Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
sobota, 12 lipca 2014

 

Wczoraj wieczorem się rozpadało i pada non stop. Pada to za mało powiedziane. Leje. Leje jak z cebra.

Lubię taka pogodę. Wprawia mnie w leniwy, ale całkiem usprawiedliwiony nastrój. Lubię wtedy poleżeć pod kołderką z kawą albo gorącym kakao. Nie lubię za to wychodzić z domu. A dziś jednak trzeba. Trzeba nam. I to w dodatku nie można wskoczyć w gumiaki i deszczowiec, wręcz przeciwnie. Należy założyć oskarową kreację, boa, szpilki, a jak się jest płcią męską - obowiązkowo frak, muchę i melonik. Mam złą wiadomość dla wszystkich wolnych kobiet w Polsce - WIELKI WIZJONER SIĘ ŻENI!

Owszem, mówi się, niektórzy mówią, ja... - nie ma takiego wagonu... Ale raczej nie próbujcie, dziewczyny, bo starcie z narzeczoną/żoną - Połowicą raczej nie skończy się dla was dobrze ;)

Nim Młodej Parze pożyczę szczęścia (jak sama mam być szczęśliwa skoro ciągle to swoje szczęście komuś pożyczam?) robię się na (u)bóstwo. Pogoda skomplikowała sytuację. Okazało się bowiem nie dalej jak wczoraj, że mimo zapewnień stacji meteorologicznych przepowiadających aurę długoterminową, słońce dziś jednak nie raczy zaszczycić nas swoją obecnością. I klops. Bo do mojej kreacji nie przewidziałam odzienia wierzchniego. A kreacja jest mocno wybujała i kompletnie - żadne bolerko ni żakiet - nic do niej nie pasuje. Stres i widmo zapalenia płuc sprawiło, że wczoraj w galerii pokłóciłam się z Halszką. W bieliźnianym. O majtki... Mało brakowało, a Wielki Wizjoner musiałby przesadzić gości przez majtki niezgody. Ale jak mawia mój sąsiad tuż po tym, jak podłoży komuś świnię - NIMASIEOCOGNIWAĆ. Zatem nie rozdrapujmy rany, to do wesela się zagoi ;)

Tymczasem robię sobie  paznokcie. To znaczy u stóp. Bo manicure załatwiłam wczoraj. Vinylux w bieli i złocie. Najs. W sumie mam pełne buty, więc pazury dolne mogłabym sobie odpuścić, ale przecież nigdy nie wiadomo, w czyim łóżku wyląduję tej nocy - daj Boże ;)

Kreacja czerwona, sześciowarstwowa. Szpilki w wężową skórę. Francuski splot na głowie... W trakcie przymiarki u Halszki dwa tygodnie temu straciłam rezon w kwestii mojego anturażu...

R: I jak?

H: Ooo BooooŻe... Wyglądasz, jak... DIABEŁ!

R: To dobrze, czy źle?

H: Dobrze - jak ktoś ci zaproponuje rolę w jasełkach, to dobrze!

 

W związku z deszczem pożyczyłam od S. kurtkę na motor. Będę wyglądać jak klaun. I jestem pewna, że punktualnie o 13.00 wyskoczy mi zimno...

Najważniejsze to mieć do siebie dystans ;)

 

Re

niedziela, 06 lipca 2014

 

Mam taras cztery na dwanaście i w ogóle z niego nie korzystam. Głównie z dwóch powodów: alergii słonecznej i alergii rodzinnej. Dziś jednak w chwili domowej samotności wypełzłam z mej nory na zewnątrz i wypiłam kawę siedząc wygodnie w plastikowym fotelu. Było to nawet całkiem miłe i relaksujące, dopóki rodzina nie postanowiła zakłócić mego spokoju swym powrotem. 

Jestem okropna - wiem.

Czasem zastanawiam się, czy aby na pewno jestem dzieckiem tych oto matki i ojca? Po krótkiej analizie dochodzę do wniosku, że jednak nie da się ukryć. Jestem idealnym miksem najgorszych cech moich rodzicieli. Po tatusiu otrzymałam w spadku fobię społeczną, depresyjne usposobienie, przerośnięte ego, dumę, uprzedzenie i genetyczną chorobę skórna, po mamusi - oziębły charakter, ośli upór, zosio-samosio-watość i pośrednio brachydaktylię typu D (spoko - wciąż mam ładniejsze kciuki niż Megan Fox).

Uczulenie na słońce wyhodowałam sobie sama. Głoszę więc herezje, że lato jest złe i upały są złe i siedzę w zamknięciu, w ciemnym pokoju, z zasłoniętą zasłoną i zamkniętymi na cztery spusty oknami. 

W pracy na przykład jęknę sobie czasem, jak to nie lubię gorąca, jak puchnie mi każdy centymetr kwadratowy ciała, jak mi wzrasta kołatanie serca i ciśnienie skacze i co słyszę? "Nie jęcz!" "Nie nudź!" "Ej, weź się!" Gdy natomiast sytuacja się odwraca i w pogodę deszczową i ponurą jestem radosna i zadowolona, a oni wszyscy marudzą - to nie dość, że nie mogę im zwrócić uwagi, to jeszcze nie powinnam zanadto okazywać dobrego humoru, by przypadkiem nie zginąć śmiercią zadaną zszywaczem biurowym. Tolerancja to utopia. 

W związku z powyższym mam nieopalone nogi i jeszcze bardziej nieopalony zadek. Ogólnie nie powinnam wychodzić z domu, by swą nieopaloną powierzchownością nie zniesmaczyć opalonej części społeczeństwa. 

Wyszłam.

- Ale jesteś nieopalona! A fe!

 

Re

czwartek, 03 lipca 2014

 

Moją listę STU RZECZY pamiętają? :)

Lista w dalszym ciągu jest niepełna, ale od czasu do czasu uda mi się coś zrealizować albo zbliżyć się o krok do realizacji ;) Albo przynajmniej pomyśleć: "Kurczę, pasowałoby coś zrealizować..." ;)

Ostatnio udał mi się punkt 19: "Zorganizować 10-lecie matury". Było całkiem miło :)

 

 

Re

wtorek, 10 czerwca 2014

 

Halszka bardzo chce wziąć udział w konkursie. Nagroda - wyjazd na Bali dla dwóch osób. Zadaniem jest uargumentowanie, dlaczego to właśnie ona powinna wygrać wycieczkę. Halszka postanowiła wybrnąć z sytuacji oznajmiając, że jak wymyślę dobry powód, to zabierze mnie jako osobę towarzyszącą.

 

Halszka: Jak tam idzie ci praca nad naszym wyjazdem na Bali?

Regina: No właśnie nie idzie. Nie znalazłam dotąd żadnego dobrego powodu, dla którego to właśnie my powinnyśmy pojechać.

Halszka: To znaczy, że to nie my powinnyśmy pojechać. Trochę szkoda. W sumie to już się nastawiłam :)

Regina: Ale może fakt, że mieszkamy w Białymstoku, mam chujowe prace za marną kasę, za to nie mamy mężów i życia osobistego (więc chociaż Bali nam się należy) wystarczy. Weźmy ich na litość.

Halszka: Jak nie wymyślisz nic lepszego to tak napiszemy. Choć pewnie znajdą się tacy, co są w gorszej sytuacji, bo mieszkają w Ostrołęce, w ogóle nie mają pracy, męża mają - ale bije, a dziecko ma białaczkę. I to im należy się ten wyjazd.

 

To może pomożecie? Może wy coś wymyślicie?

DLACZEGO TO HALSZKA I REGINA POWINNY WYGRAĆ WYCIECZKĘ NA BALI?? :)


www.bali-indonesia.com

 


 


sobota, 07 czerwca 2014

Nie wiem, czy wypada takie rzeczy mówić, pisać. Czy w ogóle można mówić głośno, artykułować  to, że się człowiek czuje nienajgorzej.  Czy powiedzenie tego głośno nie zepsuje czegoś...?

Bo od jakiegos czasu czuję się, rzekłabym, szczęśliwa, a moje ostatnie decyzje zawodowe bardzo sie do tego przyczyniły. Od miesiąca nie pracuję - że się tak ładnie wyrażę - najemnie, więc mam czas na realizację zleceń i tak się jakoś składa, że one się pojawiają... Cud? Prawo przyciągania? Nie wiem. Wiem, że w czerwcu i lipcu jestem zarobiona. No i moje biuro obecnie wygląda tak: 

 

 

Jesteśmy też - po prawie roku - na finiszu wykańczania górnego poziomu mieszkania, co niesamowicie mnie cieszy. Wreszcie przeniosłam tzw. pierdolnik czyli moje biurko wraz z inwentarzem na górę, dzięki czemu - w końcu! -  uwolniłam salon/pokój dzienny/duży pokój (jak zwał tak zwał) od plątaniny kabli, miliona sprzętów, książek, gazet i innych rzeczy, które cichaczem mnożą się jak króliki podczas, gdy ja siedzę przy komputerze. Więc już prawie jest tak, jak chciałam. I znowu, jak o tym pomyślę, to nie wiem, czy mi wolno tak myśleć. Bo myślę, że jest mi dobrze, że czuję radość, wdzięczność, teraźniejszość (zamiast 'co ja zrobiłam/nie zrobiłam" albo "co ja zrobię?"). 

I dalej - pewne choroby przestały nas dręczyć, pewni ludzie podjęli pewne dobre decyzje. Sprawy się jakoś układają. Nie zawsze tak było, dlatego tym bardziej chciałabym to docenić. I dlatego boję się o tym głośno mówić. Żeby nie uciekło.

Ciągle oczywiście są rzeczy, które powinnam robić a ich nie robię i za to muszę sobie dać porządnego kopniaka z półobrotu. Ale, jak to się mówi, nevertheless, obecny stan życia i mojego najbliższego świata napełnia mnie radością i nawet nie muszę w tym celu pić wódki. Ale nie nie - nie ogolę głowy i nie zostanę buddystą. Nie żebym miała coś do buddystów. Po prostu nie ;)

 

JOL.

piątek, 06 czerwca 2014

 

Weekendy przypominają mi o tym, że nie mam życia osobistego. Dlatego ich nie lubię. Nikt mnie nie zaprasza na imprezy. Nigdzie nie wychodzę. Może tylko do S. No chyba że jej mąż akurat zjeżdża, to wtedy jakoś mnie nie potrzebuje. Wiadomix. W tygodniu jeszcze jakoś leci. Wstaję 5.30. Ogarniam się. Idę do roboty. Siedzę 8 godzin udając, że robię bardzo ważne rzeczy. Nawet jeśli rzeczywiście je robię, to podjęte przeze mnie działania nie przynoszą żadnych wymiernych rezultatów. Raz mi się udało nie pozyskać dwudziestu tys. zł. innym razem dziesięciu. I tak dalej. Wracam do domu, jem obiad. Jest 17.30. Odpoczywam (głównie w pozycji horyzontalnej). Idę biegać. A potem spać. Ewentualnie od razu spać. A rano od nowa.

W weekendy mam depresję. Poza sprzątaniem i praniem nie mam nic ciekawego do roboty. Czasem zdarzy się, że każą mi pojechać do hacjendy przebujać  się po hektarze z motyką. Ale nie o takich ciekawostkach marzę.

Nie mam życia osobistego. Nie mam kasy, żeby sobie zrekompensować ten brak mega zakupami. Albo weekendowym wypadem do Paryża czy Londynu. Na zakupy oczywiście.

Czasem śledzę na fejsie losy ludzi, których spotkałam na swej drodze kiedyś tam. Najbardziej deprymujące jest to, że najwięksi życiowi leserzy i naukowi indolenci, którzy zrzynali ode mnie na egzaminach bujają się teraz po świecie i wrzucają do sieci zdjęcia z podpisem: "Marian, tu jest jakby luksusowo". 

Mnie się nie udało.

Nie ma sprawiedliwości.

A może jest?

Może to moja wina?

Gdzie popełniłam błąd?

 

Re

czwartek, 29 maja 2014

 

Czasami mam tak, że czuję totalną bezradność. Każda potencjalna decyzja byłaby i tak tą najgorszą. Dlatego nie robię wtedy nic. Nie reaguję w żaden sposób. Staram się przeczekać. Choć chyba jest to najtrudniejsze wyjście z sytuacji. Mam ochotę eksplodować. Spuścić bombę atomową na świat. Albo chociaż usiąść i się popłakać. 

Zadaję sobie pytanie, które zadaje sobie miliony istnień. Dlaczego ja? 

Wiecie, jak to jest żałować i nie żałować jednocześnie? Toczyć z własnymi myślami nieustanną walkę, która trwa nawet, gdy się śpi? Układać wielki plan ucieczki z Alcatraz, którego potem nie ma się odwagi albo sił zrealizować?

Wiecie, jak to jest, gdy błahostka urasta do rangi problemu gabarytów Nanga Parbat? I ani tego obejść, ani przeskoczyć. Bo już urosło. Jest wielkie, strome i ostre. Jak skruszyć taką skałę?

Wiecie, na pewno. Każdy tak ma. 

Znacie ten paraliżujący strach przed utratą tego, co się ma? Nawet jeśli to coś unieszczęśliwia?

Znacie, wiem.

Co zrobić wtedy? Jak zmotywować się do tego, żeby przewrócić swój świat do góry nogami? Wstrząsnąć samym sobą? Albo przynajmniej przestać odczuwać? Jak osiągnąć zen? Jak być jebanym kwiatem lotosu na tafli pierdolonego jeziora? Jak żyć?

 

Re

 

www.tapetus.pl

poniedziałek, 26 maja 2014

Od zeszłego piątku nie pracuję. Tzn. nie pracuję etatowo. Nie chodzę do pracy. Nie zrywam się codziennie o 4.30. Nie jadę 16 przystanków do fabryki azotów w Puławach. Może sie to wydać dziwne, że jeszcze trzy lata temu dałabym wszystko, żeby co rano podbijać kartę na zakładzie, a teraz dobrowolnie zrezygnowałam ze świetlanej przyszłości na stanowisku brygadzisty. Powiem tak - lubiłam tę pracę, do pewnego momentu. Do momentu, kiedy bardzo wyraźnie dotarło do mnie, że moje stanowisko łączy w sobie co najmniej pięć innych stanowisk, ale kasy wcale nie dostaję za pięciu. Poza tym – nie widzę przed sobą żadnej motywującej perspektywy rozwoju, awansu, podwyżki, czy czegokolwiek, na co warto byłoby robić. Za to pracuję od 9 do 18 albo i do 23 a zarabiam tyle, żeby zapłacić opiekunce za wychowywanie mojego dziecka, które w pocie czoła spłodziłam i mękach wydałam na świat. Przy czym dodam, że w tym zakładzie nie czekał mnie awans na stanowisko starszego brygadzisty, bo takiego stanowiska w tej strukturze nie ma.

W dniu, kiedy rozmawialiśmy z sąsiadami o możliwości wynajęcia opiekunki wspólnie, dostałam nagłego olśnienia. Absurd sytuacji, której byłam, uderzył mnie nagle z impetem i w głąb. Tydzień później oznajmiłam, że właśnie inauguruję miesięczny okres wypowiedzenia i nic mnie nie powstrzyma. Góra próbowała przekonać mnie mglistą perspektywą rozpoczęcia nowych, ekscytujących projektów (czytaj: będzie więcej roboty) jednocześnie radośnie oznajmiając, że nie może mi więcej zapłacić. Wcale nie żałuję.  W końcu tryb: Pay is not good, but the job is hard jest akceptowalny tylko w przypadku pracowania na swoim. I mam nadzieję wreszcie to urzeczywistnić. A mój bobas? Chyba się cieszy J Ja na pewno J Poza tym widziałam jego pierwsze samodzielne kroczki i ten widok rozwiał wszelkie wątpliwości co do słuszności tej decyzji.

Nie wiem natomiast, jak przekonać innych, zwłaszcza moją rodzinę, że nie jestem „bezrobotna”. Bezrobotna byłabym, gdyby robota była w centrum mojego zainteresowania a szukanie jej było sednem moich codziennych działań. Wtedy jej brak sytuował by mnie w grupie osób bezrobotnych. Ja natomiast wcale nie czuję się bezrobotna. Wychowuję dziecko i to jest moja aktualna praca.  Na razie nie szukam innej. No chyba, że płacą w złocie. Albo w euro.

JOL. 

 

Pierwszy raz poczułam, że się starzeję jeszcze w liceum, kiedy to dzieci uczęszczające do pobliskiej szkoły podstawowej zaczęły mi kolektywnie jak i indywidualnie mówić "Dzień dobry!" sześć razy na dobę. Potem było Zakopane, Kraków i Doha, gdzie znów poczułam się wiotka, słodka i powabna. Poczułam, że żyję. A potem przyszedł czarny dzień, który przyprawił mnie o depresję, migotanie przedsionków i globus histericus. 

Otóż.

Czekam (jak co dzień) o 7.30 na transport miejski. Majaczy w oddali. Już widzę, że jest źle. Oj źle. Jeeezu, jak źle! Tego dnia na moją linię puścili coś, co autobus przypominało może 40 lat temu. Wchodzę. Rozglądam się. Szyby zaparowane. Nigdzie ni wścibić paznokcia. Trudno - stoję. Przekładam laptopa do ręki, w której już trzymam swoje utorbienie, bo brakuje mi trzeciej kończyny górnej do złapania za poręcz, którą na pewno wcześniej dotykało miliard niehigienicznych nieumytych rąk. Z trudem powstrzymuję odruch wymiotny. W duchu mówię sobie: "Jak dobrze, że dziś casual friday. Jak dobrze, że szpilki rzuciłaś w kąt i założyłaś estetyczne białe tenisówki. Jak dobrze, że..." GDY WTEM!

"NIECH SE PANI SIĄDZIE!" 

Rozglądam się, ale żadnej starszej pani koło mnie nie widzę. Ni pana. Ni inwalidy. Ani matki dziecko karmiącej... "No niech se pani siądzie!". Wybałuszam oczy, gdy okazuje się, że rosły młodzieniec (no właśnie - nie dziecko, a MŁODZIAN DORODNY) kieruje swe słowa - no tak, tu pomyłki być nie może - właśnie DO MNIE... ??? :(:(:(

I wtedy coś we mnie pękło...

Pierwszy raz w życiu zostało mi ustąpione miejsce w autobusie...

Pierwszy raz w życiu poczułam się naprawdę staro :(:(:(

 

Re

 

piątek, 16 maja 2014

 

I znów mija miesiąc od ostatniego wpisu na naszym blogu... Jak to szybko leci...

Dzieje się i nie dzieje jednocześnie. Weny w każdym razie brak. Być może czas Kapelutków naprawdę się już kończy...

 

A to chociaż problem na weekend. Z czego to? "Czas już! Czas!"? :D

 

 

Re

czwartek, 17 kwietnia 2014

Dziwne uczucie. Powiedzieć "I quit!". I jeszcze się z tego cieszyć. 

I co teraz, zapytacie. Zamierzam być matko Polko, a co! Przynajmniej na razie nie mam parcia na robotę. Mam za to parcie na bycie z moim dzieckiem. Kto mi zabroni? :)

 Nie sądziłam, że kiedyś to powiem będąc bezrobotna, ale...  

 

JOL. 

Tu Jolanta. Właśnie rzuciłam pyracę. Oh yeah! 

JOL.

środa, 16 kwietnia 2014

 

Ależ tu wieje nudą. Co to się podziało, że nikt nic nie pisze? Zaraz Blox ochrzci Kapelutki uroczą reklamą kremu na hemoroidy, umiejscawiając ją w najbardziej widocznym miejscu...

Życie najpierw pędzi jak bolid, a potem niespodziewanie urywa nam koła na dohamowaniu i wywala z toru. Jedno i drugie nie sprzyja pisaniu. Albo znowuż przez bity tydzień nic KOMPLETNIE się nie dzieje. Ale co tam :) Zagrożenie zawalenia nas bloxową reklamą zawsze działa mobilizująco :) Biorę pronto i ściereczkę - urosła nam tutaj gruba warstwa kurzu.

Tu Regina. U mnie ok. Mogłoby by lepiej - wiadomix, ale nie narzekam. Przynajmniej nie jakoś bardzo. Ciągle szukam swego miejsca na ziemi. I lepszej pracy. I męża. I mam wahania nastroju. I stany lękowe. I migrenę. Czasem niespodziewane napady żarłoczności. A czasem zupełnie spodziewane. Trochę chudnę. Potem tyję. Od czasu do czasu płaczę w poduszkę. Nadal nie rzuciłam palenia...

Czyli w sumie wszystko po staremu ;) Tęsknicie troszkę? ;)

 

 

 

wtorek, 18 marca 2014

 

 

Przed Paaaaństweeeeeeeeem...... HAAAALSZKAAAAA!!!!!!!!!!

 

"Przyszedł dziś do nas do kancelarii wyrok, w którym Sąd w imieniu Najjaśniejszej Rzeczypospolitej z cała swoją powagą i z Orłem w koronie w nagłówku nakazuje pozwanemu zamontowanie sedesu w sposób zapobiegający się jego uginaniu...

Najlepsze jest to, że ja byłam na ogłoszeniu tego wyroku i zupełnie nie zauważyłam, jakie to było śmieszne, jak wszyscy stoimy podczas ogłoszenia, a Sąd o tym sedesie...

Ale to pewnie dlatego, że przez ponad rok wałkowaliśmy ten sedes...

Gówniana sprawa..."

 

Halszka, you made my day! :D

 

Re


środa, 05 marca 2014

 

Właśnie zauważyłam, że na moje konto bankowe wpłynął zasiłek dla bezrobotnych za miesiąc luty. Zawrotna kwota 370,40 PLN. Poszłabym się pochlastać, ale nie mogę przestać turlać się ze śmiechu...

Z moją rejestracją w PUP-ie było tak. Wypowiedzenie otrzymałam 30 grudnia. Pracowałam do 31 stycznia. 31 stycznia wypadł w piątek. Do urzędu udałam się zatem w najbliższy poniedziałek, tj. 3 lutego. Jako że nieprzerwanie pracowałam około 2 lata, przysługuje mi zasiłek w wysokości 80% kwoty zasiłku podstawowego. Tj. 658,90 zł brutto miesięcznie przez pierwsze trzy miesiące oraz 517,40 zł brutto miesięcznie w okresie kolejnych miesięcy. Mam to na piśmie z dn. 03.02.2014. Ale! od dnia rejestracji moje prawo do zasiłku musiało leżakować 7 dni, tj. do dnia 11 lutego, kiedy to dopiero nabrało MOCY! Zatem za luty automatycznie mój zasiłek został pomniejszony o odpowiednią kwotę. Niby wszystko cacy, ale jak przeżyć marzec, który ma 31 dni za 370,40??? Oczywiście gdybym zamierzała pozostawać bez pracy przez pół roku, to zapewne mój okres rozliczeniowy kończyłby się 10 sierpnia i summa summarum urząd wypłaciłby mi w którymś momencie tę różnicę, której teraz brakuje na mym koncie. Tylko, że ja za 1,5 tygodnia ruszam dupę z kanapy i idę do roboty i de facto wspomnianej różnicy już nie odzyskam. Nie wiem, czy nadążacie za tym, o co mi chodzi, ale jak nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo. Że o kasę. Biorąc pod uwagę, ilość bezrobotnych, którym przysługuje zasiłek (120%, 100%, 80%...) oraz fakt, że część z nich naprawdę chce pracować i intensywnie tej pracy szuka, ba! nawet ją znajduje, to pieniądze za te siedem dni biegnących od dnia rejestracji do dnia, w którym prawo do zasiłku nabiera mocy, nigdy nie trafiają do części osób bezrobotnych, a szczęśliwie przewracają się a plecki w ciepłej i wygodnej kasie urzędu. Ja rozumiem odliczanie kasy, gdy ktoś nie rejestruje się od razu, a czeka nie wiadomo na co. Ale gdy przychodzi w pierwszym możliwym dniu roboczym zaraz po wygaśnięciu stosunku pracy (oraz zerwaniu stosunków dyplomatycznych) z ostatnim pracodawcą, nic odliczać nie powinni. Wszystko jest napisane w ustawie jak byk! Komu, kiedy i ile zasiłku przysługuje! Pismo, w którym mi o tym komunikują jest także z dnia mej rejestracji. Jaki jest więc inny poza oczywistym (okradanie obywateli) powód, że prawo do zasiłku "umacnia się" po siedmiu dniach...? JA SIĘ PYTAM?!

Tak, że tak... Powiem wam jedno. Państwo, które żeruje na swoich obywatelach w tak bezczelny sposób i na każdej możliwej płaszczyźnie, zawsze będzie państwem miernym. AMENT.

A z miłych komunikatów, to ogłaszam wszem i wobec, że w piątek dostałam propozycję nie do odrzucenia i wracam na stare śmieci do Instytucji Bardzo Kulturalnej. Pewnie będę tej decyzji żałować, ale póki co - kredyt sam się nie spłaci. Zaczynam niebawem. O ile Dyrekcja się nie rozmyśli... Stay tuned.

 

Re

 

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 59
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl