Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
sobota, 10 stycznia 2009

Jeżeli wątpił ktoś, że były wieloletni związek Jolanty stanie się nagle i ostatecznie niebyły, to oczywiście miał rację. I miał rację też, jeśli radził, że nie wchodzi się sześć razy do tej samej rzeki. A było tak, że Związkowiec przyznał się do popełnionych czynów, obiecał poprawę i został ukarany możliwością powrotu na stare Łono. Sielanka trwała dni kilkanaście, po czym Jolanta stwierdziła, że non c'è w tym senso i nijak go znaleźć nie może i zaproponowała „zostanie przyjaciółmi, którzy czasem się spotykają”, na co, ku zaskoczeniu Jolanty, Związkowiec ochoczo przystał. Bilans na dzisiaj wygląda tak, że szóste 100 procent normy zostało wyrobione, a Jolanta, nadal nie znajdując sensu w tym, co się dzieje w jej życiu uczuciowym, może powrócić do napierdala na wszystko. Fine ale nie finale.

J. 

 

ps. i postanowiłam, że będę sobie folgować, a co! 

 

Przyjechałam na dworzec z myślą, że pojadę pośpiesznym. Ale zerknąwszy sobie na tablicę informacyjną zauważyłam, że 5 min wcześniej odjeżdża expres. Zapytałam panią w kasie, czy dostanę bilet last minute. Pani zamiast mi odpowiedzieć, że tak, od razu zaczęła go wybijać ołówkiem na monitorze. Dowiedziałam się wtedy, że kosztuje ponad dwa razy więcej niż się spodziewałam oraz prawie dwa razy więcej niż pośpieszny, którym zamierzałam jechać i trzy razy więcej niż osobowy, którym jeżdżę najczęściej. Nie zdążyła jeszcze wydrukować biletu, więc zapytałam, czy mogłaby go wycofać. Odpowiedziała oczywiście, że nie. Działo się to w holu głównym, więc pogodzona z myślą, że w głupi sposób przepłaciłam, udałam się na peron. W tunelu między peronami podjęłam jeszcze jedną próbę odzyskania pieniędzy, ale pani w kasie powiedziała, że nie mogę zwrócić biletu last minutA, jeśli pociąg nie jest opóźniony. Gdy odeszłam na 200 metrów od okienka wyświetliła się informacja, że jednak jest opóźniony. Wróciłam więc do kasy, żeby usłyszeć, że muszę udać się do holu głównego, do biura obsługi klienta i tam mi mają przybić pieczątkę (gdzie? na czole?). Z jęzorem na brodzie, torbą, torbą oraz torbą pognałam do holu. Tam z kolei okazało się, że biuro obsluhovalnia klienta jest zamknięte, więc pobiegłam do informacji, gdzie bardzo uprzejma (bez cienia ironii) pani powiedziała, że kasjerka wprowadziła mnie w błąd, bo biuro jest czynne do 19, a potem takie sprawy załatwia starszy kasjer (nie chodzi o wiek oczywiście) w okienku takim a takim. W okienku takim a takim pani bardzo długo coś wpisywała do jakiegoś zeszytu i przybijała pieczątki, żeby na koniec odesłać mnie oczywiście do kasy – po kasę. Po odstaniu swojego chyba już w piątej kolejce z kolei pani, słaniająca się, jak się okazało ze zmęczenia i głodu, zaczęła wycofywać mój bilet. Trwało to bardzo dłuuuugo, bo był problem z jakimś kodem, czy innym diabelstwem i trwało to w piździec długo i ja miałam dość, ona miała jeszcze bardziej dość, a ludzie, którzy stali za mną w gigantycznej kolejce, byli po prostu wkurwieni – na mnie, na panią, na system. W końcu się udało! Po kilku następnych minutach dostałam bilet na osobowy i z jęzorem na brodzie, torbą, torbą oraz torbą pobiegłam na peron. Spocona jak mysz wpadłam do przedziału. Znalazłam nawet puste miejsce. Gdy wyjęczałam, czy aby na pewno wolne, pani czytająca super express zupełnie mnie zignorowała, natomiast pani czytająca poradnik domowy kiwnęła, że wolne. Ten pociąg oczywiście też był opóźniony. Mimo że dopiero rozpoczynał bieg, musiał przepuścić pozostałe opóźnione – expres i pośpieszny. Grunt, że wreszcie ruszył. W środku było, jak zwykle, gorąco jak w saunie. A pan Prawdopodobnie-Żul palił sobie w korytarzu szlugi. On się zaciągał czynnie, my biernie. Oprócz efektów oddziałujących na powonienie, były także efekty dźwiękowe. Trzech kolesi w wieku 15-17 lat, charakteryzujących się zaawansowaną gibozą, zapodało nam wszystkim swoją odjechaną w kosmos cool muzę. No żesz kuuurwa! W dodatku tak okropnie przeklinali! Nie mam nic przeciw przeklinaniu (wiadomo), ale w miejscach publicznych? W pociągu? Tak głośno? Potem oni także zakurzyli i wypili po tanim browarze, wznosząc toasty „za zdrowie pięknych polskich pań”. Gdy przez okno zaczęły wylatywać butelki, pomyślałam, że ktoś powinien ich opierdolić. Ale rzecz jasna nie znalazł się kozak. Już miałam sama to zrobić, gdy uświadomiłam sobie, że mają całkiem przyjazne fizjognomie i mimo swojego okropnego zachowania, wzbudzają sympatię. I jako jedyni w całym przedziale wpadli na pomysł, żeby uchylić okno! Poza tym pomyślałam, że dla nich jestem starą rurą. Powiedzą mi coś. Zrobi mi się przykro. A na co mi to?

Jakoś dotrwałam do końcowej stacji.

R.

piątek, 09 stycznia 2009

Oto pięć rzeczy, które mogą podnieść Cię na duchu, droga Regino:


Poniedziałek: Spotkanie Reginy, Jolanty, Halszki i Wenus Botticelliego z, oczywiście, a jakże, dawno nie widzianymi panem Grzańcem, panem Nemiroffem i sędziwą panią Orzechówką. No a potem noc z trzema Jokerami. Pięknie było. Prawie zapomniałam – zajebiście było (pozdrawiam Pani Elu!:))). Wiemy już, że desygnatem słowa „to” jest karciane karo, wódka brzozowa z cytryną smakuje dobrze (w przeciwieństwie do wódki zwykłej z sokiem bananowym) i, że toasty typu „żeby była w ciąży, ale nie miała rozstępów”, nie wiedzieć czemu, nie są pozytywnie odbierane.

Wtorek: Nie było w tym tygodniu wtorku.

Środa: Wiadomoć, że Pan M. naciągnął sobie pośladek niosąc przez pół miasta pudło z wioślarzem treningowym.
A wieczorem wzruszająca historia pary gejów, którzy z powodu „skostniałych zasad moralnych w społeczeństwie” muszą spotykać się wyłącznie na pewnej górze (i nie jest to Brokeback Mountain), z dala od ludzi i miasta oraz swoich fasadowych partnerów płci przeciwnej. Zawsze na końcu ronimy łezkę.

Czwartek: Potwierdzenie, że ten dzień tygodnia zawsze przychodzi niespodziewanie. Ten dodatkowo miał zaskakujący przebieg. Miało nie być wody, bo wodociągi pękły, a była. Miała być Wenus Botticelliego, a jej nie było. Za to miało nie być Reginy, a była. Miało nie być Jolanty i Halszki, ale były, i to do południa, kiedy wreszcie wygrzebały się na zajęcia. Piec miał nie działać, a zadziałał, ale przestały działać inne sprzęty elektryczne, a nie powinny. Wenus miała używać lampki czołówki w jaskiniach, a używała jej w lodówce (wcześniej Jolanta z Panem M. używali jej w koszu na śmieci:). A na końcu miało być ciepło, a nadal było zimno.

Piątek: Potwierdzenie przypuszczenia, że Wenus Botticelliego miewa wizje stołu pełnego jedzenia i pieniędzy…

J.

czwartek, 08 stycznia 2009

I znowu czarna dupa. Malowanie paznokci już nie cieszy, jak kiedyś. Zaczyna się Dzień Nienawiści Do Całego Świata. Potrwa od 3 do 6 tygodni.

W perspektywie weekend za miastem. M. gadająca do kota. T. gadający do siebie. S. gadająca do mnie. B. nie gadający do nikogo. B. nie gadający do nikogo. Ja nie gadająca do nikogo. Kot nie gadający do nikogo… Ale wesoło:)

Głowa mnie boli. Choć w odpowiedzi na prośbę o więcej wulgaryzmów powinnam napisać, że baniak mnie napierdala. Poggawędka z Wielkim Wizjonerem nie przyniosła ulgi. Może dlatego, że On sam miał dziś Dzień Zdrowotnego Użalania Się Nad Sobą… Co nie przeszkodziło mu usnuć wizji spadającego z nieba samolotu, którym być może polecę na drugi koniec świata… i tonącego okrętu, którym być może popłynę... A potem poszedł – poużalać się nad sobą i zagrać w monopoly.

R.

środa, 07 stycznia 2009

Kurrrwa! Na co nam kurwa ten jebany piec? Mamy kurwa litr wódki kurrrrwa, nie...



Dzisiejszy wpis publikujemy na specjalne życzenie Eli z Piły, która wysłała do naszej redakcji piękny list z prośbą o wprowadzenie kilku zmian na blogu.
Poniżej cytujemy fragmenty listu, który tak bardzo nas wzruszył:


"Drogie Kapelutki. Czytam Wasz blog niemal od początku jego istnienia. Zawsze mocno przeżywam wszystkie perypetie jego bohaterów. Uważam, że jesteście naprawdę fantastyczne. Czasem nawet pierwsze co robię, kiedy wstaję rano, to sprawdzam, czy nie pojawił się nowy wpis z przygodami Jolanty i Reginy. Tak bardzo Was lubię.
Mam do Was jednak wielką prośbę. Otóż, byłabym wdzięczna, gdybyście od czasu do czasu pisały krócej, bardziej trzymały się tematu i używały większej ilości niecenzuralnych wyrazów. Wasz blog jest cudowny, jednak czasem czuję, że brakuje mi w nim tych elementów i strasznie mnie to wpierdala. Mam nadzieję, że nie będzie to dużym problemem.

Dziękuję jeszcze raz za wszystkie wspaniałe chwile, jakie dzięki Wam przeżyłam. Pozdrawiam i przesyłam buziaczki! Ela z Piły

 

Odpowiedź redakcji:

Droga Elu. Dziękujemy za miłe słowa. Specjalnie dla Ciebie i Twojej rodziny opracowałyśmy krótki i rzeczowy wpis charakteryzujący się dużą częstotliwością występowania wulgaryzmów. Mamy nadzieję, że będziesz nas czytać dalej i polecać znajomym na osiedlu.
Twoje Kapelutki.

J.

poniedziałek, 05 stycznia 2009

Wczoraj, jako że był to Dzień Pański, wybrałam się do świątyni. Nauczona doświadczeniem poszłam na mszę, którą celebrować miał ksiądz proboszcz. Wikarego bowiem, z tej racji że jest świeżo upieczonym kapłanem, cechuje (ale brzydkie słowo) niebywałe staranie o to, żeby każda partia możliwa do zaśpiewania, była wyśpiewana należycie, a kazanie by było odpowiednio długie, z właściwą ilością zwrotów typu „drodzy moi”, „umiłowani bracia i siostry”, „kochani parafianie”… (oraz to, że zamiast chodzić lata dwa metry nad ziemią.) Po nabożeństwie, z racji tej że jest zima, a ogrzewanie nie zdaje egzaminu, wierny wychodzi z kościoła z zapaleniem gardła, gorączką, a już na pewno nieżytem nosa. Zatem poszłam na mszę sprawowaną przez proboszcza, który jest całkiem normalny…

Pierwsze czytanie – nie czuję nóg.

Drugie czytanie – nie czuję rąk.

Ewangelia – nie czuję nic.

Nie ma kazania – uuuuuff.

Staram się nie myśleć o tym, że zaczynam zamarzać, a tak naprawdę nie myślę o niczym innym.

Wród nocnej ciszy latają myszy i pokój niesie ludziom w lesie..

Ogłoszenia parafialne:

LIST BISKUPA ORDYNARIUSZA!

W końcu dawno nic nie napisał do diecezjan. To byłaby druga niedziela z rzędu.

Stoję, zamarzam i słucham – choć nie chcę –

„Zbliża się Objawienie Pańskie – święto tak ważne dla nas katolików. Bla bla bla bla blaaaa. Zostało zebranych 700 tysięcy podpisów w sprawie ponownego ustanowienia święta Trzech Króli dniem wolnym od pracy. Bla bla bla bla blaa. Ale sejm odrzucił głos katolickiego ludu w pierwszym czytaniu! Bla bla bla blaaa.”

Tak – zróbmy 6 stycznia dniem wolnym od pracy, w końcu przerwa świąteczno-sylwestrowa jest taka krótka. Może w ogóle przestaniemy uczyć się, studiować, pracować – bo, po co? Nie samym chlebem żyje człowiek.

Jestem wkurzona. Zamieniłam się w jeden garbaty sopel lodu.

Nie słucham listu biskupa.

Ogłoszenia właściwe: intencje mszalne, harmonogram wizyty duszpasterskiej, bla bla blaaaa.

„W minionym tygodniu Bóg odwołał do wieczności Śp. księdza X, wieloletniego bla bla bla blaaa.” Oooooo nieeeeeee!

Jestem wkurwiona. Zamarzłam, a muszę słuchać o zasługach kogoś, kto w mojej świadomości pozostaje słynny z tego, że miał słabość do wódy, kasy i najwyraźniej bab, skoro dorobił się córki. W mojej głowie nie ma już ani jednej chrześcijańskiej myśli.

Adoracja. Stan mój daleki jest od uświęcenia.

Koniec. Idźcie ofiary do domu. Nowy rekord – godzina, 8 minut.

Szkoda dzieci. Po mszy wystawiały jasełka, ale większość ludzi zamarzła zanim zdążyła je zobaczyć.

Jaki z tego morał?

Zmienić wiarę? Lubię moją wiarę.

Zmienić parafię? Lubię moją parafię.

Zmienić klimat? Lubię moją zimę.

 

Trzeba zostać i uczyć się pokory. I ubierać dwa swetry więcej.

 

Pół godziny później, gdy powoli odtajałam w domu, naszła mnie refleksja:

„Zawsze mogło być gorzej – odprawiać mógł wikary.”

R. 

niedziela, 04 stycznia 2009


Mam w mieszkaniu 15 stopni. Podobno najlepsza temperatura dla efektywnego myślenia. I tak sobie lekko przymarzając efektywnie myślę, że temperatura, która panuje w mojej wysokiej kamienicznej rezydencji jest głównym powodem powstawania wrażenia asocjalności u jej mieszkańców.

Już spieszę wyjaśnić, choć palce zamarzają zanim dotkną klawiszy.
Otóż, jak w takich warunkach zaprosić znajomych na kawę? Co należy powiedzieć? „Może przyjdziesz na kawę? Mam chyba kilka mrożonych kostek na stole…w kształcie filiżanki…possamy sobie i pogadamy. Co ty na to?” albo „O, widzę, że masz wełniany sweter. Zapraszam do siebie”, „Należysz do klubu morsów? Może skoczymy do mnie?”, „Wpadnij na kawę. Mam jeszcze jedno wolne miejsce przy piecu”? Nie da się, w najlepszym wypadku uznano by mnie za ekscentryka.
Z kolei, kiedy ja idę do kogoś na kawę, rozmowa ciężko się klei, bo długo nie mogę wyjść z podziwu nad genialnym systemem dostarczania ciepła w jego mieszkaniu: „O Boże, masz kaloryfery! Widziałam takie w katalogu. Są cudowne”. Potem do końca spotkania zastanawiamy się, które z nasz oszalało.

Kiedy ostatnio kupowałam w pobliskim sklepie szampana na sylwestrową imprezę, miałam tak zmarznięte ręce, że drobne wysypywały mi się z dłoni, bo nie byłam w stanie utrzymać ich miedzy palcami. Czułam na sobie wzrok ekspedientki, obserwującej badawczo tę żałosną scenę zbierania monet z podłogi i już wiedziałam, że za chwilę dowiem się także, że „nietrzeźwym alkoholu nie sprzedajemy”. Żeby uchronić się przed żenującym tłumaczeniem o niewydajnym piecu w mieszkaniu, szybko rzuciłam jej najbardziej przytomne, przenikliwe i ostre jak brzytwa spojrzenie, jakim dysponuję. Podziałało, ale o mały włos a temperatura w moim mieszkaniu byłaby przyczyną uznania mnie za nietrzeźwą w środku dnia samotną kobietę w sklepie monopolowym.

Albo – mając na uwadze, że w mieszkaniach zwykle jest cieplej niż na zewnątrz, wychodzę do miasta mając na sobie liczbę ubrań będącą wielokrotnością cyfry 5. Po czym, kiedy w centrum handlowym, mdlejąc z gorąca, ściągam z siebie trzeci sweter, nie mam szans na poznanie przystojniaka w garniturze od Armaniego!

Nawet nie bardzo mogę poderwać własnego sąsiada w garniturze od H&M, bo kiedy spotykamy się na klatce schodowej, ja - wychodząc z mieszkania - zalotne spojrzenia spod rzęs muszę rzucać także znad sopla lodu spod nosa.

No dobra, trochę przesadzam. Jak mówiłam, 15 stopni to najlepsza temperatura do myślenia, więc dałam się ponieść fantazji. Oczywiście, że nie 15 tylko 15,5 i nie od Armaniego, tylko od Ralpha Laurena.

Pozdrawiam ciepło! (<--życzenie pełne sprzeczności) 

Sopel lodu będący kiedyś Jolantą

 

piątek, 02 stycznia 2009

Pamięci Porucznika Borewicza.

Jak można ludziom przejeżdżać koty? Na drodze z ograniczeniem prędkości do 20km/h! Jak? I to w zimie, gdy ziemia jest zamarznięta i ciężko jest wykopać dołek na biedaka.

Tego się nie robi ludziom.

I co? To wszystko? Wygniecione miejsce w kanapie już zawsze będzie puste?

Kot tutaj był i był, a potem nagle zniknął i uporczywie go nie ma. Nie wdrapuje się na ściany. Nie ociera między meblami. Nie biega po półkach. Nie włazi do szaf. Nie chodzi powolutku na bardzo obrażonych łapach.

Uporczywie go nie ma.

A taki kochany był.  RIP

 

Pogrążona w żalu R.

czwartek, 01 stycznia 2009

Nie lubię Sylwestra.

Nie znoszę tej… presji imprezowania. Z natury nie jestem typem rozrywkowym a myśl, że w nowy rok miałabym wejść totalnie „pozamiatana” potęguje tylko moje zniechęcenie. Z drugiej strony rozumiem, że jest to jednak ważna cezura, którą każdy może celebrować według własnych upodobań. I dobry moment na wszelkiego rodzaju „postanawiam…”, które wypowiada się po uprzednim uświadomieniu sobie, że bilans za poprzedni rok znów jest ujemny.

Może problem tkwi w tym, że postanowienia noworoczne są zbyt wygórowane? Albo, że zamiast wprowadzać je sukcesywnie w życie czekamy, aż przybiorą postać samospełniającej się przepowiedni…

Wczoraj nie poszłam na żadną z czterech imprez, które były w moim zasięgu. Przed północą udałam się na pobliskie wzgórze, by wraz z Halszką i Panem M. uczcić fakt, że zmarnowaliśmy kolejny rok naszej młodości. W ciasnym gronie własnym oraz kilkuset nieboszczyków za plecami podziwialiśmy, jak dziesiątki tysięcy polskich złotych wylatują w powietrze nad miastem. Ja wypaliłam noworocznego papierosa wysępionego specjalnie na tę okazję od brata, a toast wznieśliśmy nonkonformistycznie herbatą z termosu. I chyba nawet było magicznie. Bo w gronie przyjaciół (i kilkuset nieboszczyków za plecami, ale to szczegół;)).

I tak zupełnie na trzeźwo weszłam w nowy rok. Postanowiłam nie robić postanowień.

R.

 

Czas jest pojęciem względnym. Nie ma nowego i starego roku. Są tylko nowe i stare śmieci, na które się wraca lub nie.

Taka mnie piękna myśl naszła po porannym na kacu sprzątaniu po imprezie noworocznej w mieszkaniu znajomej.

Na niektóre śmieci nie ma co wracać, zwłaszcza te, do których przyklejony jest kawałek pizzy z zeszłego wieczoru. Ale są też takie, które mają wartość same w sobie i jak się je wywali, to pewnie znajdzie je ktoś inny, i nawet jak się zreflektujemy, że chcemy to z powrotem, to za cholerę nie odda.

Jaka z tego płynie nauka? Nie mam pojęcia. Może „nie jedzcie żółtego śniegu”? Nie wiem, nie wiem.

Wniosek jest taki, że nowe roki są cholernie męczące, trzeba się sporo natrudzić, żeby mieć już to z głowy. A wszystko po to, żeby poczuć, że czas ucieka i jesteśmy o jakąś tam jednostkę czasu starsi. Bez sensu. Postuluję, żeby obchodzić cały czas rok 1994. Płakałam wtedy oglądając Króla Lwa a Elton John dostał Oscara za Can you feel the love tonight, przy której też płakałam. Życie było prostsze... 

Ale nic to! Trzeba się brać za pas, czy za nogi, jak to się mówi i do roboty. Szczęśliwego wam życzę i oby ten 1994 rok był lepszy niż poprzedni.

J. 

 

środa, 31 grudnia 2008

 

Jedną z naszych ulubionych rozrywek jest oglądanie na NK zdjęć naszych znajomych i komentowanie, co się komu urodziło. Tak się też urodził nasz blog. I bardzo go kochamy, jest słodziutki.

Regina wysłała mi fotkę nowego bobasa.  

Regina: Potwór który siedział w A.
Jolanta: Urodziła? Juz? Fajnie…Mam ochotę dopisać w komentarzach "ło boże", ale mi się nie chce.
R: :)
J: Rzygać się chce od tych komentarzy
R: Ja komentarzy nie czytam. No i B. wzięła kościelny.
J: Masz fotki?
R: Na nk jest jedno zdjęcie.
J: Fajnie, ludziom się układa, zakładają rodziny. A my mamy wielkiego chuja…
R: Och, żeby choć to! Nawet tego nie mamy. 
J: Nie musisz odpisywać, ja sobie będę tak komentować na twoim gg. Dzisiaj słyszałam jak małe dziecko powiedziało na duży żółty kontener na śmieci "jeloł garbidż". Dzieci to są dziś mądre. 
R: Łoo matko.
J: Ale dziecko C. jest cały czas skrzywione. Może je dźgają drewnianymi łyżkami
R: :) 
J: Weźmy tego bloga załóżmy wreszcie. Jestem w nastroju do napierdalania na wszystko 
R: Haha. I na blogu będziemy napierdalać na wszystko?
J: Tak
R: www.napierdalamynawszystko.pl
J: Chcesz żeby się nazywał napierdalamy na wszystko?
R: Nie no - to taki przykład był. Tytuł bloga może być mniej wulgarny. A propos ślubów. Moi rodzice mają 30 rocznicę.
J: Uroczo, życz im ode mnie 3 razy tyle. I dodaj, że ludzie nie powinni się żenić.
R: Też tak uważam.
J: Hej, ale kapelutki są wolne:) (PS. Tutaj w pocie klawiszy zrodziły się Kapelutki. Królowe były już ho ho wcześniej)

R: Nigdy nie pisałam bloga. Jestem blogową dziewicą!
J: To cię rozdziewiczam właśnie…


Tak się zrodziły Kapelutki. Mówcie co chcecie, my będziemy pisać. 


Całuski, buziaczki! 

Jolanta

Nie jesteśmy: singielkami, desperatkami, seryjnymi morderczyniami ani feministkami.
Jesteśmy:


Jolanta (za Jolantą z Chudowa, która została żywcem zamurowana za odmowę zamążpójścia)

Wiek: połowa lat dwudziestych

Zawód: pisarz

Ulubiony kapelutek: fioletowy :)

Powód napierdalania: Nagły i burzliwy koniec wieloletniego związku, który miał w planach doprowadzić do pięknego wesela, narodzin dwójki uroczych dzieci, wybudowania pasywnego domu na wzgórzu pachnącgo kawą i cynamonem i spokojnej emerytury na ławeczce w lesie nad jeziorem. Ale się porobiło:)



Regina (Regina Falangi)

- blogowa dziewica. W dodatku w trakcie dni niepłodnych, co w przypadku 'blogowania' nie jest zjawiskiem pozytywnym. Wierzy jednak głęboko, jak naiwnie wierzy prawie każdy, że nowy rok odmieni wszystko i poprowadzi ku dobremu.

Wiek: starsza o 33 dni od Jolanty

Zawód: żaden (kilka studiów, żadne konkretne)

Ulubiony kapelutek: czarny, jak kolor jej duszy

Lubi: drinki z palemką i malować paznokcie

Powód napierdalania: Wrodzona skłonność do podejmowania błędnych decyzji, co prowadzi do wiecznego niezadowolenia z siebie. Nienawiść do świata i ludzi. Głupota własna i cudza.


Voila!  

wtorek, 30 grudnia 2008

Dzięki dla twórcy tego szablonu, kimkolwiek jest. Piękny, podoba nam się. Dzięki temu, że jest w najmodniejszym kolorze sezonu (zima 2008) możemy przebojowo zacząć wylewać swoje żale na klawiature a nie po cichu niszczyc i zużywać kolejne ołówki i długopisy, bo przecież mogą się przydać dzieciom w szkołach.

 

Nikogo nie powinno dziwic, że w zakładce "Ulubione" znajduje się nasz własny blog. Do diabła z fałszywą skromnością! 

1 ... 56 , 57 , 58 , 59
 
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl