Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.

Żale Jolanty

niedziela, 19 marca 2017

Dzien dobry, tu Jola. Weszłam po dluzszej nieobecnosci na Kapelutki i oko w łezce mi się zakrecilo, nie powiem, ze nie :( Zwłaszcza, jak przeczytalam wpis Re o poczatkach naszego blogowania i dziwnej fazie schylkowej blogosfery w ooooogóle, ktorej wlasnie jestesmy swiadkami. Nie moge sie bardziej zgodzic. Świat zmienia sie tak szybko, ze nawet te konstatacja jest juz przestarzalym banalem zanim jeszcze zdazy dobrze wybrzmiec na klawiaturze. 

Prawda - nie ma juz blogow o zyciu. Są blogi o byciu. Byciu ekspertem, trendsetterem, treserem czy terierem. Whatever. Nigdy nie bylysmy w blogosferze  ekspertkami od niczego, pamietam, ze mialysmy nawet problem z zaklasyfikowaniem Kapelutkow do jakiejs kategorii na bloxie (kobiety? eee, nie do konca... zycie codzienne!  ale to jest zycie? codzienne? moze codzienne żale! nie ma takiej kategorii... porady? buahahahahaha...). No bylo, bylo. Byli ziomale z bloxa, byla ekscytacja kazdym nowym komentarzem i wejsciem z nieznajomego bloga w statystykach. I moment, kiedy okazalo sie, ze nasz blogowanie to tak naprawde tylko "zenujace bla bla" :) A niech tam! Moze byc i zenujace bla bla. Jakby byla taka kategoria na bloxie to na pewno bysmy sie do niej z przyjemnoscia zapisaly :)

Tez sie czuje staro, ale nie martwi mnie to. Po prostu wiecej rozumiem i coraz mniejsza mam ochote komentowac cokolwiek. Coraz mniej mnie dziwi. Coraz mniej oburza. Ale tez coraz mniej mnie smieszy. Za to zauwazylam, ze wiecej cieszy. To faktycznie chyba dojrzewanie :) 

Ale co ja chcialam powiedziec? U mnie o dziwo nie po staremu. Jak ostatnio raz tu pisalam to bylam w trakcie loadowania nowego projektu. Niestety loading sie nie powiodl. System niespodziewanie padł. Konieczne bylo formatowanie dysku. Nie wszystkie funkcje teraz dzialaja poprawnie. System nie jest stabilny i co jakis czas sie zwiesza lub przestaje dzialac. No troche sie poprzewracalo. Klocuszek sie wywalil i nastapil efekt domina. Ale pracuje nad tym. 

Brakuje mi Paki i krolewskiej kawy na balkonie, cieplej kuchni i wigilii :/ Brakuje mi ludzi, rzeczy, ktore kiedys robilismy myslac o tym, jak bardzo chcemy juz robic cos innego. Teraz z checia wrocilabym do tego, co robilismy wtedy. Przeciez to nie bylo wcale tak dawno temu...

Wlasnie probujemy z Re smsowo umowic sie na jakies spotkanie, kiedys, w przyszlosci :) Nie wiem, czy cos z tego wyjdzie. Ale nie tracimy nadziei :)

Tyle chcialam wylac zali. Kapelutek odkurzony :)

 

JOL.

sobota, 03 września 2016

Dzien dobry, 

it is I- Jolanta. Zapomnialam hasla do bloga. Chcialam po latach stworzyc wpis zawiazujacy do starych, dobrych poczatkow Kapelutkow - czyli wpis pelen zali i afirmacji czarnej dupy rzeczywistosci - a tu, zonk! Nie mogiem sie zalogowac, bo nie pamietam hasla. To tak, jakby zapomniec imie wlasnego dziecka. Albo swoje. Wstyd troche. Ale co zrobisz? Dobrze, ze mam druga glowe w postaci Reginy, wiec udalo mi sie zalogowac i oto - na tarczy, ale jednak - powracam na Łono Kapelutków.

A powrot moj oznacza podwojna dawke swiezych zali, tak jak lubicie najbardziej :)))  

Wielu z Was... może kilkunastu... kilku.... no moze jeden z Was.... albo nawet nikt.... zastanawia się, co ciekawego porabialam przez ostatnie milion lat nieobecnosci na Kapelutkach. Odpowiedz moze Was zaskoczyc! Otóż - nie wiem, chyba nic godnego uwagi. Ale nie oznacza to, ze o tym nie opowiem :) Przeciez nie jestesmy tu po to, zeby codziennie wyruszac w rejs po Morzu Jonskim, skakac ze skał na latawcu, wychodzic za maz za milionera na białym koniu, wygrywac miliard w zdrapkach, krasc serca telewidzow skaczac w talent show do pustego basenu czy robic sobie kosztowne operacje plastyczne twarzy, zeby wygladac jak Brangelina czy ... Vincent Cassel itd. itp. Jestesmy tu po to, by wiesc nudne, ordynarne zycie pelne sprzecznosci i przeszkod rzucanych nam pod nogi przez rzeczywistosc, najblizsza rodzine a - głownie - nas samych. 

A mowiac serio, jak nietrudno sie domyslic, przez ostatnie milion lat pracowalam. Pracowalam w pracy, pracowalam po pracy, pracowalam w domu. W wieku 31 lat doszlam jednakze do wniosku, ze to do niczego nie prowadzi. I o tym mial byc ten wpis.

Przez wiele lat myslalam, ze praca mnie definiuje, konstytuuje moje jestestwo, okresla kim jestem. Że im wiecej pracuje, tym bardziej jestem i tym bardziej mam prawo byc. Pracuje, wiec jestem. Tylko nie myslalam o tym, czy to, kim jestem jako pracownik, jest tym kim chce byc jako czlowiek. Jako kobieta. Zona. Matka. Dopiero, kiedy zaczelam czuc zmeczenie psychiczne (rozne od stresu) i wyczerpanie fizyczne spowodowane wlasnie tym zmeczeniem umyslu, cos mnie tknelo. Powiecie - "spadlas z ksiezyca? przeciez to proste i jasne, ze nie mozna sie zapracowac na smierc". No nie dla kazdego proste. Nigdy nie bylam mistrzem odmawiania i nawet kiedy zaczelam pracowac etatowo po 10, 11, 12 godzin dziennie nadal przyjmowalam zlecenia na rzeczy po pracy. I pracowalam w nocy. Po czym zdychalam dnia nastepnego, zeby wieczorem znowu siasc do komputera, na jakichs wspomagaczach swiadomosci (wszystkich legalnych of cors) i dalej dlubac do poznej nocy albo bladego switu.

Nie jestem ironmanem, dlatego po roku takiego zycia moje zasoby energii wyczerpaly sie, co objawilo sie okropnym bolem plecow, problemami ze skora, przybraniem na wadze, kolataniem serca, problemami z pamiecia, napadami zlosci, placzu, wkurwu i wszytskiego, co w czlowieku najgorsze. Przyszedl taki moment ze wreszcie to sobie uswiadomilam, ze w takim trybie zycia nie zajde daleko. Najpewniej umre albo trafie do wariatkowa.

Tylko, że samo uswiadomienie sobie, to dopiero poczatek. Nie jest latwo wychodzic z pracy po 8 godzinach, nie zawsze sie da, a jak sie da to i tak powiedzenie sobie, ze "to, ze nie skonczylam dzisiaj jeszcze nie jest tragedia, moge skonczyc jutro, a teraz musze wstac, wyjsc i zaczac zyc" nie jest latwe.  Nie jest latwo odmawiac, gdy ktos prosi. Ale probuje. Potem przezywam wyrzuty sumienia, musze sobie sama tlumaczyc te odmowy. 

W tym roku pierwszy raz od 5 lat wyjechalam na urlop. Tzn. na wywczasy. Takie z torba podrozna i samolotem. Bez dziecięcia. Do tej pory albo nie robialam sobie przerw w pracy albo urlop wykorzystywalam na pracowanie (najlepiej sie pracuje wtedy, gdy inni mysla, ze jestes na urlopie, bo nikt nie dzwoni i nie pisze maili - oh yeah!) i nawet udalo mi sie nie sprawdzac poczty firmowej (ok, tylko raz). Poczulam sie dobrze. Lepiej. Nabralam oddechu, troche energii. Ale szybko musialam wrocić do rzeczywistosci i powrot byl bolesny. Energii urlopowej nie starcza na pol roku, to sciema. Tydzien góra. Ale ciagle mysle o tym, ze musze... chce zyc inaczej. Zyc w ogole. 

Lubie moja prace, lubie to co robie i to kim jestem, ale jesli nie znajde jakiejs rownowagi na inii praca-zycie to sie za...bie na smierc. To jest pewne. Karoshi mam jak w banku. 

Ostatnio nadzieje pokladam w moim dziecieciu i jego nowym przedszkolu, ktore czynne jest do 17:00. Tym samym - czy chce czy nie - musze wyjsc z pracy o 4, zeby odebrac mojego potomka na czas, co by go nie oddano do policyjnej izby dziecka. Oto przyklad jak rodzicielstwo czyni ludzi lepszymi. :)

Ale, zeby za dobrze nie bylo, to wrzesien jeszcze spedze na pracy na dwa fronty bo mam zalegle zlecenie, przed ktorym nie moglam sie obronic i musialam je wziac. Musialam. Ale od pazdziernika ide na emeryture. I na studia. Bo jeszcze sie na studia dostalam.... Znowu... Ale nie trzeciego wieku, spokojnie. Bede 30 letnim emerytem-licencjuszem.  No i bede miala na papierze wytlumaczenie, dlaczego w weekend nie moge pracowac. Studia maja swoje prawa. :)

 

Jol. 

czwartek, 26 listopada 2015

Szaleństwo. Moje ostatnie miesiące, dokładnie pięć moge opisać jako totalne, absolutne szaleństwo. Pracuję w takim tempie, że obawiam się, że niedługo wyrośnie mi komin i pójdzie z niego dym fabryczny. Nigdy wcześniej nie pracowałam w takim tempie. Nie dość, że pracuję szybko, to jeszcze - surprise - pracuję dużo. Pracuję po 10, 11 a nieraz i 12 godzin dziennie. Uwielbiam tę pracę, ale fizycznie jestem wykończona. Wzięłam sobie urlop, ale - żeby mi nie było za dobrze - dostałam duże ciekawe zlecenie, więc na urlopie, zamiast odpoczywać, pracuję. Wrócę z urlopu wykończona i pójdę na chorobowe. Ale nie narzekam. Zawsze gorzej się czułam, kiedy nie miałam co robić, albo miałam za mało do roboty. 

W zasadzie to nie mam nic ciekawego do powiedzenia, nie jeżdżę po swiecie jak Re, nie mam przygód na lotnisku, nic się nie dzieje. Pracuję. Czasem coś rysuję. Jestem beznadziejnym przypadkiem pracoholika. Mój syn mówi do mnie "tato", bo zapomina, że coś takiego jak "mama" istnieje. Ale jak skończę to zlecenie, to już naprawdę, obiecuję - 8-16 i do widzenia. 

Wracam do roboty.

 

JOL.

środa, 25 marca 2015

Droga Regino!

 

Twój list wprawił mnie po troszę w radość, a po troszę w stan zadumania. Dziękuję Ci za niego. Cieszę się, że ostatecznie zostałaś wilkołakiem szczęśliwym, to chyba dobrze rokuje.

Melduję, że ja już obiema nogami jestem za granicą trzydziestki i na razie jedyne, co jest inne to to, że jem więcej ciasta niż wcześniej i nie mam wyrzutów sumienia. Załamanie nerwowe pomyślnie przeszłam w zeszłym miesiącu. Dwa dni przed trzydziestką oznajmiłam mężowi, że się wyprowadzam i już nigdy tutaj nie wrócę. Po przejechaniu ćwierci miasta doszłam do wniosku, że w sumie to nie mam dokąd pojechać, więc wróciłam udając, że nic się nie stało. Mąż mojego chwilowego zniknienia nie zauważył, toteż nie musiałam bardzo udawać.

Obecnie dryfuję powoli na śliskiej lodowej krze, podejrzewając jedynie, że moją destynacją jest wiek czterdziesty i, że tam czeka mnie wędrówka ku pięćdziesiątce, sześćdziesiątce i, jak Bóg da, ku wiekom dalszym. Nie opakowałam jeszcze tej trasy w dodatkowe atrakcje, choć w głębi serca liczę, że coś tam jeszcze po drodze zobaczę. Nie przedłużając - pozdrawiam Cię czule zza monitora i czekam na odpowiedź, co tam nowego u Ciebie. 

 

Jolanta z Chudowa

wtorek, 24 lutego 2015

Puk, puk! Otwarte! Bałam się, że nie pamiętam loginu :)

 

30 lat minęło, jak jeden dzień :) Śpiewam sobie codziennie, odliczając czas do dnia, kiedy i ja pożegnam się z młodością i perspektywami na przyszłość i powitam podomkę, wałki na głowie, przydeptane kapcie oraz pierwsze siwe włosy na mojej brwi (na skroń nakładam onyksową czerń więc siwizna nie ma szans się przebić). Podobno po 30tce szanse na zarobienie pierwszego miliona drastycznie spadają (chyba już to pisałam, a na pewno mówiłam). Ale to może chodzi o  ZDOBYCIE miliona (np. w drodze kradzieży, bo wiadomo, że młodsi są bardziej ryzykanccy). Wydaje mi sie, że to właśnie po 30tce człowiek jest na tyle doświadczony, że zna już conajmniej kilka sposobów na zarobienie większej kasy. Nie? A przynajmniej wie, które sposoby nie działają? Tez nie? To co, do cholery, dobrego przychodzi po 30tce? 

 

JOL.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Ponieważ dzień 31 grudnia zamierzam zakończyć w stanie upojenia alkoholowego, podsumowanie noworoczne sporządzę Wam ja dzisiaj (także będąc w stanie upojenia alkoholowego, ale mniejszym niż zamierzam byc 31 grudnia i z zupełnie innej beczki). Do rzeczy zatem.

Rok 2014 był dla Jolanty i Pana M. rokiem dobrym, nawet bardzo dobrym, ale jego dobro zostało obsrane przez mocno gówniane zakończenie. Z rzeczy dobrych: byliśmy zdrowi, synek rósł i rośnie jak na szpilkach, obeszło się bez większych problemów małżeńskich, kupiliśmy sporo sprzętów z IKEI celem wykończenia mieszkania, nie popełniliśmy żadnego wykroczenia, ja w połowie roku zrezygnowałam z pracy, co zaowocowało zwiększeniem czasu przebywania z moim dzieckiem, polepszeniem stanu zdrowia psychicznego i fizycznego (4 kg w dół) oraz wdrożeniem w życie jednego z dziecięco-młodzieńczych marzeń (dodam też, że z jako takim sukcesem). Generalnie nie mieliśmy większych powodów do narzekania. Do grudnia. W grudniu bowiem firma mojego małżowinka z przyczyn idących z góry postanowiła podziękować za współpracę kilkunastu pracownikom, a w grupie tej niestety znalazł się także mój szanowny małżonek.

Wiadomość ta, niczym grom z przejasnych niebios, dotarła do moich uszu, kiedy akurat wybierałam w sklepie bluszcz do puszczenia go po okapowym kablu, który zwisaniem swym - do zbyt daleko umieszczonego gniazdka - bezwzględnie szpeci mi kuchnię. Rażona wizją jedzenia śniegu i wyprzedawania dobytku, odrzuciłam wybrany bluszcz niczym trujące zielsko i popędziłam do domu, aby jak najszybciej zamknąć się w pokoju i zacząć łkać. Kiedy już skończyłam łkać i otrząsnęłam się z wizji gotowania sznurowadeł miast makaronu, przypominałam sobie, że wyrugowałam przecież łkanie ze swojej natury co najmniej trzy lata temu i nie ma innej rady, niż działać, działać, działać. Jednak zaraz potem uświadomiłam sobie, że nie mamy pracy, za to mamy dziecko poniżej lat dwóch. MOPSIE przybywam!

No dobrze, może tak źle nie będzie. Mąż pracy szuka, choć, jak być może wiecie, nie ma letko. Nawet (a może  szczególnie) na rynku zawodów, które mój małżonek szczególnie ukochał. Ponieważ mam cichą nadzieję, że nasz blog czyta wiele wpływowych osób (albo chociaż dobrze poinformowanych), które ze wszech miar pragną szczęścia wszystkich jego bohaterów, w tym także Pana M., niniejszym lokuję informację, że chodzi o zawody PRAWNIETZSCHE, a zatrudnienia szukamy w mieście wielu królów, czterech królowych i jednego smoka. Tak jest, szukamy pracy w Krakowie dla prawnika-cywilisty z doświadczeniem, urokiem osobistym oraz piękną i inteligentną żoną, którą planowo ma z nim dziecko (a to - jak wiadomo –najlepiej świadczy o mężczyźnie). Będziemy wdzięczni za wszelki cynk (może być tu na blogu, albo tu abo tu).  

Z poważaniem

Jolanta z Chudowa

 

 

poniedziałek, 03 listopada 2014

Po moim ostatnim podejściu do napisania wpisu na blogu, kiedy to blox - po raz kolejny - wywalił mnie ze strony przy kropce w ostatnim zdaniu, nie zostawiając z mojego pięknego wpisu nawet jednej literki (Blox! Ty ..uju!), postanowiłam się obrazić na tę platformę blogową i w ramach tej obrazy nie publikować nic poza niewidzialnymi wyrazami mojej pogardy wysyłanymi telepatycznie do programistów tego wirtualnego przybytku nienawiści. 

Powyższe kombo-zdanie skleciłam zaś będąc w stanie hiper-zmęczenia, ponieważ jestem chora od soboty 25 października i nie idzie lepsze. A jak to bywa w stadzie - jak jeden osobnik zachoruje, inne nie chcą być gorsze i też zapadają. Nieinaczej jest u nas. Na wstępie mąż mój oswiadczył, że słabo się czuje i chyba go coś bierze. Nie zamieszkał jednak w izolatce i w rezultacie na drugi dzień od jego słabego poczucia się, zachorowałam ja. Przy czym on cudownie ozdrowiał. Kolejnego dnia rozchorowało się dziecko. Tak sobie chorowaliśmy we dwoje racząc się na przemian antybiotykami, osłonami i syropami o smaku mailinowym. Nie pomogło. Po tygodniu od naszego złapania tego, co męczyło na wstępie mojego małżonka, choróbsko złapał i on. Prawdopodobnie już zmutowane. Ja przez chwilę poczułam się lepiej, ale dziś tak jakby już nie. Dziecko też. Choroba mąża jest w fazie wzrostowej. Wpadliśmy w błędne koło zarażania się nawzajem. Rozważam budowę izolatki na klatce schodowej.

Jak tam Re i We? Mam nadzieję, że wypiłyście duuuuużo za nasze zdrowie a jedyny powód, dla którego jeszcze nie ozdrowieliśmy jest taki, że to zaczyna działać dopiero jak pijący wytrzeźwieją. 

 

JOL.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

W zeszłym tygodniu mąż wysłał mnie na przymusowy wypad z domu wraz z dzieckiem, ażeby mógł spokojnie popracować. Przystałam. Pojechałam do rodziców. Mąż spał do południa, pracował do woli, chodził po domu w samych gaciach, wyjadał wszystko z lodówki i był szczęśliwy. Takie męskie wymarzone wakacje :) Ja tymczasem trochę się kłóciłam z mamą o wychowanie mojego dziecka (standard) oraz starałam się zachować spokój na pytanie o to, dlaczego nie wolimy mieszkać z rodzicami :) Ale poza tym - chodziłam trzy dni w tej samej bluzce, nie malowałam się, wsuwałam kiełbaski z grilla i piłam piwo. Takie kobiece wymarzone wakacje. Syn za to siedział na zmianę w mini-piaskownicy i mini-basenie, chodził bez butów po trawie, zrywał pomidory z krzaka i rozmawiał z psem sąsiada. Słowem - wymarzone wakacje bobasa.

Wniosek - chcecie wymarzonych wakacji? Spędźcie je z dala od swoich małżonków :) (odległość zależy od Waszego stażu). 

Ale, żeby nie było, że nie  - po czterech dniach trochę się stęskniłam. Jak wróciłam, mąż obdarzył mnie uroczym spojrzeniem i powiedział:

Pan M.:  Ale długo Cię nie widziałem. Jesteś taka piękna. 

Jola: Wiem ;)

Pan M.: To... co teraz zrobimy?

Jola: Mam ochotę na coś bardzo przyjemnego...

Pan M.: Co tylko chcesz, bejbe. 

Jola: Zabierz mnie do IKEI.

 

:)

No co? Wszystkie jesteśmy od tego uzależnione (przynajmniej mam odwagę się do tego przyznać).

 

 

źródło: www.ikea.com (nie, nie płacą mi za to meblami... a szkoda :))

 

JOL.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Ociupinkę męczy mnie już zaznaczanie swojej obecności na Kapelutkach raz na ruski rok/czeski film/niemiecki porządek and so on. Ociupinkę. I zwykle wtedy piszę, że mam dużo pracy ale generalnie jestem szczęśliwa. Nieinaczej jest tym razem. Mam dużo pracy. Miałam, bo już kończę (dlatego monsz łaskawie odblokował mi blog... i facebooka... i pudelka :)) Ale.. generalnie jestĘ szczęśliwa. No co ja poradzę? Cholera.

Jak tylko rzuciłam pracę, odżyłam jak grzyby po deszczu (czy jakoś tak...).  Mam kwiaty na balkonie. I świece. W dzień łapię promienie słońca, a wieczorem upajam się grą świerszczy. W blasku księżyca of cors. Jest uroczo. Nie mam na co narzekać!!!! Aaaaaa!!! Czarny kapelutek mnie uwiera. Dupa rzeczywistości objawia się tylko, gdy włączam masońskie radio. Więc nie włączam. No dobra, czasem włączam. A nawet włanczam. Ale i tak nie chce mi się narzekać.

Doktorze...

 

JOL.

sobota, 07 czerwca 2014

Nie wiem, czy wypada takie rzeczy mówić, pisać. Czy w ogóle można mówić głośno, artykułować  to, że się człowiek czuje nienajgorzej.  Czy powiedzenie tego głośno nie zepsuje czegoś...?

Bo od jakiegos czasu czuję się, rzekłabym, szczęśliwa, a moje ostatnie decyzje zawodowe bardzo sie do tego przyczyniły. Od miesiąca nie pracuję - że się tak ładnie wyrażę - najemnie, więc mam czas na realizację zleceń i tak się jakoś składa, że one się pojawiają... Cud? Prawo przyciągania? Nie wiem. Wiem, że w czerwcu i lipcu jestem zarobiona. No i moje biuro obecnie wygląda tak: 

 

 

Jesteśmy też - po prawie roku - na finiszu wykańczania górnego poziomu mieszkania, co niesamowicie mnie cieszy. Wreszcie przeniosłam tzw. pierdolnik czyli moje biurko wraz z inwentarzem na górę, dzięki czemu - w końcu! -  uwolniłam salon/pokój dzienny/duży pokój (jak zwał tak zwał) od plątaniny kabli, miliona sprzętów, książek, gazet i innych rzeczy, które cichaczem mnożą się jak króliki podczas, gdy ja siedzę przy komputerze. Więc już prawie jest tak, jak chciałam. I znowu, jak o tym pomyślę, to nie wiem, czy mi wolno tak myśleć. Bo myślę, że jest mi dobrze, że czuję radość, wdzięczność, teraźniejszość (zamiast 'co ja zrobiłam/nie zrobiłam" albo "co ja zrobię?"). 

I dalej - pewne choroby przestały nas dręczyć, pewni ludzie podjęli pewne dobre decyzje. Sprawy się jakoś układają. Nie zawsze tak było, dlatego tym bardziej chciałabym to docenić. I dlatego boję się o tym głośno mówić. Żeby nie uciekło.

Ciągle oczywiście są rzeczy, które powinnam robić a ich nie robię i za to muszę sobie dać porządnego kopniaka z półobrotu. Ale, jak to się mówi, nevertheless, obecny stan życia i mojego najbliższego świata napełnia mnie radością i nawet nie muszę w tym celu pić wódki. Ale nie nie - nie ogolę głowy i nie zostanę buddystą. Nie żebym miała coś do buddystów. Po prostu nie ;)

 

JOL.

poniedziałek, 26 maja 2014

Od zeszłego piątku nie pracuję. Tzn. nie pracuję etatowo. Nie chodzę do pracy. Nie zrywam się codziennie o 4.30. Nie jadę 16 przystanków do fabryki azotów w Puławach. Może sie to wydać dziwne, że jeszcze trzy lata temu dałabym wszystko, żeby co rano podbijać kartę na zakładzie, a teraz dobrowolnie zrezygnowałam ze świetlanej przyszłości na stanowisku brygadzisty. Powiem tak - lubiłam tę pracę, do pewnego momentu. Do momentu, kiedy bardzo wyraźnie dotarło do mnie, że moje stanowisko łączy w sobie co najmniej pięć innych stanowisk, ale kasy wcale nie dostaję za pięciu. Poza tym – nie widzę przed sobą żadnej motywującej perspektywy rozwoju, awansu, podwyżki, czy czegokolwiek, na co warto byłoby robić. Za to pracuję od 9 do 18 albo i do 23 a zarabiam tyle, żeby zapłacić opiekunce za wychowywanie mojego dziecka, które w pocie czoła spłodziłam i mękach wydałam na świat. Przy czym dodam, że w tym zakładzie nie czekał mnie awans na stanowisko starszego brygadzisty, bo takiego stanowiska w tej strukturze nie ma.

W dniu, kiedy rozmawialiśmy z sąsiadami o możliwości wynajęcia opiekunki wspólnie, dostałam nagłego olśnienia. Absurd sytuacji, której byłam, uderzył mnie nagle z impetem i w głąb. Tydzień później oznajmiłam, że właśnie inauguruję miesięczny okres wypowiedzenia i nic mnie nie powstrzyma. Góra próbowała przekonać mnie mglistą perspektywą rozpoczęcia nowych, ekscytujących projektów (czytaj: będzie więcej roboty) jednocześnie radośnie oznajmiając, że nie może mi więcej zapłacić. Wcale nie żałuję.  W końcu tryb: Pay is not good, but the job is hard jest akceptowalny tylko w przypadku pracowania na swoim. I mam nadzieję wreszcie to urzeczywistnić. A mój bobas? Chyba się cieszy J Ja na pewno J Poza tym widziałam jego pierwsze samodzielne kroczki i ten widok rozwiał wszelkie wątpliwości co do słuszności tej decyzji.

Nie wiem natomiast, jak przekonać innych, zwłaszcza moją rodzinę, że nie jestem „bezrobotna”. Bezrobotna byłabym, gdyby robota była w centrum mojego zainteresowania a szukanie jej było sednem moich codziennych działań. Wtedy jej brak sytuował by mnie w grupie osób bezrobotnych. Ja natomiast wcale nie czuję się bezrobotna. Wychowuję dziecko i to jest moja aktualna praca.  Na razie nie szukam innej. No chyba, że płacą w złocie. Albo w euro.

JOL. 

czwartek, 17 kwietnia 2014

Dziwne uczucie. Powiedzieć "I quit!". I jeszcze się z tego cieszyć. 

I co teraz, zapytacie. Zamierzam być matko Polko, a co! Przynajmniej na razie nie mam parcia na robotę. Mam za to parcie na bycie z moim dzieckiem. Kto mi zabroni? :)

 Nie sądziłam, że kiedyś to powiem będąc bezrobotna, ale...  

 

JOL. 

niedziela, 05 stycznia 2014

Fascynuje mnie mechanizm dostrzegania i pomijania szczegółów charakterystyczny dla większości, jeśli nie dla wszystkich, mężczyzn.  Mówię o czymś znacznie poważniejszym niż widzenie lunetowe, które polega na tym, że w lodówce pełnej piwa/mleka/masła/whatever mężczyzna nie znajdzie żadnego w powyższych, nawet w liczbie 300, jeśli nie będzie leżało na półce na wprost na wysokości  jego oczu.

To, o czym mówię nazywam roboczo widzeniem wybiórczo-dochodzącym. W praktyce oznacza ono, że tylko niektóre obrazy, na jakie patrzą faceci, dochodzą do głowy i mózg jest w stanie je przetworzyć, inne natomiast dochodzą jedynie do oczu, facet rejestruje, że zobaczył jakiś obraz, ale jego mózg z niewiadomych powodów go odrzucił i nie przetrawił. Tym samym facet dowiaduje się tylko, że coś zobaczył, ale co to było, to już go chuja obchodzi. 

Widzenie wybiórczo-dochodzące ma jeszcze jedną właściwość – otóż niektóre z obrazów są z kolei tak ważne, że mężczyzna patrząc na nie w ułamku sekundy dochodzi do głębszej jego warstwy i dostrzega to, co dla innych ludzi (kobiet) jest niewidoczne.  Nie żebym coś do tego miała, po prostu mnie to fascynuje.

 

Przykład z domu wzięty. Małżonek mój, którego niezmiennie kocham i takie tam, wraca ze sklepu i mówi:

Pan M.: Spotkałem twoją osiedlową koleżankę  AB. Była na spacerze z dzieckiem. Powiedziałem jej cześć.

Ponieważ koleżanka AB ma bobasa w wieku podobnym do naszego, Jolanta zapytuje z ciekawości, ale także mając praktyczne powody, dla których ta wiedza jest jej potrzebna:

Jolanta: Miała gondolę czy spacerówkę?

Tutaj mała uwaga dla niewtajemniczonych – gondola to typ nadwozia wózka przeznaczony dla zupełnie małych, leżących bobasów, spacerówka natomiast to nadwozie dla bobasów siedzących i zafascynowanych otaczającym je światem. Różnica w wyglądzie tych typów nadwozia jest znaczna.

 

Dla zobrazowania:

Nadwozie typu gondola

gondola

 

 

Nadwozie typu spacerówka

spacerówka

 

Zaznaczam też, że małżowinek mój doskonale wie, jak wyglądają gondola i spacerówka, żeby nie było, że wymagam czegoś niemożliwego dla normalnych ludzi jak np. rozróżniania utworów R.E.M.*

 

Pan M.: Nie zauważyłem.

Nie zauważył. Przyjrzyjmy się bliżej tej sytuacji:  mężczyzna zauważa człowieka. Rozpoznaje w nim osiedlową koleżankę AB, mówi jej cześć (więc wiemy, że obraz człowieka dotarł od jego mózgu). Widzi też, że prowadzi ona wózek. Nie kosiarkę. Nie psa na smyczy. Wózek dziecięcy. Obraz wózka z niewiadomych powodów jednakże zatrzymuje się na poziomie oczu i nie dochodzi dalej. Kształt wózka zostaje poza świadomością mężczyzny.

Jolanta: Jak mogłeś nie zauważyć, czy gondola czy spacerówka?

Pan M.: Nie wiem. Nie zwróciłem uwagi.

Zwrócić lub nie uwagę to można na numer rejestracyjny przejeżdżającego obok auta, ale zwracanie lub nie uwagi na to, czy obok przejechało auto czy koń na jeźdźcy jest stwierdzeniem pełnym sprzeczności. To się po prostu widzi lub nie widzi się niczego, ani auta ani konia. 

Trudno – myślę – albo jestem z chłopem albo nie, powinnam się już przyzwyczaić. Spuściłam więc na to laskę milczenia.

 

Po południu poszliśmy SE z mężem  i synem na spacer. Syn w spacerówce, gwoli ścisłości. Minęła nas kobieta. Normalna. W zimowej kurtce, bo jest zima. Po jakimś czasie mąż nie wytrzymuje:

Pan M.: Widziałaś tę dziewczynę, co wchodziła do sklepu? Miała taaakie balony.

Jolanta: Skąd wiesz, jakie miała balony? Była w zimowej kurtce.

Pan M.: No jak to skąd? Zwracam uwagę na takie szczegóły. 

Zwraca uwagę na coś, na co nie da się zwrócić uwagi, bo tego NIE WIDAĆ.  

 

Dla zobrazowania:

Tak wygląda kobieta ze standardowej wielkości balonami w zimowej kurtce:

 

kobieta w zimie

 

 

A tak wygląda kobieta z taaakimi balonami w zimowej kurtce:

 

kobieta w zimie

 

Zatem widzenie wybiórczo-dochodzące z niewiadomych przyczyn zaprowadziło wzrok mężczyzny pod kurtkę i pozwoliło stwierdzić, że balony są ponadprzeciętnej wielkości.

Mężczyzna nazywa to „zwracaniem uwagi na szczegóły”. Mimo iż kobiety często zarzucają swoim, czy jakimkolwiek, mężczyznom problemy ze zwracaniem uwagi na szczegóły, mężczyźni uważają ten zarzut za absurdalny, ponieważ widzenie wybiórczo-dochodzące pozwala im na manewry wzrokiem takie, jak opisany powyżej, które w ich przekonaniu  załatwiają sprawę dostrzegania szczegółów i nie można im zarzucić ignorancji w tej kwestii.  Nie żeby mi to przeszkadzało. Fascynuje mnie to po prostu.  W końcu jestem z chłopem, nie? Musiałam się przyzwyczaić.

 

 

*  Gdyby przyszła Wam kiedyś ochota, aby zmierzyć się z niemożliwym, odsyłam w miejsce, które mam nadzieję przekona Was, że nie ma to sensu, bo wszystkie ich utwory brzmią dokładnie tak:   

 

 

JOL.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Dziś przypada nam piąta rocznica istnienia blogaska. Chciałabym napisać, że pamiętam jak dziś… i w sumie napiszę – pamiętam jak dziś, kiedy w naszej, wówczas wspólnej z Reginą, głowie narodził się pomysł stworzenia bloga, który miał być szybkim i krótkim remedium na ból istnienia i czarnej dupy rzeczywistości, jaki nam wtenczas doskwierał. Miało być doraźnie a wyszło na lata. No tak czasem bywa. Pokochałyśmy ten nasz mały wirtualny przytulny kapelutek i, pomimo kilku prób zakończenia jego żywota, nadal w nim siedzimy.

Podsumowanie blogaska kiedyś juz robiłam, nie będę się zatem zapuszczać w te tereny. Dodam tylko, że trochę martwi mnie kierunek, w jakim kapelutki obecnie zmierzają. Mianowice mam wrażenie, że nasz niegdyś wspólny kapelutek stanął teraz w rozkroku pomiędzy czymś na kształt bobo-bloga a bloga kobiecego (dzięki Bogu  nadal sporo na nim o depresji J). Gdzieś w tym rozkroku zagubił się dawny duch fioletowego kapelutka, który z subtelnym cynizmem, lekką nutką dekadencji, bezwzględną inteligencją oraz jajem i wątkiem kryminalnym opowiadał o zwykłym życiu dwóch niezwykłych, krejzi nastolatek... Stop, ku**a! Nie, jakich nastolatek? J Opowiadał o czarnej (a czasem różowej) dupie rzeczywistości  Jolanty z Chudowa (która, jeśli nie wszyscy pamiętają,  została zamurowana żywcem za odmowę zamążpójścia) oraz Reginy Falangi (tak tak, z tych Falangich :P), które od czasu do czasu ściągały korony i zakładały ordynarne kapelutki, aby szczęśliwcom, którzy trafili w te rejony internetu łatwiej było znieść miałkość innych jego rejonów oraz czarną dupę ich własnej rzeczywistości.  

A może mi się zdaje. Może nigdy nie było subtelnego cynizmu, lekkiej nutki  dekadencji, bezwzględnej inteligencji, jaja i wątku kryminalnego… No dobra, bezwzględna inteligencja była, nie kokietujmy, bo i tak nikt w to nie uwierzy, ale cała reszta… nie wiem. Huivi – cytując klasyka.  Może mi się przyśniło.

Faktem jest natomiast, że blogasek ten to kawał historii życia mojego i Reginy (tzn. nie naszego wspólnego, choć przez jakiś czas mieszkałyśmy razem, za ścianą znaczy się), na tym blogu napisałam w bólach pracę magisterską,  wpadłam w rów mariański czarnego kapelutka, wypiłam jakieś sześć… set  hektolitrów kawy, skończyłam studia, wyjechałam na ciężkie roboty na obczyznę, wróciłam w chwale i glorii, wyszłam za Pana M., znalazłam pracę marzeń, urodziłam syna, posadziłam drzewko szczęścia, kupiłam mieszkanie a teraz wytrwale rzygam tęczą testując Waszą i swoją cierpliwość J Kawał życia. I jakoś ciężko byłoby mi się rozstać z tym blogiem, choć całkiem niedawno miałam taką myśl.

Zastanawia mnie też do czego to zmierza. Tzn. do kiedy będziemy pisać kapelutki? Czy wnuki Wenus będą go czytać? Jaki to będzie miało na nie wpływ? Czy to dobrze, że zaczęłyśmy go w ogóle pisać? Dokąd zmierzamy? Skąd przychodzimy? I tradycyjnie już – kiedy wynajdę koło?

 

Żeby nie marudzić i żeby nasza, odnaleziona po latach, czytelniczka Ela nie usnęła z nudów powiem tylko: dzięki Ci Regino za bycie przez tyle lat wytrwałym (i często tym wytrwalszym :) ) współ-kapelutkiem i Wam, Panie i Panowie, za te lata wirtualnego życia, cieszę się, że niektórych z Was poznałam w rzeczywistości i, że okazało się, że rzeczywistość ta nie była ani dupna ani czarna :)

Wszystkiego zatem! :)

 

http://www.clickypix.com/dogs-wearing-hats-34-cute-pictures/

więcej psów w kapelutkach TUTAJ

 

JOL.

piątek, 20 grudnia 2013

Czarna Dupa Rzeczywistości powróciła. Wyjścia są dwa: albo trzeba przywdziać na powrót ordynarny kapelutek albo spierdalać stąd. 

(pozdrawiam naszą dawną stałą czytelniczkę, panią Elę, której zawsze przeszkadzało, że wpisy są za długie i za mało w nich wulgaryzmów :))

 

JOL.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl