Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
czwartek, 29 maja 2014

 

Czasami mam tak, że czuję totalną bezradność. Każda potencjalna decyzja byłaby i tak tą najgorszą. Dlatego nie robię wtedy nic. Nie reaguję w żaden sposób. Staram się przeczekać. Choć chyba jest to najtrudniejsze wyjście z sytuacji. Mam ochotę eksplodować. Spuścić bombę atomową na świat. Albo chociaż usiąść i się popłakać. 

Zadaję sobie pytanie, które zadaje sobie miliony istnień. Dlaczego ja? 

Wiecie, jak to jest żałować i nie żałować jednocześnie? Toczyć z własnymi myślami nieustanną walkę, która trwa nawet, gdy się śpi? Układać wielki plan ucieczki z Alcatraz, którego potem nie ma się odwagi albo sił zrealizować?

Wiecie, jak to jest, gdy błahostka urasta do rangi problemu gabarytów Nanga Parbat? I ani tego obejść, ani przeskoczyć. Bo już urosło. Jest wielkie, strome i ostre. Jak skruszyć taką skałę?

Wiecie, na pewno. Każdy tak ma. 

Znacie ten paraliżujący strach przed utratą tego, co się ma? Nawet jeśli to coś unieszczęśliwia?

Znacie, wiem.

Co zrobić wtedy? Jak zmotywować się do tego, żeby przewrócić swój świat do góry nogami? Wstrząsnąć samym sobą? Albo przynajmniej przestać odczuwać? Jak osiągnąć zen? Jak być jebanym kwiatem lotosu na tafli pierdolonego jeziora? Jak żyć?

 

Re

 

www.tapetus.pl

poniedziałek, 26 maja 2014

Od zeszłego piątku nie pracuję. Tzn. nie pracuję etatowo. Nie chodzę do pracy. Nie zrywam się codziennie o 4.30. Nie jadę 16 przystanków do fabryki azotów w Puławach. Może sie to wydać dziwne, że jeszcze trzy lata temu dałabym wszystko, żeby co rano podbijać kartę na zakładzie, a teraz dobrowolnie zrezygnowałam ze świetlanej przyszłości na stanowisku brygadzisty. Powiem tak - lubiłam tę pracę, do pewnego momentu. Do momentu, kiedy bardzo wyraźnie dotarło do mnie, że moje stanowisko łączy w sobie co najmniej pięć innych stanowisk, ale kasy wcale nie dostaję za pięciu. Poza tym – nie widzę przed sobą żadnej motywującej perspektywy rozwoju, awansu, podwyżki, czy czegokolwiek, na co warto byłoby robić. Za to pracuję od 9 do 18 albo i do 23 a zarabiam tyle, żeby zapłacić opiekunce za wychowywanie mojego dziecka, które w pocie czoła spłodziłam i mękach wydałam na świat. Przy czym dodam, że w tym zakładzie nie czekał mnie awans na stanowisko starszego brygadzisty, bo takiego stanowiska w tej strukturze nie ma.

W dniu, kiedy rozmawialiśmy z sąsiadami o możliwości wynajęcia opiekunki wspólnie, dostałam nagłego olśnienia. Absurd sytuacji, której byłam, uderzył mnie nagle z impetem i w głąb. Tydzień później oznajmiłam, że właśnie inauguruję miesięczny okres wypowiedzenia i nic mnie nie powstrzyma. Góra próbowała przekonać mnie mglistą perspektywą rozpoczęcia nowych, ekscytujących projektów (czytaj: będzie więcej roboty) jednocześnie radośnie oznajmiając, że nie może mi więcej zapłacić. Wcale nie żałuję.  W końcu tryb: Pay is not good, but the job is hard jest akceptowalny tylko w przypadku pracowania na swoim. I mam nadzieję wreszcie to urzeczywistnić. A mój bobas? Chyba się cieszy J Ja na pewno J Poza tym widziałam jego pierwsze samodzielne kroczki i ten widok rozwiał wszelkie wątpliwości co do słuszności tej decyzji.

Nie wiem natomiast, jak przekonać innych, zwłaszcza moją rodzinę, że nie jestem „bezrobotna”. Bezrobotna byłabym, gdyby robota była w centrum mojego zainteresowania a szukanie jej było sednem moich codziennych działań. Wtedy jej brak sytuował by mnie w grupie osób bezrobotnych. Ja natomiast wcale nie czuję się bezrobotna. Wychowuję dziecko i to jest moja aktualna praca.  Na razie nie szukam innej. No chyba, że płacą w złocie. Albo w euro.

JOL. 

 

Pierwszy raz poczułam, że się starzeję jeszcze w liceum, kiedy to dzieci uczęszczające do pobliskiej szkoły podstawowej zaczęły mi kolektywnie jak i indywidualnie mówić "Dzień dobry!" sześć razy na dobę. Potem było Zakopane, Kraków i Doha, gdzie znów poczułam się wiotka, słodka i powabna. Poczułam, że żyję. A potem przyszedł czarny dzień, który przyprawił mnie o depresję, migotanie przedsionków i globus histericus. 

Otóż.

Czekam (jak co dzień) o 7.30 na transport miejski. Majaczy w oddali. Już widzę, że jest źle. Oj źle. Jeeezu, jak źle! Tego dnia na moją linię puścili coś, co autobus przypominało może 40 lat temu. Wchodzę. Rozglądam się. Szyby zaparowane. Nigdzie ni wścibić paznokcia. Trudno - stoję. Przekładam laptopa do ręki, w której już trzymam swoje utorbienie, bo brakuje mi trzeciej kończyny górnej do złapania za poręcz, którą na pewno wcześniej dotykało miliard niehigienicznych nieumytych rąk. Z trudem powstrzymuję odruch wymiotny. W duchu mówię sobie: "Jak dobrze, że dziś casual friday. Jak dobrze, że szpilki rzuciłaś w kąt i założyłaś estetyczne białe tenisówki. Jak dobrze, że..." GDY WTEM!

"NIECH SE PANI SIĄDZIE!" 

Rozglądam się, ale żadnej starszej pani koło mnie nie widzę. Ni pana. Ni inwalidy. Ani matki dziecko karmiącej... "No niech se pani siądzie!". Wybałuszam oczy, gdy okazuje się, że rosły młodzieniec (no właśnie - nie dziecko, a MŁODZIAN DORODNY) kieruje swe słowa - no tak, tu pomyłki być nie może - właśnie DO MNIE... ??? :(:(:(

I wtedy coś we mnie pękło...

Pierwszy raz w życiu zostało mi ustąpione miejsce w autobusie...

Pierwszy raz w życiu poczułam się naprawdę staro :(:(:(

 

Re

 

piątek, 16 maja 2014

 

I znów mija miesiąc od ostatniego wpisu na naszym blogu... Jak to szybko leci...

Dzieje się i nie dzieje jednocześnie. Weny w każdym razie brak. Być może czas Kapelutków naprawdę się już kończy...

 

A to chociaż problem na weekend. Z czego to? "Czas już! Czas!"? :D

 

 

Re

czwartek, 17 kwietnia 2014

Dziwne uczucie. Powiedzieć "I quit!". I jeszcze się z tego cieszyć. 

I co teraz, zapytacie. Zamierzam być matko Polko, a co! Przynajmniej na razie nie mam parcia na robotę. Mam za to parcie na bycie z moim dzieckiem. Kto mi zabroni? :)

 Nie sądziłam, że kiedyś to powiem będąc bezrobotna, ale...  

 

JOL. 

Tu Jolanta. Właśnie rzuciłam pyracę. Oh yeah! 

JOL.

środa, 16 kwietnia 2014

 

Ależ tu wieje nudą. Co to się podziało, że nikt nic nie pisze? Zaraz Blox ochrzci Kapelutki uroczą reklamą kremu na hemoroidy, umiejscawiając ją w najbardziej widocznym miejscu...

Życie najpierw pędzi jak bolid, a potem niespodziewanie urywa nam koła na dohamowaniu i wywala z toru. Jedno i drugie nie sprzyja pisaniu. Albo znowuż przez bity tydzień nic KOMPLETNIE się nie dzieje. Ale co tam :) Zagrożenie zawalenia nas bloxową reklamą zawsze działa mobilizująco :) Biorę pronto i ściereczkę - urosła nam tutaj gruba warstwa kurzu.

Tu Regina. U mnie ok. Mogłoby by lepiej - wiadomix, ale nie narzekam. Przynajmniej nie jakoś bardzo. Ciągle szukam swego miejsca na ziemi. I lepszej pracy. I męża. I mam wahania nastroju. I stany lękowe. I migrenę. Czasem niespodziewane napady żarłoczności. A czasem zupełnie spodziewane. Trochę chudnę. Potem tyję. Od czasu do czasu płaczę w poduszkę. Nadal nie rzuciłam palenia...

Czyli w sumie wszystko po staremu ;) Tęsknicie troszkę? ;)

 

 

 

wtorek, 18 marca 2014

 

 

Przed Paaaaństweeeeeeeeem...... HAAAALSZKAAAAA!!!!!!!!!!

 

"Przyszedł dziś do nas do kancelarii wyrok, w którym Sąd w imieniu Najjaśniejszej Rzeczypospolitej z cała swoją powagą i z Orłem w koronie w nagłówku nakazuje pozwanemu zamontowanie sedesu w sposób zapobiegający się jego uginaniu...

Najlepsze jest to, że ja byłam na ogłoszeniu tego wyroku i zupełnie nie zauważyłam, jakie to było śmieszne, jak wszyscy stoimy podczas ogłoszenia, a Sąd o tym sedesie...

Ale to pewnie dlatego, że przez ponad rok wałkowaliśmy ten sedes...

Gówniana sprawa..."

 

Halszka, you made my day! :D

 

Re


środa, 05 marca 2014

 

Właśnie zauważyłam, że na moje konto bankowe wpłynął zasiłek dla bezrobotnych za miesiąc luty. Zawrotna kwota 370,40 PLN. Poszłabym się pochlastać, ale nie mogę przestać turlać się ze śmiechu...

Z moją rejestracją w PUP-ie było tak. Wypowiedzenie otrzymałam 30 grudnia. Pracowałam do 31 stycznia. 31 stycznia wypadł w piątek. Do urzędu udałam się zatem w najbliższy poniedziałek, tj. 3 lutego. Jako że nieprzerwanie pracowałam około 2 lata, przysługuje mi zasiłek w wysokości 80% kwoty zasiłku podstawowego. Tj. 658,90 zł brutto miesięcznie przez pierwsze trzy miesiące oraz 517,40 zł brutto miesięcznie w okresie kolejnych miesięcy. Mam to na piśmie z dn. 03.02.2014. Ale! od dnia rejestracji moje prawo do zasiłku musiało leżakować 7 dni, tj. do dnia 11 lutego, kiedy to dopiero nabrało MOCY! Zatem za luty automatycznie mój zasiłek został pomniejszony o odpowiednią kwotę. Niby wszystko cacy, ale jak przeżyć marzec, który ma 31 dni za 370,40??? Oczywiście gdybym zamierzała pozostawać bez pracy przez pół roku, to zapewne mój okres rozliczeniowy kończyłby się 10 sierpnia i summa summarum urząd wypłaciłby mi w którymś momencie tę różnicę, której teraz brakuje na mym koncie. Tylko, że ja za 1,5 tygodnia ruszam dupę z kanapy i idę do roboty i de facto wspomnianej różnicy już nie odzyskam. Nie wiem, czy nadążacie za tym, o co mi chodzi, ale jak nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo. Że o kasę. Biorąc pod uwagę, ilość bezrobotnych, którym przysługuje zasiłek (120%, 100%, 80%...) oraz fakt, że część z nich naprawdę chce pracować i intensywnie tej pracy szuka, ba! nawet ją znajduje, to pieniądze za te siedem dni biegnących od dnia rejestracji do dnia, w którym prawo do zasiłku nabiera mocy, nigdy nie trafiają do części osób bezrobotnych, a szczęśliwie przewracają się a plecki w ciepłej i wygodnej kasie urzędu. Ja rozumiem odliczanie kasy, gdy ktoś nie rejestruje się od razu, a czeka nie wiadomo na co. Ale gdy przychodzi w pierwszym możliwym dniu roboczym zaraz po wygaśnięciu stosunku pracy (oraz zerwaniu stosunków dyplomatycznych) z ostatnim pracodawcą, nic odliczać nie powinni. Wszystko jest napisane w ustawie jak byk! Komu, kiedy i ile zasiłku przysługuje! Pismo, w którym mi o tym komunikują jest także z dnia mej rejestracji. Jaki jest więc inny poza oczywistym (okradanie obywateli) powód, że prawo do zasiłku "umacnia się" po siedmiu dniach...? JA SIĘ PYTAM?!

Tak, że tak... Powiem wam jedno. Państwo, które żeruje na swoich obywatelach w tak bezczelny sposób i na każdej możliwej płaszczyźnie, zawsze będzie państwem miernym. AMENT.

A z miłych komunikatów, to ogłaszam wszem i wobec, że w piątek dostałam propozycję nie do odrzucenia i wracam na stare śmieci do Instytucji Bardzo Kulturalnej. Pewnie będę tej decyzji żałować, ale póki co - kredyt sam się nie spłaci. Zaczynam niebawem. O ile Dyrekcja się nie rozmyśli... Stay tuned.

 

Re

 

 

piątek, 28 lutego 2014

 

Wczoraj był Tłusty Czwartek, od dziś jest tłusty tyłek ;) Żartuję. Mój tyłeczek mógłby mieć (w moim mniemaniu) nieco większe krągłości zwłaszcza, że płaskodupie nigdy nie było w modzie. Ale nie o tym, nie o tym.

Nie wiem, czy pamiętacie moją niepełną listę 100 rzeczy, których pragnę dokonać, nim się egzystencjalnie wykopyrtnę na wieki wieków ament. Lista na razie ma 23 punkty, a ja mam już 29 lat, więc do setki może dobiję do setki. 

LISTA LISTA

 

Na pierwszym miejscu (choć oczywiście kolejność jest przypadkowa) jak byk widnieje, co? NAUCZYĆ SIĘ SMAŻYĆ PĄCZKI. Nadarzył się Tłusty Czwartek, więc podjęłam się zadania. Moją nauczycielką zgodziła się być Bebe (mama mojej przyjaciółki Es), która przy okazji postanowiła pokonać traumę sprzed lat, kiedy to napiekła pączków, nakarmiła nimi swoich gości, a na końcu uświadomiła sobie, że sama jeszcze nie zdążyła spróbować. Spróbowała i to był błąd. Nieświadomość jest błogosławieństwem. Pączki były SUROWE w środku.

Do zajęć praktycznych z Bebe przygotowywałam się długo pod względem merytorycznym, korzystając z rad mojego wirtualnego cukierniczego guru, czyli Autorki strony

www.mojewypieki.com

 

Naszprycowana wiedzą, z olejem za pazuchą udałam się do sąsiadki. Efekt naszych działań był wielce zadowalający.

 

W przyszłym roku podejmę wyzwanie i postaram się zrobić pączki sama! :):):) 

 

Regina

 

Ps. Jaki wasz wczorajszy pączkowy status? U mnie było coś koło pięciu. Dziś mam nadzieję na poprawiny ;)

środa, 26 lutego 2014

 

Chyba jestem jedyną kobietą na kuli ziemskiej, która woli pójść do ginekologa niż do fryzjera. Serio! Może dlatego, że najbardziej intymną częścią mego ciała jest mózg, a jak ktoś mi kombinuje z włosami, to znajduje się już całkiem blisko i sprawia, że zaczynam czuć się nieswojo. Nigdy nie lubiłam, nie lubię i robię się agresywna, gdy ktoś dotyka moich włosów. Zwłaszcza, że jestem przesądna i wierzę, że jak ktoś chwali moje miękkie, błyszczące pasma i dodatkowo wkłada w nie łapę, to na bank połowa wypadnie przy kolejnym myciu. Jest takie pogańskie wierzenie, które mówi, że ktoś ciągnąc w swoją stronę czyjeś włosy zabiera je właścicielce, żeby wzmocnić swoje. Fryzjerów nie podejrzewam o takie czary, choć niejednokrotnie okazywało się już, że najciemniej pod latarnią. Może dlatego wizyta w salonie fryzjerskim jest dla mnie najbardziej wyszukaną formą kary.

Po pierwsze MYCIE. O słodki Jezuuu. Najgorsza część już na wstępie. Myjka fryzjerska to w moim przekonaniu wyrafinowane narzędzie tortur. Nie dość, że siadając na niej wprowadzam siebie w mało wygodną i mocno krępującą ruchy pozycję, to jeszcze ktoś mi myje głowę... Mycie jest czynnością intymną, głowa jest intymną częścią ciała. Moja strefa intymna czuje się mocno zagrożona.

Kiedyś Pani myślała, że robi mi dobrze poprzez masaż, który tego dnia był w pakiecie. Modliłam się, żeby skończyła zanim moja głowa odpadnie i potoczy się po posadzce, bowiem po dwóch minutach miałam zdrętwiały kark, a ból powoli robił się nie do wytrzymania. KOSZMAR.

Kolejnym punktem programu jest SIEDZENIE BEZ RUCHU przez kolejne 40 minut. Pani przykrywa całe moje ciało wielką płachtą, z której wystaje tylko głowa. Nie dość, że jest niewygodnie i klaustrofobicznie, to jeszcze wyglądam jak Buka. Wtedy przeważnie zaczyna swędzieć mnie nos. Po raz pierwszy. Nie wiem, dlaczego, ale siedząc bez ruchu automatycznie przestaję mrugać i oddychać. Gdyby nie konwersacja pewnie zemdlałabym z powodu niedotlenienia.

Zaczyna się najbardziej problematyczna część spotkania. STRZYŻENIE. Zanim trafiłam na Panią Ewę moje historie z podcięciem końcówek kończyły się zazwyczaj tragicznie, względnie tragikominicznie. Nie od dziś wiadomo bowiem, ze fryzjerzy w życiu zawodowym posługują się rosyjskim systemem miary, a przecież rosyjskie linijki są najdłuższe na świecie. Ergo - na końcu okazuje się, że jeden centymetr i jeden centymetr fryzjerski to zgoła dwie różne jednostki. I klops.

Historia. Mieszkałam wówczas w Zakopanem. W rodzinne strony zawitałam ze względu na jakieś tam wybory i przy okazji postanowiłam skorzystać z usług fryzjerskich, coby dobrze prezentować się w urnie. Z przerażeniem obserwowałam, jak moje całkiem już długie włosy zostają zarzynane brzytwą fryzjerską (sic!) i smętnie padają bez ducha na podłogę. Jednym zdaniem można by skomentować sytuacje tak: "Tnę, tnę i ciągle za krótko." Nawet prostownica nie była w stanie wydobyć długości włosów, w których po umyciu wyglądałam jak wczesny Michael Jackson. Moja mama potraktowała mnie bezlitośnie. "Jak ty wyglądasz?" i "Coś ty zrobiła?" przeplatały się z "No trudno, odrosną." Cóż... Nigdy nie była mistrzynią w pocieszaniu. Przepłakałam bite dwa tygodnie. Po roku włosy nieco podrosły i jedno trzeba przyznać - nigdy wcześniej ani nigdy później nie były tak zdrowe i nie kręciły się tak pięknie. Ja wyciągnęłam naukę ze zdarzenia, cała winą obarczyłam własny brak asertywności i postanowiłam, że nigdy więcej nie dam się skrzywdzić brzytwą fryzjerską.

Pani Ewa, do której chadzam obecnie, jest osobą godną zaufania. Choć kiedyś zaniepokoiłam się, gdy wyznała, że chciałaby mnie wygolić maszynką.. 8} Asymetrycznie... 8} Moje: "Na Boga, nieeeee!" chwilowo ochłodziło jej fryzjerski temperament. Ostatnio powiedziała, że już nawet nie pyta "Jak?", bo doskonale wie, co usłyszy: "Jak naaajmniieeeeeeej!".

"To co? Centymetr, jak zwykle?"

"Zaszalejmy, niech będzie 1,5" ;)

KONWERSACJA. Oczywiście nie lubię. Na szczęście w wykonaniu Pani Ewy jest nienachalna. Ale spotykałam na swojej drodze takie fryzjerki, które na siłę próbowały podtrzymywać rozmowę nawet wtedy, gdy z powodu huku suszarki nie słyszałam nawet własnych myśli.

MODELOWANIE. Nie lubię. Bolą mnie cebulki, a siedząc za zasłoną z własnych włosów staram się w pierwszej kolejności zignorować dyskomfort związany z nagłym kuciem w oko tudzież swędzeniem nosa. W drugie kolejności staram się nie zasnąć.

Najprzyjemniejszy moment to ten, w którym wreszcie wychodzę zamykając za sobą drzwi :) I to pod warunkiem, że nie jestem niezadowolona z efektu. Od ginekologa nigdy nie wyszłam niezadowolona ;)

 

Re

 

 

niedziela, 23 lutego 2014

 

Ceremonia zamknięcia igrzysk olimpijskich utwierdziła mnie w jednym - Vladimir Putin jest w moim typie. Smutne, wiem. Ale już dawno zauważyłam, że mam koszmarny gust, jeśli chodzi o mężczyzn. Generalnie lubię brzydkich. Im brzydszy, tym lepszy. Dość przypomnieć wpis, w którym razem z Halszką zachwycałyśmy się Dimitrijem Miedwiediewem zgodnie twierdząc, że jest ekstraordynaryjnie hegemoniczny. Niczym Leam Neeson (?!) Aż trudno uwierzyć, że z takimi upodobaniami wciąż jesteśmy niezamężne.

Kompromitującą rozmowę dotyczącą DM można przeczytać TU.

Ale Putin... On to dopiero jest ekstraordynaryjnie hegemoniczny. I ekstraordynaryjnie demoniczny. Może dlatego mi się podoba. I ta jego jaszczurowata fizjognomia... Jestem zboczona, wiem.

Wracając do ceremonii. Podobała mi się. Nie powiem, że nie. Ale bardziej pierwsze pół, niż drugie. Pod koniec już się trochę nudziłam. Za to bardzo przypadł mi do gustu fakt, że wpadkę z otwarcia potrafili obrócić na swoją korzyść, pokazując dziś dystans i poczucie humoru. Prezydent zapewne musiał wyrazić zgodę. A zatem potwierdza się teoria, że prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy ;)

 

http://eurosport.onet.pl/soczi-2014/soczi-2014-xxii-zimowe-igrzyska-olimpijskie-oficjalnie-zamkniete/3pblf

 

Re

 

Apdejt, nim Halszka zacznie się pluć w komentarzach :P Do wszystkich, którym nie będzie chciało się czytać naszego dialogu o DM. Na końcu doszłyśmy do wniosku, że wygląda jak kuzyn ze wsi, a nie prezydent atomowego mocarstwa, którym był wówczas ;)


piątek, 21 lutego 2014

 

Znamy się tyle lat, a ja nigdy nie zaprosiłam moich przyjaciół na strudel. Do wczoraj. Wczoraj była dobra okazja. Moje ostatnie urodziny trzeciego dziesięciolecia - ostatnie z dwójką na przedzie.

 

http://www.frommovietothekitchen.pl/2013/01/bekarty-wojny-strudel-jabkowy.html

 

Niestety nie wszyscy mogli przybyć, gdyż życie potoczyło im się lepiej i nie utknęli w tym smutnym jak najbardziej samotny wieloryb hometownie. Ale nikt nie zapomniał mi powinszować, za co jestem ogromnie wdzięczna. Nawet Wenus, która zwykle jest roztargniona, dała radę - wystarczyło jej tylko dwa razy przypomnieć :P Love U Wenus ;)

Tym, którzy zjawili się na strudel jestem podwójnie wdzięczna - nie tylko za obecność i życzenia (o, to nawet potrójnie), ale także za urocze upominki. 

Herbata i strudel - czegóż chcieć więcej w 29 urodziny ;)

 

 

Tymczasem kolejny rok nie przyniósł większych zmian - nie licząc utraty pracy. Ciągle zastanawiam się, czy powinnam rozpatrywać to w kategorii porażki czy szczęścia. Tak, jak i fakt, że każdy dzień zaczynam tabliczką czekolady lub/i kanapką z czekoladą lub/i gorącą czekoladą. Niby jest to spełnienie marzeń, a jednak... Ach te mieszane uczucia. 

Gdy startowały Kapelutki byłam młodą 24-letnią rusałką... A teraz? Marsowe czoło, kurze łapki i opadająca coraz bardziej powieka dramatycznego lemura. Grawitacja jest okropna. I cellulitis. Życzenia "stu lat" są w tym kontekście co najmniej nie na miejscu ;)

 

Regina

poniedziałek, 17 lutego 2014

 

Brak pracy ma swoje dobre strony. Wreszcie mam czas na swoje pasje. Łyżwy. Bieganie. Kino. Gorąca czekolada... Muszę przyznać, że luty jak dotąd upływa po znakiem relaksu. Relaksu, na który moje skołatane nerwy w pełni zasłużyły. I skołatana przeze mnie rodzina też.

Nerwica na ex-szefa jeszcze do końca mi nie minęła. Zwłaszcza, że w ostatnich dniach mojej pracy dowiedziałam się, że oto firma dostała długo wyczekiwany paszport do eksportu! Oraz że w związku z tym, jej właściciel nie zamierza czekać ani chwili, zabiera własny paszport i wyjeżdża. Cała sprawa owiana była tajemnicą. A ja byłam prawdopodobnie jedyna osobą, przed którą powyższe informacje ściśle utajono. O przyznaniu dotacji dowiedziałam się od zbłąkanego kontrahenta, który pomylił miejsce spotkania i zamiast do mieszkania ex-szefa przyjechał do biura. Kwestia "tajemniczego wyjazdu" obiła mi się o uszy już wcześniej, ale nie uruchamiałam źródeł, bo doszłam do wniosku, że zwyczajnie mam to w dupie. Oczywiście ostatecznie radosna wieść dotarła i do mnie na Przedmieście. Indie.

Swoją drogą byłaby to niezwykle przewrotna koincydencja, gdyby właśnie w Indiach ex-szefa dopadła KARMA odpowiedzialna za moje pracownicze krzywdy znoszone przez ostatnie 2 lata. Oczywiście, ja mu źle nie życzę...

नमस्ते! Re

 



czwartek, 06 lutego 2014

 

Głównie siedzę w barłogu i piszę listy motywacyjne. Zamiennie z: robię wszystko, żeby nie pisać listów motywacyjnych.

Heh, to jeszcze poniedziałkowa przygoda z PUP-em. Do urzędu dotarłam około godziny 10.00. Był to poniedziałek. Pierwszy roboczy dzień miesiąca. I pierwszy roboczy dzień po tym, jak jedna z miejscowych firm ogłosiła upadłość i kazała 200 pracownikom zająć się sobą. W tłumie szybko zawiązał się komitet kolejkowy, który bardzo sprawnie informował wciąż przybywających o tym, kto, gdzie, przed kim i za kim. "Tak, przed panem, który przede mną stoi pani, która poszła na papierosa, za nim jestem ja, a potem jeszcze dwie panie, które wyskoczyły na targ po ziemniaki". Kiedy już byłam tuż przy drzwiach pokoju rejestracji zażartowałam do pań za mną: "Najlepiej, jak się już jest w środku i się wtedy okazuje, że brakuje jakiegoś mało istotnego dokumentu". Po czym stwierdziłam, że w sumie to patrzyłam na moje świadectwa pracy, ale było to w biurze w nerwach, więc być może coś przeoczyłam... Zaiste przeoczyłam. Kutwa, gdybym popatrzyła godzinę wcześniej, to mogłabym podejść rzut beretem do firmy, ale teraz już byłam proszona do środka. Oczywiście okazało się, że pani nie może mnie zarejestrować, ale była na tyle uprzejma i zgodziła się na moją prośbę, że ja szybko uzupełnię, bo firma rzut beretem. W każdym razie wszystko trwało bite 4 godziny z życia.

Regina

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 59
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl