Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
niedziela, 04 stycznia 2009


Mam w mieszkaniu 15 stopni. Podobno najlepsza temperatura dla efektywnego myślenia. I tak sobie lekko przymarzając efektywnie myślę, że temperatura, która panuje w mojej wysokiej kamienicznej rezydencji jest głównym powodem powstawania wrażenia asocjalności u jej mieszkańców.

Już spieszę wyjaśnić, choć palce zamarzają zanim dotkną klawiszy.
Otóż, jak w takich warunkach zaprosić znajomych na kawę? Co należy powiedzieć? „Może przyjdziesz na kawę? Mam chyba kilka mrożonych kostek na stole…w kształcie filiżanki…possamy sobie i pogadamy. Co ty na to?” albo „O, widzę, że masz wełniany sweter. Zapraszam do siebie”, „Należysz do klubu morsów? Może skoczymy do mnie?”, „Wpadnij na kawę. Mam jeszcze jedno wolne miejsce przy piecu”? Nie da się, w najlepszym wypadku uznano by mnie za ekscentryka.
Z kolei, kiedy ja idę do kogoś na kawę, rozmowa ciężko się klei, bo długo nie mogę wyjść z podziwu nad genialnym systemem dostarczania ciepła w jego mieszkaniu: „O Boże, masz kaloryfery! Widziałam takie w katalogu. Są cudowne”. Potem do końca spotkania zastanawiamy się, które z nasz oszalało.

Kiedy ostatnio kupowałam w pobliskim sklepie szampana na sylwestrową imprezę, miałam tak zmarznięte ręce, że drobne wysypywały mi się z dłoni, bo nie byłam w stanie utrzymać ich miedzy palcami. Czułam na sobie wzrok ekspedientki, obserwującej badawczo tę żałosną scenę zbierania monet z podłogi i już wiedziałam, że za chwilę dowiem się także, że „nietrzeźwym alkoholu nie sprzedajemy”. Żeby uchronić się przed żenującym tłumaczeniem o niewydajnym piecu w mieszkaniu, szybko rzuciłam jej najbardziej przytomne, przenikliwe i ostre jak brzytwa spojrzenie, jakim dysponuję. Podziałało, ale o mały włos a temperatura w moim mieszkaniu byłaby przyczyną uznania mnie za nietrzeźwą w środku dnia samotną kobietę w sklepie monopolowym.

Albo – mając na uwadze, że w mieszkaniach zwykle jest cieplej niż na zewnątrz, wychodzę do miasta mając na sobie liczbę ubrań będącą wielokrotnością cyfry 5. Po czym, kiedy w centrum handlowym, mdlejąc z gorąca, ściągam z siebie trzeci sweter, nie mam szans na poznanie przystojniaka w garniturze od Armaniego!

Nawet nie bardzo mogę poderwać własnego sąsiada w garniturze od H&M, bo kiedy spotykamy się na klatce schodowej, ja - wychodząc z mieszkania - zalotne spojrzenia spod rzęs muszę rzucać także znad sopla lodu spod nosa.

No dobra, trochę przesadzam. Jak mówiłam, 15 stopni to najlepsza temperatura do myślenia, więc dałam się ponieść fantazji. Oczywiście, że nie 15 tylko 15,5 i nie od Armaniego, tylko od Ralpha Laurena.

Pozdrawiam ciepło! (<--życzenie pełne sprzeczności) 

Sopel lodu będący kiedyś Jolantą

 

piątek, 02 stycznia 2009

Pamięci Porucznika Borewicza.

Jak można ludziom przejeżdżać koty? Na drodze z ograniczeniem prędkości do 20km/h! Jak? I to w zimie, gdy ziemia jest zamarznięta i ciężko jest wykopać dołek na biedaka.

Tego się nie robi ludziom.

I co? To wszystko? Wygniecione miejsce w kanapie już zawsze będzie puste?

Kot tutaj był i był, a potem nagle zniknął i uporczywie go nie ma. Nie wdrapuje się na ściany. Nie ociera między meblami. Nie biega po półkach. Nie włazi do szaf. Nie chodzi powolutku na bardzo obrażonych łapach.

Uporczywie go nie ma.

A taki kochany był.  RIP

 

Pogrążona w żalu R.

czwartek, 01 stycznia 2009

Nie lubię Sylwestra.

Nie znoszę tej… presji imprezowania. Z natury nie jestem typem rozrywkowym a myśl, że w nowy rok miałabym wejść totalnie „pozamiatana” potęguje tylko moje zniechęcenie. Z drugiej strony rozumiem, że jest to jednak ważna cezura, którą każdy może celebrować według własnych upodobań. I dobry moment na wszelkiego rodzaju „postanawiam…”, które wypowiada się po uprzednim uświadomieniu sobie, że bilans za poprzedni rok znów jest ujemny.

Może problem tkwi w tym, że postanowienia noworoczne są zbyt wygórowane? Albo, że zamiast wprowadzać je sukcesywnie w życie czekamy, aż przybiorą postać samospełniającej się przepowiedni…

Wczoraj nie poszłam na żadną z czterech imprez, które były w moim zasięgu. Przed północą udałam się na pobliskie wzgórze, by wraz z Halszką i Panem M. uczcić fakt, że zmarnowaliśmy kolejny rok naszej młodości. W ciasnym gronie własnym oraz kilkuset nieboszczyków za plecami podziwialiśmy, jak dziesiątki tysięcy polskich złotych wylatują w powietrze nad miastem. Ja wypaliłam noworocznego papierosa wysępionego specjalnie na tę okazję od brata, a toast wznieśliśmy nonkonformistycznie herbatą z termosu. I chyba nawet było magicznie. Bo w gronie przyjaciół (i kilkuset nieboszczyków za plecami, ale to szczegół;)).

I tak zupełnie na trzeźwo weszłam w nowy rok. Postanowiłam nie robić postanowień.

R.

 

Czas jest pojęciem względnym. Nie ma nowego i starego roku. Są tylko nowe i stare śmieci, na które się wraca lub nie.

Taka mnie piękna myśl naszła po porannym na kacu sprzątaniu po imprezie noworocznej w mieszkaniu znajomej.

Na niektóre śmieci nie ma co wracać, zwłaszcza te, do których przyklejony jest kawałek pizzy z zeszłego wieczoru. Ale są też takie, które mają wartość same w sobie i jak się je wywali, to pewnie znajdzie je ktoś inny, i nawet jak się zreflektujemy, że chcemy to z powrotem, to za cholerę nie odda.

Jaka z tego płynie nauka? Nie mam pojęcia. Może „nie jedzcie żółtego śniegu”? Nie wiem, nie wiem.

Wniosek jest taki, że nowe roki są cholernie męczące, trzeba się sporo natrudzić, żeby mieć już to z głowy. A wszystko po to, żeby poczuć, że czas ucieka i jesteśmy o jakąś tam jednostkę czasu starsi. Bez sensu. Postuluję, żeby obchodzić cały czas rok 1994. Płakałam wtedy oglądając Króla Lwa a Elton John dostał Oscara za Can you feel the love tonight, przy której też płakałam. Życie było prostsze... 

Ale nic to! Trzeba się brać za pas, czy za nogi, jak to się mówi i do roboty. Szczęśliwego wam życzę i oby ten 1994 rok był lepszy niż poprzedni.

J. 

 

środa, 31 grudnia 2008

 

Jedną z naszych ulubionych rozrywek jest oglądanie na NK zdjęć naszych znajomych i komentowanie, co się komu urodziło. Tak się też urodził nasz blog. I bardzo go kochamy, jest słodziutki.

Regina wysłała mi fotkę nowego bobasa.  

Regina: Potwór który siedział w A.
Jolanta: Urodziła? Juz? Fajnie…Mam ochotę dopisać w komentarzach "ło boże", ale mi się nie chce.
R: :)
J: Rzygać się chce od tych komentarzy
R: Ja komentarzy nie czytam. No i B. wzięła kościelny.
J: Masz fotki?
R: Na nk jest jedno zdjęcie.
J: Fajnie, ludziom się układa, zakładają rodziny. A my mamy wielkiego chuja…
R: Och, żeby choć to! Nawet tego nie mamy. 
J: Nie musisz odpisywać, ja sobie będę tak komentować na twoim gg. Dzisiaj słyszałam jak małe dziecko powiedziało na duży żółty kontener na śmieci "jeloł garbidż". Dzieci to są dziś mądre. 
R: Łoo matko.
J: Ale dziecko C. jest cały czas skrzywione. Może je dźgają drewnianymi łyżkami
R: :) 
J: Weźmy tego bloga załóżmy wreszcie. Jestem w nastroju do napierdalania na wszystko 
R: Haha. I na blogu będziemy napierdalać na wszystko?
J: Tak
R: www.napierdalamynawszystko.pl
J: Chcesz żeby się nazywał napierdalamy na wszystko?
R: Nie no - to taki przykład był. Tytuł bloga może być mniej wulgarny. A propos ślubów. Moi rodzice mają 30 rocznicę.
J: Uroczo, życz im ode mnie 3 razy tyle. I dodaj, że ludzie nie powinni się żenić.
R: Też tak uważam.
J: Hej, ale kapelutki są wolne:) (PS. Tutaj w pocie klawiszy zrodziły się Kapelutki. Królowe były już ho ho wcześniej)

R: Nigdy nie pisałam bloga. Jestem blogową dziewicą!
J: To cię rozdziewiczam właśnie…


Tak się zrodziły Kapelutki. Mówcie co chcecie, my będziemy pisać. 


Całuski, buziaczki! 

Jolanta

Nie jesteśmy: singielkami, desperatkami, seryjnymi morderczyniami ani feministkami.
Jesteśmy:


Jolanta (za Jolantą z Chudowa, która została żywcem zamurowana za odmowę zamążpójścia)

Wiek: połowa lat dwudziestych

Zawód: pisarz

Ulubiony kapelutek: fioletowy :)

Powód napierdalania: Nagły i burzliwy koniec wieloletniego związku, który miał w planach doprowadzić do pięknego wesela, narodzin dwójki uroczych dzieci, wybudowania pasywnego domu na wzgórzu pachnącgo kawą i cynamonem i spokojnej emerytury na ławeczce w lesie nad jeziorem. Ale się porobiło:)



Regina (Regina Falangi)

- blogowa dziewica. W dodatku w trakcie dni niepłodnych, co w przypadku 'blogowania' nie jest zjawiskiem pozytywnym. Wierzy jednak głęboko, jak naiwnie wierzy prawie każdy, że nowy rok odmieni wszystko i poprowadzi ku dobremu.

Wiek: starsza o 33 dni od Jolanty

Zawód: żaden (kilka studiów, żadne konkretne)

Ulubiony kapelutek: czarny, jak kolor jej duszy

Lubi: drinki z palemką i malować paznokcie

Powód napierdalania: Wrodzona skłonność do podejmowania błędnych decyzji, co prowadzi do wiecznego niezadowolenia z siebie. Nienawiść do świata i ludzi. Głupota własna i cudza.


Voila!  

wtorek, 30 grudnia 2008

Dzięki dla twórcy tego szablonu, kimkolwiek jest. Piękny, podoba nam się. Dzięki temu, że jest w najmodniejszym kolorze sezonu (zima 2008) możemy przebojowo zacząć wylewać swoje żale na klawiature a nie po cichu niszczyc i zużywać kolejne ołówki i długopisy, bo przecież mogą się przydać dzieciom w szkołach.

 

Nikogo nie powinno dziwic, że w zakładce "Ulubione" znajduje się nasz własny blog. Do diabła z fałszywą skromnością! 

1 ... 56 , 57 , 58 , 59
 
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl