówiąc. Kwestia przejęcia przynajmniej części moich obowiązków rodzi niezadowolenie u koleżanek. Ich rozmowy na temat tego niezadowolenia budzą moje niezadowolenie. Moją depresję związaną z utratą pracy potęguje biadolenie, jak źle mają ci, którzy zostają - bo tyle pracy, bo gdy wybiorą nowego dyrektora to jeszcze więcej głów może spać na posadzkę. To prawda. Ale jak na razie tylko moja głowa smętnie toczy się w stronę drzwi wyjściowych...

 

Re

 

 

 

 

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

 

Jeśli kogoś interesuje, jak zakończyła się historia z babciną podomką, to spieszę donieść, że zakończyła się happy endem :) Podomka została założona. Halszka stwierdziła, że wygląda lepiej niż na zdjęciu, ale szału nie robi. To już coś - w końcu dobre słowo Halszki droższe piniendzy :)

W sobotę obie szykowałyśmy się na uroczystość. Oko umalowane, paznokć zrobiony. Gdy wtem! Dzwoni Halszka, a z jej ust padają słowa, które powodują u mnie lekki udar: "Ten ślub jest JUTRO!"

Jak bardzo trzeba nie ogarniać, żeby pomylić datę ożenku przyjaciela? :)

 

Re

 

 

 

sobota, 08 sierpnia 2015

 

Sięgnęłam pamięcią wstecz i doszłam do wniosku, że śluby moich znajomych były dla mnie doskonałą okazją do zaliczenia modowej wpadki. U Joli i Pana M. postawiłam na futurystyczno-kosmiczny look - teraz z bólem serca oglądam zdjęcia z tej uroczystości. A srebrne szpilki stoją w szafie czekając aż moja stopa zrobi się połowę węższa. Do dziś próbuję zwalczyć odciski, których nabawiłam się na przyjęciu weselnym.

U Wielkiego Wizjonera wyglądałam jak dwórka Marii Antoniny, miesiąc później - u Pana Dziwnego jak Kopciuszek 15 kilo później. Zdecydowanie najlepiej wypadłam u Wenus - jednak klasyczna czerń, romantyczne fale i chuda dupa zawsze się obronią.

Dziś, po ostatecznej analizie sondy, bez przekonania uprasowałam prostą czerwoną sukienkę, która nadaje się dosłownie na każdą okazję... A potem rzuciłam monetą... Orzeł czy reszka? Wypadło na podomkę :)

 

Re

 

 

czwartek, 06 sierpnia 2015

 

Kiedyś wydawało mi się, że mam całkiem dobry gust. Wyrażenie "wydawało mi się" jest tutaj bardzo na miejscu - w końcu Halszka niejednokrotnie kwitowała moje stylizacje jednym zdaniem: "Wyglądasz jak lafirynda". Jednak falę krytyki płynącą z jej strony zawsze przeskakiwałam zgrabnym susem, niesiona bardziej przychylnymi opiniami innych. Każdy z innych mienił się wszakże arbitrem elegantiarum. Wszystko było w porządku aż do dziś. Dziś bowiem przyszła sukienka, którą zamówiłam sobie na sobotni event. Z zadowoleniem przymierzyłam, a warto nadmienić, że ja nigdy nie mierzę świeżo zakupionych rzeczy. Tak mi się podobała!

Podobała mi się sukienka. Podobała mi się moja osoba w sukience. Podobało mi się wszystko. Jako że bardzo chciałam pochwalić się zakupem, zabrałam go na spacer do Es I się zaczęło...

Es nie zareagowała entuzjastycznie. Choć z drugiej strony...? Jej szyderczy śmiech początkowo zbił mnie z pantałyku... Potem jednak wpadłam w konsternację. Postanowiłam przeprowadzić sondę wśród osób losowo wybranych z książki telefonicznej. Maszyna losująca wytypowała Wenus, Jolę, Halszkę i Bratową. Na pytanie: "Czy wyglądam jak w babcinej podomce?" wszystkie zgodnie zaznaczyły odpowiedź "TAK!". Wszystkie oprócz Wenus, bo ta póki co oszczędziła mi swojej miażdżącej krytyki nie odpisując na mmsa.

Powiesiłam sukienkę na wieszaczku i się w nią uporczywie wpatruję. Podoba mi się stale i wciąż :( I teraz pytanie do Ciebie, drogi Czytelniku:

Odesłać wbrew sobie, czy chodzić wbrew światu?

 

Re

 

Sukienka Mango

 

 Update: Wenus potwierdza, choć łagodnie: "Trochę tak" :)

 

 

Re

niedziela, 02 sierpnia 2015

 

Wbrew plotkom, które bezwstydnie rozsiewa po lesie Lumberjack, Kapelutki NIE UMARŁY! O nie! Owszem, ostatnio coś jakby spadek formy... Apatia, zniechęcenie, z lekką nutką dekadencji... Ostatnio – od dwóch lat...

Osobiście nie wiem, co się stało z czasem. Wystarczy, że mrugnę i nagle okazuje się, że minęło pół godziny. Mrugnę znowu - godzina. Zamknę oczy na chwilę – świta kolejny dzień.

Odkąd wstaję o 5.00 rano odświeżyłam swoje podejście do życia. Otóż, jest mi jeszcze bardziej wszystko jedno. Marzę tylko o tym, żeby wpełznąć z powrotem pod kołdrę i zwinąć się w bezpieczny, ciepły kokon. Z rozrzewnieniem wspominam czasy, gdy budzik dzwonił o 6.00. Z powrotami po pracy wcale nie jest lepiej. Jak się uda, jestem w domu  o "normalnej porze", czyli 17.20. Jak się nie uda... bagatela godzinkę później. Nie ma tego złego – póki co pracuję do końca miesiąca i jak dobrze pójdzie od września będę szczęśliwym bezrobotnym. Jak Halszka.

Moje codzienne wycieczki do pracy przypominają mi bardzo pewną scenę z pewnego filmu. Z czego to?

 – Ja to, proszę pana, mam bardzo dobre połączenie. Wstaję rano za piętnaście trzecia. Latem to już widno. Za piętnaście trzecia jestem ogolony, bo golę się wieczorem. Śniadanie jadam na kolację. Tylko wstaję i wychodzę.
– No, ubierasz się pan.
– W płaszcz – jak pada. Opłaca mi się rozbierać po śniadaniu?
– Fakt!
– Do PKS mam pięć kilometry. O czwartej za piętnaście jest PKS.
– I zdążasz pan?
– Nie, ale i tak mam dobrze, bo jest przepełniony i nie zatrzymuje się. Przystanek idę do mleczarni. To jest godzinka. Potem szybko wiozą mnie do Szymanowa. Mleko, widzi pan, ma najszybszy transport, inaczej się zsiada. W Szymanowie zsiadam, znoszę bańki i łapię EKD. Na Ochocie w elektryczny do stadionu, a potem to już mam z górki, bo tak… w 119, przesiadka w 13, przesiadka w 345 i jestem w domu, to znaczy w robocie. I jest za piętnaście siódma! To jeszcze mam kwadrans. To sobie obiad jem w bufecie, to po fajrancie już nie muszę zostawać, żeby jeść, tylko prosto do domu. I góra 22.50 jestem z powrotem. Golę się. Jem śniadanie i idę spać.

 ***

Spróbujmy, na złość Lumberjacku, wskrzesić Kapelutki.

Mam na imię Regina. Jestem czarnym Kapelutkiem. Czarnym, jak moja dusza. W lutym stuknęła mi 30-tka. Jak mawia Pan Dziwny, to taka fajna rocznica – okrągła, a jeszcze nie smutna. Blog piszę wespół z Jolantą. Jolantą z Chudowa. Fioletowym Kapelutkiem. Żoną Pana M. i mamą Małego Pana M. Zwierzęciem scenicznym i bussiness woman. Grupę wsparcia tworzą Halszka i Boska Wenus Botticelliego. Szarą eminencję stanowi Wielki Wizjoner. A Lumberjack to mąż Wenus.

 

Dzisiejszy wpis sponsorują: qquasi, boskawenus, zloty.strzal i asiape :)

 

 

czwartek, 23 lipca 2015

 

Czy jest tam kto? Czy ktoś jeszcze pamięta o Kapelutkach? 

 

14:57, kapelutki
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 22 czerwca 2015

 

Ostatnie dwa tygodnie upłynęły mi pod znakiem urlopu. Przymusowego urlopu, dodajmy, związanego z moją wygasającą umową o pracę. A czerwiec dla mnie urlopowym miesiącem nie jest. Nie wiem, dlaczego. Jakoś tak za wcześnie wypada w kalendarzu. Zresztą lipiec i sierpień to także nie moje klimaty. Najchętniej wypoczywam końcem września lub w październiku.

Lubię jesień. Miłe rzeczy dzieją się w moim życiu jesienią. To dobry czas, żeby się zakochać. Szkolną, szczeniacką miłością. Zawsze mam wtedy nadzieję, że ktoś wyśle mi wiązankę nowiutkich ołówków.

Tymczasem lato. Niezbyt gorące, raczej letnie. Momentami może nawet zimne, bure i ponure. Ale z jesienią ma jednak niewiele wspólnego. Powietrze pachnie inaczej. Ptaki śpiewają w innej tonacji. Liście są zbyt zielone.

Czekam na wrzesień. Czuję, że zajdą zmiany. Ludzie mówią, że zmiany są dobre.

Re

wtorek, 26 maja 2015

 

Ostatnio w moim życiu zaszły pewne zmiany... Trudno to wszystko nawet opisać składnie i ładnie. Grunt, że zmieniłam miejsce pracy. Nie, nie firmę - lokalizację firmy. Zwykle zdarza się tak, że szefowie przenoszą siedziby swoich firm z mniejszych miast do większych. Nas przeniesiono z mniejszego miasta na wiochę zabitą dechami, gdzie psy już dawno przestały szczekać dupami, gdyż nie mają na kogo. Do pracy muszę dojeżdżać 40 km w jedną stroną. Uzasadnienie? Centralizacja. Long story.

Odkąd wstaję o 5 rano świat wydaje mi się jeszcze bardziej zły niż kiedyś. Wracając o godzinie 18.20 czuję jeszcze większą nienawiść do ludzi niż dawniej.

Proces eksmisji objął siedem osób. W czwórkę dojeżdżamy do pracy jednym samochodem, aby zminimalizować koszty podróży. Mamy jednego kierowcą z autem (kolegę) i jednego kierowcę bez auta (czyli mnie). Dwie koleżanki schowały prawo jazdy do szuflady jakąś dekadę temu i nie ma takiej siły, która by zmusiła je do jazdy.

Niespodziewana grypa żołądkowa kierowcy (grypa żołądkowa zawsze jest niespodziewana) paraliżuje całą misterną logistykę. Stąd postanowiłam kupić samochód. Na ten cel muszę przeznaczyć większą część moich życiowych oszczędności, które zaczęłam gromadzić jeszcze na studiach, a i tak ferrari z tego nie będzie. Bardziej coś w stylu 12-letniego Volksvagena Polo. Das auto.

Jednakże się waham. Waham się już drugi miesiąc. Wszyscy wiedzą, że najpiękniejsza jest Regina, kiedy się waha. Powodem wahania nie jest jednak chęć bycia najpiękniejszą, a fakt, że moja umowa o pracę wygasa 31 sierpnia. A szef wszystkich szefów powiedział w radiu, że umowa Reginy nie zostanie przedłużona, gdyż Regina nie jest potrzebna (chlip chlip). W końcu na fejsie może siedzieć każdy, a posty dodawane przez wiewiórkę w parku zgarną i tak więcej lajków niż moje. Roma lokuta, causa finita. Mój szef osobisty, a raczej szef zastępujący nieobecną szefową (it's complicated) twierdzi, że sprawa się zdąży ukisić i mogę czuć się bezpiecznie. Ale podejrzewam, że mówi tak tylko dlatego, że nie chce dłużej nas wozić.

W wielkim skrócie to tyle. Najważniejszą informacją i tak jest to, że żyję. (Żyję, żyję... Ale co to za życie...)

 

Regina

 

 

 

 

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

 

Stało się. Wenus nie jest ci już panienką. Mąż - tutaj bez zaskoczenia: Lumberjack. Wszystko było perfekcyjnie.

W kościele było po prostu pięknie. Nie tylko dlatego, że uroczystość została uświetniona czytaniami w wykonaniu moim i Pana M. ;) Panna Młoda wyglądała olśniewająco. Prawie tak olśniewająco jak jej wybranek. Ale z munudrem przecież nigdy nie można konkurować - nawet suknią ślubną. Wesele po prostu było epickie. I nie zgodzę się z twierdzeniem Jolanty, że brak publicznego krojenia tortu, czy oczepin zaburzył jakiś tam weselny rytm. Zastanawiające jest, że do konkursu łapania bukietu zawsze najbardziej chętne są mężatki ;)

Re

sobota, 28 marca 2015

 

Wczoraj wraz z Halszką, Wielkim Wizjonerem oraz jego Połowicą udaliśmy się (jako delegacja) do Miasta Królów i Królowych, aby obejść hucznie dirty thirty Jolanty z Chudowa. Jola zaprosiła nas do niezwykle modnego klubu, w którym mieliśmy świętować w rytm muzyki disco, a w rzeczywistości leciało disco polo. Ale i tak było super! Wprawdzie mam pewne wątpliwości, co do poprawności mego zachowania momentami, ale tak to już jest, gdy się człowiek wypuści z prowincji na melanż do metropolii. Nie potwierdzam. Nie zaprzeczam. Choć coś jest na rzeczy, gdyż rano po przebudzeniu okazało się, że mój język jest cały w krostach... Może to świadczyć zarówno o tym, że w swojej coraz słabiej skrywanej desperacji rzuciłam się na jakiegoś żula i poczęłam go namiętnie całować (daj Boże nie) albo że zwyczajnie zrobiłam coś równie niestosownego, a krosty na języku stąd, że całe towarzystwo ma dziś na językach mnie. Najgorsze, że wspomniane warianty wcale a wcale się nie wykluczają i wtedy byłoby naprawdę źle.

Sam Kraków chyba niewiele się zmienił. Na Brackiej jak zwykle padał deszcz...

 

Regina

 

środa, 25 marca 2015

Droga Regino!

 

Twój list wprawił mnie po troszę w radość, a po troszę w stan zadumania. Dziękuję Ci za niego. Cieszę się, że ostatecznie zostałaś wilkołakiem szczęśliwym, to chyba dobrze rokuje.

Melduję, że ja już obiema nogami jestem za granicą trzydziestki i na razie jedyne, co jest inne to to, że jem więcej ciasta niż wcześniej i nie mam wyrzutów sumienia. Załamanie nerwowe pomyślnie przeszłam w zeszłym miesiącu. Dwa dni przed trzydziestką oznajmiłam mężowi, że się wyprowadzam i już nigdy tutaj nie wrócę. Po przejechaniu ćwierci miasta doszłam do wniosku, że w sumie to nie mam dokąd pojechać, więc wróciłam udając, że nic się nie stało. Mąż mojego chwilowego zniknienia nie zauważył, toteż nie musiałam bardzo udawać.

Obecnie dryfuję powoli na śliskiej lodowej krze, podejrzewając jedynie, że moją destynacją jest wiek czterdziesty i, że tam czeka mnie wędrówka ku pięćdziesiątce, sześćdziesiątce i, jak Bóg da, ku wiekom dalszym. Nie opakowałam jeszcze tej trasy w dodatkowe atrakcje, choć w głębi serca liczę, że coś tam jeszcze po drodze zobaczę. Nie przedłużając - pozdrawiam Cię czule zza monitora i czekam na odpowiedź, co tam nowego u Ciebie. 

 

Jolanta z Chudowa

wtorek, 24 marca 2015

 

"Trzydziestka nie może być aż taka zła. Legenda mówi, że są ludzie, którzy tam byli i... wrócili!" /Jolanta z Chudowa/

"Co tam jest?" /Jolanta z Chudowa/

 

Droga Jolu,

W pierwszych słowach mego listu pragnę zapewnić cię, że żyję. Przeżyłam. Przetrwałam. I potwierdzam: TRZYDZIESTKA NIE JEST AŻ TAKA ZŁA. Poszłam w to i nie zamierzam już wracać. Nie zrozum mnie źle. Nie to, że nie chciałabym być znów frywolnym dwudziestoletnim żeńskim młokosem. Niestety, istnieje taka granica, po przekroczeniu której człowiek przestaje być sobą, a młódka przestaje być młódką i staje się kobietą. Rasową kobietą przez duże KA!

Moja nieobecność na Kapelutkach mogła sugerować, że jednak strzeliłam sobie w łeb. Strzeliłam, owszem, ale kilka kielichów. Być może nawet kilka kielichów za dużo.

Celebrację mojej 30-stki zaczęłam o dzień za wcześnie i skończyłam o tydzień za późno. Był to z pewnością dobry czas, a już na pewno najlepsze urodziny ever! Większość ludzi spotkanych w tych dniach na życiowej ścieżce okazało mi swą życzliwość, przyjaźń, a może nawet ich życzenia wszelkiej pomyślności były szczere. Spędziłam wiele wspaniałych chwil przy whiskey, winie, wódce i nalewce cytrynowej. W siedemnastej dobie moja wątroba zaczęła nieśmiało wywieszać białą flagę. 

Problemy zaczęły się, gdy po kolejnych 2 tygodniach wytrzeźwiałam. Cóż się bowiem okazało? Ano okazało się, że nastąpiły nieoczekiwane i nieodwracalne zmiany. Z lustra spojrzała na mnie stara, paskudna Baba Regina, z ryjem przeoranym wąwozami zmarszczek i rozsianymi na horyzoncie wzgórzami krogulców. Coś dziwnego stało się też z moimi włosami - zaczęły łudząco przypominać szczypior rażony pierunem o poranku. Następnie popełniłam horrendalny błąd i stanęłam na wagę... Podobno leżałam nieprzytomna przez 24 godziny. Gdy się ocknęłam okazało się, że zmieniłam się w wilkołaka...

Ale nic się nie martw. Jestem szczęśliwym wilkołakiem, żyjącym w symbiozie z własnym id, ego, superego i alter ego, świadomym swej wilkołakowatości. Jest dobrze! Jak ubiorę sukienkę i zrobię makijaż, to dzieci już nie rzucają we mnie czosnkiem.

 

Pozdrawiam cię, moja droga Jolu. Bądź zdrowa! Trzymaj się dzielnie! W twoim przypadku na pewno będzie lepiej! Ave!

Regina

 

wtorek, 24 lutego 2015

Puk, puk! Otwarte! Bałam się, że nie pamiętam loginu :)

 

30 lat minęło, jak jeden dzień :) Śpiewam sobie codziennie, odliczając czas do dnia, kiedy i ja pożegnam się z młodością i perspektywami na przyszłość i powitam podomkę, wałki na głowie, przydeptane kapcie oraz pierwsze siwe włosy na mojej brwi (na skroń nakładam onyksową czerń więc siwizna nie ma szans się przebić). Podobno po 30tce szanse na zarobienie pierwszego miliona drastycznie spadają (chyba już to pisałam, a na pewno mówiłam). Ale to może chodzi o  ZDOBYCIE miliona (np. w drodze kradzieży, bo wiadomo, że młodsi są bardziej ryzykanccy). Wydaje mi sie, że to właśnie po 30tce człowiek jest na tyle doświadczony, że zna już conajmniej kilka sposobów na zarobienie większej kasy. Nie? A przynajmniej wie, które sposoby nie działają? Tez nie? To co, do cholery, dobrego przychodzi po 30tce? 

 

JOL.

poniedziałek, 09 lutego 2015

 

Wielkie odliczanie

Od pewnego czasu mam wrażenie, że niektóre osoby z mojego otoczenia czerpią perwersyjną przyjemność z przypominania mi o tym, że wkrótce skończę 30 lat. Jeszcze kilka miesięcy temu miałam dystans do całej sytuacji. Do wieku. Do komentarzy. Czułam się dobrze, czułam się atrakcyjna i miałam wrażenie, że czas działa na moją korzyść. Czułam się coraz dojrzalsza emocjonalnie, a przecież wszyscy wiedzą, że depresja, huśtawka nastrojów i czarny kapelutek były do tej pory moimi życiowymi towarzyszami niedoli. Tymczasem taki zwrot akcji, a w centrum wydarzeń ja - pewna siebie, swej kobiecości i inteligencji Regina.

 

Młodość mija, a ty niczyja

Początkowo dyskretne aluzje traktowałam z przymrużeniem oka i puszczałam mimo uszu. Ale gdy niespodziewanie tematyka sentencji kierowanych pod moim adresem przestała ograniczać się li i jedynie do stwierdzenia, że jestem stara, a zaczęła niebezpiecznie oscylować wokół tego, że jestem niezamężna, a co gorsze bezdzietna, trochę się wkurwiłam. Początkowo. Potem ogarnął mnie smuteczek. Przekonwertowałam sobie bowiem bardzo szybko wszystkie zasłyszane teksty w jedno niezwykle depresyjne motto: "Jesteś beznadziejna, nic w życiu nie osiągnęłaś!" (W domyśle: ani w sprawach osobistych, ani zawodowych.)

 

Kryzys wieku średniego

Dość szybko okazało się, że moje słabe samopoczucie przekłada się bezpośrednio na wygląd zewnętrzny. Cienie pod oczami, szara cera, matowe oklapnięte włosy, zgarbione plecy i oponka wokół pasa... Swój niebagatelny udział w tym procesie miały z pewnością: stres, zwiększona ilość substancji smolistych wchłanianych do organizmu oraz rogale czekoladowe z rana. Czy może być gorzej?

 

Rycząca 30-stka

Postanowiłam, że nie będę walczyć z kryzysem. Po prostu poczekam aż minie. A jeśli nie minie do moich 30-stych urodzin, wtedy wezmę się w garść. Przecież i tak nie będę mieć wyjścia. Łudzę się, że mimo iż perspektywa zamknięcia pewnego okresu w życiu jest przygnębiająca, to gdy już to nastąpi, zwyczajnie "jakoś to będzie". Wyryczę się porządnie w dniu urodzin (zresztą jak co roku), a potem po prostu będę żyć! :)

 

Re

 

czwartek, 29 stycznia 2015

 

Moje noworoczne postanowienie o częstszych wpisach na Kapelutkach póki co nie wypaliło. Może dlatego, że ja jestem wypalona pod każdym względem i jedyne czego pragnę i czego wciąż mi brak, to święty spokój.

Coś dziwnego się stało. Niektórzy mówią, że z roku na rok życie toczy się szybciej. Ja mam nieco inne wrażenie. Wydaje mi się, że świat kręci się jak dawniej, natomiast to ja funkcjonuję w trybie slow motion. Niestety też coraz częściej w trybie e-motion.

Trzydziestka jeszcze dobrze nie przyszła, a ja już jestem rozhisteryzowaną babą, której zachowanie determinuje dosłownie WSZYSTKO: 

- pogoda

- samopoczucie fizyczne 

- samopoczucie psychiczne

- dzień cyklu

- pora dnia

- faza księżyca

- rozdwojona końcówka włosa

- złamany paznokieć

- otrzymana wiadomość

- brak wiadomości

- rozlane mleko

- i wiele wiele innych...

Nieważne czy czynnik oddziałujący jest dobry, zły czy neutralny - mojej reakcji nie potrafię przewidzieć nawet ja sama. I tak - czynnik dobry, może wywołać reakcję złą i na odwrót. Może też wywołać kompletny brak reakcji. Tak czy owak reakcja (albo jej brak) jest zazwyczaj nieadekwatna do sytuacji... Nawet mój przełożony niedawno stwierdził, że od pewnego czasu boi się do mnie odezwać, żeby przypadkiem mnie nie urazić. "Boję się ciebie o cokolwiek zapytać, a już tym bardziej o coś poprosić" - powiedział... Znaczy się sterroryzowałam już nie tylko rodzinę, ale dodatkowo szefa.

Panie doktorze, czy to kiedyś minie? Czy jeszcze kiedyś będzie tak jak dawniej?

 

Regina F. (F jak Foch)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 59
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl