Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
poniedziałek, 29 grudnia 2014

Ponieważ dzień 31 grudnia zamierzam zakończyć w stanie upojenia alkoholowego, podsumowanie noworoczne sporządzę Wam ja dzisiaj (także będąc w stanie upojenia alkoholowego, ale mniejszym niż zamierzam byc 31 grudnia i z zupełnie innej beczki). Do rzeczy zatem.

Rok 2014 był dla Jolanty i Pana M. rokiem dobrym, nawet bardzo dobrym, ale jego dobro zostało obsrane przez mocno gówniane zakończenie. Z rzeczy dobrych: byliśmy zdrowi, synek rósł i rośnie jak na szpilkach, obeszło się bez większych problemów małżeńskich, kupiliśmy sporo sprzętów z IKEI celem wykończenia mieszkania, nie popełniliśmy żadnego wykroczenia, ja w połowie roku zrezygnowałam z pracy, co zaowocowało zwiększeniem czasu przebywania z moim dzieckiem, polepszeniem stanu zdrowia psychicznego i fizycznego (4 kg w dół) oraz wdrożeniem w życie jednego z dziecięco-młodzieńczych marzeń (dodam też, że z jako takim sukcesem). Generalnie nie mieliśmy większych powodów do narzekania. Do grudnia. W grudniu bowiem firma mojego małżowinka z przyczyn idących z góry postanowiła podziękować za współpracę kilkunastu pracownikom, a w grupie tej niestety znalazł się także mój szanowny małżonek.

Wiadomość ta, niczym grom z przejasnych niebios, dotarła do moich uszu, kiedy akurat wybierałam w sklepie bluszcz do puszczenia go po okapowym kablu, który zwisaniem swym - do zbyt daleko umieszczonego gniazdka - bezwzględnie szpeci mi kuchnię. Rażona wizją jedzenia śniegu i wyprzedawania dobytku, odrzuciłam wybrany bluszcz niczym trujące zielsko i popędziłam do domu, aby jak najszybciej zamknąć się w pokoju i zacząć łkać. Kiedy już skończyłam łkać i otrząsnęłam się z wizji gotowania sznurowadeł miast makaronu, przypominałam sobie, że wyrugowałam przecież łkanie ze swojej natury co najmniej trzy lata temu i nie ma innej rady, niż działać, działać, działać. Jednak zaraz potem uświadomiłam sobie, że nie mamy pracy, za to mamy dziecko poniżej lat dwóch. MOPSIE przybywam!

No dobrze, może tak źle nie będzie. Mąż pracy szuka, choć, jak być może wiecie, nie ma letko. Nawet (a może  szczególnie) na rynku zawodów, które mój małżonek szczególnie ukochał. Ponieważ mam cichą nadzieję, że nasz blog czyta wiele wpływowych osób (albo chociaż dobrze poinformowanych), które ze wszech miar pragną szczęścia wszystkich jego bohaterów, w tym także Pana M., niniejszym lokuję informację, że chodzi o zawody PRAWNIETZSCHE, a zatrudnienia szukamy w mieście wielu królów, czterech królowych i jednego smoka. Tak jest, szukamy pracy w Krakowie dla prawnika-cywilisty z doświadczeniem, urokiem osobistym oraz piękną i inteligentną żoną, którą planowo ma z nim dziecko (a to - jak wiadomo –najlepiej świadczy o mężczyźnie). Będziemy wdzięczni za wszelki cynk (może być tu na blogu, albo tu abo tu).  

Z poważaniem

Jolanta z Chudowa

 

 

sobota, 27 grudnia 2014

 

Boże Narodzenie. Przechodzę przez Rynek kierując się w stronę katedry na mszę. Jest godzina 16.25. Z przeciwka idzie dwóch osobników rodzaju męskiego. Gdy się mijamy, dociera do mnie strzępek rozmowy.

"Nikt mnie nie będzie jebać w dupę. W dupę jebać to ja mogę takie panie jak ta."

KURTYNA.

 

Zazdroszczę niektórym przekonania o własnej wyjątkowości.

 

Re

 

czwartek, 25 grudnia 2014

 

Przeszłam wigilijne załamanie nerwowe. Żenada. Płakałam w pracy. Płakałam na ławce przy głównym deptaku. Płakałam na przystanku autobusowym. Przy wigilijnej kolacji. I paląc papierosa na balkonie. I w poduszkę. Jestem zażenowana sama sobą.

Owszem, listopad był miesiącem o wzmożonej eksploatacji układu nerwowego, a w grudniu wcale nie było lepiej, ale nie spodziewałam się, że tak dalece odbije się to na moim systemie odpornościowym - zarówno fizycznym jak i psychicznym. Pierwszy raz w życiu czułam się tak bezradna w zderzeniu z własnymi emocjami. 

...

Zewsząd sypią się złote rady. Wyprowadź się z domu. Zmień pracę. Wynieś się do innego miasta. Znajdź sobie fajnego faceta. Zacznij wszystko od nowa. O kurwa, sama bym na to nie wpadła.

...

Czasem zdarzają się miłe drobnostki - takie małe bożonarodzeniowe cudeńka. Dzień przed Wigilią odwiedziłam koleżankę. Jako że ona jest obecnie przykutą do pieluch matko polko, a ja ostatnio miałam ciężki dzień (tydzień, miesiąc, rok...), postanowiłyśmy się znieczulić i zresetować. Poszła butelka wina. Butelka na głowę rzecz jasna. Idąc na przystanek zorientowałam się, że suma drobnych w portfelu nie jest wystarczająca, aby zakupić bilet u kierowcy, a nie ma szans, żeby wydał mi z pięciu dych. (W naszym prowincjonalnym mieście nie można nawet pomarzyć o biletomatach.) Przepytałam więc innych przystankowiczów, czy aby ktoś mi nie rozmieni banknotu z wizerunkiem Kazika Wielkiego, ale nie. Kierowca oczywiście też nie miał. Poprosiłam więc, żeby sprzedał mi jakikolwiek bilet za kwotę, którą udało mi się skonstruować z drobnych. Ulgowy. "Trudno, najwyżej mnie kanary złapią, raz się żyje" - powiedziałam trochę zbyt głośno, ale przecież byłam wstawiona. Nie minęło pół minuty, kiedy młody chłopak siedzący nieopodal zaoferował: "To skasuję za Panią, bo mam karnet." Niby nic. Niby to tylko bilet. A jednak wiara w ludzkość przywrócona :) Wszystko byłoby wspaniale, gdybym potem o 1 w nocy nie obudziła się i nie dostała ataku paniki, który nie pozwolił mi zasnąć do rana i przyczynił się do wigilijnej emocjonalnej rozpierduchy.

 

Re

 

poniedziałek, 22 grudnia 2014

 

Jestem uczulona na świąteczne pierdolenie. To znaczy na pierdolenie w ogóle - ale na świąteczne zwłaszcza. Wszelkie firmowe opłatki doprowadzają mnie na skraj załamania nerwowego. 

Ludzie myślą, że moja mizantropia, którą epatuję wszem i wobec, to tylko taka poza - żeby było inaczej, oryginalnie, ale śmiesznie i miło. Utwierdza ich w tym błędnym przekonaniu także to, że chcąc przestrzegać w minimalnym stopniu podstawowych zasad współżycia społecznego, poddaję się często pewnym rytuałom, które (choć totalnie sprzeczne z moją naturą) świadczą o tym, że jest się osobą "normalną". A potem, kiedy przelewa się moja wewnętrzna czara goryczy, to wszyscy są zaskoczeni.

Dziś w pracy na przykład zalano mnie taką ilością świątecznego lukru, że niespodziewanie wstałam od opłatkowego stołu, niechcący trzasnęłam drzwiami i poszłam do toalety i się porzygać. Mnie ulżyło, ale inni spoglądają na mnie co najmniej podejrzliwie. 

 

Re

 

 

czwartek, 27 listopada 2014

 

Od zeszłego tygodnia zalewa nas wszystkich (zwłaszcza czytelników Pudelka) informacja na temat nowego i intensywnie szerzącego się trendu, którym jest „lumberseksualizm”. Kto nie wie, co zacz, tego poinformuję tylko, że chodzi o modę rodem z kanadyjskiego lasu, którą cechują takie atrybuty, jak flanelowa koszula w kratę, ciężkie buty, broda, wypomadowany wąs i rozwiany włos z niesfornym kosmykiem opadającym na czoło. Mile widziana jest także siekiera zawadiacko przewieszona przez ramię. Wieść gminna niesie, że jest to obecnie najbardziej pożądany materiał na fejsbukowego towarzysza życia.

W ten sposób lansuje się już m.in. Ryan Gosling, Jake Gyllenhaal, Justin Timberlake oraz wkraczający z impetem do naszego rodzimego szołbiznesu Ekskluzywny Menel. Nikt jednak nie wie, że lumber sexual to wizerunek stworzony przez NASZEGO LUMBERJACKA, do którego teraz rości sobie prawo połowa Hollywood. Wizerunek, ba! To styl życia.

I tu właśnie pojawia się dysonans pomiędzy obliczem prawdziwego lumberjacka, a tym, co prezentują wydepilowane klaty stanowiące jedynie tandetną podróbkę oryginału. Prawdziwy lumberjack nie depiluje klaty. Powiem więcej – nie reguluje brwi, nie piłuje paznokci (chyba że pilnikiem do drewna) i nie płacze, gdy skaleczy się siekierą.

Lumberjack nie mieszka w mieście, jeno w lesie! Rąbie drwa aż wióry lecą (twardziel) i karmi wie-wióry, czyli wiewióreczki (twardziel o złotym sercu). To jest etos lumberjacka. Amen.

 

Re ;)

 


piątek, 14 listopada 2014

 

Wszystko zaczęło się od tego, że zdechł mi kot. Prawdopodobnie Ślicznotka zeżarła zatrutą mysz, bo męczyła się bardzo długo. Zaczęło się o północy, a skończyło o 5-tej rano. Było to 3 listopada. 

Tydzień później - 10 listopada moja mama wracając rano ze sklepu zauważyła, że nieopodal naszego domu, przy ogrodzeniu sąsiada leży kuna. Prawdopodobnie została uderzona przez auto. Dowlekła się jeszcze na trawnik i tam sobie padła budząc sensacje wśród dzieci jeżdżących na rowerach. Pisząc padła nie miałam na myśli, że zdechła. Oczywiście, że nie. Zwierzę oddychało i bardzo się męczyło. Jako że jestem osobą, której cierpienia fizyczne zwierzęcia sprawia ból psychiczny, zadzwoniłam do urzędu gminy i poprosiłam, aby ktoś przyjechał i pomógł futrzakowi, nawet jeśli miało to oznaczać dobicie go. Pani przyjęła do wiadomości moje zgłoszenie i i oczywiście, jak się później okazało, nic z tym nie zrobiła. Pomimo, że podobno gmina ma podpisaną umowę z weterynarzem, który reaguje w takich sytuacjach. Kuna męczyła się jeszcze długo. Gdy wychodziłam z domu koło 16-tej wciąż żyła :( 

Oczywiście żałuję, że brakło mi odwagi cywilnej, żeby wziąć zwierzaka pod pachę (bo nie mam własnego samochodu) i autobusem zawieść go do miasta do najbliższej lecznicy. 

Uważam, że w każdym mieście powinno być całodobowe pogotowie dla zwierząt. Moja kotka zaczęła zdychać w nocy - może gdybym miała szanse zawieść ją do weterynarza to przynajmniej nie męczyłaby się tyle godzin, bo lekarz by ją uśpił. 

Powinno być pogotowie dla zwierząt, które przyjeżdżałoby na miejsce zdarzenia, takiego jak z kuną. Co jeśli następnym razem napotkam potrąconego, ale wciąż żyjącego i cierpiącego psa?

Oczywiście nie chodzi mi o to, żeby była to opieka bezpłatna - bez przesady. Wiem, że nie wszyscy ludzi są wrażliwi na los zwierząt. Na przykład naszej Halszki historia o kunie zupełnie nie ruszyła. (Przypuszczam, że historia o moim kocie też nie.) Ale ja osobiście chciałabym mieć możliwość zareagowania. Nawet jeśli oznaczałoby to wyłożenie kasy z własnej kieszeni.

Mój kot został pochowany, kuna leży i czeka na rozkład. Kolejny problem - dlaczego ja, uczciwy podatnik, mam wdychać przez następne kilka tygodni smród rozkładających się kunich zwłok? Moja gmina dba o to, aby ulice były czyste, aby na na trawnikach przy chodnikach nie było chwastów, ba! nawet sadzi ozdobne drzewka i stawia olbrzymie piękne donice z kwiatami! A pozwala, żeby zwierzę rozkładało się na trasie, którą codziennie przemierzają dzieci do szkoły oraz ja na przystanek autobusowy.

Wiem, że kijem Wisły nie zawrócę. Usłyszałam już pytanie, czy nie mam większych życiowych problemów. Otóż mam. Ale w ich rozwiązywaniu nie pomaga mi świadomość, że gdzieś w pobliżu w męczarniach umiera zwierzę i nikt z tym nic nie robi. 

 

Re

poniedziałek, 03 listopada 2014

Po moim ostatnim podejściu do napisania wpisu na blogu, kiedy to blox - po raz kolejny - wywalił mnie ze strony przy kropce w ostatnim zdaniu, nie zostawiając z mojego pięknego wpisu nawet jednej literki (Blox! Ty ..uju!), postanowiłam się obrazić na tę platformę blogową i w ramach tej obrazy nie publikować nic poza niewidzialnymi wyrazami mojej pogardy wysyłanymi telepatycznie do programistów tego wirtualnego przybytku nienawiści. 

Powyższe kombo-zdanie skleciłam zaś będąc w stanie hiper-zmęczenia, ponieważ jestem chora od soboty 25 października i nie idzie lepsze. A jak to bywa w stadzie - jak jeden osobnik zachoruje, inne nie chcą być gorsze i też zapadają. Nieinaczej jest u nas. Na wstępie mąż mój oswiadczył, że słabo się czuje i chyba go coś bierze. Nie zamieszkał jednak w izolatce i w rezultacie na drugi dzień od jego słabego poczucia się, zachorowałam ja. Przy czym on cudownie ozdrowiał. Kolejnego dnia rozchorowało się dziecko. Tak sobie chorowaliśmy we dwoje racząc się na przemian antybiotykami, osłonami i syropami o smaku mailinowym. Nie pomogło. Po tygodniu od naszego złapania tego, co męczyło na wstępie mojego małżonka, choróbsko złapał i on. Prawdopodobnie już zmutowane. Ja przez chwilę poczułam się lepiej, ale dziś tak jakby już nie. Dziecko też. Choroba mąża jest w fazie wzrostowej. Wpadliśmy w błędne koło zarażania się nawzajem. Rozważam budowę izolatki na klatce schodowej.

Jak tam Re i We? Mam nadzieję, że wypiłyście duuuuużo za nasze zdrowie a jedyny powód, dla którego jeszcze nie ozdrowieliśmy jest taki, że to zaczyna działać dopiero jak pijący wytrzeźwieją. 

 

JOL.

sobota, 01 listopada 2014

 

Halszka: I co? Umówiłaś się w końcu z Wenus na jakieś picie ze zniczy?

Regina: W sumie to nie. A co? Piszesz się jednak?

Halszka: Nie. Chciałam tylko wiedzieć czy coś mnie omija. Jakby co było, to daj znać, żeby mi się zrobiło przykro.

 

Regina: Idziemy pić ze zniczy?

Wenus: Idziemy!

 

Halszka: Ale mi przykro...

 

A cała trójca rodzinna Państwa M. ma zapalenie oskrzeli, tak że będziemy pić ich zdrowie! :)

 

środa, 29 października 2014

 

Teraz to już chyba powinnam zmienić tytuł na "Raport z ostatnich trzech miesięcy"... Najśmieszniejsze jest to, że ten nudny jak flaki z olejem post napisałam już jakiś czas temu i tak sobie przeleżał aż do tej chwili, kiedy to z przerażeniem zauważyłam, że Blox przypieprzył nam - Kapelutkom obrzydliwą reklamę na czole. FUJ!

 

Ale, ale - do raportu!

Ostatnie dni sierpnia upłynęły mi pod hasłem: praca, praca, praca. Oraz praca. I praca. A na koniec jeszcze dużo pracy.

Tuż po festiwalu miałam zaraz uciec na urlop, ale... Raporty sponsorskie powiedziały, że same się nie napiszą, więc plany przesunęłam o tydzień. Po czym zaczęłam wolne. Oficjalnie. Gdyż przez pierwszy tydzień przychodziłam regularnie do pracy... 

Drugi tydzień urlopu zaczęłam z grubej rury - udałam się do spaaaaa. Poleżałam w bąblach z widokiem na las i wygrzałam się we wszystkich możliwych saunach. Było bosssssko. I efekt przypuszczam byłby długotrwały, gdyby nie... wykopki dnia następnego...

W tak zwanym "międzyczasie" okazało się także, że dostałam pewną fuszkę. W związku z tym kopanie ziemniaków było mi bardzo nie na rękę, dlatego narzuciłam mordercze tempo w zbieractwie. Wykończyłam wszystkich - z sobą na czele. Po cudownym odprężeniu nie pozostał nawet ślad. Po kilku dobrych godzinach w pozycji mocno przygarbionej ledwo udało mi się wrócić do postawy homo erectus.

Od środy zabrałam się za pracę nad fuszką. Siedziałam w barłogu z laptopem i ze swojej nory wychodziłam tylko na siku albo po kawę. Skończyłam w piątek punkt 16.00. Zostało mi całe dwa dni urlopu...

W sobotę około 15.00, tuż przed wyjściem na szoping z Halszką, nagle osłabłam, oblała mnie fala gorąca, a następnie zaatakowały dreszcze. Ale galeria handlowa wzywała, więc poszłam. Jedyne zakupy, jakie poczyniłam, to kupa frytek i dwa longery w KFC. Niedzielę przeleżałam w łóżku, czekając na finał siatkówki, którego ostatecznie nie obejrzałam. Moja obecność przed telewizorem miała ewidentnie zły wpływ na grę polskiej reprezentacji. W końcu rodzina kazała mi sobie iść słusznie argumentując, że przeze mnie niechybnie przegramy. Poszłam spać. Siatkarze zdobyli mistrzostwo świata.

Od poniedziałku wróciłam do pracy. Chora jak sto Andrzejów. Ale widmo zbliżającego się eventu i świadomość przebywania w czarnej dupie organizacyjnej wzięły górę nad L4.

Sobotę miałam spędzić na weselu.

Wahałam się długo, czy w związku ze złym stanem zdrowia (a tak naprawdę z powodu koszmarnej fryzury) nie zrezygnować z imprezy. Zwłaszcza że wiązała się z dwugodzinną drogą w jedną stronę. Ostatecznie pojechałam. Z zapaleniem zatok. I krtani. Gorączką. Nudnościami. Dreszczami... Żeby było ciekawiej w lokalu przypadło mi miejsce bezpośrednio pod... klimatyzatorem. A tuż między daniem głównym a deserm dostałam okres. Nieszczęścia chodzą stadami.

W drodze powrotnej byłam kierowcą. Moi pasażerowie posnęli.

 

Potem, nawet nie wiem kiedy, nastał kolejny festiwal - siedem dni wyjęte z życiorysu. A teraz znów papióry. Raporty, rozliczenia i tym podobne nudne sprawy. Za oknem szaruga, którą ja akurat całkiem lubię. Znów nic się nie dzieje.

 

Re

piątek, 26 września 2014

 

Obecnie dręczy mnie i męczy ostre przeziębienie, pms, jesienna depresja oraz permanentne zmęczenie wynikające z szeroko pojętej "roboty".

 

Ale od początku. Czyli od początku sierpnia. Czyli od czasu, kiedy to wraz z Halszką byłyśmy na Agro-Eko-Spa u Wenus i Lumberjacka. Czyli od momentu ostatniego wpisu mego Reginowego autorstwa.

Jak wiecie (albo nie wiecie) pracuję w branży muzycznej. O, nie wiecie? Dużo jeszcze o mnie nie wiecie :P A zatem pracuję w branży muzycznej - specyficznej. W sierpniu wypadł nam wielki festiwal, wielki jubileusz, wielka feta i w ogóle, a nie od dziś wiadomo, że wszystko co wielkie wiąże się przecież z wielkim nakładem pracy. Nieprawdaż? Fala kulminacyjna całego tego zamieszania zaczęła oczywiście nadpływać bezpośrednio przed festiwalem, by w trakcie imprezy osiągnąć apogeum - czyli, że cały sierpień był lekko nerwowy.

Począwszy od piątku 22 sierpnia, kiedy to wypaliłam z nerwów kilkanaście papierosów pod rząd i wpadłam w stan przedzawałowy objawiony mi mroczkami, kołataniem, buchaczami i ostrym bólemw klatce piersiowej, mój organizm dawał coraz bardziej alarmujące sygnały o stanie wyczerpania baterii.

23 sierpnia odbył się długo wyczekiwany holiłódzki ślub Pana Dziwnego i Dominatrix. Byli piękni, młodzi i szczęśliwi, a my - goście - czuliśmy się trochę jak na ślubie Brangeliny, który odbywał się przecież równolegle. (Przypadek? Nie sądzę.) Niestety chyba zbyt duża ilość wrażeń (bo na pewno nie alkoholu) sprawiła, że z godziny na godziny słabłam i słabłam, znikałam i znikałam... Pić nie mogłam, gdyż następnego miała nastąić inauguracja naszego wspaniałego jubileuszowego festiwalu, więc niedziela zapowiadała się pracująco. Szlam wprawdzie na drugą zmianę jakoby, ale o 12:45 miałam odebrać kwiaty z kwiaciarni. A kiedy tu jeszcze odespać?Kiedy zrobić się na bóstwo? Dlaczego ostatecznie bukiety odebrała Wenus oraz (Halszka świadkiem) dlaczego w moją wieczorową kreację wskakiwałam na parkingu w środku miasta, to już może przemilczę. Powiem tylko, że niedziela 24 sierpnia płynęła mi w atmosferze niewyspania, zmęczenia, nudności i ogólnego mocnego podkurwienia całego organizmu. Czułam się źle, a gdy ja czuję się źle, to robię wszystko, by inni poczuli się jeszcze gorzej. Taka natura.

Koncert inauguracyjny się skończył, a ja wracałam do domu z gigantycznym globusem i jednym jedynym marzeniem: spaaaaaać. Ale gdy tylko przyłożyłam głowę do poduszki, sen się rozmyślił i sobie poszedł, a mymi wnętrznościami wstrząsnęły nudności. Kolejne godziny mijały mi na przewracaniu się z boku na bok albo z boku na bok, gdy wtem o 3.40 nastąpiła akcja zwrotna... Biorąc pod uwagę, że ostatnim posiłkiem, który jadłam, był barszczyk o 3.40 na weselichu poprzedniej doby, szybko do mnie dotarło, że to nie zatrucie pokarmowe, a wirus! Hipoteza ta potwierdziła się już kilka godzin później, gdy w pracy dopadły mnie największe i najbardziej bolesne i palące dreszcze (tak, tak - moje dreszcze są palące) oraz jeszcze jedna akcja zwrotna, tuż po podjęciu nieudanej próby zjedzenia czegokolwiek.

Na szczęście tego wieczoru nie było koncertu, więc mogłam wreszcie położyć się o normalnej porze i przespać całe zło tego świata. Ale tylko do następnego ranka...

 

CDN.

 

Regina

 

 

środa, 17 września 2014

 

Świat mi pędzi. Od przeszło miesiąca zbieram się, żeby coś tu napisać i nie mam czasu! Dużo się dzieje, dużo pracy na urlopie, Pan Dziwny nie jest ci już panienką... o wszystkim chciałabym poplotkować, a nie ma kiedy. Potrzebuję odpocząć. Odseparować się. Złapać oddech. Wyciszyć... I jeszcze marzy się podróż, najlepiej dookoła świata!

 

 

Re

 

 

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

W zeszłym tygodniu mąż wysłał mnie na przymusowy wypad z domu wraz z dzieckiem, ażeby mógł spokojnie popracować. Przystałam. Pojechałam do rodziców. Mąż spał do południa, pracował do woli, chodził po domu w samych gaciach, wyjadał wszystko z lodówki i był szczęśliwy. Takie męskie wymarzone wakacje :) Ja tymczasem trochę się kłóciłam z mamą o wychowanie mojego dziecka (standard) oraz starałam się zachować spokój na pytanie o to, dlaczego nie wolimy mieszkać z rodzicami :) Ale poza tym - chodziłam trzy dni w tej samej bluzce, nie malowałam się, wsuwałam kiełbaski z grilla i piłam piwo. Takie kobiece wymarzone wakacje. Syn za to siedział na zmianę w mini-piaskownicy i mini-basenie, chodził bez butów po trawie, zrywał pomidory z krzaka i rozmawiał z psem sąsiada. Słowem - wymarzone wakacje bobasa.

Wniosek - chcecie wymarzonych wakacji? Spędźcie je z dala od swoich małżonków :) (odległość zależy od Waszego stażu). 

Ale, żeby nie było, że nie  - po czterech dniach trochę się stęskniłam. Jak wróciłam, mąż obdarzył mnie uroczym spojrzeniem i powiedział:

Pan M.:  Ale długo Cię nie widziałem. Jesteś taka piękna. 

Jola: Wiem ;)

Pan M.: To... co teraz zrobimy?

Jola: Mam ochotę na coś bardzo przyjemnego...

Pan M.: Co tylko chcesz, bejbe. 

Jola: Zabierz mnie do IKEI.

 

:)

No co? Wszystkie jesteśmy od tego uzależnione (przynajmniej mam odwagę się do tego przyznać).

 

 

źródło: www.ikea.com (nie, nie płacą mi za to meblami... a szkoda :))

 

JOL.

poniedziałek, 04 sierpnia 2014

 

Nasza kapelutkowa bogini (Wenus, nazwałam cię boginią!) i jej umiłowany Lumberjack zaprosili mnie i Halszkę na weekend do siebie. Wyprawa była planowana mniej więcej od dwóch miesięcy, ale ostatecznie wszystko potoczyło się spontanicznie.

Okazało się, że Wenus jest perfekcyjną panią domu. Piecze wyśmienite muffinki i w dodatku robi je w 20 minut. Piecze chleb! Gotuje obiady. Wszystko podaje na stylowej zastawie :P Ma dużo roślin i wszystkie są zielone. Segreguje śmieci w taki sposób, że najbardziej ortodoksyjny ekolog odznaczyłby ją orderem z ziemniaka. Ma jeszcze bardziej spektakularne włosy niż kiedyś. 

A Lumberjack? Lumberjack podejmował nas z charakterystycznym dla siebie sympatycznym przekąsem. To tylko taka poza, że nas nie lubi :) 

 

Re

 

 

poniedziałek, 28 lipca 2014

Ociupinkę męczy mnie już zaznaczanie swojej obecności na Kapelutkach raz na ruski rok/czeski film/niemiecki porządek and so on. Ociupinkę. I zwykle wtedy piszę, że mam dużo pracy ale generalnie jestem szczęśliwa. Nieinaczej jest tym razem. Mam dużo pracy. Miałam, bo już kończę (dlatego monsz łaskawie odblokował mi blog... i facebooka... i pudelka :)) Ale.. generalnie jestĘ szczęśliwa. No co ja poradzę? Cholera.

Jak tylko rzuciłam pracę, odżyłam jak grzyby po deszczu (czy jakoś tak...).  Mam kwiaty na balkonie. I świece. W dzień łapię promienie słońca, a wieczorem upajam się grą świerszczy. W blasku księżyca of cors. Jest uroczo. Nie mam na co narzekać!!!! Aaaaaa!!! Czarny kapelutek mnie uwiera. Dupa rzeczywistości objawia się tylko, gdy włączam masońskie radio. Więc nie włączam. No dobra, czasem włączam. A nawet włanczam. Ale i tak nie chce mi się narzekać.

Doktorze...

 

JOL.

 

Nie, nie będzie o jednym z filmów Woody'ego Allena. Nie będzie prześmiewczo ani ironicznie. Będzie na poważnie. Będzie o tym, jak kończy się prawdziwa miłość. Taka miłość, która zdarza się raz na milion, zwyczajnym ludziom. Taka, której chciałby doświadczyć każdy. Poznałam ich, gdy byli już staruszkami i znałam ich tylko z opowieści, ale...

Przeżyli ze sobą pewnie z pół wieku. Byli niecodzienni - on zawsze elegancki, ona trochę szalona. Nawet imiona mieli wyjątkowe. Byli jedną z tych uroczych starszych par, które czule trzymają się za ręce podczas spacerów. 

W końcu stało się. Padło na niego. Diagnoza - Alzheimer. Powoli gasło w nim życie, aż w końcu nadszedł TEN dzień. Ona opiekowała nim się przez kilka lat postępującej choroby. Dbała o niego, karmiła i myła - gdy już tylko leżał. Spała z nim do końca w jednym łóżku i tuliła nocami. Gdy umarł płacząc zapewniała wszystkich, że ona na pewno go nie przygniotła...

 

Re

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 59
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl