Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.

Saga ludzi lodu

niedziela, 23 lutego 2014

 

Ceremonia zamknięcia igrzysk olimpijskich utwierdziła mnie w jednym - Vladimir Putin jest w moim typie. Smutne, wiem. Ale już dawno zauważyłam, że mam koszmarny gust, jeśli chodzi o mężczyzn. Generalnie lubię brzydkich. Im brzydszy, tym lepszy. Dość przypomnieć wpis, w którym razem z Halszką zachwycałyśmy się Dimitrijem Miedwiediewem zgodnie twierdząc, że jest ekstraordynaryjnie hegemoniczny. Niczym Leam Neeson (?!) Aż trudno uwierzyć, że z takimi upodobaniami wciąż jesteśmy niezamężne.

Kompromitującą rozmowę dotyczącą DM można przeczytać TU.

Ale Putin... On to dopiero jest ekstraordynaryjnie hegemoniczny. I ekstraordynaryjnie demoniczny. Może dlatego mi się podoba. I ta jego jaszczurowata fizjognomia... Jestem zboczona, wiem.

Wracając do ceremonii. Podobała mi się. Nie powiem, że nie. Ale bardziej pierwsze pół, niż drugie. Pod koniec już się trochę nudziłam. Za to bardzo przypadł mi do gustu fakt, że wpadkę z otwarcia potrafili obrócić na swoją korzyść, pokazując dziś dystans i poczucie humoru. Prezydent zapewne musiał wyrazić zgodę. A zatem potwierdza się teoria, że prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy ;)

 

http://eurosport.onet.pl/soczi-2014/soczi-2014-xxii-zimowe-igrzyska-olimpijskie-oficjalnie-zamkniete/3pblf

 

Re

 

Apdejt, nim Halszka zacznie się pluć w komentarzach :P Do wszystkich, którym nie będzie chciało się czytać naszego dialogu o DM. Na końcu doszłyśmy do wniosku, że wygląda jak kuzyn ze wsi, a nie prezydent atomowego mocarstwa, którym był wówczas ;)


piątek, 06 lutego 2009

Czwartek, jak to czwartek, przyszedł niespodziewanie i zupełnie mnie zaskoczył. Potem jeszcze rzucił mną o ziemię i na końcu przydeptał. I nie mogłam nawet pomarzyć, o „oglądaniu telewizora", czy „siedzeniu na komputerze", albo o najzwyczajniejszym w świecie leżeniu brzuchem do góry, bo w perspektywie malowała się impreza, z której nie byłam w stanie się wyplątać. Dziwię się, że wciąż mnie zapraszają, skoro przeważnie nie przychodzę.

Tym razem wbrew instynktowi poszłam, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że nienawidzę imprez, zwłaszcza takich, na których są same baby. A konkretniej 20 bab, w tym 7 jazgoczących głośniej ode mnie - niemożliwe? A jednak! Sama byłam zaskoczona. I gadanie o dupie marynie! Śluby, dzieci, a jak śluby i dzieci, to wiadomo - seks. I to już temat rzeka. A bo mój Maciek, a bo mój Jacek, a bo mój Wacek, kuurrrrwa! Dziewczyna, którą widzę pierwszy raz w życiu, zwierza się ze swoich najintymniejszych spraw. I co? W rewanżu miałam opowiedzieć jakieś pikantne szczegóły z mojego dzikiego życia seksualnego - bez przesady! Udałam, że nie zrozumiałam i zaczęłam gadać o Życiu seksualnym Dzikich. A co!

Jakoś przed północą udało mi się wyrwać, że niby rano trzeba wstać i żyć i w ogóle. Gdy tylko wyszłam z kamienicy, czwartek znów mnie zaskoczył - okazało się, że na zewnątrz wszystko jest białe, a z nieba pada śnieg, o którym nie śniło się największym meteorologom. Wracałam do mieszkania piechotą. Sypało tak mocno, że w mgnieniu oka zrobiłam się cała biała. Wyglądałam, jak bałwan, choć wszystkim potem wmawiałam, że raczej jak Królowa Śniegu. Nie wiem, czy to ten śnieg, czy to ta noc, czy co, ale zrobiło mi się jakoś tak... melancholijnie. Choć to chyba nie jest odpowiednie słowo. W każdym razie zupełnie straciłam czujność i znienacka napadła mnie taka refleksja.

Jeśli jesteśmy w stanie nauczyć się czegoś na błędach, to na pewno nie na cudzych, tylko na swoich własnych. Rodzice robią wszystko, żeby nas uchronić przed złem tego świata i dają nam całe mnóstwo rad. Słuchamy ich, robimy tak, jak mówią, a potem dostajemy takiego kopa w potylicę, że mroczki nam się pokazują przed oczami (a w skrajnych przypadkach nawet Mroczki). Bo nagle się okazuje, że „o maj gienia świat się zmienia" i że niektóre rady jakoś nie pasują do epoki. W każdym razie mamy argument za tym, żeby następnym razem nie posłuchać złotych rodzicielskich rad. Ignorujemy je na całej linii i w rezultacie dostajemy jeszcze mocniejszego kopa w potylicę, bo się okazuje, że rodzice akurat tutaj trafili, i że cholera, to dobra rada była. I gdy już prawda o naszej klęsce wychodzi na jaw, z podkulonym ogonem wracamy do mamy i taty, żeby usłyszeć sakramentalne „a nie mówiłam/em?"

W moim życiu niesłuchanie rodziców zazwyczaj wychodziło mi na dobre, albo przynajmniej nie przynosiło dotkliwych szkód dla zdrowia i życia Ale niestety w jednej lub dwóch sprawach mama miała rację. Niestety były to sprawy fundamentalne. Teraz, gdy mam podjąć jakąś decyzję, najpierw zadaję sobie pytanie: What Would Mama Do? I gdy dalej nie mogę nic wymyślić, zadaję to pytanie po prostu jej. I na końcu i tak wychodzi, że to ona miała rację, nawet gdy jej nie miała, bo wszystko da się sprowadzić do zdania, które od dzieciństwa młotkiem swego uporu wbija mi do głowy: Discimus quam diu vivimus! Na własnych błędach discimus...

R.

sobota, 17 stycznia 2009

 

Modły wysłuchane! Wolfgang Loitzl pierwszy w Zakopanem! Mój kochany, niedoceniany przez lata Wolfgang, w tym sezonie w wielkiej formie! (Tak naprawdę ostatnie zdanie ukradłam Włodzimierzowi Szaranowiczowi. Od siebie dodałam tylko „mój kochany".) Zastrzelcie mnie, bo nie kibicuję Małyszowi. Trudno.

Co roku powtarza się to samo - postanawiam nie oglądać skoków, a potem tata nie daje mi wyboru - kto ma pilota, ma władzę. I znów z poważnej osoby, zajmującej się poważnymi rzeczami;) staję się rozentuzjazmowaną czternastką, która zakłada sobie foldery ze zdjęciami gwiazd sportu (proceder powtarza się kilka razy w ciągu roku, w zależności, jakie imprezy sportowe transmituje akurat tv). Mater Dei!  Może kiedyś wydorośleję...

Przykro mi trochę, że nie widziałam konkursu, w którym Wolfgang tak pięknie i daleko lądował (przepraszam, panie Włodzimierzu - znów kradnę pana słowa), ale jechałam w tym czasie pociągiem, rozkminiając, jakie nielegalne interesy prowadzi mój współpasażer - pan Gadający Przez Telefon Przez Całą Drogę. Chcąc nie chcąc, dość dokładnie słyszałam, o czym mówi. Było o kasie, pożyczkach, DŁUGACH, sprzedawaniu mieszkań, wykiwaniu i o choć czym jeszcze. Puściłam wodze fantazji. Pan GPTPCD jechał do mojego miasta (a moje miasto to Białystok, a moje życie to Białystok) i miał być z powrotem za trzy godziny. Szybka kalkulacja - hmmm....nie załatwi wiele w Białymstoku (załóżmy, że to naprawdę moje miasto) -  czasu w sam raz, żeby odrąbać komuś głowę łopatą i wrócić do domu....  W każdym razie nie zdziwię się, gdy jutro (dzisiaj?) w Fucktach usłyszę jakieś zabójcze nowiny z mojej gminy.

Długa ta dygresja, w dodatku urwana w połowie (właśnie odniechciało mi się kontynuować) i zupełnie nie związana z tematem. Chociaż nie! W pociągu było tak zimno (lodowato!), że zmarzło mi to i owo. No, te - stopy. A wy myśleliście, że co?

Wracając... ad rem. Przykro mi, że nie widziałam konkursu. Zdążyłam na samą końcówkę, gdy wzruszony Wolfgang Loitzl stał na podium. A potem był z nim wywiad. Niestety całą moją uwagę przykuł przepytujący Bartosz Heller, który albo przesadził z solarką albo z sokiem marchewkowym... Nie wiem, co mówił Wolfgang Loitzl, ale na pewno był bardzo szczęśliwy i zafascynowany wspaniałą atmosferą, którą zafundowali kibice;) Ooooo, ale uroczo:)  Jak tu nie kochać Wolfganga Loitzla? Choć to miłość skomplikowana. I wcale nie dlatego, że znam go z telewizji;) Ale Simon Ammann i Harri Olli, to bajka na zupełnie inną noc:)

R.

poniedziałek, 05 stycznia 2009

Wczoraj, jako że był to Dzień Pański, wybrałam się do świątyni. Nauczona doświadczeniem poszłam na mszę, którą celebrować miał ksiądz proboszcz. Wikarego bowiem, z tej racji że jest świeżo upieczonym kapłanem, cechuje (ale brzydkie słowo) niebywałe staranie o to, żeby każda partia możliwa do zaśpiewania, była wyśpiewana należycie, a kazanie by było odpowiednio długie, z właściwą ilością zwrotów typu „drodzy moi”, „umiłowani bracia i siostry”, „kochani parafianie”… (oraz to, że zamiast chodzić lata dwa metry nad ziemią.) Po nabożeństwie, z racji tej że jest zima, a ogrzewanie nie zdaje egzaminu, wierny wychodzi z kościoła z zapaleniem gardła, gorączką, a już na pewno nieżytem nosa. Zatem poszłam na mszę sprawowaną przez proboszcza, który jest całkiem normalny…

Pierwsze czytanie – nie czuję nóg.

Drugie czytanie – nie czuję rąk.

Ewangelia – nie czuję nic.

Nie ma kazania – uuuuuff.

Staram się nie myśleć o tym, że zaczynam zamarzać, a tak naprawdę nie myślę o niczym innym.

Wród nocnej ciszy latają myszy i pokój niesie ludziom w lesie..

Ogłoszenia parafialne:

LIST BISKUPA ORDYNARIUSZA!

W końcu dawno nic nie napisał do diecezjan. To byłaby druga niedziela z rzędu.

Stoję, zamarzam i słucham – choć nie chcę –

„Zbliża się Objawienie Pańskie – święto tak ważne dla nas katolików. Bla bla bla bla blaaaa. Zostało zebranych 700 tysięcy podpisów w sprawie ponownego ustanowienia święta Trzech Króli dniem wolnym od pracy. Bla bla bla bla blaa. Ale sejm odrzucił głos katolickiego ludu w pierwszym czytaniu! Bla bla bla blaaa.”

Tak – zróbmy 6 stycznia dniem wolnym od pracy, w końcu przerwa świąteczno-sylwestrowa jest taka krótka. Może w ogóle przestaniemy uczyć się, studiować, pracować – bo, po co? Nie samym chlebem żyje człowiek.

Jestem wkurzona. Zamieniłam się w jeden garbaty sopel lodu.

Nie słucham listu biskupa.

Ogłoszenia właściwe: intencje mszalne, harmonogram wizyty duszpasterskiej, bla bla blaaaa.

„W minionym tygodniu Bóg odwołał do wieczności Śp. księdza X, wieloletniego bla bla bla blaaa.” Oooooo nieeeeeee!

Jestem wkurwiona. Zamarzłam, a muszę słuchać o zasługach kogoś, kto w mojej świadomości pozostaje słynny z tego, że miał słabość do wódy, kasy i najwyraźniej bab, skoro dorobił się córki. W mojej głowie nie ma już ani jednej chrześcijańskiej myśli.

Adoracja. Stan mój daleki jest od uświęcenia.

Koniec. Idźcie ofiary do domu. Nowy rekord – godzina, 8 minut.

Szkoda dzieci. Po mszy wystawiały jasełka, ale większość ludzi zamarzła zanim zdążyła je zobaczyć.

Jaki z tego morał?

Zmienić wiarę? Lubię moją wiarę.

Zmienić parafię? Lubię moją parafię.

Zmienić klimat? Lubię moją zimę.

 

Trzeba zostać i uczyć się pokory. I ubierać dwa swetry więcej.

 

Pół godziny później, gdy powoli odtajałam w domu, naszła mnie refleksja:

„Zawsze mogło być gorzej – odprawiać mógł wikary.”

R. 

niedziela, 04 stycznia 2009


Mam w mieszkaniu 15 stopni. Podobno najlepsza temperatura dla efektywnego myślenia. I tak sobie lekko przymarzając efektywnie myślę, że temperatura, która panuje w mojej wysokiej kamienicznej rezydencji jest głównym powodem powstawania wrażenia asocjalności u jej mieszkańców.

Już spieszę wyjaśnić, choć palce zamarzają zanim dotkną klawiszy.
Otóż, jak w takich warunkach zaprosić znajomych na kawę? Co należy powiedzieć? „Może przyjdziesz na kawę? Mam chyba kilka mrożonych kostek na stole…w kształcie filiżanki…possamy sobie i pogadamy. Co ty na to?” albo „O, widzę, że masz wełniany sweter. Zapraszam do siebie”, „Należysz do klubu morsów? Może skoczymy do mnie?”, „Wpadnij na kawę. Mam jeszcze jedno wolne miejsce przy piecu”? Nie da się, w najlepszym wypadku uznano by mnie za ekscentryka.
Z kolei, kiedy ja idę do kogoś na kawę, rozmowa ciężko się klei, bo długo nie mogę wyjść z podziwu nad genialnym systemem dostarczania ciepła w jego mieszkaniu: „O Boże, masz kaloryfery! Widziałam takie w katalogu. Są cudowne”. Potem do końca spotkania zastanawiamy się, które z nasz oszalało.

Kiedy ostatnio kupowałam w pobliskim sklepie szampana na sylwestrową imprezę, miałam tak zmarznięte ręce, że drobne wysypywały mi się z dłoni, bo nie byłam w stanie utrzymać ich miedzy palcami. Czułam na sobie wzrok ekspedientki, obserwującej badawczo tę żałosną scenę zbierania monet z podłogi i już wiedziałam, że za chwilę dowiem się także, że „nietrzeźwym alkoholu nie sprzedajemy”. Żeby uchronić się przed żenującym tłumaczeniem o niewydajnym piecu w mieszkaniu, szybko rzuciłam jej najbardziej przytomne, przenikliwe i ostre jak brzytwa spojrzenie, jakim dysponuję. Podziałało, ale o mały włos a temperatura w moim mieszkaniu byłaby przyczyną uznania mnie za nietrzeźwą w środku dnia samotną kobietę w sklepie monopolowym.

Albo – mając na uwadze, że w mieszkaniach zwykle jest cieplej niż na zewnątrz, wychodzę do miasta mając na sobie liczbę ubrań będącą wielokrotnością cyfry 5. Po czym, kiedy w centrum handlowym, mdlejąc z gorąca, ściągam z siebie trzeci sweter, nie mam szans na poznanie przystojniaka w garniturze od Armaniego!

Nawet nie bardzo mogę poderwać własnego sąsiada w garniturze od H&M, bo kiedy spotykamy się na klatce schodowej, ja - wychodząc z mieszkania - zalotne spojrzenia spod rzęs muszę rzucać także znad sopla lodu spod nosa.

No dobra, trochę przesadzam. Jak mówiłam, 15 stopni to najlepsza temperatura do myślenia, więc dałam się ponieść fantazji. Oczywiście, że nie 15 tylko 15,5 i nie od Armaniego, tylko od Ralpha Laurena.

Pozdrawiam ciepło! (<--życzenie pełne sprzeczności) 

Sopel lodu będący kiedyś Jolantą

 

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl