Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.

Kapelutkowy poradnik: Jak przeżyć sesję i nie zwariować?

piątek, 27 maja 2011

 

Skończyły się Juwe-Juwe-Juwenalia. Teraz ten, kto pije, to kanalia. Bo jeśli ma odwagę pić, to znaczy, że w najbliższym czasie nie czekają go żadne zaliczenia ani egzaminy. Cała reszta szykuje się na wojnę.

System Eliminacji Studentów Jest Aktywny!

Wprawdzie Kapelutki zakończyły edukację już jakiś czas temu, lecz nasze doświadczenia pozostają nadal jak najbadziej aktualne. Polecamy więc wszystkim studentom zapoznanie się (jeśli dotąd tego nie zrobili) z naszym wspaniałym, wyjątkowym i jedynym w swoim rodzaju poradnikiem!! 

 

KAPELUTKOWY PORADNIK - JAK PRZEŻYĆ SESJĘ

I NIE ZWARIOWAĆ?

 

Dobrze wam radzą:

Dr Regina Falangi - Lekarz Medycyny Bardzo Niekonwencjonalnej

oraz

Jolanta z Chudowa - Też Specjalista

 

 

piątek, 03 lipca 2009

 

Najgorsza rzecz, jaka może przydarzyć się człowiekowi dzień po zdaniu ostatniego egzaminu:

odpala kompa, zapodaje fajerfoksa a tam...

dwa najbardziej dramatyczne pytania:

 

Przywrócić poprzednią SESJĘ?

Rozpocząć nową SESJĘ?

 

To to jest masakra.

 

Wszystkim, którzy w przyszłości będą zdawać jeszcze jakieś egzaminy życzę tylko prawidłowych odpowiedzi. Nawet na najbardziej podchwytliwe pytania w stylu fajerfoksa.

 

Żegna się z państwem lekarz medycyny bardzo niekonwencjonalnej - dr Regina Falangi

 

 

środa, 01 lipca 2009

 

Wszyscy zapewne pamiętają kapelutkowy poradnik: Jak przeży sesję i nie zwariować? Doktor Regina Falangi - lekarz medycyny bardzo niekonwencjonalnej, czyli ja wraz z doktor Jolantą z Chudowa - też specjalistą, pół roku temu dałyśmy szereg wskazówek, jak w miarę bezboleśnie przebrnąć przez najciekawszy moment studiów, to jest sesję.

Jako że jestem w trakcie uczenia się do egzaminu, który już drugi raz ma być tym ostatnim, łapię chwilami MAŁEGO DOŁA. I jest mi przykro, że inni mają wakacje, a ja nie:( I w ogóle to chciałam powiedzieć, że już nie przyswajam i że najprawdopodobniej znów nie zdam, ale mimo wszystko staram się nie dać zmęczeniu i rezygnacji. I walczę.

A oto co mi pomaga przetrwać:

1. Śniadanie kosmonauty...

 

2. Nektar bogów...

 

3. I ambrozja...

 

4.Drzemka na świeżym powietrzu...

 

A tak naprawdę marzę tylko o jednym...

... żeby zamienić się w kota i... spać...

 

dr Regina Falangi

 

poniedziałek, 09 lutego 2009

 

Sesja to czas, gdy siedzimy w książkach, leżymy w książkach, siedzimy nad książkami, myślimy przy książkach, jemy przy książkach oraz z książkami śpimy. I w powyższym wbrew pozorom nie są najważniejsze książki, ale czasowniki, które im towarzyszą.
Nie da się bowiem ukryć, że sesja przebiega głównie w pozycji horyzontalnej, a już na pewno jakiejś wybitnie statycznej, żeby nie drażnić Jolanty i nie napisać statecznej.
Dlatego, jako Wasz lekarz medycyny bardzo niekonwencjonalnej, muszę zalecić w czasie sesji ruch! Bo ruch ważny jest, ruch poprawia krążenie, ruch daje naszemu ciału zdrowie, a w zdrowym ciele zdrowe ciele, a w zdrowym cielu zdrowy duch, jak głosi pierwsza zasada medycyny bardzo niekonwencjonalnej. Poza tym w jednym z języków dziwnych, których uczą na tejże medycynie „ruch" znaczy „duch", więc coś jest na rzeczy, albo wszystko jest nieziemsko zagmatwane.

I tak, już od rana rozśpiewana dr Regina Falangi proponuje:

1. wymachiwanie kończynami - do budzika, który dzwoni w nieodpowiednim momencie
2. skłony - po szlafrok, który został niedbale rzucony na podłogę przed pójściem spać
3. przysiady - w celu wydostania kapci spod stołu, biurka, łóżka, krzesła, fotela
4. wymyk - po kawę do sklepu, lub
5. jogging - po produkt zawierając dużą ilość magnezu, czyli czekoladę
6. podskoki - do szafki, w której zakamuflowane są na czarną godzinę wafelki
7. rozwijanie mięśni ssących - o czym pisała Jolanta w cz. 6
8. częste spacery - zwane fachowo trójkątem bermudzkim: kuchnia, łóżko, łazienka
9. dotlenianie na balkonie - przy udziale ukraińskich lucky strike-ów oraz
10. skręty - bioder oczywiście, bo wysmuklają talię.

To tyle na dziś. Niech moc będzie z Wami! I noc! I koc!

Wasza kochająca i współcierpiąca dr Regina Falangi

sobota, 07 lutego 2009

KUJ! KUJ!! KUJ!!!

Jeśli słyszycie coś takiego za oknem (nie ważne, gdzie aktualnie przebywacie) to prawdopodobnie słyszycie jak Jolanta kuje do egzaminu. KUJ! KUJJ!!

Ufff...teraz pewnie nie słyszycie bo zrobiłam sobie małą przerwę (jakieś 45 minut) na Kapelutki i grzankę z musztardą i majonezem. 

 

W czasie kucia oprócz sposobu na kapelutka, stosuję także zmodyfikowaną zasadę Pareto. Czyli na każdą godzinę przypada 20 minut nauki i 40 minut patrzenia się w ścianę. To system dobry dla zachowania równowagi psychicznej i zmotywowania własnej motywacji. Równowagi psychicznej chyba tłumaczyć nie muszę. Jakby student wykorzystywał całe 60 minut z godziny na naukę to na 4. roku byłby doktorem habilitowanym i straciłby połowę dzieciństwa. Co oczywiście fatalnie wpływa na psychikę.

Motywowanie motywacji to natomiast pojęcie wymyślone... (suprise!!!) przeze mnie. A polega na tym, że kiedy po 40 minutach siedzenia w kuchni i gadania o bzdetach, ewentualnie oglądania po raz setny tych samych zdjęć przyklejonych na lodówkę, student orientuje się, że minęło już 40 minut, a ma przeczytane dopiero 4 słowa z książki, to motywacja, którą mu się wtedy włącza starcza nawet na przybiegnięcie do pokoju, otworzenie książki na odpowiedniej stronie (w tym przypadku pierwszej) i usadowienie się przy biurku. Potem niestety potrzeba innych środków stymulujących motywację, o których nie wiem czy wolno mi pisać, żebym następnego wpisu nie musiała dyktować Reginie lusterkiem wystawionym przez kraty w oknie. Ale co tam, skoro zalegalizowano sklep z dopalaczami, to może szczęśliwie nie obudzą mnie jutro panowie w kamizelkach waląc kolbami kukurydzianymi w moje drzwi.

 

Pierwszym środkiem motywującym jest oczywiście kawa. O prawdziwej kawie napiszę po sesji, bo przyznać się muszę, że jako miłośnik tego napoju, ciężko mi przechodzi przez palce pisanie o niej jako o narzędziu, a nie celu samym w sobie. Pamiętajcie, generalnie KAWA JEST BYTEM AUTOTELICZNYM (nowe słowo) I NIE WOLNO TRAKTOWAĆ JEJ INSTRUMENTALNIE! ...Zazwyczaj...ale sesja jest jak wojna i pewne reguły przestają obowiązywać, więc w czasie sesji zamiast pysznej, świeżo mielonej, pachnącej kawy bez mleka (mleko tfuu!), poimy się niestety siekierami zrobionymi z pięciu łyżeczek, aż nam włosy na rękach skręcają się w warkocze. Pan M. by pewnie polecił w celu totalnego zsiekierzenia się kawę z kogutem na opakowaniu, ale ja bym poprzestała po prostu na zwiększeniu dawki kawy normalnej, dla ludzi. Nie chcemy piać o piątej rano, tylko kuć. To chyba jasne.

Drugi sposób to wrzucenie do kawy plastra cytryny. Pachnie okropnie, smakuje jeszcze gorzej i nikt do tej pory nie udowodnił, że zwiększa motywację. Więc nie wiem, ale tak słyszałam.

Dobry sposób stymulowania motywacji to woda mineralna. Tak. Macie pod ręką ze trzy duże butle wody w celu uzupełniania szklaneczki, która stoi na biurku i jest połączona z waszymi ustami rurką plastikową, zwaną potocznie słomką. Ćwiczycie sobie tak mięśnie ssące, sącząc powoli wodę mineralną i czytając jednocześnie kolejne 4 czy ile tam chcecie słów z książki. Cały myk z wodą polega na tym, że mniej więcej co 10 minut musicie wstać do sikania, w ten oto niezawodny sposób zmuszając swój organizm do aktywności fizycznej i oddalenia się od łóżka, które - jak wiadomo - w czasie sesji ssie najbardziej. Gorzej jeśli zaśniecie w łazience, ale od tego jest kabelkowa galeria, żeby ludzie w kiblu nie zasypiali, tylko sie gapili na ściany.

Nasz prywatny sposób stymulowania przedsesyjnego to „żaba na głowę". Wiele lat temu Wenus Botticelliego była zakupiła w pewnym sklepie pluszową żabę z rozdziawionym pyskiem, która przez przypadek okazała się być genialnym środkiem homeopatycznym stymulującym mózg do pracy przed sesją. Wystarczy założyć ją pyskiem na głowę, tj, żabi pysk skierować i naciągnąć (rękami, nie pyskiem) na własną głowę. Wielokrotnie do tej pory zostało uwodnione, że godzinka z żabą na głowie przed egzaminem pomaga w lepszym przyswajaniu informacji i zwiększa odsetek zdawanych egzaminów.

Dobrym sposobem może nie na stymulowanie ale na nie zaśnięcie, jest gadanie z dziewuchami w kuchni o bzdetach. Ale wtedy nie będziecie się uczyć...

No i jest jeszcze zakazany sposób z pewnym syropem na kaszel, którego nazwy tu nie wymienię, ale każdy kto choć zahaczył o studiowanie w XXI wieki, wie co zacz. My tam go nie stosujemy, ale słyszałyśmy w telewizji, że są tacy studenci, którzy tak robią.

 

Oczywiście najlepszym sposobem na naukę w czasie sesji jest systematyczna i sumienna nauka przez cały rok. Czasem się udaje, czasem nie. W zależności od kierunku, przedmiotu, prowadzącego. Jak się udaje, to sesja jest po prostu czasem wolnym od chodzenia na zajęcia. Jak się nie udaje to sesja jest jak SITA - rok nauki w tydzień. 

 

No to wracam do kucia, jestem pozytywnie zmotywowana, mam wodę mineralną, kawę bez koguta (co mi przypomniało, że trzeba nakarmić kaczkę i kurczaka) i kolejną grzankę z musztardą i majonezem, która nie stymuluje, ale jest dobra.

 

KUJ! KUJ!! KUJ!!! KUJ! KUJ!! KUJ!!!KUJ! KUJ!! KUJ!!!

 

JOL. 

 

 

  

 

czwartek, 05 lutego 2009

Sesji ciąg dalszy

 http://77.236.5.217/jondi/sesja.jpeg

http://77.236.5.217/jondi/sesja.jpeg

 

Trzeba to komentować? ...Spać nam się chce:/

 

J. i R.

 

niedziela, 01 lutego 2009

 

Przygotowanie do egzaminu. Oral exam

Na oral exam ubieramy się lekko pensjonarsko - biały kołnierzyk, sweterek w serek, spódniczka za kolanko, względnie szerokie spodnie. Kolory oczywiście klasyczne, żadnych pstrokacizn. Buty płaskie lub na niskim obcasie. Włosy naturalnie. Makijaż owszem, ale delikatny, bo po dwóch nieprzespanych nocach, w każdym innym wyglądamy żałośnie. Na pytanie odnośnie paznokci: malować czy nie malować? - odpowiedź jest oczywista: zawsze malować! Malowanie paznokci jest dobre na wszystko! Biżu jak najbardziej, ale z umiarem! Raczej unikamy czerwonego koloru - na facetów wprawdzie wpływa pozytywnie, ale u byków, indyków i kobiet budzi zazdrość, a nawet agresję. Ostrożnie zwłaszcza z czerwoną torbą, bo nie daj Boże, egzaminatorka będzie mieć podobną i pojedynek na czerwone torby gotowy. A w tej potyczce, jak wiadomo, zwycięzca może być tylko jeden.

Odpowiedni image to 1/3 sukcesu. Przy tym dobrze mieć w sobie „to coś". „To coś" jest trudne do zdefiniowania. Albo się to ma (jak na przykład Halszka) albo się nie ma (jak na przykład Regina). „To coś", to rodzaj pierwszego wrażenia (które niekoniecznie musi być prawdziwe). „To coś", to coś pomiędzy „po prostu wzbudzam litość", a „naprawdę nic innego nie robię, tylko się uczę" oraz „po prostu wzbudzam litość". Odpowiedni ubiór i „to coś", to 2/3 sukcesu. Stuprocentową skuteczność osiąga się poprzez dodanie do wyżej wymienionych WIEDZY. Halszka, w związku z tym, że wpisuje się w konwencję wszystkich trzech punktów, jest sklasyfikowana w czołówce Studentów Wszechświata. Regina warunku drugiego nie spełnia wcale, a pierwszy i trzeci przeważnie tylko połowicznie, więc klasyfikuje się zaledwie w czołówce Studentów Europy Środkowo-Wschodniej.

Przemyślcie to sobie dobrze, a potem DO NAUKI!!!

 

dr Regina Falangi

sobota, 31 stycznia 2009

 

Przygotowanie do egzaminu. Dzień apokalipsy

O 5 rano budzi nas, radośnie szeleszcząc reklamówkami, Wenus Botticelliego, która nie ma sesji, więc właśnie wyjeżdża na narty. W myślach życzymy jej korków na Zakopiance. Przez godzinę próbujemy zwlec się z łóżka. Udajemy się do łazienki i tam, czyszcząc zęby, staramy się nie zwymiotować. Przypominamy sobie o istnieniu Boga, więc czym prędzej uderzamy w Niego aktem strzelistym i zasypujemy obietnicami nawrócenia i poprawy. Zazwyczaj nie jemy śniadania, bo nie możemy, ale obowiązkowo pijemy kawę lub herbatę. Ubieramy się, czeszemy, wzdychamy do Judy Tadeusza i innych Świętych Pańskich (grupa wsparcia) oraz, co bardzo ważne, malujemy paznokcie! Nic tak nie poprawia nastroju, jak ładne paznokcie i nic tak nie uspokaja, jak zapach acetonu. Satysfakcja gwarantowana.

Wychodzimy z mieszkania i w połowie drogi do tramwaju/ autobusu/ szkoły uświadamiamy sobie, że zapomnieliśmy dokumentów/ portfela/ indeksu/ szczęśliwego długopisu. Wracamy. Pakujemy zapomniany przedmiot, przysiadamy, liczymy do siedmiu, całujemy stópki Jezuska i idziemy na egzamin. Na miejscu staramy się nie ulec ogólnemu popłochowi i nie słuchać o tym, jakie „on/a straszne egzaminy robi! Połowa oblała w tamtym roku!". Siadamy gdziekolwiek - w końcu i tak nie umiemy ściągać, a stosunkowo nieduża ilość zdających i spore odstępy pomiędzy ławkami nie pozostawiają nadziei na konsultacje. Rozpoczyna się egzamin. W głowie tabula rasa i na stoliku tabula rasa, a myślenie boli, jak nigdy. Ale nie poddajemy się bez walki! O nie! Walczymy do końca i z zaskoczeniem stwierdzamy, że gdzieś tam niespodziewanie zaczyna dzwonić i chyba nawet wiemy, w którym kościele. Dostajemy nagłej iluminacji i bijemy rekord w pisaniu na czas. Bo czas goni nas. Piszemy, piszemy, piszemy, piszemy. Myślimy, myślimy, piszemy. Piszemy, piszemy, piszemy, myślimy, piszemy, piszemy. Piszemy, piszemy - o rety! ale piszemy! Piszemy, jak nigdy! Aleśmy napisali! No, popisaliśmy się że hoho! Oddajemy kartkę egzaminatorowi i ulatniamy się jak najszybciej z pola egzaminacyjnej bitwy, w celu uniknięcia kolektywnego porównywania odpowiedzi.

Wracamy do mieszkania i cieszymy się wolnym popołudniem - jupi! Po obiedzie zauważamy, że męczy nas nadmiar energii, więc postanawiamy pobiegać. Po powrocie z joggingu bezwstydnie marnujemy czas. Jemy dobrą kolację i sprawdzamy, komu mamy odpowiedzieć na maile. W związku z tym, że pisze do nas tylko Rossmann i Pizza Hut (lovely spam, wonderful spam), a listy były wygenerowane automatycznie, jesteśmy zwolnieni z obowiązku odpisywania. Chwilę się jeszcze plątamy, a potem podejmujemy decyzję, że czas iść spać. Ale nie możemy zasnąć, bo czuwamy...

 

dr Regina Falangi

piątek, 30 stycznia 2009

Właśnie się zorientowałam, że metodę „uczenia się na kapelutka” stosowałam w zasadzie przez całe studia (jedne, drugie, trzecie), choć zupełnie nie wiedziałam, że tak to się nazywa.

Po całodniowej refleksji nad teorią dr Reginy (co sprawiło, że nie mogłam się przez jeden dzień uczyć) naszło mnie nagłe natchnienie. Otóż to właśnie metoda na kapelutka jest najbardziej rozpowszechnioną metodą nauki na egzaminy! Posłużę się wizualizacją.

Metoda uczenia się

Metoda nauki "na kapelutka" wg. dr Jolanty z Chudowa 

 

Szerokość ronda kapelutka zależy od ilości dni, które zostały nam do egzaminu. Wizualizacja przewiduje dość optymistyczną wersję. Zwykle rondo ma niewiele ponad 2 milimetry. Ofiara, dajmy na to w postaci Jolanty, porusza się ruchem kołowym po rondzie kapelutka zataczając coraz to mniejsze koła. Po czym, kiedy przedegzaminacyjny wybieg się kończy, wpada w czarną otchłań, którą dobrze oddaje wnętrze kapelutka (na wizualizacji fioletowe, bo jakże by inaczej, ale w rzeczywistości czarne jak dusza Reginy). I tam już zostaje. Do następnego egzaminu. Który oczywiście też kończy się w czarnej dziurze (zwanej przez niektórych badaczy także „czarną dupą”). I tak znowu, znowu i znowu. Po sesji obiecuje sobie, że podczas następnej sesji tak się obkuje, że będzie, jak to się mówi „srał i rzygał wiedzą”

             (w celu tego drugiego dobrze jest pomóc sobie sposobem Jolanty czyli zalogowaniem się na n-k).

O ile będzie następna sesja. Zresztą metoda na kapelutka sprawdza się w wielu sytuacjach wymagających przygotowywania do czegoś, do czego nie specjalnie mamy ochotę się przygotowywać, a nasz pstryczek pod tytułem: „Nie jestem przecież jak te rzesze nieudaczników, którzy dwa dni egzaminem jęczą z bólu nad książkami. Ja nad książkami jęczę z rozkoszy!” zepsuł się jakieś cztery lata temu. Co gorsza pstryczek „O jaka jestem niepoprawna politycznie! Pójdę na egzamin nic się nie ucząc. Nic a nic” też w sumie nigdy nie działał za dobrze. Jeśli nie mamy na tyle silnej autoperswazji, żeby sobie wmówić, że to dla naszego dobra, pozostaje tylko pstryczek: „Jak zwykle będę umieć mniej niż bym mogła, ale za to będę bardziej niewyspana i maksymalnie wkurwiona”.   

Ta genialna wizja naszła mnie, kiedy czuwałam w nocy po wieczornym piciu w samotności herbaty. Teraz wracam do zataczania okręgów. Na jednej nodze, bo druga już nurza się w otchłani ( i jak łódka brodzi…?..nie....to chyba nie tak szło).

 

Też Specjalistka Jolanta

czwartek, 29 stycznia 2009

 

Przygotowanie do egzaminu. Dzień drugi

Od 5 rano walczymy z budzikiem, który zaczął dzwonić pół godziny po tym, jak udało nam się zasnąć. Walka kończy się druzgocącą klęską ok.7.30, choć częściej się zdarza, że dopiero o 9. Wyłazimy z łóżka i smętnym krokiem udajemy się do kuchni po kawę. Od progu witamy domowników wytartym sloganem: „Niech mnie ktoś kopnie w głowę!" Bierzemy pod pachę kawałek własnego lasu amazońskiego zwanego popularnie „ksero" i lokujemy się w cichym kątku, w celu zgłębienia wiedzy niezbędnej do osiągnięcia sukcesu (od 3,5 w górę). Całą swoją energię wkładamy w próbę zrozumienia, co autor (notatek) miał na myśli. W skrajnych przypadkach konsultujemy się z miejscowym grafologiem. Nie jemy, nie pudrujemy noska - kujemy! Kujemy, kujemy, kujemy, kujemy. Nie zwracamy uwagi na sąsiadkę z mieszkania obok, która swoim ukochanym rmf max próbuje zagłuszyć nasze kucie. Cały czas kujemy. Bez przerwy. Kujemy, kujemy. Po kilku godzinach dochodzimy do wniosku, że czytanie ze zrozumieniem to jednak sztuka. Robimy krótką przerwę, włączamy gg i ze smutkiem stwierdzamy, że nikt do nas nie napisał. Na pocieszenie zjadamy tabliczkę czekolady. Wracamy do kucia, ale w kuchni zaczyna się ogólne poruszenie. Robi nam się przykro, że inni nie kują. Rzucamy książki i notatki i idziemy na obiad, w skład którego wchodzi zupa z prawdziwej polskiej torebki oraz odgrzewany kotlet. Po podzieleniu się z wszystkimi swoją małą obawą: „Nie zdam egzaminu!:(" wracamy do swojego naukowego kątka i przez kolejne kilka godzin z niego nie wychodzimy. Kujemy! Kujemy, kujemy, kujemy, kujemy, kujemy, kujemy, kujemy, kujemy. Nie umiemy. Kujemy nadal. Dopada nas klasyczny „syndrom jednego dnia": „Ech, gdyby tak mieć jeszcze jeden dzień..." Pogodzeni z ewidentnymi brakami w swojej edukacji, około 2 lub 3 w nocy idziemy spać. Ale nie możemy zasnąć, bo czuwamy...

 

dr Regina Falangi

środa, 28 stycznia 2009

 

Uwagi wstępne:

  1. Regina wypowiada się na ten temat dlatego, iż w swoim krótkim życiu zdała ponad 80 egzaminów związanych ze studiami, więc się na tym zna.
  2. Porady są przeznaczone raczej dla dziewcząt, gdyż autorka nawet w najśmielszych wizjach nie była chłopcem i nie ma bladego pojęcia, co im radzić.

 

Przygotowanie do egzaminu. Dzień pierwszy

Zasada jest prosta - trzeba się nauczyć. Ściąganie odpada, bo primo: jest nieetyczne, secundo: Regina nigdy nie umiała ściągać, więc nie ma w tej materii żadnego doświadczenia i nie może się wypowiadać.

Co do tak zwanego „uczenia się na bieżąco", to owszem - bardzo pożyteczne, tylko ile osób jest w stanie sobie na to pozwolić? Zatem odrzucamy wersję optymistyczną, że coś już wiemy i przygotowujemy się do egzaminu w dwa dni. Pierwszego dnia śpimy do południa, żeby zregenerować siły witalne. Wstajemy, jemy śniadanie, pijemy kawę i witamy się z naszym bogiem - internetem (w nomenklaturze naukowej ta ostatnia czynność funkcjonuje także pod frazą: oddawanie pokłonu szatanowi). Sprawdzamy pocztę, pocztę oraz pocztę, kapelutki, n-k, kapelutki, pudelka, kapelutki, portal z newsami z kraju i ze świata, żeby być na bieżąco i obowiązkowo! kapelutki. Następnie, w ramach relaksu przednaukowego, odpalamy „grę na tę sesję", bo zaraziła nas tym Wenus Botticelliego. W zależności która to sesja, gramy w hangaroo, mahjonga, rzucamy chomikami lub układamy pasjansa - wszystko do momentu, aż uda nam się pobić poprzedni rekord. Okazuje się, że nieoczekiwanie przyszła pora obiadowa, więc udajemy się do kuchni, gdzie właśnie zaczyna się ogólne poruszenie. Gotujemy obiad. Jemy obiad. Pijemy kawę poobiednią i zauważamy, że jest już godzina 17. W lekkim popłochu wypadamy z kuchni i wpadamy do pokoju, zwarci i gotowi do nauki. Dzwoni telefon. Umawiamy się z dziewczynami/chłopakami na wspólną naukę w zacisznej herbaciarni, położonej na drugim końcu miasta. Tam u pana, który wygląda jak morderca, zamawiamy napar, po wypiciu którego, mamy czuwać przez trzy noce. Po mniej lub bardziej efektywnej nauce w mniejszym lub większym gronie, około północy wracamy do domu i pakujemy się do łóżka. Ale nie możemy zasnąć, bo czuwamy...

 

dr Regina Falangi, lek. med. bardzo niekonwencjonalnej

Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl