Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
poniedziałek, 03 listopada 2014

Po moim ostatnim podejściu do napisania wpisu na blogu, kiedy to blox - po raz kolejny - wywalił mnie ze strony przy kropce w ostatnim zdaniu, nie zostawiając z mojego pięknego wpisu nawet jednej literki (Blox! Ty ..uju!), postanowiłam się obrazić na tę platformę blogową i w ramach tej obrazy nie publikować nic poza niewidzialnymi wyrazami mojej pogardy wysyłanymi telepatycznie do programistów tego wirtualnego przybytku nienawiści. 

Powyższe kombo-zdanie skleciłam zaś będąc w stanie hiper-zmęczenia, ponieważ jestem chora od soboty 25 października i nie idzie lepsze. A jak to bywa w stadzie - jak jeden osobnik zachoruje, inne nie chcą być gorsze i też zapadają. Nieinaczej jest u nas. Na wstępie mąż mój oswiadczył, że słabo się czuje i chyba go coś bierze. Nie zamieszkał jednak w izolatce i w rezultacie na drugi dzień od jego słabego poczucia się, zachorowałam ja. Przy czym on cudownie ozdrowiał. Kolejnego dnia rozchorowało się dziecko. Tak sobie chorowaliśmy we dwoje racząc się na przemian antybiotykami, osłonami i syropami o smaku mailinowym. Nie pomogło. Po tygodniu od naszego złapania tego, co męczyło na wstępie mojego małżonka, choróbsko złapał i on. Prawdopodobnie już zmutowane. Ja przez chwilę poczułam się lepiej, ale dziś tak jakby już nie. Dziecko też. Choroba mąża jest w fazie wzrostowej. Wpadliśmy w błędne koło zarażania się nawzajem. Rozważam budowę izolatki na klatce schodowej.

Jak tam Re i We? Mam nadzieję, że wypiłyście duuuuużo za nasze zdrowie a jedyny powód, dla którego jeszcze nie ozdrowieliśmy jest taki, że to zaczyna działać dopiero jak pijący wytrzeźwieją. 

 

JOL.

sobota, 01 listopada 2014

 

Halszka: I co? Umówiłaś się w końcu z Wenus na jakieś picie ze zniczy?

Regina: W sumie to nie. A co? Piszesz się jednak?

Halszka: Nie. Chciałam tylko wiedzieć czy coś mnie omija. Jakby co było, to daj znać, żeby mi się zrobiło przykro.

 

Regina: Idziemy pić ze zniczy?

Wenus: Idziemy!

 

Halszka: Ale mi przykro...

 

A cała trójca rodzinna Państwa M. ma zapalenie oskrzeli, tak że będziemy pić ich zdrowie! :)

 

środa, 29 października 2014

 

Teraz to już chyba powinnam zmienić tytuł na "Raport z ostatnich trzech miesięcy"... Najśmieszniejsze jest to, że ten nudny jak flaki z olejem post napisałam już jakiś czas temu i tak sobie przeleżał aż do tej chwili, kiedy to z przerażeniem zauważyłam, że Blox przypieprzył nam - Kapelutkom obrzydliwą reklamę na czole. FUJ!

 

Ale, ale - do raportu!

Ostatnie dni sierpnia upłynęły mi pod hasłem: praca, praca, praca. Oraz praca. I praca. A na koniec jeszcze dużo pracy.

Tuż po festiwalu miałam zaraz uciec na urlop, ale... Raporty sponsorskie powiedziały, że same się nie napiszą, więc plany przesunęłam o tydzień. Po czym zaczęłam wolne. Oficjalnie. Gdyż przez pierwszy tydzień przychodziłam regularnie do pracy... 

Drugi tydzień urlopu zaczęłam z grubej rury - udałam się do spaaaaa. Poleżałam w bąblach z widokiem na las i wygrzałam się we wszystkich możliwych saunach. Było bosssssko. I efekt przypuszczam byłby długotrwały, gdyby nie... wykopki dnia następnego...

W tak zwanym "międzyczasie" okazało się także, że dostałam pewną fuszkę. W związku z tym kopanie ziemniaków było mi bardzo nie na rękę, dlatego narzuciłam mordercze tempo w zbieractwie. Wykończyłam wszystkich - z sobą na czele. Po cudownym odprężeniu nie pozostał nawet ślad. Po kilku dobrych godzinach w pozycji mocno przygarbionej ledwo udało mi się wrócić do postawy homo erectus.

Od środy zabrałam się za pracę nad fuszką. Siedziałam w barłogu z laptopem i ze swojej nory wychodziłam tylko na siku albo po kawę. Skończyłam w piątek punkt 16.00. Zostało mi całe dwa dni urlopu...

W sobotę około 15.00, tuż przed wyjściem na szoping z Halszką, nagle osłabłam, oblała mnie fala gorąca, a następnie zaatakowały dreszcze. Ale galeria handlowa wzywała, więc poszłam. Jedyne zakupy, jakie poczyniłam, to kupa frytek i dwa longery w KFC. Niedzielę przeleżałam w łóżku, czekając na finał siatkówki, którego ostatecznie nie obejrzałam. Moja obecność przed telewizorem miała ewidentnie zły wpływ na grę polskiej reprezentacji. W końcu rodzina kazała mi sobie iść słusznie argumentując, że przeze mnie niechybnie przegramy. Poszłam spać. Siatkarze zdobyli mistrzostwo świata.

Od poniedziałku wróciłam do pracy. Chora jak sto Andrzejów. Ale widmo zbliżającego się eventu i świadomość przebywania w czarnej dupie organizacyjnej wzięły górę nad L4.

Sobotę miałam spędzić na weselu.

Wahałam się długo, czy w związku ze złym stanem zdrowia (a tak naprawdę z powodu koszmarnej fryzury) nie zrezygnować z imprezy. Zwłaszcza że wiązała się z dwugodzinną drogą w jedną stronę. Ostatecznie pojechałam. Z zapaleniem zatok. I krtani. Gorączką. Nudnościami. Dreszczami... Żeby było ciekawiej w lokalu przypadło mi miejsce bezpośrednio pod... klimatyzatorem. A tuż między daniem głównym a deserm dostałam okres. Nieszczęścia chodzą stadami.

W drodze powrotnej byłam kierowcą. Moi pasażerowie posnęli.

 

Potem, nawet nie wiem kiedy, nastał kolejny festiwal - siedem dni wyjęte z życiorysu. A teraz znów papióry. Raporty, rozliczenia i tym podobne nudne sprawy. Za oknem szaruga, którą ja akurat całkiem lubię. Znów nic się nie dzieje.

 

Re

piątek, 26 września 2014

 

Obecnie dręczy mnie i męczy ostre przeziębienie, pms, jesienna depresja oraz permanentne zmęczenie wynikające z szeroko pojętej "roboty".

 

Ale od początku. Czyli od początku sierpnia. Czyli od czasu, kiedy to wraz z Halszką byłyśmy na Agro-Eko-Spa u Wenus i Lumberjacka. Czyli od momentu ostatniego wpisu mego Reginowego autorstwa.

Jak wiecie (albo nie wiecie) pracuję w branży muzycznej. O, nie wiecie? Dużo jeszcze o mnie nie wiecie :P A zatem pracuję w branży muzycznej - specyficznej. W sierpniu wypadł nam wielki festiwal, wielki jubileusz, wielka feta i w ogóle, a nie od dziś wiadomo, że wszystko co wielkie wiąże się przecież z wielkim nakładem pracy. Nieprawdaż? Fala kulminacyjna całego tego zamieszania zaczęła oczywiście nadpływać bezpośrednio przed festiwalem, by w trakcie imprezy osiągnąć apogeum - czyli, że cały sierpień był lekko nerwowy.

Począwszy od piątku 22 sierpnia, kiedy to wypaliłam z nerwów kilkanaście papierosów pod rząd i wpadłam w stan przedzawałowy objawiony mi mroczkami, kołataniem, buchaczami i ostrym bólemw klatce piersiowej, mój organizm dawał coraz bardziej alarmujące sygnały o stanie wyczerpania baterii.

23 sierpnia odbył się długo wyczekiwany holiłódzki ślub Pana Dziwnego i Dominatrix. Byli piękni, młodzi i szczęśliwi, a my - goście - czuliśmy się trochę jak na ślubie Brangeliny, który odbywał się przecież równolegle. (Przypadek? Nie sądzę.) Niestety chyba zbyt duża ilość wrażeń (bo na pewno nie alkoholu) sprawiła, że z godziny na godziny słabłam i słabłam, znikałam i znikałam... Pić nie mogłam, gdyż następnego miała nastąić inauguracja naszego wspaniałego jubileuszowego festiwalu, więc niedziela zapowiadała się pracująco. Szlam wprawdzie na drugą zmianę jakoby, ale o 12:45 miałam odebrać kwiaty z kwiaciarni. A kiedy tu jeszcze odespać?Kiedy zrobić się na bóstwo? Dlaczego ostatecznie bukiety odebrała Wenus oraz (Halszka świadkiem) dlaczego w moją wieczorową kreację wskakiwałam na parkingu w środku miasta, to już może przemilczę. Powiem tylko, że niedziela 24 sierpnia płynęła mi w atmosferze niewyspania, zmęczenia, nudności i ogólnego mocnego podkurwienia całego organizmu. Czułam się źle, a gdy ja czuję się źle, to robię wszystko, by inni poczuli się jeszcze gorzej. Taka natura.

Koncert inauguracyjny się skończył, a ja wracałam do domu z gigantycznym globusem i jednym jedynym marzeniem: spaaaaaać. Ale gdy tylko przyłożyłam głowę do poduszki, sen się rozmyślił i sobie poszedł, a mymi wnętrznościami wstrząsnęły nudności. Kolejne godziny mijały mi na przewracaniu się z boku na bok albo z boku na bok, gdy wtem o 3.40 nastąpiła akcja zwrotna... Biorąc pod uwagę, że ostatnim posiłkiem, który jadłam, był barszczyk o 3.40 na weselichu poprzedniej doby, szybko do mnie dotarło, że to nie zatrucie pokarmowe, a wirus! Hipoteza ta potwierdziła się już kilka godzin później, gdy w pracy dopadły mnie największe i najbardziej bolesne i palące dreszcze (tak, tak - moje dreszcze są palące) oraz jeszcze jedna akcja zwrotna, tuż po podjęciu nieudanej próby zjedzenia czegokolwiek.

Na szczęście tego wieczoru nie było koncertu, więc mogłam wreszcie położyć się o normalnej porze i przespać całe zło tego świata. Ale tylko do następnego ranka...

 

CDN.

 

Regina

 

 

środa, 17 września 2014

 

Świat mi pędzi. Od przeszło miesiąca zbieram się, żeby coś tu napisać i nie mam czasu! Dużo się dzieje, dużo pracy na urlopie, Pan Dziwny nie jest ci już panienką... o wszystkim chciałabym poplotkować, a nie ma kiedy. Potrzebuję odpocząć. Odseparować się. Złapać oddech. Wyciszyć... I jeszcze marzy się podróż, najlepiej dookoła świata!

 

 

Re

 

 

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

W zeszłym tygodniu mąż wysłał mnie na przymusowy wypad z domu wraz z dzieckiem, ażeby mógł spokojnie popracować. Przystałam. Pojechałam do rodziców. Mąż spał do południa, pracował do woli, chodził po domu w samych gaciach, wyjadał wszystko z lodówki i był szczęśliwy. Takie męskie wymarzone wakacje :) Ja tymczasem trochę się kłóciłam z mamą o wychowanie mojego dziecka (standard) oraz starałam się zachować spokój na pytanie o to, dlaczego nie wolimy mieszkać z rodzicami :) Ale poza tym - chodziłam trzy dni w tej samej bluzce, nie malowałam się, wsuwałam kiełbaski z grilla i piłam piwo. Takie kobiece wymarzone wakacje. Syn za to siedział na zmianę w mini-piaskownicy i mini-basenie, chodził bez butów po trawie, zrywał pomidory z krzaka i rozmawiał z psem sąsiada. Słowem - wymarzone wakacje bobasa.

Wniosek - chcecie wymarzonych wakacji? Spędźcie je z dala od swoich małżonków :) (odległość zależy od Waszego stażu). 

Ale, żeby nie było, że nie  - po czterech dniach trochę się stęskniłam. Jak wróciłam, mąż obdarzył mnie uroczym spojrzeniem i powiedział:

Pan M.:  Ale długo Cię nie widziałem. Jesteś taka piękna. 

Jola: Wiem ;)

Pan M.: To... co teraz zrobimy?

Jola: Mam ochotę na coś bardzo przyjemnego...

Pan M.: Co tylko chcesz, bejbe. 

Jola: Zabierz mnie do IKEI.

 

:)

No co? Wszystkie jesteśmy od tego uzależnione (przynajmniej mam odwagę się do tego przyznać).

 

 

źródło: www.ikea.com (nie, nie płacą mi za to meblami... a szkoda :))

 

JOL.

poniedziałek, 04 sierpnia 2014

 

Nasza kapelutkowa bogini (Wenus, nazwałam cię boginią!) i jej umiłowany Lumberjack zaprosili mnie i Halszkę na weekend do siebie. Wyprawa była planowana mniej więcej od dwóch miesięcy, ale ostatecznie wszystko potoczyło się spontanicznie.

Okazało się, że Wenus jest perfekcyjną panią domu. Piecze wyśmienite muffinki i w dodatku robi je w 20 minut. Piecze chleb! Gotuje obiady. Wszystko podaje na stylowej zastawie :P Ma dużo roślin i wszystkie są zielone. Segreguje śmieci w taki sposób, że najbardziej ortodoksyjny ekolog odznaczyłby ją orderem z ziemniaka. Ma jeszcze bardziej spektakularne włosy niż kiedyś. 

A Lumberjack? Lumberjack podejmował nas z charakterystycznym dla siebie sympatycznym przekąsem. To tylko taka poza, że nas nie lubi :) 

 

Re

 

 

poniedziałek, 28 lipca 2014

Ociupinkę męczy mnie już zaznaczanie swojej obecności na Kapelutkach raz na ruski rok/czeski film/niemiecki porządek and so on. Ociupinkę. I zwykle wtedy piszę, że mam dużo pracy ale generalnie jestem szczęśliwa. Nieinaczej jest tym razem. Mam dużo pracy. Miałam, bo już kończę (dlatego monsz łaskawie odblokował mi blog... i facebooka... i pudelka :)) Ale.. generalnie jestĘ szczęśliwa. No co ja poradzę? Cholera.

Jak tylko rzuciłam pracę, odżyłam jak grzyby po deszczu (czy jakoś tak...).  Mam kwiaty na balkonie. I świece. W dzień łapię promienie słońca, a wieczorem upajam się grą świerszczy. W blasku księżyca of cors. Jest uroczo. Nie mam na co narzekać!!!! Aaaaaa!!! Czarny kapelutek mnie uwiera. Dupa rzeczywistości objawia się tylko, gdy włączam masońskie radio. Więc nie włączam. No dobra, czasem włączam. A nawet włanczam. Ale i tak nie chce mi się narzekać.

Doktorze...

 

JOL.

 

Nie, nie będzie o jednym z filmów Woody'ego Allena. Nie będzie prześmiewczo ani ironicznie. Będzie na poważnie. Będzie o tym, jak kończy się prawdziwa miłość. Taka miłość, która zdarza się raz na milion, zwyczajnym ludziom. Taka, której chciałby doświadczyć każdy. Poznałam ich, gdy byli już staruszkami i znałam ich tylko z opowieści, ale...

Przeżyli ze sobą pewnie z pół wieku. Byli niecodzienni - on zawsze elegancki, ona trochę szalona. Nawet imiona mieli wyjątkowe. Byli jedną z tych uroczych starszych par, które czule trzymają się za ręce podczas spacerów. 

W końcu stało się. Padło na niego. Diagnoza - Alzheimer. Powoli gasło w nim życie, aż w końcu nadszedł TEN dzień. Ona opiekowała nim się przez kilka lat postępującej choroby. Dbała o niego, karmiła i myła - gdy już tylko leżał. Spała z nim do końca w jednym łóżku i tuliła nocami. Gdy umarł płacząc zapewniała wszystkich, że ona na pewno go nie przygniotła...

 

Re

 

sobota, 12 lipca 2014

 

Wczoraj wieczorem się rozpadało i pada non stop. Pada to za mało powiedziane. Leje. Leje jak z cebra.

Lubię taka pogodę. Wprawia mnie w leniwy, ale całkiem usprawiedliwiony nastrój. Lubię wtedy poleżeć pod kołderką z kawą albo gorącym kakao. Nie lubię za to wychodzić z domu. A dziś jednak trzeba. Trzeba nam. I to w dodatku nie można wskoczyć w gumiaki i deszczowiec, wręcz przeciwnie. Należy założyć oskarową kreację, boa, szpilki, a jak się jest płcią męską - obowiązkowo frak, muchę i melonik. Mam złą wiadomość dla wszystkich wolnych kobiet w Polsce - WIELKI WIZJONER SIĘ ŻENI!

Owszem, mówi się, niektórzy mówią, ja... - nie ma takiego wagonu... Ale raczej nie próbujcie, dziewczyny, bo starcie z narzeczoną/żoną - Połowicą raczej nie skończy się dla was dobrze ;)

Nim Młodej Parze pożyczę szczęścia (jak sama mam być szczęśliwa skoro ciągle to swoje szczęście komuś pożyczam?) robię się na (u)bóstwo. Pogoda skomplikowała sytuację. Okazało się bowiem nie dalej jak wczoraj, że mimo zapewnień stacji meteorologicznych przepowiadających aurę długoterminową, słońce dziś jednak nie raczy zaszczycić nas swoją obecnością. I klops. Bo do mojej kreacji nie przewidziałam odzienia wierzchniego. A kreacja jest mocno wybujała i kompletnie - żadne bolerko ni żakiet - nic do niej nie pasuje. Stres i widmo zapalenia płuc sprawiło, że wczoraj w galerii pokłóciłam się z Halszką. W bieliźnianym. O majtki... Mało brakowało, a Wielki Wizjoner musiałby przesadzić gości przez majtki niezgody. Ale jak mawia mój sąsiad tuż po tym, jak podłoży komuś świnię - NIMASIEOCOGNIWAĆ. Zatem nie rozdrapujmy rany, to do wesela się zagoi ;)

Tymczasem robię sobie  paznokcie. To znaczy u stóp. Bo manicure załatwiłam wczoraj. Vinylux w bieli i złocie. Najs. W sumie mam pełne buty, więc pazury dolne mogłabym sobie odpuścić, ale przecież nigdy nie wiadomo, w czyim łóżku wyląduję tej nocy - daj Boże ;)

Kreacja czerwona, sześciowarstwowa. Szpilki w wężową skórę. Francuski splot na głowie... W trakcie przymiarki u Halszki dwa tygodnie temu straciłam rezon w kwestii mojego anturażu...

R: I jak?

H: Ooo BooooŻe... Wyglądasz, jak... DIABEŁ!

R: To dobrze, czy źle?

H: Dobrze - jak ktoś ci zaproponuje rolę w jasełkach, to dobrze!

 

W związku z deszczem pożyczyłam od S. kurtkę na motor. Będę wyglądać jak klaun. I jestem pewna, że punktualnie o 13.00 wyskoczy mi zimno...

Najważniejsze to mieć do siebie dystans ;)

 

Re

niedziela, 06 lipca 2014

 

Mam taras cztery na dwanaście i w ogóle z niego nie korzystam. Głównie z dwóch powodów: alergii słonecznej i alergii rodzinnej. Dziś jednak w chwili domowej samotności wypełzłam z mej nory na zewnątrz i wypiłam kawę siedząc wygodnie w plastikowym fotelu. Było to nawet całkiem miłe i relaksujące, dopóki rodzina nie postanowiła zakłócić mego spokoju swym powrotem. 

Jestem okropna - wiem.

Czasem zastanawiam się, czy aby na pewno jestem dzieckiem tych oto matki i ojca? Po krótkiej analizie dochodzę do wniosku, że jednak nie da się ukryć. Jestem idealnym miksem najgorszych cech moich rodzicieli. Po tatusiu otrzymałam w spadku fobię społeczną, depresyjne usposobienie, przerośnięte ego, dumę, uprzedzenie i genetyczną chorobę skórna, po mamusi - oziębły charakter, ośli upór, zosio-samosio-watość i pośrednio brachydaktylię typu D (spoko - wciąż mam ładniejsze kciuki niż Megan Fox).

Uczulenie na słońce wyhodowałam sobie sama. Głoszę więc herezje, że lato jest złe i upały są złe i siedzę w zamknięciu, w ciemnym pokoju, z zasłoniętą zasłoną i zamkniętymi na cztery spusty oknami. 

W pracy na przykład jęknę sobie czasem, jak to nie lubię gorąca, jak puchnie mi każdy centymetr kwadratowy ciała, jak mi wzrasta kołatanie serca i ciśnienie skacze i co słyszę? "Nie jęcz!" "Nie nudź!" "Ej, weź się!" Gdy natomiast sytuacja się odwraca i w pogodę deszczową i ponurą jestem radosna i zadowolona, a oni wszyscy marudzą - to nie dość, że nie mogę im zwrócić uwagi, to jeszcze nie powinnam zanadto okazywać dobrego humoru, by przypadkiem nie zginąć śmiercią zadaną zszywaczem biurowym. Tolerancja to utopia. 

W związku z powyższym mam nieopalone nogi i jeszcze bardziej nieopalony zadek. Ogólnie nie powinnam wychodzić z domu, by swą nieopaloną powierzchownością nie zniesmaczyć opalonej części społeczeństwa. 

Wyszłam.

- Ale jesteś nieopalona! A fe!

 

Re

czwartek, 03 lipca 2014

 

Moją listę STU RZECZY pamiętają? :)

Lista w dalszym ciągu jest niepełna, ale od czasu do czasu uda mi się coś zrealizować albo zbliżyć się o krok do realizacji ;) Albo przynajmniej pomyśleć: "Kurczę, pasowałoby coś zrealizować..." ;)

Ostatnio udał mi się punkt 19: "Zorganizować 10-lecie matury". Było całkiem miło :)

 

 

Re

wtorek, 10 czerwca 2014

 

Halszka bardzo chce wziąć udział w konkursie. Nagroda - wyjazd na Bali dla dwóch osób. Zadaniem jest uargumentowanie, dlaczego to właśnie ona powinna wygrać wycieczkę. Halszka postanowiła wybrnąć z sytuacji oznajmiając, że jak wymyślę dobry powód, to zabierze mnie jako osobę towarzyszącą.

 

Halszka: Jak tam idzie ci praca nad naszym wyjazdem na Bali?

Regina: No właśnie nie idzie. Nie znalazłam dotąd żadnego dobrego powodu, dla którego to właśnie my powinnyśmy pojechać.

Halszka: To znaczy, że to nie my powinnyśmy pojechać. Trochę szkoda. W sumie to już się nastawiłam :)

Regina: Ale może fakt, że mieszkamy w Białymstoku, mam chujowe prace za marną kasę, za to nie mamy mężów i życia osobistego (więc chociaż Bali nam się należy) wystarczy. Weźmy ich na litość.

Halszka: Jak nie wymyślisz nic lepszego to tak napiszemy. Choć pewnie znajdą się tacy, co są w gorszej sytuacji, bo mieszkają w Ostrołęce, w ogóle nie mają pracy, męża mają - ale bije, a dziecko ma białaczkę. I to im należy się ten wyjazd.

 

To może pomożecie? Może wy coś wymyślicie?

DLACZEGO TO HALSZKA I REGINA POWINNY WYGRAĆ WYCIECZKĘ NA BALI?? :)


www.bali-indonesia.com

 


 


sobota, 07 czerwca 2014

Nie wiem, czy wypada takie rzeczy mówić, pisać. Czy w ogóle można mówić głośno, artykułować  to, że się człowiek czuje nienajgorzej.  Czy powiedzenie tego głośno nie zepsuje czegoś...?

Bo od jakiegos czasu czuję się, rzekłabym, szczęśliwa, a moje ostatnie decyzje zawodowe bardzo sie do tego przyczyniły. Od miesiąca nie pracuję - że się tak ładnie wyrażę - najemnie, więc mam czas na realizację zleceń i tak się jakoś składa, że one się pojawiają... Cud? Prawo przyciągania? Nie wiem. Wiem, że w czerwcu i lipcu jestem zarobiona. No i moje biuro obecnie wygląda tak: 

 

 

Jesteśmy też - po prawie roku - na finiszu wykańczania górnego poziomu mieszkania, co niesamowicie mnie cieszy. Wreszcie przeniosłam tzw. pierdolnik czyli moje biurko wraz z inwentarzem na górę, dzięki czemu - w końcu! -  uwolniłam salon/pokój dzienny/duży pokój (jak zwał tak zwał) od plątaniny kabli, miliona sprzętów, książek, gazet i innych rzeczy, które cichaczem mnożą się jak króliki podczas, gdy ja siedzę przy komputerze. Więc już prawie jest tak, jak chciałam. I znowu, jak o tym pomyślę, to nie wiem, czy mi wolno tak myśleć. Bo myślę, że jest mi dobrze, że czuję radość, wdzięczność, teraźniejszość (zamiast 'co ja zrobiłam/nie zrobiłam" albo "co ja zrobię?"). 

I dalej - pewne choroby przestały nas dręczyć, pewni ludzie podjęli pewne dobre decyzje. Sprawy się jakoś układają. Nie zawsze tak było, dlatego tym bardziej chciałabym to docenić. I dlatego boję się o tym głośno mówić. Żeby nie uciekło.

Ciągle oczywiście są rzeczy, które powinnam robić a ich nie robię i za to muszę sobie dać porządnego kopniaka z półobrotu. Ale, jak to się mówi, nevertheless, obecny stan życia i mojego najbliższego świata napełnia mnie radością i nawet nie muszę w tym celu pić wódki. Ale nie nie - nie ogolę głowy i nie zostanę buddystą. Nie żebym miała coś do buddystów. Po prostu nie ;)

 

JOL.

piątek, 06 czerwca 2014

 

Weekendy przypominają mi o tym, że nie mam życia osobistego. Dlatego ich nie lubię. Nikt mnie nie zaprasza na imprezy. Nigdzie nie wychodzę. Może tylko do S. No chyba że jej mąż akurat zjeżdża, to wtedy jakoś mnie nie potrzebuje. Wiadomix. W tygodniu jeszcze jakoś leci. Wstaję 5.30. Ogarniam się. Idę do roboty. Siedzę 8 godzin udając, że robię bardzo ważne rzeczy. Nawet jeśli rzeczywiście je robię, to podjęte przeze mnie działania nie przynoszą żadnych wymiernych rezultatów. Raz mi się udało nie pozyskać dwudziestu tys. zł. innym razem dziesięciu. I tak dalej. Wracam do domu, jem obiad. Jest 17.30. Odpoczywam (głównie w pozycji horyzontalnej). Idę biegać. A potem spać. Ewentualnie od razu spać. A rano od nowa.

W weekendy mam depresję. Poza sprzątaniem i praniem nie mam nic ciekawego do roboty. Czasem zdarzy się, że każą mi pojechać do hacjendy przebujać  się po hektarze z motyką. Ale nie o takich ciekawostkach marzę.

Nie mam życia osobistego. Nie mam kasy, żeby sobie zrekompensować ten brak mega zakupami. Albo weekendowym wypadem do Paryża czy Londynu. Na zakupy oczywiście.

Czasem śledzę na fejsie losy ludzi, których spotkałam na swej drodze kiedyś tam. Najbardziej deprymujące jest to, że najwięksi życiowi leserzy i naukowi indolenci, którzy zrzynali ode mnie na egzaminach bujają się teraz po świecie i wrzucają do sieci zdjęcia z podpisem: "Marian, tu jest jakby luksusowo". 

Mnie się nie udało.

Nie ma sprawiedliwości.

A może jest?

Może to moja wina?

Gdzie popełniłam błąd?

 

Re

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 59
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl