Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
piątek, 28 lutego 2014

 

Wczoraj był Tłusty Czwartek, od dziś jest tłusty tyłek ;) Żartuję. Mój tyłeczek mógłby mieć (w moim mniemaniu) nieco większe krągłości zwłaszcza, że płaskodupie nigdy nie było w modzie. Ale nie o tym, nie o tym.

Nie wiem, czy pamiętacie moją niepełną listę 100 rzeczy, których pragnę dokonać, nim się egzystencjalnie wykopyrtnę na wieki wieków ament. Lista na razie ma 23 punkty, a ja mam już 29 lat, więc do setki może dobiję do setki. 

LISTA LISTA

 

Na pierwszym miejscu (choć oczywiście kolejność jest przypadkowa) jak byk widnieje, co? NAUCZYĆ SIĘ SMAŻYĆ PĄCZKI. Nadarzył się Tłusty Czwartek, więc podjęłam się zadania. Moją nauczycielką zgodziła się być Bebe (mama mojej przyjaciółki Es), która przy okazji postanowiła pokonać traumę sprzed lat, kiedy to napiekła pączków, nakarmiła nimi swoich gości, a na końcu uświadomiła sobie, że sama jeszcze nie zdążyła spróbować. Spróbowała i to był błąd. Nieświadomość jest błogosławieństwem. Pączki były SUROWE w środku.

Do zajęć praktycznych z Bebe przygotowywałam się długo pod względem merytorycznym, korzystając z rad mojego wirtualnego cukierniczego guru, czyli Autorki strony

www.mojewypieki.com

 

Naszprycowana wiedzą, z olejem za pazuchą udałam się do sąsiadki. Efekt naszych działań był wielce zadowalający.

 

W przyszłym roku podejmę wyzwanie i postaram się zrobić pączki sama! :):):) 

 

Regina

 

Ps. Jaki wasz wczorajszy pączkowy status? U mnie było coś koło pięciu. Dziś mam nadzieję na poprawiny ;)

środa, 26 lutego 2014

 

Chyba jestem jedyną kobietą na kuli ziemskiej, która woli pójść do ginekologa niż do fryzjera. Serio! Może dlatego, że najbardziej intymną częścią mego ciała jest mózg, a jak ktoś mi kombinuje z włosami, to znajduje się już całkiem blisko i sprawia, że zaczynam czuć się nieswojo. Nigdy nie lubiłam, nie lubię i robię się agresywna, gdy ktoś dotyka moich włosów. Zwłaszcza, że jestem przesądna i wierzę, że jak ktoś chwali moje miękkie, błyszczące pasma i dodatkowo wkłada w nie łapę, to na bank połowa wypadnie przy kolejnym myciu. Jest takie pogańskie wierzenie, które mówi, że ktoś ciągnąc w swoją stronę czyjeś włosy zabiera je właścicielce, żeby wzmocnić swoje. Fryzjerów nie podejrzewam o takie czary, choć niejednokrotnie okazywało się już, że najciemniej pod latarnią. Może dlatego wizyta w salonie fryzjerskim jest dla mnie najbardziej wyszukaną formą kary.

Po pierwsze MYCIE. O słodki Jezuuu. Najgorsza część już na wstępie. Myjka fryzjerska to w moim przekonaniu wyrafinowane narzędzie tortur. Nie dość, że siadając na niej wprowadzam siebie w mało wygodną i mocno krępującą ruchy pozycję, to jeszcze ktoś mi myje głowę... Mycie jest czynnością intymną, głowa jest intymną częścią ciała. Moja strefa intymna czuje się mocno zagrożona.

Kiedyś Pani myślała, że robi mi dobrze poprzez masaż, który tego dnia był w pakiecie. Modliłam się, żeby skończyła zanim moja głowa odpadnie i potoczy się po posadzce, bowiem po dwóch minutach miałam zdrętwiały kark, a ból powoli robił się nie do wytrzymania. KOSZMAR.

Kolejnym punktem programu jest SIEDZENIE BEZ RUCHU przez kolejne 40 minut. Pani przykrywa całe moje ciało wielką płachtą, z której wystaje tylko głowa. Nie dość, że jest niewygodnie i klaustrofobicznie, to jeszcze wyglądam jak Buka. Wtedy przeważnie zaczyna swędzieć mnie nos. Po raz pierwszy. Nie wiem, dlaczego, ale siedząc bez ruchu automatycznie przestaję mrugać i oddychać. Gdyby nie konwersacja pewnie zemdlałabym z powodu niedotlenienia.

Zaczyna się najbardziej problematyczna część spotkania. STRZYŻENIE. Zanim trafiłam na Panią Ewę moje historie z podcięciem końcówek kończyły się zazwyczaj tragicznie, względnie tragikominicznie. Nie od dziś wiadomo bowiem, ze fryzjerzy w życiu zawodowym posługują się rosyjskim systemem miary, a przecież rosyjskie linijki są najdłuższe na świecie. Ergo - na końcu okazuje się, że jeden centymetr i jeden centymetr fryzjerski to zgoła dwie różne jednostki. I klops.

Historia. Mieszkałam wówczas w Zakopanem. W rodzinne strony zawitałam ze względu na jakieś tam wybory i przy okazji postanowiłam skorzystać z usług fryzjerskich, coby dobrze prezentować się w urnie. Z przerażeniem obserwowałam, jak moje całkiem już długie włosy zostają zarzynane brzytwą fryzjerską (sic!) i smętnie padają bez ducha na podłogę. Jednym zdaniem można by skomentować sytuacje tak: "Tnę, tnę i ciągle za krótko." Nawet prostownica nie była w stanie wydobyć długości włosów, w których po umyciu wyglądałam jak wczesny Michael Jackson. Moja mama potraktowała mnie bezlitośnie. "Jak ty wyglądasz?" i "Coś ty zrobiła?" przeplatały się z "No trudno, odrosną." Cóż... Nigdy nie była mistrzynią w pocieszaniu. Przepłakałam bite dwa tygodnie. Po roku włosy nieco podrosły i jedno trzeba przyznać - nigdy wcześniej ani nigdy później nie były tak zdrowe i nie kręciły się tak pięknie. Ja wyciągnęłam naukę ze zdarzenia, cała winą obarczyłam własny brak asertywności i postanowiłam, że nigdy więcej nie dam się skrzywdzić brzytwą fryzjerską.

Pani Ewa, do której chadzam obecnie, jest osobą godną zaufania. Choć kiedyś zaniepokoiłam się, gdy wyznała, że chciałaby mnie wygolić maszynką.. 8} Asymetrycznie... 8} Moje: "Na Boga, nieeeee!" chwilowo ochłodziło jej fryzjerski temperament. Ostatnio powiedziała, że już nawet nie pyta "Jak?", bo doskonale wie, co usłyszy: "Jak naaajmniieeeeeeej!".

"To co? Centymetr, jak zwykle?"

"Zaszalejmy, niech będzie 1,5" ;)

KONWERSACJA. Oczywiście nie lubię. Na szczęście w wykonaniu Pani Ewy jest nienachalna. Ale spotykałam na swojej drodze takie fryzjerki, które na siłę próbowały podtrzymywać rozmowę nawet wtedy, gdy z powodu huku suszarki nie słyszałam nawet własnych myśli.

MODELOWANIE. Nie lubię. Bolą mnie cebulki, a siedząc za zasłoną z własnych włosów staram się w pierwszej kolejności zignorować dyskomfort związany z nagłym kuciem w oko tudzież swędzeniem nosa. W drugie kolejności staram się nie zasnąć.

Najprzyjemniejszy moment to ten, w którym wreszcie wychodzę zamykając za sobą drzwi :) I to pod warunkiem, że nie jestem niezadowolona z efektu. Od ginekologa nigdy nie wyszłam niezadowolona ;)

 

Re

 

 

niedziela, 23 lutego 2014

 

Ceremonia zamknięcia igrzysk olimpijskich utwierdziła mnie w jednym - Vladimir Putin jest w moim typie. Smutne, wiem. Ale już dawno zauważyłam, że mam koszmarny gust, jeśli chodzi o mężczyzn. Generalnie lubię brzydkich. Im brzydszy, tym lepszy. Dość przypomnieć wpis, w którym razem z Halszką zachwycałyśmy się Dimitrijem Miedwiediewem zgodnie twierdząc, że jest ekstraordynaryjnie hegemoniczny. Niczym Leam Neeson (?!) Aż trudno uwierzyć, że z takimi upodobaniami wciąż jesteśmy niezamężne.

Kompromitującą rozmowę dotyczącą DM można przeczytać TU.

Ale Putin... On to dopiero jest ekstraordynaryjnie hegemoniczny. I ekstraordynaryjnie demoniczny. Może dlatego mi się podoba. I ta jego jaszczurowata fizjognomia... Jestem zboczona, wiem.

Wracając do ceremonii. Podobała mi się. Nie powiem, że nie. Ale bardziej pierwsze pół, niż drugie. Pod koniec już się trochę nudziłam. Za to bardzo przypadł mi do gustu fakt, że wpadkę z otwarcia potrafili obrócić na swoją korzyść, pokazując dziś dystans i poczucie humoru. Prezydent zapewne musiał wyrazić zgodę. A zatem potwierdza się teoria, że prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy ;)

 

http://eurosport.onet.pl/soczi-2014/soczi-2014-xxii-zimowe-igrzyska-olimpijskie-oficjalnie-zamkniete/3pblf

 

Re

 

Apdejt, nim Halszka zacznie się pluć w komentarzach :P Do wszystkich, którym nie będzie chciało się czytać naszego dialogu o DM. Na końcu doszłyśmy do wniosku, że wygląda jak kuzyn ze wsi, a nie prezydent atomowego mocarstwa, którym był wówczas ;)


piątek, 21 lutego 2014

 

Znamy się tyle lat, a ja nigdy nie zaprosiłam moich przyjaciół na strudel. Do wczoraj. Wczoraj była dobra okazja. Moje ostatnie urodziny trzeciego dziesięciolecia - ostatnie z dwójką na przedzie.

 

http://www.frommovietothekitchen.pl/2013/01/bekarty-wojny-strudel-jabkowy.html

 

Niestety nie wszyscy mogli przybyć, gdyż życie potoczyło im się lepiej i nie utknęli w tym smutnym jak najbardziej samotny wieloryb hometownie. Ale nikt nie zapomniał mi powinszować, za co jestem ogromnie wdzięczna. Nawet Wenus, która zwykle jest roztargniona, dała radę - wystarczyło jej tylko dwa razy przypomnieć :P Love U Wenus ;)

Tym, którzy zjawili się na strudel jestem podwójnie wdzięczna - nie tylko za obecność i życzenia (o, to nawet potrójnie), ale także za urocze upominki. 

Herbata i strudel - czegóż chcieć więcej w 29 urodziny ;)

 

 

Tymczasem kolejny rok nie przyniósł większych zmian - nie licząc utraty pracy. Ciągle zastanawiam się, czy powinnam rozpatrywać to w kategorii porażki czy szczęścia. Tak, jak i fakt, że każdy dzień zaczynam tabliczką czekolady lub/i kanapką z czekoladą lub/i gorącą czekoladą. Niby jest to spełnienie marzeń, a jednak... Ach te mieszane uczucia. 

Gdy startowały Kapelutki byłam młodą 24-letnią rusałką... A teraz? Marsowe czoło, kurze łapki i opadająca coraz bardziej powieka dramatycznego lemura. Grawitacja jest okropna. I cellulitis. Życzenia "stu lat" są w tym kontekście co najmniej nie na miejscu ;)

 

Regina

poniedziałek, 17 lutego 2014

 

Brak pracy ma swoje dobre strony. Wreszcie mam czas na swoje pasje. Łyżwy. Bieganie. Kino. Gorąca czekolada... Muszę przyznać, że luty jak dotąd upływa po znakiem relaksu. Relaksu, na który moje skołatane nerwy w pełni zasłużyły. I skołatana przeze mnie rodzina też.

Nerwica na ex-szefa jeszcze do końca mi nie minęła. Zwłaszcza, że w ostatnich dniach mojej pracy dowiedziałam się, że oto firma dostała długo wyczekiwany paszport do eksportu! Oraz że w związku z tym, jej właściciel nie zamierza czekać ani chwili, zabiera własny paszport i wyjeżdża. Cała sprawa owiana była tajemnicą. A ja byłam prawdopodobnie jedyna osobą, przed którą powyższe informacje ściśle utajono. O przyznaniu dotacji dowiedziałam się od zbłąkanego kontrahenta, który pomylił miejsce spotkania i zamiast do mieszkania ex-szefa przyjechał do biura. Kwestia "tajemniczego wyjazdu" obiła mi się o uszy już wcześniej, ale nie uruchamiałam źródeł, bo doszłam do wniosku, że zwyczajnie mam to w dupie. Oczywiście ostatecznie radosna wieść dotarła i do mnie na Przedmieście. Indie.

Swoją drogą byłaby to niezwykle przewrotna koincydencja, gdyby właśnie w Indiach ex-szefa dopadła KARMA odpowiedzialna za moje pracownicze krzywdy znoszone przez ostatnie 2 lata. Oczywiście, ja mu źle nie życzę...

नमस्ते! Re

 



czwartek, 06 lutego 2014

 

Głównie siedzę w barłogu i piszę listy motywacyjne. Zamiennie z: robię wszystko, żeby nie pisać listów motywacyjnych.

Heh, to jeszcze poniedziałkowa przygoda z PUP-em. Do urzędu dotarłam około godziny 10.00. Był to poniedziałek. Pierwszy roboczy dzień miesiąca. I pierwszy roboczy dzień po tym, jak jedna z miejscowych firm ogłosiła upadłość i kazała 200 pracownikom zająć się sobą. W tłumie szybko zawiązał się komitet kolejkowy, który bardzo sprawnie informował wciąż przybywających o tym, kto, gdzie, przed kim i za kim. "Tak, przed panem, który przede mną stoi pani, która poszła na papierosa, za nim jestem ja, a potem jeszcze dwie panie, które wyskoczyły na targ po ziemniaki". Kiedy już byłam tuż przy drzwiach pokoju rejestracji zażartowałam do pań za mną: "Najlepiej, jak się już jest w środku i się wtedy okazuje, że brakuje jakiegoś mało istotnego dokumentu". Po czym stwierdziłam, że w sumie to patrzyłam na moje świadectwa pracy, ale było to w biurze w nerwach, więc być może coś przeoczyłam... Zaiste przeoczyłam. Kutwa, gdybym popatrzyła godzinę wcześniej, to mogłabym podejść rzut beretem do firmy, ale teraz już byłam proszona do środka. Oczywiście okazało się, że pani nie może mnie zarejestrować, ale była na tyle uprzejma i zgodziła się na moją prośbę, że ja szybko uzupełnię, bo firma rzut beretem. W każdym razie wszystko trwało bite 4 godziny z życia.

Regina

 

niedziela, 26 stycznia 2014

 

Lubię niedzielne poranki. Takie, gdy jeszcze wszyscy śpią i nikt nie snuje się po domu bez sensu. Nikt poza mną. Wtedy kawa jakoś tak lepiej smakuje, jakoś tak milej jest i przyjemniej. Chyba jestem powołana do samotności.

Okres wypowiedzenia znoszę ciężko. Pierwszy tydzień to była masakra. Drugi minął lepiej, bo szef opiekował się dzieckiem chorym na ospę. W trzecim tygodniu stwierdziłam, że dużej nie wytrzymam. Dwa dni chodzenia bez czapki i majtek - cel osiągnięty. Rozchorowałam się, mam L4 do środy. Potem jeszcze tylko dwa dni i wolność. Pewnie przez te dwa dni dostanę w kość na pożegnanie, ale jakoś przecież przeżyję.

W czwartek byłam na pierwszej rozmowie kwalifikacyjnej. Firma super. Biznes z prawdziwego zdarzenia. No zobaczymy. Tego dnia miałam akurat atak zapalenia zatok, więc byłam lekko zadżumiona i nie zaprezentowałam siebie na 100%. Będzie, co ma być. 

 

Re

sobota, 18 stycznia 2014

 

18 stycznia jest 18. dniem w kalendarzu gregoriańskim. Do końca roku pozostało 347 dni. Słońce wzeszło o godzinie 7:35, zajdzie o 15.56. Dzień trwa 8 godzin i 21 minut i jest krótszy od najdłuższego dnia w roku o 8 godzin i 25 minut oraz dłuższy od najkrótszego o 39 minut. Słońce znajduje się w znaku Koziorożca. Księżyca ubywa. 

Imieniny obchodzą: Ammonia, Ammoniusz, Atenogenes, Beatrycze, Bogumił, Krystyna, Liberata, Lubart, Małgorzata, Monika, Pryska, Regina, Sędziwoj, Wenerand, Woluzjan i Zuzanna.

 

środa, 15 stycznia 2014

 

Dopadło mnie przeziębienie. W dodatku nie zdążyłam pójść do apteki, więc w mojej podręcznej apteczce lekomana nie mam żadnego procha poza etopiryną, nawet ibuprofenu, bez którego przecież praktycznie nie funkcjonuję. Napisałabym na fejsie, że leżę w łóżku i pilnie potrzebuję aspiryny, ale boję się, że ktoś faktycznie mi ją przyniesie, a mam okropny bałagan. Jak to w środę. 

Ostatnio w ogóle zrobiłam się straszna fleja. Wszystko przez Wenus i dzielenie z nią pokoju na studiach - wessała mój talent do utrzymywania porządku, a w zamian zaszczepiła chwast bałaganiarstwa. Teraz ona ma w domu błysk, a ja mieszkam w chlewie. Doktorze, czy to się leczy?

Dowiedziałam się dziś od mojego jeszcze-szefa, że mi nie zależy, więc nie wypełniam swoich obowiązków należycie, a przecież sama odrzuciłam możliwość urlopu, sama wolałam pracować, więc mam pracować. Żachnęłam się okropnie na to wierutne kłamstwo (że się obijam w sensie) i nagadałam mu do słuchu. A w zasadzie napisałam do oczu, po tym jak już wypaliłam trzy papierosy z rzędu hamując łzy kołyszące się na rzęsach. Wiedziałam, że jeszcze mam iść do ludzi, więc utrzymanie makijażu było przecież sprawą priorytetową. Co za palant. Ja pierdole. Nie jestem w stanie przesiedzieć osiem godzin w necie, bo po godzinie jestem znudzona jak dramatyczny lemur i naprawdę wolę pracować nawet  wtedy, gdy teoretycznie nie musiałabym. Najłatwiej jest zlecić pięć rzeczy do zrobienia jednocześnie, a potem zadzwonić znienacka i wymagać raportu. Bo sama nie chciałaś iść na urlop. No jasne, że nie chciałam, bo wolę dostać te marne grosze za nadgodziny, które i tak mi się należą. W sumie to faktycznie powinnam zaraz po otrzymaniu wypowiedzenia iść na L4, tak jak to radzili mi niektórzy znajomi. Ale mój imperatyw moralny nie pozwolił. A teraz z nerwów albo zejdę na zawał albo mnie zawiną w kaftan. W sumie zostało mi jeszcze 12 dni pracy, akurat żeby pochorować sobie. Imperatyw jakby osłabł. Zresztą nie bez przyczyny. Dziś bowiem czuję się jak kupa gówna, a jutro zapewne będzie jeszcze gorzej.

Wczoraj z Halszką byłyśmy na "Wilku z Wall Street". Leo faktycznie wsadził sobie świeczkę w tyłek! And the Oscar goes to...

 

Regina

niedziela, 12 stycznia 2014

 

Finał WOŚP zawsze wywołuje dużo emocji - niestety nie zawsze pozytywnych. Dlaczego niestety? Może nie jestem wielką fanką samej osoby Jerzego Owsiaka i jego hasła "Róbta co chceta", ale akcja charytatywna, którą uskutecznia już 22 rok z rzędu w obiektywnym osądzie powinna budzić tylko i wyłącznie dobre komentarze. Tak uważam. 

Jeśli czyjaś opinia wydaje mi się szczególnie trafna, to wybieram bramkę numer 1, w której siedzi Szymon Hołownia. Ten sam Szymon Hołownia, który kiedyś był moim religijnym guru. Ten sam, który zaczął mnie irytować, gdy stał się drugim naczelnym (po Marcinie Prokopie) bawidamkiem tvn-u. Tak czy owak Szymon Hołownia powiedział na temat WOŚP coś takiego:

Jurek Owsiak robi znakomitą robotę na swoim polu. Nie zawsze zgadzam się z jego sądami publicystycznymi, które coraz częściej i chętniej wygłasza. Sam prowadzę fundację charytatywną i mamy kompletnie odmienne sposoby działalności. Ja uważam, że można prowadzić ją zupełnie inaczej, ale wszyscy się na tym świecie zmieścimy. Jest tyle potrzeb, że znajdzie się miejsce i dla Jurka Owsiaka, i dla Medyny, i dla kliniki Budzik, i Caritasu i dla mnie.

Wydaje mi się, że Owsiak zrobił i robi bardzo dobrą robotę w swojej dziedzinie. Tych, którzy mają ochotę psioczyć, zachęcam, by włożyli trochę więcej wysiłku w to, żeby znaleźć sobie niszę, w której będą realizowali swoje potrzeby dobroczynne, znaleźć organizację, w której się odnajdą i po prostu regularnie ją wspierać. Nie robiłbym z tematu Owsiaka wielkiego sporu ideologicznego. Zrobił przez te 20 lat mnóstwo dobrego i niech mu się w tej działalności dalej wiedzie.

Cztery inne opinie wyrazili dla Gazety.pl także Łukasz Warzecha, Maciej Stuhr, Jadwiga Staniszkis i Mikołaj Lizut i można je przeczytać

tu.

Co mnie denerwuje natomiast. Denerwuje mnie, gdy ktoś wykorzystuje ideę pomocy charytatywnej do uprawiania marketingu. Podam przykład z własnego podwórka.

Przez ostatni tydzień w pracy kleiłam koperty na płyty cd z kilkoma wykonaniami miejscowego chóru śpiewającego gospel. Kleiłam i knułam w głowie zimną zemstę na moim szefie, aż w końcu pomyślałam, że może zainteresuje się tym, co kleję. Mniej więcej wiedziałam, o co cho - płyty mają być gadżetem wspomagającym zbiórkę pieniędzy dla WOŚP w jednej z galerii handlowych, a chór ma śpiewem zachęcać to wspierania wolontariuszy. Całe miasto obwieszone plakatami, promocja w lokalnej stacji radiowej i na fejsbuku. Niby wszystko ok. Ale coś mnie tknęło, żeby doczytać. I jak doczytałam, tak nie mogę dojść do siebie od piątku. Okazuje się, że nie ten, kto wesprze WOŚP dostanie płytę, a ten kto w rzeczonej galerii handlowej wyda na zakupy minimum 50 zł!!! A czy ktoś wrzuci piątaka do puszki wolontariusza WOŚP - to już jego prywatna sprawa i oczywiście galeria zachęca, ale w sumie to za bardzo się nie miesza.

Ciekawostką jest także fakt, że w administracji owej galerii pracuje szanowna małżonka mojego szefa, która całkiem przypadkiem śpiewa w chórze gospel, którego płyty rozdawane dziś jako gadżety robiła nasza agencja reklamowa. I wcale nie to najbardziej mnie kole, że manus manum lavat, ale to, że ktoś uprawia marketing wspinając się na plecach WOŚP. I w dodatku robi to chór wykonujący religijne utwory. Do spóły z galerią handlową. I w dodatku w niedzielę. ŻENUŁA.

Nikt nie jest ideałem, wiadomo. Sama wrzuciłam dziś pod kościołem na WOŚP jedynie 2 zł (gdyż nie miałam ze sobą portfela, a tylko tyle znalazłam w kieszeni kurtki), ale w piątek udzieliłam pomocy bezdomnemu mężczyźnie leżącemu na chodniku, a następnie gdy powiedział mi, że w zasadzie nic mu nie jest, tylko zasłabł z głodu, to poszłam i kupiłam mu jedzenie. Każdy pomaga według własnego sumienia. Każda pomoc się liczy. Pod warunkiem, że nie jest to pomoc niesiona samemu sobie kosztem innych.

Dobra. Wygadałam się. Kazanie było, to teraz czas na ogłoszenie parafialne. A tak poważnie, to ogromna prośba do tych, którzy przede wszystkim mają możliwość wspierania finansowego różnych akcji charytatywnych. Dziś oczywiście każdy wspiera Orkiestrę... Ale może jutro?

Naszego kolegę Krystiana, o którym pisałyśmy już kiedyś na Kapelutkach, czeka kolejna poważna operacja. Jeśli ktoś chciałby znów rzucić piątaka na jego leczenie, to wdzięczność nasza będzie przeogromna. 

Taka akcja, żebyś dał piątaka! - wpis o Krystianie

 

Wpis na "Grupa Wsparcia Rehabilitacji Krystiana Wasilewskiego" z 10 stycznia br.

Link do FB

Uwaga! Ogłaszamy zbiórkę na kolejną operację Krystiana, która odbędzie się 15 maja 2014 r. Potrzebne tysiąc osób, które mogłyby wpłacić po 13,-pln. Czy znajdzie się tyle osób?

Koszt leczenia operacyjnego: 10 300,-pln – wpłata miesiąc przed operacją.

Koszt konsultacji lekarskich (min.4) – 4x 350,-pln.

Koszt paliwa - dojazdy do/z Kraków-Poznań – własnym transportem 4x 280,-pln (przy aktualnej cenie ON).

Wpłaty prosimy dokonywać na konto:

FUNDACJA POMÓŻ DOROSNĄĆ, Al. Kalin 30, 05-500 Piaseczno 21 1090 1694 0000 0001 1008 2174 Przy darowiznach wystarczy wpisać w tytule przelewu "Na leczenie Krystiana Wasilewskiego".

 

 

 

Regina

 

 

13:02, kapelutki
Link Komentarze (1) »
niedziela, 05 stycznia 2014

Fascynuje mnie mechanizm dostrzegania i pomijania szczegółów charakterystyczny dla większości, jeśli nie dla wszystkich, mężczyzn.  Mówię o czymś znacznie poważniejszym niż widzenie lunetowe, które polega na tym, że w lodówce pełnej piwa/mleka/masła/whatever mężczyzna nie znajdzie żadnego w powyższych, nawet w liczbie 300, jeśli nie będzie leżało na półce na wprost na wysokości  jego oczu.

To, o czym mówię nazywam roboczo widzeniem wybiórczo-dochodzącym. W praktyce oznacza ono, że tylko niektóre obrazy, na jakie patrzą faceci, dochodzą do głowy i mózg jest w stanie je przetworzyć, inne natomiast dochodzą jedynie do oczu, facet rejestruje, że zobaczył jakiś obraz, ale jego mózg z niewiadomych powodów go odrzucił i nie przetrawił. Tym samym facet dowiaduje się tylko, że coś zobaczył, ale co to było, to już go chuja obchodzi. 

Widzenie wybiórczo-dochodzące ma jeszcze jedną właściwość – otóż niektóre z obrazów są z kolei tak ważne, że mężczyzna patrząc na nie w ułamku sekundy dochodzi do głębszej jego warstwy i dostrzega to, co dla innych ludzi (kobiet) jest niewidoczne.  Nie żebym coś do tego miała, po prostu mnie to fascynuje.

 

Przykład z domu wzięty. Małżonek mój, którego niezmiennie kocham i takie tam, wraca ze sklepu i mówi:

Pan M.: Spotkałem twoją osiedlową koleżankę  AB. Była na spacerze z dzieckiem. Powiedziałem jej cześć.

Ponieważ koleżanka AB ma bobasa w wieku podobnym do naszego, Jolanta zapytuje z ciekawości, ale także mając praktyczne powody, dla których ta wiedza jest jej potrzebna:

Jolanta: Miała gondolę czy spacerówkę?

Tutaj mała uwaga dla niewtajemniczonych – gondola to typ nadwozia wózka przeznaczony dla zupełnie małych, leżących bobasów, spacerówka natomiast to nadwozie dla bobasów siedzących i zafascynowanych otaczającym je światem. Różnica w wyglądzie tych typów nadwozia jest znaczna.

 

Dla zobrazowania:

Nadwozie typu gondola

gondola

 

 

Nadwozie typu spacerówka

spacerówka

 

Zaznaczam też, że małżowinek mój doskonale wie, jak wyglądają gondola i spacerówka, żeby nie było, że wymagam czegoś niemożliwego dla normalnych ludzi jak np. rozróżniania utworów R.E.M.*

 

Pan M.: Nie zauważyłem.

Nie zauważył. Przyjrzyjmy się bliżej tej sytuacji:  mężczyzna zauważa człowieka. Rozpoznaje w nim osiedlową koleżankę AB, mówi jej cześć (więc wiemy, że obraz człowieka dotarł od jego mózgu). Widzi też, że prowadzi ona wózek. Nie kosiarkę. Nie psa na smyczy. Wózek dziecięcy. Obraz wózka z niewiadomych powodów jednakże zatrzymuje się na poziomie oczu i nie dochodzi dalej. Kształt wózka zostaje poza świadomością mężczyzny.

Jolanta: Jak mogłeś nie zauważyć, czy gondola czy spacerówka?

Pan M.: Nie wiem. Nie zwróciłem uwagi.

Zwrócić lub nie uwagę to można na numer rejestracyjny przejeżdżającego obok auta, ale zwracanie lub nie uwagi na to, czy obok przejechało auto czy koń na jeźdźcy jest stwierdzeniem pełnym sprzeczności. To się po prostu widzi lub nie widzi się niczego, ani auta ani konia. 

Trudno – myślę – albo jestem z chłopem albo nie, powinnam się już przyzwyczaić. Spuściłam więc na to laskę milczenia.

 

Po południu poszliśmy SE z mężem  i synem na spacer. Syn w spacerówce, gwoli ścisłości. Minęła nas kobieta. Normalna. W zimowej kurtce, bo jest zima. Po jakimś czasie mąż nie wytrzymuje:

Pan M.: Widziałaś tę dziewczynę, co wchodziła do sklepu? Miała taaakie balony.

Jolanta: Skąd wiesz, jakie miała balony? Była w zimowej kurtce.

Pan M.: No jak to skąd? Zwracam uwagę na takie szczegóły. 

Zwraca uwagę na coś, na co nie da się zwrócić uwagi, bo tego NIE WIDAĆ.  

 

Dla zobrazowania:

Tak wygląda kobieta ze standardowej wielkości balonami w zimowej kurtce:

 

kobieta w zimie

 

 

A tak wygląda kobieta z taaakimi balonami w zimowej kurtce:

 

kobieta w zimie

 

Zatem widzenie wybiórczo-dochodzące z niewiadomych przyczyn zaprowadziło wzrok mężczyzny pod kurtkę i pozwoliło stwierdzić, że balony są ponadprzeciętnej wielkości.

Mężczyzna nazywa to „zwracaniem uwagi na szczegóły”. Mimo iż kobiety często zarzucają swoim, czy jakimkolwiek, mężczyznom problemy ze zwracaniem uwagi na szczegóły, mężczyźni uważają ten zarzut za absurdalny, ponieważ widzenie wybiórczo-dochodzące pozwala im na manewry wzrokiem takie, jak opisany powyżej, które w ich przekonaniu  załatwiają sprawę dostrzegania szczegółów i nie można im zarzucić ignorancji w tej kwestii.  Nie żeby mi to przeszkadzało. Fascynuje mnie to po prostu.  W końcu jestem z chłopem, nie? Musiałam się przyzwyczaić.

 

 

*  Gdyby przyszła Wam kiedyś ochota, aby zmierzyć się z niemożliwym, odsyłam w miejsce, które mam nadzieję przekona Was, że nie ma to sensu, bo wszystkie ich utwory brzmią dokładnie tak:   

 

 

JOL.

piątek, 03 stycznia 2014

 

Siedzę w pracy i okazuję memu szefu swoją nieprzejednaną pogardę ;)

Wiecie co? Jak tu się nie wkurwić? Przyszedł i mówi, żeby napisała tekst na aukcję WOŚP. I jeszcze:

- O którym to zdjęciu mówiłaś, żebyśmy wystawili?

- Nie mówiłam o żadnym zdjęciu.

- Mówiłaś, proponowałaś które. Tylko nie pamiętam, które. ( W domyśle: "W grudniu - kiedy jeszcze nie wiedziałaś, że planuję wyjebać cię z roboty, więc nadal wychodziłaś z inicjatywą i tryskałaś nowymi pomysłami.")

- Nie pamiętam.

Zatem wiecie, co mnie wkurwia? Zgadnijcie KTO w zeszłym roku zaproponował, żeby wystawić zdjęcie na licytację WOŚP? No kto? A wszyscy oczywiście gratulowali pomysłu komu innemu.

 

Regina (Grrr...)

 

środa, 01 stycznia 2014

 

Nie jestem tępą cipą. Mniej więcej od końca sierpnia miałam podejrzenia, że coś się święci. Do myślenia dały mi między innymi: kilkukrotne dopytywanie się, kiedy kończy się umowa z PUP o dofinansowanie miejsca pracy,  jak również mail, który pomyłkowo przyszedł na moja pocztę, sugerujący że nasza firma jest zainteresowana zatrudnieniem pracownika z orzeczeniem o niepełnosprawności (zakres obowiązków: MOJE), czy w końcu temat mego zaległego urlopu i nadgodzin, który nigdy nie był poruszany, nagle miał być pilnie konsultowany z księgową. Tak że obawy były, ale gdy dzieliłam się nimi z otoczeniem, to głównie słyszałam, że  to raczej niemożliwe, że mój szef byłby bardzo głupi, gdyby mnie zwolnił i że owszem sprawa jest mętna, ale gdyby coś, to na pewno powie mi o tym wcześniej. Sama zresztą także łudziłam się, że chociaż raz zachowa się wobec mnie honorowo. Że jeśli faktycznie chce mnie zwolnić, to zrobi to z klasą, że uprzedzi mnie trochę wcześniej. O słodka naiwności! Tego dnia szłam do pracy z myślą, że może w końcu przyzwoitość ludzka weźmie górę, że w moim szefu zwycięży jasna strona mocy i dostanę jakąś marną premię za tę ostatnią półroczną orkę. A tu... ZONK! Wypowiedzenie.

I jeszcze to pierdolenie o tym, że on już nie mooooże, że musi odpocząć, bo nie wyrabia, że chyba zawiesi działalność i oczywiście to nie moja wina, bo z mojej pracy zawsze był zadowolony. No trudno kurwa, żebyś nie był zadowolony, pierdolony wyzyskiwaczu bez klasy. Aha - i najlepsze. "Od dłuższego czasu mam problemy w domu, ale co ci o tym będę mówił. W każdym razie problemy te wynikają z pracy, więc sama rozumiesz..." Co kurwa rozumiem? Że szanowna małżonka, która od dnia, w którym się poznałyśmy, traktuje mnie z pogardą, jest zazdrosna i boi się "konkurencji", jak to raczyła mnie określić przy pierwszym spotkaniu (mierząc mnie of kors z góry na dół dwukrotnie). Możesz jej przekazać, że nawet gdybyś był ostatnim facetem na ziemi, to brudną szmatą na kiju bym cię nie dotknęła.

Oczywiście chciał rozwiązania umowy za porozumieniem stron. Oczywiście się nie zgodziłam, więc jest likwidacja miejsca pracy.

Zaraz po otrzymaniu szczęśliwych wieści, zaczęłam je rozgłaszać wśród przyjaciół, znajomych i rodziny.

Pan Dziwny: Faktycznie się cieszysz, czy raczej próbujesz odreagować?

Regina: Nie wiem sama, to chyba szok pourazowy.

Żeby było ciekawiej, dzięki zwolnieniu, muszę zrezygnować ze zleceń od innej firmy, gdyż w przeciwnym razie nie dostanę zasiłku dla bezrobotnych. Tak że de facto tracę nie jedną pracę, a dwie. 

Jeszcze tego samego dnia wstąpiłam do kancelarii Kasi B., żeby się wyżalić i poszukać luk w prawodawstwie. Potem spotkałam się też z Halszką. 

Halszka: Jak na osobę bezrobotną, to i tak nieźle ci się powodzi, skoro miałaś dzisiaj już dwie konsultacje prawne.

...

Regina: W sumie to żaden moment teraz nie byłby dobry. Najpierw Boże Narodzenie. Teraz Sylwester. Potem moje imieniny. Potem moje urodziny...

Halszka: Potem Wielkanoc... ;)

...

Regina: Może to ten moment, w którym trzeba rzucić wszystko i wyjechać do Toskanii...

Halszka: Toscana - kiwnęła w stronę konsumowanej właśnie przez nas pizzy. - Nie chcę nic mówić, ale ostatni raz pojechałaś do Toskanii, gdy byłaś bezrobotna, więc może to znak ;)

Wiem, że wielokrotnie mówiłam, że muszę zmienić pracę, że ciągle wylewałam na znajomych żale zawodowe, ale to JA, TO JA MIAŁAM ODEJŚĆ.

Pan Dziwny: Mogłaś rozegrać to filmowo: You're fired! No! I quit!

No właśnie nie mogłam. Zasiłek dla bezrobotnych w wysokości 590 zł wziął górę nad honorem.

Pocieszanie w stylu: "Znajdziesz szybko coś innego" zupełnie nie działa. Jak dziś pamiętam 8-miesięczną katorgę poszukiwania pracy i horrendalną frustrację jej towarzyszącą. Nie dołuje mnie fakt utraty pracy. Przerażają mnie perspektywy znalezienia innej.

Tak, że tak. Teraz nie tylko jestem niezamężna, ale jeszcze bezrobotna. 10-lecie matury zapowiada się katastrofalnie. Będę musiała udawać, że jestem freelancerem, a mój chłopak wyjechał na platformę wiertniczą do Kanady. 

With special thanks to...

 

 

 From Regina with Hate.

 

Ps. To jeszcze krótko o moim Sylwestrze.

O 21.00 poszłam spać.

O 23.30 obudziły mnie pierwsze wystrzały. Próbowałam je zignorować, ale bez skutku.

O 23.45 zrobiłam sobie drinka na bazie Johnnie Walkera, którego w minionym roku dostałam nie od kogo innego, jak od szefa mego, w ramach wysokoprocentowej premii urodzinowej.

O północy wyszłam na balkon i zapaliłam papierocha.

Od 0.09 do 0.34 próbowałam zasnąć, wbrew trwającym fajerwerkom.

O 0.36 przyszedł pierwszy sms z życzeniami.

O O.57 przyszedł ostatni sms z życzeniami.

Od 1.00 do 2.30 przewracałam się z boku na bok.

O 2.31 włączyłam laptopa.

Od 2.33 do 4.01 siedziałam w necie.

Od 4.02 do 5.30 ponownie przewracałam się z boku na bok.

O 5.31 moje mięśnie powiedziały, że chcą iść spać i zaczęły mi omdlewać, głowa powiedziała, że ma to w dupie.

Około 6.40 zasnęłam.

O 8.09 obudziłam się i obecnie czuję się, jak zombie.

 

wtorek, 31 grudnia 2013

 

Jeśli ktoś pomyślał, że Regina zapomniała wczoraj o piątych urodzinach Kapelutków jest w błędzie. Po prostu inne wydarzenie przyćmiło radość z jubileuszu.

Otóż o godzinie 12.06 Reginę wyjebawszy. Z pracy.

Szczęśliwego nowego roku!

 

 

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Dziś przypada nam piąta rocznica istnienia blogaska. Chciałabym napisać, że pamiętam jak dziś… i w sumie napiszę – pamiętam jak dziś, kiedy w naszej, wówczas wspólnej z Reginą, głowie narodził się pomysł stworzenia bloga, który miał być szybkim i krótkim remedium na ból istnienia i czarnej dupy rzeczywistości, jaki nam wtenczas doskwierał. Miało być doraźnie a wyszło na lata. No tak czasem bywa. Pokochałyśmy ten nasz mały wirtualny przytulny kapelutek i, pomimo kilku prób zakończenia jego żywota, nadal w nim siedzimy.

Podsumowanie blogaska kiedyś juz robiłam, nie będę się zatem zapuszczać w te tereny. Dodam tylko, że trochę martwi mnie kierunek, w jakim kapelutki obecnie zmierzają. Mianowice mam wrażenie, że nasz niegdyś wspólny kapelutek stanął teraz w rozkroku pomiędzy czymś na kształt bobo-bloga a bloga kobiecego (dzięki Bogu  nadal sporo na nim o depresji J). Gdzieś w tym rozkroku zagubił się dawny duch fioletowego kapelutka, który z subtelnym cynizmem, lekką nutką dekadencji, bezwzględną inteligencją oraz jajem i wątkiem kryminalnym opowiadał o zwykłym życiu dwóch niezwykłych, krejzi nastolatek... Stop, ku**a! Nie, jakich nastolatek? J Opowiadał o czarnej (a czasem różowej) dupie rzeczywistości  Jolanty z Chudowa (która, jeśli nie wszyscy pamiętają,  została zamurowana żywcem za odmowę zamążpójścia) oraz Reginy Falangi (tak tak, z tych Falangich :P), które od czasu do czasu ściągały korony i zakładały ordynarne kapelutki, aby szczęśliwcom, którzy trafili w te rejony internetu łatwiej było znieść miałkość innych jego rejonów oraz czarną dupę ich własnej rzeczywistości.  

A może mi się zdaje. Może nigdy nie było subtelnego cynizmu, lekkiej nutki  dekadencji, bezwzględnej inteligencji, jaja i wątku kryminalnego… No dobra, bezwzględna inteligencja była, nie kokietujmy, bo i tak nikt w to nie uwierzy, ale cała reszta… nie wiem. Huivi – cytując klasyka.  Może mi się przyśniło.

Faktem jest natomiast, że blogasek ten to kawał historii życia mojego i Reginy (tzn. nie naszego wspólnego, choć przez jakiś czas mieszkałyśmy razem, za ścianą znaczy się), na tym blogu napisałam w bólach pracę magisterską,  wpadłam w rów mariański czarnego kapelutka, wypiłam jakieś sześć… set  hektolitrów kawy, skończyłam studia, wyjechałam na ciężkie roboty na obczyznę, wróciłam w chwale i glorii, wyszłam za Pana M., znalazłam pracę marzeń, urodziłam syna, posadziłam drzewko szczęścia, kupiłam mieszkanie a teraz wytrwale rzygam tęczą testując Waszą i swoją cierpliwość J Kawał życia. I jakoś ciężko byłoby mi się rozstać z tym blogiem, choć całkiem niedawno miałam taką myśl.

Zastanawia mnie też do czego to zmierza. Tzn. do kiedy będziemy pisać kapelutki? Czy wnuki Wenus będą go czytać? Jaki to będzie miało na nie wpływ? Czy to dobrze, że zaczęłyśmy go w ogóle pisać? Dokąd zmierzamy? Skąd przychodzimy? I tradycyjnie już – kiedy wynajdę koło?

 

Żeby nie marudzić i żeby nasza, odnaleziona po latach, czytelniczka Ela nie usnęła z nudów powiem tylko: dzięki Ci Regino za bycie przez tyle lat wytrwałym (i często tym wytrwalszym :) ) współ-kapelutkiem i Wam, Panie i Panowie, za te lata wirtualnego życia, cieszę się, że niektórych z Was poznałam w rzeczywistości i, że okazało się, że rzeczywistość ta nie była ani dupna ani czarna :)

Wszystkiego zatem! :)

 

http://www.clickypix.com/dogs-wearing-hats-34-cute-pictures/

więcej psów w kapelutkach TUTAJ

 

JOL.

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl