Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.
niedziela, 26 stycznia 2014

 

Lubię niedzielne poranki. Takie, gdy jeszcze wszyscy śpią i nikt nie snuje się po domu bez sensu. Nikt poza mną. Wtedy kawa jakoś tak lepiej smakuje, jakoś tak milej jest i przyjemniej. Chyba jestem powołana do samotności.

Okres wypowiedzenia znoszę ciężko. Pierwszy tydzień to była masakra. Drugi minął lepiej, bo szef opiekował się dzieckiem chorym na ospę. W trzecim tygodniu stwierdziłam, że dużej nie wytrzymam. Dwa dni chodzenia bez czapki i majtek - cel osiągnięty. Rozchorowałam się, mam L4 do środy. Potem jeszcze tylko dwa dni i wolność. Pewnie przez te dwa dni dostanę w kość na pożegnanie, ale jakoś przecież przeżyję.

W czwartek byłam na pierwszej rozmowie kwalifikacyjnej. Firma super. Biznes z prawdziwego zdarzenia. No zobaczymy. Tego dnia miałam akurat atak zapalenia zatok, więc byłam lekko zadżumiona i nie zaprezentowałam siebie na 100%. Będzie, co ma być. 

 

Re

sobota, 18 stycznia 2014

 

18 stycznia jest 18. dniem w kalendarzu gregoriańskim. Do końca roku pozostało 347 dni. Słońce wzeszło o godzinie 7:35, zajdzie o 15.56. Dzień trwa 8 godzin i 21 minut i jest krótszy od najdłuższego dnia w roku o 8 godzin i 25 minut oraz dłuższy od najkrótszego o 39 minut. Słońce znajduje się w znaku Koziorożca. Księżyca ubywa. 

Imieniny obchodzą: Ammonia, Ammoniusz, Atenogenes, Beatrycze, Bogumił, Krystyna, Liberata, Lubart, Małgorzata, Monika, Pryska, Regina, Sędziwoj, Wenerand, Woluzjan i Zuzanna.

 

środa, 15 stycznia 2014

 

Dopadło mnie przeziębienie. W dodatku nie zdążyłam pójść do apteki, więc w mojej podręcznej apteczce lekomana nie mam żadnego procha poza etopiryną, nawet ibuprofenu, bez którego przecież praktycznie nie funkcjonuję. Napisałabym na fejsie, że leżę w łóżku i pilnie potrzebuję aspiryny, ale boję się, że ktoś faktycznie mi ją przyniesie, a mam okropny bałagan. Jak to w środę. 

Ostatnio w ogóle zrobiłam się straszna fleja. Wszystko przez Wenus i dzielenie z nią pokoju na studiach - wessała mój talent do utrzymywania porządku, a w zamian zaszczepiła chwast bałaganiarstwa. Teraz ona ma w domu błysk, a ja mieszkam w chlewie. Doktorze, czy to się leczy?

Dowiedziałam się dziś od mojego jeszcze-szefa, że mi nie zależy, więc nie wypełniam swoich obowiązków należycie, a przecież sama odrzuciłam możliwość urlopu, sama wolałam pracować, więc mam pracować. Żachnęłam się okropnie na to wierutne kłamstwo (że się obijam w sensie) i nagadałam mu do słuchu. A w zasadzie napisałam do oczu, po tym jak już wypaliłam trzy papierosy z rzędu hamując łzy kołyszące się na rzęsach. Wiedziałam, że jeszcze mam iść do ludzi, więc utrzymanie makijażu było przecież sprawą priorytetową. Co za palant. Ja pierdole. Nie jestem w stanie przesiedzieć osiem godzin w necie, bo po godzinie jestem znudzona jak dramatyczny lemur i naprawdę wolę pracować nawet  wtedy, gdy teoretycznie nie musiałabym. Najłatwiej jest zlecić pięć rzeczy do zrobienia jednocześnie, a potem zadzwonić znienacka i wymagać raportu. Bo sama nie chciałaś iść na urlop. No jasne, że nie chciałam, bo wolę dostać te marne grosze za nadgodziny, które i tak mi się należą. W sumie to faktycznie powinnam zaraz po otrzymaniu wypowiedzenia iść na L4, tak jak to radzili mi niektórzy znajomi. Ale mój imperatyw moralny nie pozwolił. A teraz z nerwów albo zejdę na zawał albo mnie zawiną w kaftan. W sumie zostało mi jeszcze 12 dni pracy, akurat żeby pochorować sobie. Imperatyw jakby osłabł. Zresztą nie bez przyczyny. Dziś bowiem czuję się jak kupa gówna, a jutro zapewne będzie jeszcze gorzej.

Wczoraj z Halszką byłyśmy na "Wilku z Wall Street". Leo faktycznie wsadził sobie świeczkę w tyłek! And the Oscar goes to...

 

Regina

niedziela, 12 stycznia 2014

 

Finał WOŚP zawsze wywołuje dużo emocji - niestety nie zawsze pozytywnych. Dlaczego niestety? Może nie jestem wielką fanką samej osoby Jerzego Owsiaka i jego hasła "Róbta co chceta", ale akcja charytatywna, którą uskutecznia już 22 rok z rzędu w obiektywnym osądzie powinna budzić tylko i wyłącznie dobre komentarze. Tak uważam. 

Jeśli czyjaś opinia wydaje mi się szczególnie trafna, to wybieram bramkę numer 1, w której siedzi Szymon Hołownia. Ten sam Szymon Hołownia, który kiedyś był moim religijnym guru. Ten sam, który zaczął mnie irytować, gdy stał się drugim naczelnym (po Marcinie Prokopie) bawidamkiem tvn-u. Tak czy owak Szymon Hołownia powiedział na temat WOŚP coś takiego:

Jurek Owsiak robi znakomitą robotę na swoim polu. Nie zawsze zgadzam się z jego sądami publicystycznymi, które coraz częściej i chętniej wygłasza. Sam prowadzę fundację charytatywną i mamy kompletnie odmienne sposoby działalności. Ja uważam, że można prowadzić ją zupełnie inaczej, ale wszyscy się na tym świecie zmieścimy. Jest tyle potrzeb, że znajdzie się miejsce i dla Jurka Owsiaka, i dla Medyny, i dla kliniki Budzik, i Caritasu i dla mnie.

Wydaje mi się, że Owsiak zrobił i robi bardzo dobrą robotę w swojej dziedzinie. Tych, którzy mają ochotę psioczyć, zachęcam, by włożyli trochę więcej wysiłku w to, żeby znaleźć sobie niszę, w której będą realizowali swoje potrzeby dobroczynne, znaleźć organizację, w której się odnajdą i po prostu regularnie ją wspierać. Nie robiłbym z tematu Owsiaka wielkiego sporu ideologicznego. Zrobił przez te 20 lat mnóstwo dobrego i niech mu się w tej działalności dalej wiedzie.

Cztery inne opinie wyrazili dla Gazety.pl także Łukasz Warzecha, Maciej Stuhr, Jadwiga Staniszkis i Mikołaj Lizut i można je przeczytać

tu.

Co mnie denerwuje natomiast. Denerwuje mnie, gdy ktoś wykorzystuje ideę pomocy charytatywnej do uprawiania marketingu. Podam przykład z własnego podwórka.

Przez ostatni tydzień w pracy kleiłam koperty na płyty cd z kilkoma wykonaniami miejscowego chóru śpiewającego gospel. Kleiłam i knułam w głowie zimną zemstę na moim szefie, aż w końcu pomyślałam, że może zainteresuje się tym, co kleję. Mniej więcej wiedziałam, o co cho - płyty mają być gadżetem wspomagającym zbiórkę pieniędzy dla WOŚP w jednej z galerii handlowych, a chór ma śpiewem zachęcać to wspierania wolontariuszy. Całe miasto obwieszone plakatami, promocja w lokalnej stacji radiowej i na fejsbuku. Niby wszystko ok. Ale coś mnie tknęło, żeby doczytać. I jak doczytałam, tak nie mogę dojść do siebie od piątku. Okazuje się, że nie ten, kto wesprze WOŚP dostanie płytę, a ten kto w rzeczonej galerii handlowej wyda na zakupy minimum 50 zł!!! A czy ktoś wrzuci piątaka do puszki wolontariusza WOŚP - to już jego prywatna sprawa i oczywiście galeria zachęca, ale w sumie to za bardzo się nie miesza.

Ciekawostką jest także fakt, że w administracji owej galerii pracuje szanowna małżonka mojego szefa, która całkiem przypadkiem śpiewa w chórze gospel, którego płyty rozdawane dziś jako gadżety robiła nasza agencja reklamowa. I wcale nie to najbardziej mnie kole, że manus manum lavat, ale to, że ktoś uprawia marketing wspinając się na plecach WOŚP. I w dodatku robi to chór wykonujący religijne utwory. Do spóły z galerią handlową. I w dodatku w niedzielę. ŻENUŁA.

Nikt nie jest ideałem, wiadomo. Sama wrzuciłam dziś pod kościołem na WOŚP jedynie 2 zł (gdyż nie miałam ze sobą portfela, a tylko tyle znalazłam w kieszeni kurtki), ale w piątek udzieliłam pomocy bezdomnemu mężczyźnie leżącemu na chodniku, a następnie gdy powiedział mi, że w zasadzie nic mu nie jest, tylko zasłabł z głodu, to poszłam i kupiłam mu jedzenie. Każdy pomaga według własnego sumienia. Każda pomoc się liczy. Pod warunkiem, że nie jest to pomoc niesiona samemu sobie kosztem innych.

Dobra. Wygadałam się. Kazanie było, to teraz czas na ogłoszenie parafialne. A tak poważnie, to ogromna prośba do tych, którzy przede wszystkim mają możliwość wspierania finansowego różnych akcji charytatywnych. Dziś oczywiście każdy wspiera Orkiestrę... Ale może jutro?

Naszego kolegę Krystiana, o którym pisałyśmy już kiedyś na Kapelutkach, czeka kolejna poważna operacja. Jeśli ktoś chciałby znów rzucić piątaka na jego leczenie, to wdzięczność nasza będzie przeogromna. 

Taka akcja, żebyś dał piątaka! - wpis o Krystianie

 

Wpis na "Grupa Wsparcia Rehabilitacji Krystiana Wasilewskiego" z 10 stycznia br.

Link do FB

Uwaga! Ogłaszamy zbiórkę na kolejną operację Krystiana, która odbędzie się 15 maja 2014 r. Potrzebne tysiąc osób, które mogłyby wpłacić po 13,-pln. Czy znajdzie się tyle osób?

Koszt leczenia operacyjnego: 10 300,-pln – wpłata miesiąc przed operacją.

Koszt konsultacji lekarskich (min.4) – 4x 350,-pln.

Koszt paliwa - dojazdy do/z Kraków-Poznań – własnym transportem 4x 280,-pln (przy aktualnej cenie ON).

Wpłaty prosimy dokonywać na konto:

FUNDACJA POMÓŻ DOROSNĄĆ, Al. Kalin 30, 05-500 Piaseczno 21 1090 1694 0000 0001 1008 2174 Przy darowiznach wystarczy wpisać w tytule przelewu "Na leczenie Krystiana Wasilewskiego".

 

 

 

Regina

 

 

13:02, kapelutki
Link Komentarze (1) »
niedziela, 05 stycznia 2014

Fascynuje mnie mechanizm dostrzegania i pomijania szczegółów charakterystyczny dla większości, jeśli nie dla wszystkich, mężczyzn.  Mówię o czymś znacznie poważniejszym niż widzenie lunetowe, które polega na tym, że w lodówce pełnej piwa/mleka/masła/whatever mężczyzna nie znajdzie żadnego w powyższych, nawet w liczbie 300, jeśli nie będzie leżało na półce na wprost na wysokości  jego oczu.

To, o czym mówię nazywam roboczo widzeniem wybiórczo-dochodzącym. W praktyce oznacza ono, że tylko niektóre obrazy, na jakie patrzą faceci, dochodzą do głowy i mózg jest w stanie je przetworzyć, inne natomiast dochodzą jedynie do oczu, facet rejestruje, że zobaczył jakiś obraz, ale jego mózg z niewiadomych powodów go odrzucił i nie przetrawił. Tym samym facet dowiaduje się tylko, że coś zobaczył, ale co to było, to już go chuja obchodzi. 

Widzenie wybiórczo-dochodzące ma jeszcze jedną właściwość – otóż niektóre z obrazów są z kolei tak ważne, że mężczyzna patrząc na nie w ułamku sekundy dochodzi do głębszej jego warstwy i dostrzega to, co dla innych ludzi (kobiet) jest niewidoczne.  Nie żebym coś do tego miała, po prostu mnie to fascynuje.

 

Przykład z domu wzięty. Małżonek mój, którego niezmiennie kocham i takie tam, wraca ze sklepu i mówi:

Pan M.: Spotkałem twoją osiedlową koleżankę  AB. Była na spacerze z dzieckiem. Powiedziałem jej cześć.

Ponieważ koleżanka AB ma bobasa w wieku podobnym do naszego, Jolanta zapytuje z ciekawości, ale także mając praktyczne powody, dla których ta wiedza jest jej potrzebna:

Jolanta: Miała gondolę czy spacerówkę?

Tutaj mała uwaga dla niewtajemniczonych – gondola to typ nadwozia wózka przeznaczony dla zupełnie małych, leżących bobasów, spacerówka natomiast to nadwozie dla bobasów siedzących i zafascynowanych otaczającym je światem. Różnica w wyglądzie tych typów nadwozia jest znaczna.

 

Dla zobrazowania:

Nadwozie typu gondola

gondola

 

 

Nadwozie typu spacerówka

spacerówka

 

Zaznaczam też, że małżowinek mój doskonale wie, jak wyglądają gondola i spacerówka, żeby nie było, że wymagam czegoś niemożliwego dla normalnych ludzi jak np. rozróżniania utworów R.E.M.*

 

Pan M.: Nie zauważyłem.

Nie zauważył. Przyjrzyjmy się bliżej tej sytuacji:  mężczyzna zauważa człowieka. Rozpoznaje w nim osiedlową koleżankę AB, mówi jej cześć (więc wiemy, że obraz człowieka dotarł od jego mózgu). Widzi też, że prowadzi ona wózek. Nie kosiarkę. Nie psa na smyczy. Wózek dziecięcy. Obraz wózka z niewiadomych powodów jednakże zatrzymuje się na poziomie oczu i nie dochodzi dalej. Kształt wózka zostaje poza świadomością mężczyzny.

Jolanta: Jak mogłeś nie zauważyć, czy gondola czy spacerówka?

Pan M.: Nie wiem. Nie zwróciłem uwagi.

Zwrócić lub nie uwagę to można na numer rejestracyjny przejeżdżającego obok auta, ale zwracanie lub nie uwagi na to, czy obok przejechało auto czy koń na jeźdźcy jest stwierdzeniem pełnym sprzeczności. To się po prostu widzi lub nie widzi się niczego, ani auta ani konia. 

Trudno – myślę – albo jestem z chłopem albo nie, powinnam się już przyzwyczaić. Spuściłam więc na to laskę milczenia.

 

Po południu poszliśmy SE z mężem  i synem na spacer. Syn w spacerówce, gwoli ścisłości. Minęła nas kobieta. Normalna. W zimowej kurtce, bo jest zima. Po jakimś czasie mąż nie wytrzymuje:

Pan M.: Widziałaś tę dziewczynę, co wchodziła do sklepu? Miała taaakie balony.

Jolanta: Skąd wiesz, jakie miała balony? Była w zimowej kurtce.

Pan M.: No jak to skąd? Zwracam uwagę na takie szczegóły. 

Zwraca uwagę na coś, na co nie da się zwrócić uwagi, bo tego NIE WIDAĆ.  

 

Dla zobrazowania:

Tak wygląda kobieta ze standardowej wielkości balonami w zimowej kurtce:

 

kobieta w zimie

 

 

A tak wygląda kobieta z taaakimi balonami w zimowej kurtce:

 

kobieta w zimie

 

Zatem widzenie wybiórczo-dochodzące z niewiadomych przyczyn zaprowadziło wzrok mężczyzny pod kurtkę i pozwoliło stwierdzić, że balony są ponadprzeciętnej wielkości.

Mężczyzna nazywa to „zwracaniem uwagi na szczegóły”. Mimo iż kobiety często zarzucają swoim, czy jakimkolwiek, mężczyznom problemy ze zwracaniem uwagi na szczegóły, mężczyźni uważają ten zarzut za absurdalny, ponieważ widzenie wybiórczo-dochodzące pozwala im na manewry wzrokiem takie, jak opisany powyżej, które w ich przekonaniu  załatwiają sprawę dostrzegania szczegółów i nie można im zarzucić ignorancji w tej kwestii.  Nie żeby mi to przeszkadzało. Fascynuje mnie to po prostu.  W końcu jestem z chłopem, nie? Musiałam się przyzwyczaić.

 

 

*  Gdyby przyszła Wam kiedyś ochota, aby zmierzyć się z niemożliwym, odsyłam w miejsce, które mam nadzieję przekona Was, że nie ma to sensu, bo wszystkie ich utwory brzmią dokładnie tak:   

 

 

JOL.

piątek, 03 stycznia 2014

 

Siedzę w pracy i okazuję memu szefu swoją nieprzejednaną pogardę ;)

Wiecie co? Jak tu się nie wkurwić? Przyszedł i mówi, żeby napisała tekst na aukcję WOŚP. I jeszcze:

- O którym to zdjęciu mówiłaś, żebyśmy wystawili?

- Nie mówiłam o żadnym zdjęciu.

- Mówiłaś, proponowałaś które. Tylko nie pamiętam, które. ( W domyśle: "W grudniu - kiedy jeszcze nie wiedziałaś, że planuję wyjebać cię z roboty, więc nadal wychodziłaś z inicjatywą i tryskałaś nowymi pomysłami.")

- Nie pamiętam.

Zatem wiecie, co mnie wkurwia? Zgadnijcie KTO w zeszłym roku zaproponował, żeby wystawić zdjęcie na licytację WOŚP? No kto? A wszyscy oczywiście gratulowali pomysłu komu innemu.

 

Regina (Grrr...)

 

środa, 01 stycznia 2014

 

Nie jestem tępą cipą. Mniej więcej od końca sierpnia miałam podejrzenia, że coś się święci. Do myślenia dały mi między innymi: kilkukrotne dopytywanie się, kiedy kończy się umowa z PUP o dofinansowanie miejsca pracy,  jak również mail, który pomyłkowo przyszedł na moja pocztę, sugerujący że nasza firma jest zainteresowana zatrudnieniem pracownika z orzeczeniem o niepełnosprawności (zakres obowiązków: MOJE), czy w końcu temat mego zaległego urlopu i nadgodzin, który nigdy nie był poruszany, nagle miał być pilnie konsultowany z księgową. Tak że obawy były, ale gdy dzieliłam się nimi z otoczeniem, to głównie słyszałam, że  to raczej niemożliwe, że mój szef byłby bardzo głupi, gdyby mnie zwolnił i że owszem sprawa jest mętna, ale gdyby coś, to na pewno powie mi o tym wcześniej. Sama zresztą także łudziłam się, że chociaż raz zachowa się wobec mnie honorowo. Że jeśli faktycznie chce mnie zwolnić, to zrobi to z klasą, że uprzedzi mnie trochę wcześniej. O słodka naiwności! Tego dnia szłam do pracy z myślą, że może w końcu przyzwoitość ludzka weźmie górę, że w moim szefu zwycięży jasna strona mocy i dostanę jakąś marną premię za tę ostatnią półroczną orkę. A tu... ZONK! Wypowiedzenie.

I jeszcze to pierdolenie o tym, że on już nie mooooże, że musi odpocząć, bo nie wyrabia, że chyba zawiesi działalność i oczywiście to nie moja wina, bo z mojej pracy zawsze był zadowolony. No trudno kurwa, żebyś nie był zadowolony, pierdolony wyzyskiwaczu bez klasy. Aha - i najlepsze. "Od dłuższego czasu mam problemy w domu, ale co ci o tym będę mówił. W każdym razie problemy te wynikają z pracy, więc sama rozumiesz..." Co kurwa rozumiem? Że szanowna małżonka, która od dnia, w którym się poznałyśmy, traktuje mnie z pogardą, jest zazdrosna i boi się "konkurencji", jak to raczyła mnie określić przy pierwszym spotkaniu (mierząc mnie of kors z góry na dół dwukrotnie). Możesz jej przekazać, że nawet gdybyś był ostatnim facetem na ziemi, to brudną szmatą na kiju bym cię nie dotknęła.

Oczywiście chciał rozwiązania umowy za porozumieniem stron. Oczywiście się nie zgodziłam, więc jest likwidacja miejsca pracy.

Zaraz po otrzymaniu szczęśliwych wieści, zaczęłam je rozgłaszać wśród przyjaciół, znajomych i rodziny.

Pan Dziwny: Faktycznie się cieszysz, czy raczej próbujesz odreagować?

Regina: Nie wiem sama, to chyba szok pourazowy.

Żeby było ciekawiej, dzięki zwolnieniu, muszę zrezygnować ze zleceń od innej firmy, gdyż w przeciwnym razie nie dostanę zasiłku dla bezrobotnych. Tak że de facto tracę nie jedną pracę, a dwie. 

Jeszcze tego samego dnia wstąpiłam do kancelarii Kasi B., żeby się wyżalić i poszukać luk w prawodawstwie. Potem spotkałam się też z Halszką. 

Halszka: Jak na osobę bezrobotną, to i tak nieźle ci się powodzi, skoro miałaś dzisiaj już dwie konsultacje prawne.

...

Regina: W sumie to żaden moment teraz nie byłby dobry. Najpierw Boże Narodzenie. Teraz Sylwester. Potem moje imieniny. Potem moje urodziny...

Halszka: Potem Wielkanoc... ;)

...

Regina: Może to ten moment, w którym trzeba rzucić wszystko i wyjechać do Toskanii...

Halszka: Toscana - kiwnęła w stronę konsumowanej właśnie przez nas pizzy. - Nie chcę nic mówić, ale ostatni raz pojechałaś do Toskanii, gdy byłaś bezrobotna, więc może to znak ;)

Wiem, że wielokrotnie mówiłam, że muszę zmienić pracę, że ciągle wylewałam na znajomych żale zawodowe, ale to JA, TO JA MIAŁAM ODEJŚĆ.

Pan Dziwny: Mogłaś rozegrać to filmowo: You're fired! No! I quit!

No właśnie nie mogłam. Zasiłek dla bezrobotnych w wysokości 590 zł wziął górę nad honorem.

Pocieszanie w stylu: "Znajdziesz szybko coś innego" zupełnie nie działa. Jak dziś pamiętam 8-miesięczną katorgę poszukiwania pracy i horrendalną frustrację jej towarzyszącą. Nie dołuje mnie fakt utraty pracy. Przerażają mnie perspektywy znalezienia innej.

Tak, że tak. Teraz nie tylko jestem niezamężna, ale jeszcze bezrobotna. 10-lecie matury zapowiada się katastrofalnie. Będę musiała udawać, że jestem freelancerem, a mój chłopak wyjechał na platformę wiertniczą do Kanady. 

With special thanks to...

 

 

 From Regina with Hate.

 

Ps. To jeszcze krótko o moim Sylwestrze.

O 21.00 poszłam spać.

O 23.30 obudziły mnie pierwsze wystrzały. Próbowałam je zignorować, ale bez skutku.

O 23.45 zrobiłam sobie drinka na bazie Johnnie Walkera, którego w minionym roku dostałam nie od kogo innego, jak od szefa mego, w ramach wysokoprocentowej premii urodzinowej.

O północy wyszłam na balkon i zapaliłam papierocha.

Od 0.09 do 0.34 próbowałam zasnąć, wbrew trwającym fajerwerkom.

O 0.36 przyszedł pierwszy sms z życzeniami.

O O.57 przyszedł ostatni sms z życzeniami.

Od 1.00 do 2.30 przewracałam się z boku na bok.

O 2.31 włączyłam laptopa.

Od 2.33 do 4.01 siedziałam w necie.

Od 4.02 do 5.30 ponownie przewracałam się z boku na bok.

O 5.31 moje mięśnie powiedziały, że chcą iść spać i zaczęły mi omdlewać, głowa powiedziała, że ma to w dupie.

Około 6.40 zasnęłam.

O 8.09 obudziłam się i obecnie czuję się, jak zombie.

 

wtorek, 31 grudnia 2013

 

Jeśli ktoś pomyślał, że Regina zapomniała wczoraj o piątych urodzinach Kapelutków jest w błędzie. Po prostu inne wydarzenie przyćmiło radość z jubileuszu.

Otóż o godzinie 12.06 Reginę wyjebawszy. Z pracy.

Szczęśliwego nowego roku!

 

 

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Dziś przypada nam piąta rocznica istnienia blogaska. Chciałabym napisać, że pamiętam jak dziś… i w sumie napiszę – pamiętam jak dziś, kiedy w naszej, wówczas wspólnej z Reginą, głowie narodził się pomysł stworzenia bloga, który miał być szybkim i krótkim remedium na ból istnienia i czarnej dupy rzeczywistości, jaki nam wtenczas doskwierał. Miało być doraźnie a wyszło na lata. No tak czasem bywa. Pokochałyśmy ten nasz mały wirtualny przytulny kapelutek i, pomimo kilku prób zakończenia jego żywota, nadal w nim siedzimy.

Podsumowanie blogaska kiedyś juz robiłam, nie będę się zatem zapuszczać w te tereny. Dodam tylko, że trochę martwi mnie kierunek, w jakim kapelutki obecnie zmierzają. Mianowice mam wrażenie, że nasz niegdyś wspólny kapelutek stanął teraz w rozkroku pomiędzy czymś na kształt bobo-bloga a bloga kobiecego (dzięki Bogu  nadal sporo na nim o depresji J). Gdzieś w tym rozkroku zagubił się dawny duch fioletowego kapelutka, który z subtelnym cynizmem, lekką nutką dekadencji, bezwzględną inteligencją oraz jajem i wątkiem kryminalnym opowiadał o zwykłym życiu dwóch niezwykłych, krejzi nastolatek... Stop, ku**a! Nie, jakich nastolatek? J Opowiadał o czarnej (a czasem różowej) dupie rzeczywistości  Jolanty z Chudowa (która, jeśli nie wszyscy pamiętają,  została zamurowana żywcem za odmowę zamążpójścia) oraz Reginy Falangi (tak tak, z tych Falangich :P), które od czasu do czasu ściągały korony i zakładały ordynarne kapelutki, aby szczęśliwcom, którzy trafili w te rejony internetu łatwiej było znieść miałkość innych jego rejonów oraz czarną dupę ich własnej rzeczywistości.  

A może mi się zdaje. Może nigdy nie było subtelnego cynizmu, lekkiej nutki  dekadencji, bezwzględnej inteligencji, jaja i wątku kryminalnego… No dobra, bezwzględna inteligencja była, nie kokietujmy, bo i tak nikt w to nie uwierzy, ale cała reszta… nie wiem. Huivi – cytując klasyka.  Może mi się przyśniło.

Faktem jest natomiast, że blogasek ten to kawał historii życia mojego i Reginy (tzn. nie naszego wspólnego, choć przez jakiś czas mieszkałyśmy razem, za ścianą znaczy się), na tym blogu napisałam w bólach pracę magisterską,  wpadłam w rów mariański czarnego kapelutka, wypiłam jakieś sześć… set  hektolitrów kawy, skończyłam studia, wyjechałam na ciężkie roboty na obczyznę, wróciłam w chwale i glorii, wyszłam za Pana M., znalazłam pracę marzeń, urodziłam syna, posadziłam drzewko szczęścia, kupiłam mieszkanie a teraz wytrwale rzygam tęczą testując Waszą i swoją cierpliwość J Kawał życia. I jakoś ciężko byłoby mi się rozstać z tym blogiem, choć całkiem niedawno miałam taką myśl.

Zastanawia mnie też do czego to zmierza. Tzn. do kiedy będziemy pisać kapelutki? Czy wnuki Wenus będą go czytać? Jaki to będzie miało na nie wpływ? Czy to dobrze, że zaczęłyśmy go w ogóle pisać? Dokąd zmierzamy? Skąd przychodzimy? I tradycyjnie już – kiedy wynajdę koło?

 

Żeby nie marudzić i żeby nasza, odnaleziona po latach, czytelniczka Ela nie usnęła z nudów powiem tylko: dzięki Ci Regino za bycie przez tyle lat wytrwałym (i często tym wytrwalszym :) ) współ-kapelutkiem i Wam, Panie i Panowie, za te lata wirtualnego życia, cieszę się, że niektórych z Was poznałam w rzeczywistości i, że okazało się, że rzeczywistość ta nie była ani dupna ani czarna :)

Wszystkiego zatem! :)

 

http://www.clickypix.com/dogs-wearing-hats-34-cute-pictures/

więcej psów w kapelutkach TUTAJ

 

JOL.

niedziela, 29 grudnia 2013

 

Święta, Święta i po Świętach - jak głosi stare przysłowie pszczół. W tym roku postanowiłam złamać tradycję i wykazałam się kulinarnie. Upiekłam sernik z kokosem, cynamonowe ciasteczka w kształcie gwiazdek, serduszek i dzwoneczków oraz przygotowałam sos tatarski. Wszystko było pyśne, choć nie odczułam, aby familia w jakikolwiek sposób doceniła. 

Jeśli chodzi o integrację rodzinną to najwyraźniej przejawiła się ona w zorganizowanej przez Brata i Bratową bożonarodzeniowej imprezie w rytmie rap i zastanawianiu się przez bite pół godziny, jak jest "koń" po niemiecku. Pferd, gdyby ktoś pytał.

Obchody Bożego Narodzenia w gronie Przyjaciół czy też Paki zaczęliśmy z grubej rury już w Wigilię Wigilii, czyli poniedziałek. Wieczór zatytułowany "Cygara, whiskey, dziwki, poker" skończył się dla mnie przegraną dziesięciu talarów, przedwczesnym opuszczeniem lokalu "Dom Uciech Pana S.", wdepnięciem w psią kupę i 40-minutowym oczekiwaniem na przystanku na opóźniony dyliżans na Przedmieście. Wszystkie zatem znaki w kartach, na niebie oraz na ziemi wskazywały na to, że jeszcze przed północą spotkam Miłość Mojego Życia, która rychło mi się oświadczy, byśmy mogli następnie żyć długo i szczęśliwie. Niestety. 

W podobnym hazardowym klimacie spędziliśmy bożonarodzeniowy wieczór oraz drugi wieczór Świąt. Cóż... skoro różnym osobom odpowiadały różne terminy trzeba było rozwiązać problem drogą salomonową i dogodzić w miarę możliwości wszystkim po równo. A że mnie odpowiadała każda data i pora w związku z tym straciłam najwięcej talarów. I to nawet nie dlatego, że mi karta nie idzie, bo idzie, ale jak to ujął Pan Dziwny, moje pokerowe porażki nie dają się objąć żadną racjonalną teorią. Bo jak nazwać sytuację, gdy all-in na stole, w kartach full house z dwóch dam i trzech króli, pewność wygranej, a tu nagle Halszka wyskakuje mi z karetą. Halszka, why?

Jeśli kiedyś w kasynie traficie na Halszkę, dobrze radzę, odejdźcie od stołu. W rzutki też was pokona w razie czego. Z Halszką nie ma żartów, Pan Dziwny potwierdzi na pewno. A na koniec wam powie, że w Wigilię trafiła trójkę w totolotka, bo dzień bez wygranej, to dzień stracony.

Wielkim zaskoczeniem było zwycięstwo karcianej nowicjuszki Wenus B., która całe spotkanie rozegrała po mistrzowsku. Najpierw uśpiła czujność współgraczy i pięć razy stanęła na skraju bankructwa zmuszona wrzucić pięć all-innów, by na koniec wykończyć stiltowanego Pana Dziwnego i niepokonaną dotąd Wielką Halszkę. Chapeau bas! Zgarnięciem zacnej talarowej puli Wenus udowodniła, że karty i miłość mogą iść w parze! Otóż... Uwaga, uwaga... zdradzam najnowsze wieści - choć wcale a wcale nie jestem upoważniona... ale co tam, Wenus na pewno chciałaby radosną nowinę obwieścić całemu światu, a cóż jak nie Kapelutki będzie lepszą tubą propagandową. 

WENUS ZOSTAŁA POPROSZONA O RĘKĘ. I co ważniejsze, POWIEDZIAŁA TAK. Choć podobno nie było to tak oczywiste. Podobno rozegrało się klasycznie - najpierw dzika awantura, potem TAK.

Tak, tak, proszę państwa. Rankiem 25 grudnia nasza droga Wenus awansowała z pozycji konkubiny i zajęła zaszczytne miejsce narzeczonej! :) Szczerze mówiąc już nikt z nas nie wierzył, że kiedykolwiek nastąpi ten moment. Nawet sama Wenus ostatnio przyznała, że chyba nawet jej własne wnuki nie doczekają tych zaręczyn ;) A jednak. Tym bardziej cieszymy się jej szczęściem! :)

I jeszcze apel do wszystkich samotnych czytelników Kapelutków. Już tylko Regina i Halszka pozostają w stanie "do wzięcia". Obie są wysoce zmobilizowanie by do Uroczystego 10-lecia Matury znaleźć sobie narzeczonych. A Uroczyste 10-lecie Matury już w czerwcu, więc czas nagli. Podanie, życiorys i dwa zdjęcia (w tym tylko jedno w ubraniu) prosimy przysyłać drogą elektroniczną na adres kapelutki@gazeta.pl z dopiskiem "Kandydat na męża dla Halszki" bądź "Kandydat na męża dla Reginy". 

 

Buziaczki, Re.

 

piątek, 20 grudnia 2013

Czarna Dupa Rzeczywistości powróciła. Wyjścia są dwa: albo trzeba przywdziać na powrót ordynarny kapelutek albo spierdalać stąd. 

(pozdrawiam naszą dawną stałą czytelniczkę, panią Elę, której zawsze przeszkadzało, że wpisy są za długie i za mało w nich wulgaryzmów :))

 

JOL.

poniedziałek, 02 grudnia 2013

 

Nie wiem, co to jest - złe oko, klątwa, złośliwość losu, czy cokolwiek innego, ale zdrowo się u mnie pojebało. W związku z tym przez pewien czas nie będę dodawać postów na Kapelutkach. Chyba, ze zdarzy się coś wesołego, ale i tak się nie zdarzy, więc...

Pojebało się wiele. Pewnie nigdy wam o tym nie opowiem, ale mam nadzieję, że kiedyś to minie i jakoś to będzie i znów będę mogła beztrosko marudzić na kwestie faktycznie nieistotne. Choć wątpię.

Czasem zdarzają się takie rzeczy, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć w najczarniejszych koszmarach - gdybyśmy przewidzieli, to pewnie by się nie zdarzyły. A tak... JEB!

Życie lubi kopnąć w żebra z półobrotu. Znienacka. 

Palę tak dużo, że jestem na najlepszej drodze, żeby wpaść w uzależnienie. Hłe, hłe ;) Zatem idę na papierosa.

 

Re

10:36, kapelutki
Link Komentarze (4) »
czwartek, 21 listopada 2013

Czytając ostatnie wpisy na naszym blogu przypomniałam sobie o... depresji :) Tzn. o fakcie jej istnienia w ogóle i o tym, że był taki czas w moim życiu, że miałam depresję ustawiczną (nie, nie taką, którą się ustawia... jeśli już to taką, która ustawiała mnie... głównie pod ścianą). Depresja ta wynikała z nie-wiem-z-czego, była wszechpanująca i trwała w-chuj-długo. Zawsze. Nawet, jak się kończyła to i tak była gdzieś blisko. Gotowa do powrotu w pełnym... rynsztoku.

A teraz, od jakiegoś czasu, nie ma jej. Po prostu przestałam czuć ten magnes, który ciągnął mnie w dół. I mówię to z radością, ponieważ tamten stan - w porównaniu z obecnym - był prawdziwą katorgą (o czym nie wiedziałam wtedy). Tylko zastanawia mnie, po co to było? Dlaczego to było, to ja wiem. Tylko po co? Nie dawało to nic, z czego można byłoby cokolwiek pożytecznego zrobić.  Teraz po prostu jestem. Wkurzam się, jestem zmęczona, zła, smutna, albo wesoła, uskrzydlona, whatever. Ale pożegnałam się z dołkiem, który paraliżował moje życie. Nie mam na niego czasu ani ochoty. Nie potrzebuje tego i nie chcę.

Fakt, że sobie to uświadomiłam głośno daje nadzieję, że to jest stan trwały i że nie wrócę do czarnowidztwa i ciągłego "tak, ale...", nawet jeśli coś się zepsuje.

 

  Chyba się starzeję.

 

 

www.dancretu.tumblr.com

 

 JOL. 


wtorek, 19 listopada 2013

 

Z radością chwytam promienie słońca mając świadomość, że to jedne z ostatnich tej jesieni. Już niebawem za oknem będzie biało - miejmy nadzieję. Choć znając życie śnieg szybko zamieni się w błoto pośniegowe i cały zimowy urok chuj w bombki strzeli. 

Lubię zimę, ale z roku na rok coraz gorzej ją znoszę. Choruję w sensie. Tym bardziej obawiam się tej nadchodzącej, gdyż od sierpnia przeziębienie dopada mnie mniej więcej raz w miesiącu. Stres, przemęczenie i takie takie dają się we znaki mojej odporności. 

Kicham, ale się nie daję i aktywnie spędzam wolne od pracy dni. Wolne od pracy pseudo-zawodowej, gdyż przepełnione wykonywaniem prac domowych. Odkryłam, że niektóre moje szpilki zupełnie nie nadają się do chodzenia, ale za to świetnie zdają egzamin w procesie wieszania firanek :) 

Listopad darzę sentymentem. Lubię, gdy jest. Gdy się kończy wpadam w grudniową depresję związaną zapewne z faktem, że kolejny rok odchodzi do lamusa. Koniec roku i urodziny zawsze wprawiały mnie w przygnębienie. A przez to, że następują one w przeciągu około 1,5 miesiąca pozostaje w depresyjnym cugu ;) Ale póki co... Życie jest piękne ;)

 

Re

 

sobota, 16 listopada 2013

 

Po ciężkim (choć tylko 4-dniowym) tygodniu pracy czas na trzy dni urlopu dla podratowania zdrowia. 

Bilans: zbindowane 1500 kalendarzy ściennych, złożona jedna publikacja albumowa.

W drugim przypadku współpraca była co najmniej ciężka (bo bardziej konfliktowa niż współpraca z bindownicą). Dla owego "Klienta" robiliśmy już wcześniej publikację. Wszystko odbyło się w trybie ekspresowym - dwa tygodnie. Czyli krótko. Bardzo krótko. Projekt koordynowała przemiła Pani Ala i obyło się bez jakichkolwiek zgrzytów. Przynajmniej na etapie współpracy. Zarząd Instytucji... No dobra - bez tajemnic. Zarząd Powiatu, gdy tylko zobaczył efekty końcowe natychmiast orzekł, że jest to ich najlepsza dotychczasowa publikacja. Afera wybuchła jednak już następnego dnia, gdy właściciel publikowanych w albumie starych widokówek zrobił awanturę na pół miasta twierdząc, że książka jest "spieprzona", a my jesteśmy "partaczami" :) Wydzwaniał (pamiętam) do mojego szefa i wrzeszczał mu w słuchawkę obelgi :) Pan ów miał mnóstwo znajomości na najwyższych szczeblach, więc zaczęliśmy się bać, że namówi Starostę, aby ten nie przelał kasy i kazał robić wszystko od nowa. Tak się jednak nie stało. Pocztówkowy choleryk pohuczał, pohuczał, a potem wszystko ucichło. Ale referencji za wykonaną pracę nie dostaliśmy do dziś ;)

Dwa tygodnie temu okazało się, że znów realizujemy dla tego Powiatu projekt. Tym razem koordynowała Pani Krysia, z którą nie szło już tak łatwo, jak z Panią Alą ;) Najpierw długo długo nic się nie podobało, a jedyną sugestią było: "Bo tamtą publikację zrobiliście tak pięknie... a to to nieee... Nieładne... Proszę zaproponować coś innego." Gdy zaczęło robić się nerwowo, bo czas leciał a korekty nie spływały słyszeliśmy, że przecież "tamtą publikację zrobiliśmy taaak szybko". I że co to ma być, że ona - Pani Krysia - "musi zostawać po godzinach, gdy wszyscy inni zakończyli już pracę i poszli do domu. I że bardzo bardzo jej się to nie podoba."

Urzędnicy.

Nie rozumieją, że projekt zależy od charakteru publikacji.

Nie rozumieją, że album ciężko jest złożyć w dwa tygodnie.

Nie rozumieją, że gdy "dostarczają wszystkie materiały", to zdjęcia powinny być w dobrej rozdzielczości i "obrobione", logotypy w wersji wektorowej, a TEKSTY (co mnie szczególnie dotyczy) SFORMATOWANE. Zamiast tego grafik dostaje fotki robione komórką, na których widać cienie osób fotografujących albo zdjęcia ściągnięte ze stron internetowych, ja natomiast pliki, w których autor namiętnie najebawszy spacji i enterów oraz błędów stylistycznych i literówek. 

Nie rozumieją wielu rzeczy.

Urzędnicy.

Panią Krysię mimo wszystko polubiłam, choć momentami miałam ochotę jej jebnąć ze łba. Pewnie gdyby współpraca potrwała dłużej ciężko byłoby mi się powstrzymać. Ale szczęśliwie wczoraj o godzinie 18:39 przyszedł najmilszy z miłych mail: "Akceptuję projekt do druku."

 

 

Najgorzej współpracuje się z Urzędem Pracy. Dlatego obecnie już się nie współpracuje ;) Z zasady. Mam zakaz startowania w przetargach ogłaszanych przez  PUP-y i im podobne. Uniwersytety i szkoły wyższe też są niemile widziane - jakieś złe doświadczenia szefa z przeszłości. 

Z moich obserwacji najlepiej współpracowało się z pewnym Ministerstwem. Nie opieprzali się. Potrafili wyartykułować swoje oczekiwania. Korekty spływały szybko i przede wszystkim były dokładne. Wystawili referencje ;)

Najgorsi są tacy, którzy "nieee, nie mają pomysłów, nie maaaają sugestii", wymyśl coś, zaskocz mnie i tak będę niezadowolona. I są niezadowoleni. Kiedyś po dwóch miesiącach pracy nad projektem, gdy wysłaliśmy gotowe wydawnictwo z myślą, że akceptacja to tylko formalność okazało się, że projekt trzeba zrobić od nowa... Bo się NIE PODOBA. Tylko wcześniej nikt nie mówił, że się nie podoba. 

Urzędnicy.

Historie mogłabym mnożyć :)

 

Re

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl