Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.

Żale Reginy

czwartek, 21 września 2017

Przeczytałam ostatni post, a potem spojrzałam na datę publikacji. Uśmiechnęłam się. 

Po urlopie niewiele się zmieniło. Sytuacja z wypowiedzeniem powtórzyła się w lipcu. Było jeszcze gorzej i jeszcze ostrzej (darłam ryja tak głośno, że było mnie słychać w promieniu 5 km), ale nadal pracuję. Sama nie wiem, jak to możliwe. To znaczy wiem - w gruncie rzeczy lubię tę pracę. I chcę, żeby było dobrze. Chcę, żebyśmy byli PRO. Chcę, żeby wszystko grało. Myślę, że kolejna awantura zbliża się wielkimi krokami ;)

Ale nie uprzedzajmy faktów.

Dziś mam pierwszy od niepamiętnych czasów wolny dzień. Taki wolny, wolny - kiedy naprawdę nie muszę nic. Kiedy bezkarnie mogę siedzieć w barłogu. Pogoda paskudna. Trochę szkoda, że listopad dopadł nas w tym roku już we wrześniu. Kolejna wymówka, żeby nie zmienić swojego życia. Zresztą po co? Skoro między coraz krótszymi okresami depresji pojawiają się coraz dłuższe okresy manii? Może jednak idzie ku dobremu? ;)

Regina F.

 

 

niedziela, 26 lutego 2017

Nie wiem, naprawdę nie wiem, kiedy stałam się starszą panią po trzydziestce, zaczynającą dzień od słabej kawy i mocno alkoholowych pomadek wiśniowych. Nie mówię, że codziennie, ale w niedzielę? Kto starszej pani zabroni?

W zeszłym tygodniu świętowałam urodziny i, o dziwo, był to całkiem miły poniedziałek. W mojej życiowej karierze to drugi przypadek, kiedy tego dnia nie roniłam łez nad bezsensem istnienia, nie rozsadzała mnie złość, że wszystko jest nie tak, nie miałam myśli samobójczych. Podeszłam bowiem do tematu ze spokojem i postanowiłam, przynajmniej ten jeden raz, nie stawiać sobie i światu wygórowanych wymagań. Podziałało. Kwiat lotosu i "tylko spokój nas uratuje". To najlepszy dowód na to, że mnie nadgryzł ząb czasu. Poza tym standard - coraz lepiej widoczne zmarszczki mimiczne i brak turgoru na całej powierzchni ciała.

Jednak mimo podeszłego wieku mam jeszcze sporo planów życiowych i marzeń. Nie ukrywam, że wygrana w totolotka bardzo ułatwiłaby mi ich realizację. Tymczasem zjem wiśniową czekoladkę i poleżę jeszcze trochę w barłogu. Coś mnie łupie w kręgosłupie.

Re

 

środa, 25 stycznia 2017

Od pewnego czasu intensywnie myślę nad tym, dlaczego nie ma już  we mnie tyle miłości do blogowania, do Kapelutków, do wywracania swojego wnętrza na lewą stronę i tak dalej. Początkowo myślałam, że stało się tak, bo się zmieniłam (dorosłam?), potem - że w moim życiu nic ciekawego się nie dzieje, więc nie ma o czym pisać. Ale ostatnio zupełnie znienacka mnie olśniło. Dziś nie ma już prawdziwej blogosfery.

Gdy zaczynałyśmy z Jolą blogować, a było to zimą 1996 roku ;), sieć nie była jeszcze tak zasyfiona i zepsuta jak dziś. W internecie,na forach i blogach spotykali się prawie wyłącznie zwyczajni, którzy byli zwyczajnie ciekawi, jak wygląda życie innych zwyczajnych. Ludzie pisali o swoich przeżyciach, uczuciach, przygodach i niepowodzeniach. Kapelutki głównie o niepowodzeniach i czarnej dupie rzeczywistości ;) Blogerzy i czytelnicy lubili się, tworzyli społeczność. Nie było tyle hejtu. Nikomu nie chciało się tracić energii na hejt. Po prostu nigdy więcej nie wracało się na stronę, która nie przypadła do gustu. Miało się więcej czasu na życie w realu.

Mam wrażenie, że dziś ludzie nie opowiadają już historii tylko kształtują swój wizerunek. Szafiarstwo, włosomaniactwo, wnętrzarstwo i słowo klucz: "stylizacja" - to kwintesencja współczesnej blogosfery. I oczywiście każdy jest ekspertem. A za każdym ekspertem stoi wierne grono fanów-dupowłazów, którzy za jedno słowo krytyki (nie mylić z hejtem) gotowi byliby odgryźć głowę. Każdy bloger, który ma więcej niż 26 fanów na FB dostaje z miejsca propozycję pisania tekstów - o dupę rozbić - sponsorowanych. Nawet te zgrabne i nienachalne powodują u mnie refluks. My u zarania dałybyśmy się zabić, żeby nie uchylić rąbka kapelutka, dziś każdy epatuje idealnie upudrowaną fizys (żeby tylko).

Każdy szanujący się bloger ma własną domenę. Strony z rozszerzeniem bloxa, blogspota czy innego wordpressa to przecież obciach. Fioletowy szablon? Żenada...

 

Regina
we współpracy z Producentem Maści na Ból Dupy

 

 

 

czwartek, 12 stycznia 2017

Według analiz naszego psychofana Lumberjacka, rok 2016 był zdecydowanie najsłabszy, jeśli chodzi o częstotliwość postów na Kapelutkach. "Bo kiedy jeszcze w 2015 roku pojawiał się przynajmniej jeden wpis w każdym miesiącu, tak w 2016 roku zaowocowały tylko trzy miesiące." Poczułam ukłucie w głębi mej czarnej duszy. Czy to możliwe, że było aż tak źle? Moja niezależna ekspertyza była szybka. Możliwe.

Na swoje usprawiedliwienie dodam, że dużo się u mnie działo w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Poprzedni wpis zaczęłam słowami:

"W ciągu miesiąca rzuciłam pracę, dostałam pracę, dostałam propozycję nowej starej pracy i odrzuciłam propozycję."

Życie szybko dopisało jeszcze jedno zdanie: "Ponownie dostałam propozycje nowej starej pracy i przyjęłam propozycję." Zgadza się, moi mili, wróciłam na nowe stare śmieci do Instytucji Bardzo Kulturalnej. Lepiej być grubą rybą w małym jeziorku niż płotką w oceanie, nieprawdaż? Łudzę się, że tym razem nie zostanę wydymana.

Tak, słuszna konkluzja - w roku 2016 dwa razy spektakularnie rzuciłam pracę! Czego chcieć więcej? Moja zawodowa próżność została zaspokojona 150%. Najbardziej bolesne było  rozstanie z "Kawiarenką", zwaną również "Chatką kopulatką", to jest moim mieszkaniem. Ale brakło czasu na sentymenty. 30 listopada byłam jeszcze w starej nowej pracy, a 1 grudnia już w nowej starej pracy. Warto zauważyć, że po drodze zaliczyłam jeszcze przeogromnego, największego w mojej karierze kaca-giganta, który skończył się wyrzyganiem żołądka wraz z dwunastnicą i śledzioną.

Minusem ostatniej w 2016 roku (i mam nadzieję, że w ogóle w ciągu kolejnych 5 lat) zmiany pracy jest fakt, że wróciłam na Prowincję i straciłam luksus mieszkania w pojedynkę. Na razie po okresie, kiedy po opłaceniu rachunków zostawało mi na życie 350 zł (z czego 400 zł wydawałam na fajki), postanowiłam nie szukać nowych zobowiązań w celu odkucia się i odbicia od finansowego dna. Później zobaczymy. Może pójdę w "kredo" i dołączę do elitarnego grona ludzi zadłużonych w banku na najbliższych 300 lat. Will see. 

Tymczasem moim noworocznym postanowieniem jest stare dobre: wrzucać więcej wpisów na Kapelutki! Amen.

 

Regina F.

 

 

poniedziałek, 05 września 2016

Nigdy nie myślałam, że moja kariera nabierze takiego tempa. W ciągu miesiąca rzuciłam pracę, dostałam pracę, dostałam propozycję nowej starej pracy i odrzuciłam propozycję. Na gruncie zawodowym czuję się kobietą spełnioną. Jestem gotowa, aby przejść na emeryturę.

Moja obecna robota jest naprawdę całkiem fajna. Gdy przyszłam pierwszego dnia, przywitała mnie szefowa działu i zaprowadziła na me gabinety. Na drzwiach wisiała już tabliczka z moim nazwiskiem i stanowiskiem - bardzo mile uczucie, nie powiem. Dodatkowo okazało się, że mam pokój większy od mojego mieszkania - śmiało można grać w siatkówkę. Pierwszy tydzień był oczywiście kryzysowy. Moja tendencja do przesady i dramatyzowania dała się we znaki nie tylko mnie samej, ale też kilku przyjaciołom, w tym Halszce. Oczywiście biadoliłam, że nie podołam, że nie dam rady, że jedyne o czym marzę, to zwinąć się w kłębek pod kołdrą i udawać, że nie istnieję. Jednak czas leczy frustrację. Gdy okazało się, że w drodze do pracy wcale nie trzeba wypalać czterech fajek z rzędu, a po powrocie do domu wpadać w stan przedzawołowy zrozumiałam, że postąpiłam słusznie, porzucając prestiż i pieniądze na rzecz prestiżu i biedy. Stanęłam w oknie z widokiem na 5th avenue, wciągnęłam do płuc solidną dawkę spalin i poczułam ulgę. I wtedy los ze mnie zadrwił.

Znacie to  powiedzenie? Chcesz rozbawić Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach? Niespełna tydzień wcześniej, w przypływie gorzkich żali, wybełkotałam w stronę niebios: "Ech, gdyby tylko zadzwonili z Instytucji Bardzo Kulturalnej, to dziś rzucam wszystko, wracam na Prowincję i mam w nosie wielkomiejskie życie!" - i zadzwonili. Przez chwilę nawet się wahałam. A raczej kombinowałam, jak upiec dwie sroki na jednym ogniu. Nie dało się, więc odmówiłam. I chyba poczułam lekką satysfakcję.

Jak widzicie, praca zdominowała nasze życie. Jola szuka równowagi pomiędzy pracą a życiem. Ja chyba ją właśnie odnalazłam. Halszka robi wszystko, żeby pracy nie znaleźć, a gdy chcą ją zatrudnić, to szuka wymówek i idzie na dzienne studia ;) Tylko Wenus siedzi i pielęgnuje latorośl i czasem z przerażeniem myśli o wszystkich tych zaległościach, które będzie musiała nadrobić po powrocie z urlopu wychowawczego...

 

Re

 

 

niedziela, 24 lipca 2016

Okazuje się, że pomimo usilnych starań, aby unicestwić Kapelutki, w czerwcu wciąż miałyśmy całe dwie czytelniczki. Asia i Taja - pozdrawiamy Was serdecznie :) Co więcej! Przybył nam jeden fan na fejsbuku. To nie dzieje się naprawdę ;)

Z tej strony Regina. Uprzejmie donoszę, że żyję.

Jak wiecie lub nie wiecie, w lutym tego roku z dnia na dzień przeniosłam się do Miasta Królów i Królowych. Na rodzinnej Prowincji zawaliło się wszystko, co mogło się zawalić. Straciłam zatrudnienie. Skończyło się love story. W piątek dostałam pracę w jednej z bardziej prestiżowych instytucji w Polsce. Szok i niedowierzanie. W poniedziałek bladym świtem spakowałam plecak na plecy, przez jedno ramię przewiesiłam podróbę Prady (nabytą podczas tej podróży), przez drugie ramię torbę z laptopem i pojechałam. Prosto z pociągu poszłam do nowej roboty. Pamiętam, że wieczorem rozbuczałam się nad talerzem pierogów u przyjaciół, u których waletowałam. Ze zmęczenia. Ze stresu. I koszmarnego bólu głowy, który promieniował na całe ciało. To był pierwszy z wielu kryzysów, które przeszłam przez ostatnie pół roku, nim spełniłam swoje życiowe marzenie i spektakularnie rzuciłam pracę. Teraz jeszcze tylko muszę zrobić tatuaż i zapisać się do banku dawców szpiku ;)

Były dwa zasadnicze minusy - odpowiedzialność finansowa, która mnie stresowała oraz zbyt intensywny kontakt z klientem, który mnie wkurwiał. Pieniądze i ludzie - dwie sfery, z którymi zawodowo nigdy nie chciałam mieć do czynienia. Oczywiście były też dwa zasadnicze plusy. Do pracy miałam 10 minut pieszo i napraaaaawdę dobrze płacili. Nowa praca z kolei ma dwa zasadnicze plusy i jeden równoważący je zasadniczy minus. Nadal mam 10 minut pieszo (przeniosłam się po prostu na drugą stronę ulicy) i będę robić naprawdę fajne rzeczy, niestety aby przetrwać muszę rzucić palenie i jedzenie i nauczyć się żyć energią słoneczną, gdyż pensja starczy mi zaledwie na opłacenie mieszkania i rachunków. Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że przecież nie muszę mieszkać w Śródmieściu, sama, wciśnięta w kąt 34-metrowej kawalerki, w pięknej kamienicy z widokiem na... inną piękną kamienicę. Tylko, że ja lubię moje mieszkanie. Jest na tyle przestronne, że śmiało można by urządzić disco party. Ma też dwa duże okna, które sięgają mi prawie do kolan, a za oknami lipy. I  jest tak cicho... No, chyba że sąsiedzi z góry akurat się kłócą, to wtedy nie jest ;) Może znajdę dodatkową pracę? Może wygram w totka? Może bogato wyjdę z mąż? Nie wiem. Jak prawdziwa Scarlett O'Hara - pomyślę o tym jutro. Tymczasem urlop, domowe pielesze, kawa na tarasie i maliny prosto z krzaka, wcześniej prawdopodobnie obsikane przez naszego psa, ale co tam. Chwilo trwaj. Chwilo jesteś piękna...

 

 

 

poniedziałek, 07 marca 2016

 

Czas przerwać to najdłuższe w historii milczenie Kapelutków i zalać was, naszych wiernych 24 czytelników, falą czarnej jak moja Reginowa dusza goryczy. 

W mym życiu zaszły zmiany. Jak pamiętacie (albo i nie) moja kariera w Instytucji Bardzo Kulturalnej dobiegła końca z końcem sierpnia ubiegłego roku. Postanowiono nie przedłużać mi umowy, tłumacząc konieczność pozbycia się mnie względami finansowymi. Podziękowano mi - jednemu z najbardziej wydajnych, kreatywnych i elastycznych pracowników wszech czasów. Był żal i smuteczek, ale echh... trudno się mówi, bierze się prozac i żyje się dalej. Jakież było moje zaskoczenie, gdy już kilka tygodni później tu i ówdzie zaczęły krążyć plotki, że na moje stanowisko szykowany jest pewien przydupas pewnego dyrektora z jednostki samorządowej, pod którą podlega instytucja... Dacie wiarę? Pozbyli się mnie, żeby na ciepłej posadce mógł usadzić swoje dupsko jakiś chłoptaś, o którym wiadomo było tylko tyle, iż przez kilka lat nosił dyrektorską teczkę i u tegoż samego dyrektora-profesora pisał doktorat. No to się zdenerwowałam. Poczucie krzywdy i niesprawiedliwości towarzyszy mi do dziś. I mimo że ostatecznie znalazłam inną pracę, nie mogę w sobie jakoś tego przegryźć.

Może i chłoptaś nie jest nietzschemu winny. Może i nawet jest całkiem ogarnięty i miły. ALE! Z pewnością brak mu honoru skoro przyjął posadę wiedząc, że kogoś z niej wykopano w białych rękawiczkach. Albo raczej skarpetkach. Mokasynach? Oczywiście może jestem naiwna myśląc, że w dzisiejszych czasach ktokolwiek ma jakiekolwiek skrupuły w podobnej sytuacji. Mnie jednak to wszystko napawa obrzydzeniem i żądzą zemsty. I chociaż siedząc skulona w kątku cicho medytuję świętą sylabę "OOOOMMMMMMMMM" w nadziei, że karma odwali za mnie brudną robotę, moja czarna dusza jest jeszcze bardziej czarna i nie zaznaje spokoju. Ja to jednak nie mogłabym żyć ze świadomością, że ktoś przeze mnie stracił posadę i środki do życia. Chyba jestem jakaś dziwna. Jakaś inna. Zbyt uczciwa. Zbyt wrażliwa. Być może właśnie z tego powodu każdy pracodawca potrafi mnie fachowo i rasowo wyruchać. 

Tymczasem wróciłam na łono Jadwigi i jestem równie nieszczęśliwa jak za dawnych dobrych studenckich lat :) Pracuję w Najbardziej Renomowanej Instytucji w Polsce (albo przynajmniej jednej z najbardziej renomowanych), nieźle zarabiam, ale jednak czegoś mi brak... Czego? Muszę się dowiedzieć. I mam nadzieję, że dowiem się właśnie tu - na Kapelutkach. Stay tuned!

Regina

 

 

 

środa, 23 grudnia 2015

Święta za pasem. Staram się zachować spokój. Jest to trudne zwłaszcza, że zapomniałam uzupełnić zasoby relanium. Nie umiem świętować chociaż bym chciała. Jak już znajdę męża to mam nadzieję, że będzie takim samym introwertycznym dziwakiem jak ja. Będziemy sobie siedzieć przy nieperfekcyjnej choince, popijać whiskey i grać w szachy. On zawsze będzie wygrywał, a ja będę się złościć i obrażać.

Z rzeczy smutniejszych niż Święta - przytyłam :( Wszystko było normalnie i nagle bach! Pewnego dnia obudziłam się 6 kilo cięższa :( Podjęłam szybkie i radykalne kroki i zaczęłam biegać. Wcześniej w ramach mobilizacji wydałam kilkaset złotych na nowe termoaktywne joggingowe fatałaszki - podziałało. Polecam. 4 tygodnie i 3 kilo mniej. A jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa.

Tymczasem idę podjeść świątecznych rarytasów - jutro już nie będą smakować tak dobrze ;)

 

Re

 

 

wtorek, 17 listopada 2015

 

Po powrocie z Hiszpanii marzyłam tylko o tym, żeby zaszyć się w samotności na końcu świata i zregenerować siły. Tak, moi drodzy, urlopy bywają bardzo męczące. Jednakże przewrotny los zdecydował inaczej i już po dziewięciu dniach z powrotem siedziałam w samolocie. Wyjazd tym razem nie był rekreacyjny (może i dobrze, bo po hiszpańskiej rekreacji miałam zakwasy, rwę kulszową i depresję) - przeciwnie, wiązał się z obiecanym zastrzykiem gotówki, który wkrótce (mam nadzieję) zasili moje konto. Taka fuszka, dzięki której na chwilę przestałam być bezrobotna. 

 

Fruuuu!

Przed wyjazdem przekonywałam samą siebie, że to propozycja nie do odrzucenia. "Pojedziesz na wycieczkę i jeszcze ci za to zapłacą" - mówiłam sobie. Ale przeczucia - złe przeczucia i wewnętrzny niepokój za wszelką cenę starały się mnie zatrzymać w domu.

Pojechałam. Stambuł w kilka godzin doprowadził mnie na krawędź wytrzymałości psychicznej, o czym z pewnością zaświadczy Halszka, do której słałam płaczliwe wiadomości z przejmującą treścią "Nienawidzę tego miasta!"... Czeski film w tureckiej odsłonie trwał w najlepsze. A jego zwieńczeniem był przykry fakt, że na kolację zjadłam najgorszego kebaba na świecie!

Kolejne dwa dni upłynęły w miarę sprawnie, choć stres jaki przeżywałam w związku z "tureckim zleceniem" powoli rozkładał mnie wewnętrznie. Prawdziwy dramat rozegrał się jednak w dniu wyjazdu. Ale po kolei.

 

Orient Express

Stambuł, jak wiadomo, to miasto olbrzymie, ludne, tłoczne i głośne. Leży po obu stronach Bosforu, o czym wiemy wszyscy, gdyż zawsze chętnie uczęszczaliśmy w szkole na geografię. Posiada dwa lotniska - po europejskiej stronie Port Lotniczy Atatürka, po azjatyckiej - Sabiha Gökçen. Odległość pomiędzy nimi to około 65 km. Na pewno już domyślacie się, że lądowałam na Atatürku, a odlecieć miałam z Sabihy. Dlaczego tak? Nie wiem, nie ja kupowałam bilety. Chodziło na pewno o jakąś oszczędność. Czasu? Pieniędzy? Jednego i drugiego? Ale, że oszczędny dwa razy traci...

Do tematu odlotu podeszliśmy rozsądnie. Ano tak - nie byłam sama. Był ze mną mój zleceniodawca. Postanowiliśmy opracować trasę do Sabihy, żeby wiedzieć, ile czasu potrzebujemy na dojazd. A mówiąc wprost zdecydowaliśmy tam po prostu dzień wcześniej pojechać i zobaczyć w praktyce. Chociaż pod względem komunikacji miejskiej Stambuł z pewnością plasuje się w czołówce, z Aksaray, gdzie mieszkaliśmy, do Sabihy jedzie się czterema środkami transportu. Około 2,5-3 godziny.

Pomimo dobrze przygotowanej akcji zwiadowczej coś poszło nie tak i samolot odleciał bez nas... Na 45 minut utknęliśmy w kolejce do odprawy paszportowej, a gdy czerwoni dobiegliśmy do bramki, ta już od kilku minut była zamknięta, a samolot radośnie zmierzał na pas startowy. Była to ewidentna złośliwość losu, bo kwadrans później, gdy zrezygnowani czekaliśmy na anulowanie wizy wyjazdowej, całe lotnisko nagle jakby opustoszało, a ruch znów odbywał się płynnie.

Na pocieszenie (samej siebie) dodam, że takich spóźnialskich jak my było więcej. W sumie uzbierało się w tym czasie kilkanaście osób. Na anulowanie wizy czekać mieliśmy około pół godziny. Po godzinie i 20 minutach nadal nikt nie chciał zwrócić nam paszportów. W końcu przyszła kobieta w średnim wieku, która po turecku tłumaczyła wszystkim, co dalej nastąpi. Angielskiego nie znała. Ostatecznie zaprowadzono nas do kasy biletowej Turkish Airlines. Pani w okienku na szczęście mówiła po angielsku, niestety przebookować naszych biletów nie mogła, gdyż zostały zakupione w promocji... Poinformowała mnie także (o czym wiedziałam, gdyż w oczekiwaniu na paszport szukałam nowych rozwiązań logistycznych), że tego dnia z Sabihy żaden samolot nie leci już do Wiednia i że musimy pojechać na lotnisko Atatürka. Stamtąd najbliższy lot był o 17.05, jednak szybka kalkulacja i perspektywa czterech przesiadek pozwoliła nam ocenić, że szanse, abyśmy na niego zdążyli, są nikłe. 

Mapka_Stambuł

 

Dygresja - Dlaczego lecieliśmy do Wiednia?

Do stolicy Austrii przyjechaliśmy z Polski samochodem, który następnie pozostawiliśmy na lotniskowym parkingu. Po przylocie ze Stambułu czekały na nas w Wiedniu kolejne załatwienia, tak więc taka trasa była dla nas optymalna.

 

Z Azji do Europy

Wykończeni psychicznie i fizycznie wyruszyliśmy w podróż do Istanbul Atatürk Airport. Po kilku godzinach byliśmy na miejscu. Wypaliłam dwa papierosy z rzędu i poszłam załatwiać nasz powrót. Zakup biletów wraz z wystawieniem faktury, odbiór kart pokładowych, przejście przez odprawę paszportową i dwie kontrole bezpieczeństwa zajęły nam w sumie około 25 minut... Do odlotu mieliśmy jeszcze ponad 3 godziny, które na szczęście przeminęły w miarę szybko. W samolocie dostaliśmy miejsca przy wyjściu ewakuacyjnym. Wystarczyło na nie zerknąć, aby stwierdzić, że już kiedyś było używane.  Szybkie spojrzenie na drugą stronę samolotu nie pozostawiało złudzeń - Airbus musiał kiedyś lądować awaryjnie. Pomyślałam, z charakterystycznym dla siebie czarnym humorem, że idealnym zwieńczeniem tego chujowego dnia byłaby katastrofa lotnicza. Byłam zbyt zmęczona, żeby denerwować się samym lotem, ale gdy pilot ogłosił, że za chwilę startujemy, światła niepokojąco "mrygnęły", a monitory kilkukrotnie schowały się i wysunęły z powrotem, wydając przy tym niekontrolowane efekty dźwiękowe. Wtedy zaczęłam się bać. Później okazało się rzecz jasna, że strach i stres były zupełnie niepotrzebne, bo lot minął spokojnie i bez komplikacji. Zjadłam ciepłą kolację, łyknęłam whiskey i odpłynęłam. Obudziło mnie charakterystyczne zderzenie z ziemią i okropny ból spowodowany ciśnieniem w uchu środkowym. I jeśli w Turcji mieliśmy tysiąc przygód, to w Austrii czekała nas tysiąc pierwsza...

 

Wiedeń

Miasto Mozarta przywitało nas chłodem, głodem i... przebitą oponą... 1,5 godziny później (około 23.10), gdy po ogarnięciu kwestii kapcia stanęliśmy u wrót recepcji zarezerwowanego hotelu, z przerażeniem przeczytałam informację, że zameldować należało się do 22.00. Ponownie - nie ja rezerwowałam noclegi, wiec nawet nie przyszło mi do głowy, że recepcja nie jest całodobowa. W środku jednak ktoś był, ale oczywiście nie chciał nam otworzyć. Postanowiłam udawać glonojada, dopóki nas nie wpuścił. Nadprogramowa obsługa była oczywiście wielkim problemem, za który musieliśmy uiścić dodatkową opłatę i przez cały proces meldowania słuchać kazania, że normalnie o tej porze w recepcji nikogo nie ma i że on wcale nie musiał nam pomagać. Kilka minut później okazało się także, że na lotnisku Sabiha podczas gdy goniliśmy uciekając samolot, w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął nam i-Pad... Mein Gott! Ya Allah! Co za dzień!

Następnego ranka zapadła decyzja, aby austriackie sprawy załatwić jak najszybciej, do minimum skrócić pobyt w Wiedniu i czym prędzej wraz z Tomaszem Knapikiem zamkniętym w GPSie wyruszyć w drogę do Ojczyzny. Udało się wyjechać już koło południa, jednak w związku z weekendem oraz licznymi karambolami na trasie podróż wydłużyła się o kilka godzin. Nie denerwowałam się. Nic nie było mnie w stanie zaskoczyć. Żadne opóźnienie nie wydawało się gorsze od straconego dnia w Stambule. A gdy o 21.00 przekroczyłam progi własnego domu, byłam najszczęśliwszą Reginą na świecie!

 

Globtroter, Re Falangi

 

 

środa, 04 listopada 2015

 

Hiszpania była miłą odskocznią od nienormalności. Pozostało po niej kilka widokówek i przesuszona skóra, która non stop domaga się balsamu. Nie zdążyłam nawet zaczerpnąć ostrego polskiego powietrza, jak wciągnął mnie wir załatwiania nie swoich spraw. Moja wina, dałam się zaskoczyć. Jak zwykle zresztą. Z godziny na godzinę mam coraz większą ochotę wrzucić komórkę do kanalizacji, a laptopem cisnąć o ścianę. Mam wrażenie, że większość mojego czasu zajmują mi sprawy, które nic dobrego nie wnoszą do mojego życia. Przeciwnie - tylko stres i negatywne emocje.

Ostatnio usłyszałam od mądrej życiowo osoby, że inni traktują mnie pogardliwie lub protekcjonalnie, bo im na to pozwalam. To był cios prosto w serce... Twierdzenie jest prawdziwe...

Nie mogę cofnąć czasu, ale będę pracować nad sobą. Zacznę od czegoś małego - na początek przestanę się tłumaczyć.

 

Re

 

wtorek, 20 października 2015

Już za  parę godzin wyruszamy z Halszką na podbój Andaluzji. Boję się zasnąć, żeby nie zaspać.

Dwa tygodnie temu postanowiłam się w ekspresowym tempie wylaszczyć w związku z Costa de la Luz. Zaczęłam intensywnie biegać. Przez dwa dni z rzędu. Skończyłam zdychając przewlekle w związku z zapaleniem oskrzeli. Wizja bikini trochę mnie zatem przeraża... Ale nie ma się co martwić na zapas. Pewnie i tak będzie padać ;)

Adiós amigos! Nie dajcie się jesiennej szarudze! :)

Re

 

poniedziałek, 05 października 2015

Wrzesień przeleciał z prędkością światła. Jakież było moje zaskoczenie 1 października, gdy okazało się, że minął miesiąc mojego bezrobocia, a ja nawet nie zaczęłam szukać pracy. Wbrew pozorom wrzesień był pracowity. Okazało się, że siedzenie w domu wpływa destrukcyjnie na autoorganizację. Siedzenie w domu wysyła czytelny sygnał do reszty domowników, że oto osoba ma dużo czasu - całe mnóstwo - i może śmiało zajmować się sprawami, które do tej pory zupełnie jej nie dotyczyły w związku z rozbujałym życiem zawodowym - buhahahaha. Okazało się zatem, że:

1. Gotowanie to straszna strata czasu.

2. Gdy nikt nie widzi, spod szafy wypełza armia małych bliżej niezidentyfikowanych obiektów, które rozprzestrzeniają kurz, kruszą w kuchni i ogólnie bałaganią na wszystkich kondygnacjach.

Wpadłam w błędne koło - może nie prowadzenia domu, bo to z pewnością za dużo powiedziane - ale opieki nad domem. Z niecierpliwością czekam na pierwszy śnieg - moi rodzice przestaną jeździć do hacjendy, a ja zacznę szukać zatrudnienia. Ale nie tak szybko. Za dwa tygodnie jeszcze Andaluzja. Październik spisałam już na straty. Wielkie nadzieje pokładam natomiast w listopadzie. Listopad to dobry miesiąc. W listopadzie wszystko się zmieni.

Tymczasem muszę ratować mikrokosmos. W trakcie pisania tego posta armia niezidentyfikowanych obiektów zamieniła mój dom w pobojowisko i teraz przeprowadza atak na obejście. Na samą myśl jestem zmęczona.

 

Regina F.

 

poniedziałek, 07 września 2015

 

Siedzę sobie w barłogu i czuję się dobrze. Psychicznie. Fizycznie nie bardzo. Tradycyjnie pod koniec sierpnia dopadł mnie jakiś upierdliwy wirus i walczę z nim już 14 dzień z rzędu. A końca nie widać. 

Bałam się bezrobocia i boję się nadal. Nie finansowo. Tak się szczęśliwie składa, że zawsze mam jakieś zaskórniaki, które pozwalają mi przetrwać trudne miesiące bez stałych wpływów na konto. Powiem więcej, ten pozbawiony pracy czas jest przeważnie owocny w podróże - ostatni raz za granicą byłam na przełomie 2010 i 2011 roku, właśnie kiedy jarzmo etatu nie ciążyło na mojej duszy globtrotera. W bezrobociu natomiast zawsze najbardziej przerażał mnie brak pracy. Nie źródła dochodu. Zajęcia.

Jestem człowiekiem czynu, lubię działać, lubię coś robić. Lubię nadawać tempa sprawom, lubię poganiać, popędzać i wytykać błędy. Typowa Pani Kierowniczka. W pracy jestem połączeniem perfekcjonisty z cyborgiem. Najwięcej radości sprawia mi zespół, który działa, jak dobrze naoliwiona maszyna. SprawiałBY. Bo jeszcze na taki nie trafiłam. Jedno jest pewne - nadaję się do tego, aby rządzić :)

Ludzie przeważnie źle podchodzą do pracy. W sposób marzycielski zamiast zadaniowy. Ostatnio kolega zwierzał mi się, że on to by chciał mieć taką pracę, w której czułby się spełniony, w której atmosfera byłaby życzliwa, a szef składał hołd i dziękczynienie za każdy najmniejszy wypełniony pracowniczy obowiązek. Bo najgorzej to czuć się niedocenionym przez pracodawcę. Na moje pytania wypowiedziane wielkimi literami: "CHŁOPIE, ILE TY MASZ LAT? W JAKIM TY ŚWIECIE ŻYJESZ?" odpowiedział tylko smętnie: "Może masz rację..."

Generalizując, ludzie dzielą się na tych, którzy zarzynają się po to, aby wspiąć się na najwyższy szczebel drabiny zawodowej albo na takich, którzy robiąc minimum oczekują spektakularnych gratyfikacji pieniężnych oraz oczywiście dobrego słowa od przełożonego. Jedni i drudzy są sfrustrowani. Pierwsi dlatego, że spoglądając z najwyższego szczebla na swoje życie zbyt często nie potrafią odnaleźć w nim ani grama sensu, drudzy - bo ich podejście to już nawet nie jest naiwność tylko głupota w najczystszej postaci. Przeważnie niestety nieuświadomiona. Dotyczy to zazwyczaj osób latami przyspawanych do stołka, dla których podnoszenie kwalifikacji jest bardzo ważne pod warunkiem, że za szkolenie zapłaci pracodawca. W innym wypadku jest to wymaganie nie do przyjęcia. Kto to widział marnować swój prywatny czas na samodoskonalenie zawodowe? W godzinach pracy też nie ma mowy, bo przecież najnowsze trendy same się nie przejrzą i tak dalej. Nie ma mowy! Nie za te pieniądze! (I uwierzcie, nie mam tu na myśli osób pracujących na umowy śmieciowe, czy za najniższą krajową.)

To niestety najczęściej problem średnich miast, gdzie osoby dobrze wykształcone, pracowite i kreatywne, wylatują ze względu na zbyt krótki staż pracy w firmie, a ci, którzy przez 20 lat zdążyli rozwinąć się jedynie w dziedzinach samozadowolenia i roszczeniowości mają się wprawdzie chujowo, ale stabilnie.

Ech, sama nie wiem, do czego zmierzam. Najwyraźniej moje wewnętrzne rozżalenie związane z utratą pracy wciąż ze mnie wyłazi na każdym kroku. Może to i dobrze - gdy już wylezie i zniknie, będę mogła zacząć szukać nowych rozwiązań na przyszłość.

 

Regina

 

 

 

sobota, 29 sierpnia 2015

 

Myślałam, że skutki stresu związanego z utratą pracy dopadną mnie dopiero, gdy będę już oficjalnie bezrobotna. Jednak kwas, jaki panuje w firmie w związku z wizją zmian, jest nie do wytrzymania i niestety odbija się też na mnie. Wybór dyrektora nastąpi prawdopodobnie pod koniec września, a tu Wódz samorządu już zdążył palnąć podczas konferencji prasowej o masowym pogromie w dziale administracyjno-księgowym (zastępując szybko brzydkie słowo "zwolnienia" ładnym zwrotem "restrukturyzacja zatrudnienia"). W owym dziale pracuje obecnie 5 osób - wliczając mnie i księgową, więc skoro za chwilę mnie już nie będzie, a stanowisko księgowej jest ugruntowane w statucie, to łatwo obliczyć na kogo wypadnie, na tego bęc. Pozostałe trzy osoby trzęsą aktualnie porami zastanawiając się kto pierwszy będzie musiał opuścić ciepły do tej pory kurwidołek. Dział techniczny też się trzęsie, ale jakby mniej, gdyż zgodnie z wolą Wodza "zapuszczony kompleks" ma wypięknieć, a przecież budynki same się nie wysprzątają, jak również trawa sama się nie skosi. Zatem dział techniczny w nieco lepszym humorze, jednak starym zwyczajem marudzi, jak to ma źle i niedobrze, wprawiając wszystkich pozostałych w stan lekkiego podkurwienia. Oraz momentami siejąc lekki zamęt. Firmowe koalicje, które potworzyły się w ostatnich tygodniach są śmieszne i straszne jednocześnie. Hejt został skierowany w stronę kozła ofiarnego - osoby, na którą jeszcze 2 miesiące temu nikt nie ośmieliłby się na głos wypowiedzieć złego słowa. A teraz jawne zarzuty, oskarżenia i komentarze, które dawno przestały być choćby przyzwoite.

Ja jestem cichym obserwatorem. Nie wchodzę w animozje. Zapierdalam jak mały samochodzik, żeby wszystkie niedokończone sprawy zapiąć na ostatni guzik. Taką mam zasadę - to co rozgrzebałam, muszę to doprowadzić do końca. Tyle  że w obecnej sytuacji najrozsądniej byłoby wszystko rzucić, skoro reszta osób przejęta tylko i wyłącznie własnym losem większość czasu zamiast na pracy spędza na plotkowaniu, knuciu, zakwaszaniu atmosfery i użalaniu się nad sobą.

Takiej zbiorowej histerii dawno nie widziałam. Piękny i dorodny przykład tego, jak brak obiektywnej oceny sytuacji, stan zagrożenia, egoizm i roszczeniowa postawa powolutku prowadzą do klęski. To będzie taka piękna katastrofa! I pomyśleć, że mogłabym po prostu rzucić zapałkę... i patrzeć jak wszystko zaczyna płonąć...

Dużo widzę. Umiem słuchać. Umiem dodać dwa do dwóch. Budzę zaufanie. I NIE jestem paplą. Dzięki temu posiadam wiedzę, której nie są świadomi wszyscy pozostali. I gdy tak patrzę na tę gamę żałosnych zachowań i równie żałosnych koalicji mam ochotę na koniec jeszcze trochę namieszać. Z zasady nigdy się nie wtrącam, zwłaszcza gdy temat już mnie właściwie nie dotyczy. Ale w ramach zemsty za zepsuty ostatni tydzień pracy, brak empatii i dwulicowość... no korci mnie.

Kuriozalne jest to, że chcąc pomóc wszystkim na około sama stałam się przedmiotem plotek. Z dobrego serca zgodziłam się pracować zamiast siedzieć na urlopie. Wykonuję wszystkie polecenia bez mrugnięcia okiem. Robię rzeczy, które nie leżały nawet obok zakresu moich czynności. I jak się to kończy? Choróbsko, bezsenność i wykluczenie społeczne. Bo skoro się nie buntuję, to znaczy że kolaboruję z wrogiem. 

Nie mogę pojąć, jak można poświęcać całą swoją życiową energię na pielęgnowanie zgnilizny. Nie mogę uwierzyć, że ta zgnilizna uderzyła w moją życiową energię i doprowadziła mnie do skrajnego wyczerpania - fizycznego i psychicznego. Jakoś muszę rozładować stres, bo się wykończę.

To co? Namieszać czy nie namieszać? Iść w kwasy czy zostać przy zasadach?  A może zmienić zasady i jednak pójść w kwasy? ;)

 

Re

 

 

 

 

środa, 19 sierpnia 2015

 

Jak już wiecie, z dniem 1 września jestem oficjalnie bez pracy i wreszcie będę miała czas na swoje pasje.

1. Burdel w szafie, burdel  w życiu!
Bezrobocie zamierzam zacząć z przytupem. Mam zamiar dokończyć gruntowne porządki, które zaczęłam mniej więcej zeszłej jesieni. Z roku na rok coraz bardziej się rozprzestrzeniam. Gromadzę, chomikuję i kolekcjonuję stare i do niczego niepotrzebne przedmioty. Summa summarum okazuje się, że moje lokum wygląda jak wysypisko śmieci, gdyż wszystkie półki, szuflady, szafki i szafy dawno są pozajmowane i nigdzie nie wścibić paznokcia. Chaos mieszkaniowy przekłada się bezpośrednio na chaos wewnętrzny, a chaos wewnętrzny na chaos w relacjach międzyludzkich. Moja pedantyczność i samodyscyplina odeszły w zapomnienie, co bardzo mnie boli. Czas wrócić do dawnych dobrych nawyków!

2. Biegam, bo lubię!
Bieganie to dla mnie idealny sposób na rozładowanie napięcia i zniwelowanie wylewającej się każdym otworem mojego ciała frustracji. Jest to też świetny sposób na utrzymanie przyzwoitej wagi. W pewnym momencie, tłumacząc się zmęczeniem i brakiem czasu, zaprzestałam joggingu lub uprawiałam go sporadycznie. Przez rok wszystko było ok, ale potem przekroczyłam magiczną granicę trzeciej dekady i nagle, dosłownie z dnia na dzień, stałam się tłustym pulpetem posmarowanym pasztetową. Tak być nie może! Mogę nie mieć pracy, kariery, męża i domu z ogrodem, ale wyglądać jakoś muszę! W odchudzaniu zapewne pomoże mi nie tylko bieganie, ale także fakt, że w końcu nie będzie mnie stać na jedzenie.

3. Viva España!
Bilety kupione, plan zrzucenia zbędnych kilogramów opracowany. W październiku jadę w fascynującą podróż przez Andaluzję. Wraz ze mną Halszka - też bezrobotna oraz Pablo - mój katarski towarzysz niedoli. Wyszło spontanicznie, a jak wiadomo, spontaniczna wyprawa albo staje się wyprawą życia albo kończy się skradzionym paszportem i brakiem możliwości powrotu do Polski. W obecnej sytuacji każda opcja wydaje mi się równie pociągająca :)

 

Re

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl