Powstaje, kiedy królowe ściągają korony i zakładają ordynarne kapelutki. W razie wątpliwości - ten blog piszą DWIE osoby: Regina i Jolanta.

Skandynawska saga

wtorek, 09 marca 2010

Mój kominek oczywiście:

 

Dzisiaj dałam mu popalić, ale chyba wreszcie mnie pokarało za to, że zawsze uważałam harcerstwo za nie mającą nic wspólnego z żadną szczytną ideą przykrywkę dla ledwo opierzonych dzieciaków, co by mogły z błogosławieństwem rodziców jeździć do lasu ażeby pić piwo, palić fajki i rozmawiać o cyckach, albowiem nawet przy użyciu:

1. zapałek,

2. gazet,

3. suchego drewna,

4. podpałki do kominka

5. oraz benzyny

ogień mój się nie chciał rozpalić i nie szumiały mi knieje. Tj rozpalił się, ale jak otwierałam otwór to się fajczyło jak szalone i w pięć minut ostawały się ino popioły, a jak zamykałam otwór to się dusiło i w pięć minut nie było już ognia.

Noo, ale za to gazetę umiem spalić przednio. Cóż, lata praktyki :))

 

JOL.

niedziela, 28 lutego 2010

Jolka się przeniosła. Święty Jacek nie zdetronizowany. Jolka zadzwoniła była bowiem po zmotoryzowaną koleżankę i uprzejmie poprosiła o pomoc, bo Święty Jacek nalega. A może to Święty Jacek zadzwonił? Nie wiem. W każdym razie Anna przyjechała i Jolkę wzięła w ten sposób ratując sqad świętych przed przymusowym zatrudnieniem nowego gracza.

I taaak...Teraz jestem w nowym flacie, w budynku przytulonym do murów obronnych miasta. Więc czuję się bezpiecznie. Chociaż te mury to mają z kilka wieków, ze trzy na pewno. Choć z drugiej strony, jak 3 wieki ustały, to miesiąc z Jolą pewnie też wytrzymają.

No i mam kominka:) Takiego, co można sobie w nim napalić:) I ten kominek ma dwie lwie łapy po bokach. Fajnie co? Fajnie :) Więc kto jeszcze nie był w Tallinie, niech się pakuje do busioka i przyjeżdża. Zwłaszcza takie trzy rozdoby, które miały przyjechać i się nie mogą zebrać.

A rozdob, co już był, niech też się pakuje. Do busioka pakuje. Już zostaw te tetracepsy, bo ci skóra na plecach pęknie :P

piątek, 26 lutego 2010

Dzisiaj nasz ostatni dzień razem :( To jest mnie i mojego lokatora. I muszę przyznać, że na początku źle go oceniłam . To znaczy nadal uważam, że ma nieco ignorancką naturę, która mnie na początku wkurzała, ale potem okazało się, że większość z tego to była poza. No właśnie. Ludzie pozują, żeby pokazać, że są kul mając wszytsko w dupie i wychodzą na idiotów. A tak naprawdę rzadko się zdarzają takie przypadki, które faktycznie wszystko, ale to wszystko mają w assie.

I mój lokator ma wiele w dupie, ale jak tak popatrzyłam niego to z dystansem to doszłam do wniosku, że właściwie większości z nas też ma te rzeczy w dupie, ale się do tego nie przyznaje, bo nie wypada.

Polubiłam mojego lokatora, bo w kruncie rzeczy jest w porządku gościem. Wiele razy mi pomógł, tłumaczył mi na estoński opis mojej choroby, kiedy szłam do lekarza i wymagania co do jeansów, kiedy szłam kupować gacie. Poza tym ja piłam jego kawę, a on zjadał moje jajka:) (czyli, jak to zwykle bywa między lokatorami). Dziś pomógł mi wypełnić deklaracje podatkową, a właściwie to zrobił ją za mnie. Tu w Estonii deklarację wypełnia się w 2 minuty, ale tak czy siak, trzeba wiedzieć, którzy przycisk kliknąć. Gdyby nie on, nie wiedziałabym nawet, że należy mi się kilka tysięcy koron zwrotu podatku :) Yupi. (zaraz napiszę o Estonii, jako wielkim hotspocie, jak to określiła Wenus, i o moim magicznym estońskim dowodzie, który jest jednocześnie podpisem elektronicznym, dzięki któremu deklaracja podatkowa zajmuje 2 minuty).

No i dziś nasz ostatni dzień razem. Napiliśmy sie winczacha i pogadali o przyszłości. Potem on poszedł pakować rzeczy do samochodu i po chwili usłyszałam walnięcie śniegiem w okno. Se myślę: „haha, bardzo śmieszne”. I siedzę dalej. A tu znowu "dup" w okno. No to wstaje i leniwym okiem patrzę na dół, a tam lokator na mrozie :) no więc leniwą ręką otwieram okiennice i pytam słodko łot? No bo sobie kluczy zapomniał i czy mogę zejść mu drzwi otworzyć. No bo u nas domofon ni dudu. I wtedy poczułam, że ja też mu się do czegoś przydałam:))

I w sumie, myślałam, że mieszkanie z facetem będzie wkurzające, bo wiecie faceci zostawiają ciuchy tak gdzie z nich spadną, nie myją naczyń, brudzą lustro pastą do zębów, nie wiedzą z której strony odkurzacza wkłada się rurę (hm, rurę od odkurzacza a nie swoją) itd. On natomiast okazał się obyty ze sprzątaniem do tego stopnia, że ja przy nim wychodziłam na bałaganiarza. Oczywiście starałam się nie wyłazić ze swoim bałaganem poza mój pokój, ale zdarzało się nie umyć talerza. No i ja zostawiałam wszędzie moje czarne długie kłaki (chociaż on nie opuszczał klapy). Ale w sumie to żyliśmy w zgodzie. Bez grafiku mycia podłóg, bez grafiku kupowania papieru toaletowego i płynu do mycia naczyń. Jakoś naturalnie wychodziło, że jak coś się skończyło to kupowaliśmy na zmianę. Sama się dziwię, że można tak zmienić stosunek do człowieka i to, zaznaczam, nie mając z nim żadnych stosunków, o których teraz myślicie.

No a teraz świątynia dizajnu wraca w ręce właściciela. Ja przeprowadzam się na starówkę, więc będę nadawać z samego serca Tallina, a on gdzieś indziej, nie wiem gdzie. Ale cieszę się, że zostawiłam tu cząstkę siebie – klapę do kibla :))

A tu moja ulubiona część świątyni dizajnu:

świątynia dizajnu

 

I ta boska ściana z cegły, z którą kocham osobę, która zaprojektowała to mieszkanie. :)))

Było fajnie. Dzięki!

 

JOL.

 

środa, 17 lutego 2010

A tam, pomyślałam, i też sobie walnęłam zdjęcie cienia. W śniegu. Białym.

Tallinn by Jolanta z Chudowa

 

A tak poza tym, to takiego śniegu w życiu nie widziałam. Nawet, kiedy byłam w Laponii. No dobra, w Laponii byłam w maju, ale w innych częściach Finlandii byłam w lutym i takiego śniegu tam nie widziałam. A w piątek znowu ma padać.

Tallinn by Jolanta z Chudowa

 

Problem na łikend: Co jest pod tą kupą śniegu?

Tallinn by Jolanta z Chudowa

Tallinn by Jolanta z Chudowa

Tallinn by Jolanta z Chudowa

 

oraz: Co zrobić z tą kupą śniegu?

Tallinn by Jolanta z Chudowa

Tallinn by Jolanta z Chudowa

Fajnie, co? Kładziesz się spać - za oknem plac, wstajesz rano - za oknem stok narciarski.

 

jol.

sobota, 13 lutego 2010

Co my teraz mamy? Luty. W niedzielę minie 5 miesięcy od kiedy przyjechałam do Tallina. Pięć miesięcy. Toż to prawie pół roku. A minęło jak z piczy strzelił. Pamiętam jak wczoraj, kiedy przez pierwszy tydzień mieszkałam kątem u dziewczyny poznanej przez znajomych z Finlandii (która nomen omen i vice versa okazała się być niezwykle pomocną i miłą osobą).

Potem pierwszy dzień w pracy, cały czas chciało mi się płakać, snułam się po stołówce i czułam się jak przedszkolak bez mamy. Potem masakra szukania mieszkania, komuny artystyczne, prysznic w piwnicy i szmaty w oknach. No a potem miałam szczęście i wprowadziłam się do świątyni dizajnu, gdzie wszystko jest na prąd, błyszczy, miga, jest kwadratowe, zdecydowane i czarno białe. A ja niestety przyniosłam do łazienki swoje zielone i różowe ręczniki, do kuchni żółte ścierki i brzuchaty kubek na kawę i postawiłam kwiatka na blacie. Kwiatka mój lokator oczywiście wyrugował, ale inne kolory oprócz black i white ostatecznie zostały zaakceptowane, więc mogłam zostać. Potem był czas, kiedy pracy nie lubiłam i miałam galopującą depresję. Potem przyszła zima, Tallin zasypało i od razu zrobiło się weselej:)

No a teraz minęło pięć miesięcy i muszę przyznać, że jest dobrze. Nawet bardzo dobrze. W pracy się sprawdziłam. Poznałam fajnych ludzi. Poza tym jestem duszą towarzystwa (jak zwykle :))) no i pewnie mogłabym być most popular Polish stand up comedian in Estonia. ;) Ale nie jestem, jeszcze. Martwi mnie tylko jedno. Że trzeba będzie wrócić i znowu układać sobie życie od nowa. Damn it. Ja to jednak uwielbiam niestabilność. :/

Macie tu poza tym spóźniony apdejt z grudnia:

Parnu mnt

Kapelutki w Tallinie

 

Katedra Piotra i Pawła na Vene

Kapelutki w Tallinie

 

Lodowisko w starym mieście

Kapelutki w Tallinie

 

Prezentacja estońskiej kultury tradycyjnej w centrum miasta co by się turyści cieszyli

Kapelutki w Tallinie

 

Vabaduse Valjak (Plac Wolności)

Kapelutki w Tallinie

 

Estoński haski samojed

Kapelutki w Tallinie

 

Targ świąteczny inside

Kapelutki w Tallinie

 

Targ świąteczny outside

Kapelutki w Tallinie

 

Tradycja z bliska

Kapelutki w Tallinie

 

Tyle. Obudźcie mnie jutro o 7 to zrobię foty nowego śniegu. Obiecuję, że nie będzie żółty.

 

Jola z Tallina

sobota, 30 stycznia 2010

Pamiętacie jeszcze takie cuda jak wolne soboty i pracujące soboty? Ja pamiętam. Pamiętam, bo jak w sobotę szłam na przystanek autobusowy to za cholerę nie wiedziałam, czy autobus przyjedzie według rozkładu soboty wolnej czy pracującej. Na mój dziecięcy wtedysiejszy rozum (bo teraz też mam dziecięcy) w wolną sobotę autobus w ogóle nie powinien przyjechać, chyba, że bez kierowcy, bo przecież sobota jest wolna. Tak więc, wyglądało na to, że wszystkie soboty są pracujące. Było to zakręcone, ale przynajmniej jasno nazwane, są soboty, kiedy się pracuje i są soboty, kiedy się leży i pachnie.

A teraz co? Ponoć we wszystkie soboty można leżeć i pachnieć, więc czemu do cholery od kilku tygodni wydaje mi się, że normalny tydzień roboczy trwa siedem dni, a ja pracuję przez osiem? A to dlatego, że od kilku tygodni nie miałam soboty dla mła, a to dlatego, że albo pracuję, albo jakaś impreza, albo pracuję. I dziś też miałam pracować do sobotę, alem się zbuntowała. A, że się zadeklarowałam , że przyjdę, to przyszłam. Powiedzieć, że dziś NIE przyjdę :))) Szłam do pracy, szłam, przez śniegi, zaspy, nielegalnie przekraczając ulicę w niedozwolonym miejscu (można nielegalnie przekraczać w dozwolonym miejscu?) i jak doszłam to stwierdziłam, że nie, nie ma mowy, nie poświęcę kolejnej soboty na siedzenie przed komputerem (oczywiście ten wpis robię zdalnie wisząc do góry nogami na drzewie i dyktując moje myśli genialnemu urządzeniu do publikowania wpisów na blogach, a co wy myśleliście?).

Nie i nie. W życiu chin ludowych nie byłam tak zmielona psychicznie. Zeszły tydzień przeżyłam tylko dzięki kawie i batonikom. Dość, dość. Muszę mieć sobotę, w którą jedyną czynnością, jaką wykonam przez cały dzień, będzie rzucenie okiem na własne stopy i stwierdzenie, że właśnie to chciałam dzisiaj zrobić.

A jeszcze do atrakcji sobotnich muszę dodać, że jak wyszłam do pracy, żeby  powiedzieć, że nie przyjdę, to zapomniałam se telefonu, co mi się nigdy nie zdarza, a jak się zdarza, znaczy, że bardzo źle ze mną. No i zapomniałam, zostawiłam na blacie w kuchni i polazłam. Oczywiście, jak przez 4 miesiące nikt z Estonii do mnie nie zadzwonił z numeru, którego nie mam w książce, tak dziś, kiedy ja nieświadoma szłam prze zaspy i śniegi obwieścić szefom radosną nowinę, mój telefon równie radośnie wibrował i świergolił na blacie kuchennym, pobudzany przez osobę, której estońskiego numeru NIE MAM w skrzynce! Nosz, w mordulca! I jak to się nie wkurwić? Oczywiście, że nie oddzwoniłam, ponieważ miła pani w słuchawce bez pardonu zakomunikowała mi, żebym spadała na drzewo bo maj akałnt is tuu loł.

Ihuj, że tak to podsumuję. To co, ja będę dzisiaj robić? Malować paznokcie, rysować, robić pranie, umyć podłogę, szyć, umyć głowę, pofocić, nie wiem, coś będę robić. Regi ostro ćwiczy w Katarze, to może ja za nas dwie oddam hołd pruski demonowi wpierdalania słodyczy? Moooże, kto wie. Całą sobotę mam żeby się zdecydować:)

JOL

 

 

wtorek, 26 stycznia 2010

Czytając poniższym wpis Regi, jakobym czytała w swej rodzonej głowie.W sobotę albowiem miałam imprezę, korpoimprezę znaczy się. A, że impreza miałaby być tematyczna, bez zakupów się obyć nie mogło. Temat imprezy: mafia. No SE myślę: nie, oooo nie, nie dam się wpędzić w wojski róg ani w kozią dupę i nie nakupuję znowu tony rzeczy, które są niezbędne na każdą kolejną imprezę, a tym bardziej korpoimprezę, a tym bardziej mafijną korpoimprezę. O nie. Ale musiałam się przecież umalować, nie? Normalnie NIKT nigdy nie widział mnie bez makijażu, a ci co widzieli, wiedzą, że o tym nie można mówić głośno.  Ale tu w Stalinie, NIKT nie widział mnie bez makijażu, więc normalnie jakobym była zawsze bez, prawda? Toteż na imprezę musiałam walnąć na twarz coś ekstra, żeby było widać różnicę. Postanowiłam zrobić się na połączenie Madonny z wczesnych lat kariery na głowie, Dody z późnych lat kariery w pasie i Dity Von Teese na twarzy, cokolwiek by to miało wspólnego z mafią (ostatecznie utrzymywałam, że jestem przebrana za kochanicę szefa, no mafii szefa kochanicę).

Ale w celu zrobienia się na Ditę Von Teese na twarzy potrzebowałam czerwonej, ale to czerwonej szminki. Bezwzględnie potrzebowałam. Toteż, z mocnym postanowieniem zakupienia jedynie szminki, bo przecież inne sprzęty tynkarskie miałam, poszłam ja do szopu zwanego także, nie od czapy, drogerią.

Ale, wybrać odpowiednią szminkę to nie taka łatwa sprawa.

Po wypróbowaniu na rękach 30 rodzajów i kolorów czerwonych szminek, wyglądałam, jakbym właśnie stoczyłam krwawą bitwę na pazury z rosomakiem. Łaskawej Pani sprzedawczyni zrobiło się nawet mnie żal, więc czem prędzej wyskoczyła zza regału z chusteczką obsikaną mejkap remuwerem, co bym powycierała sobie łapy. Ale do rzeczy. Szminkę wreszcie wybrałam. No a skoro już tyle effort włożyłam w wybór tejże, postanowiłam zrobić sobie przyjemnośc dokupując do niej także konturówkę. No a jak szminkę i konturówkę już mamy, to pasowałoby jakiś nowy cień w pasującym kolorze. Jak cień, no ejlajner tez, bo niedługo się może skończyć, i co wtedy. A jak tusz się też skończy? No to tusz też. I podkład by mi sie jakiś przydał. Podkład i korektor. No korektor to musowo. I do kasy. A przy kasie - nie może być! Lakiery do paznokci w promojszon. Przydałby się nowy kolor do szminki, cienia i w oooooogóle. No to kupiłam też nowy lakier w kolorze Bright Future. Jak przyszło do płacenia, to trochę mi członki opadły, ale Łaskawa Pani szybko poprawiła mi humor wywalając na ladę próbki perfum w prezencie espeszali for mi.

Chyba jej się żal mnie zrobiło, że taka upaprana i spłukana od nich wychodzę. Ale za to jaka szczęśliwa.  :))

Ot czego pragną kobiety - wszystkiego plus czegoś ekstra w prezencie.

 

JOL.

czwartek, 31 grudnia 2009

No i o dupę rozbić tę całą asertywność. A niech to andrzej szczeli. W mordę kopana motyla noga.

Miał być w tym roku piękny sylwester, sylwester marzenie, taki o którym zwykli śmiertelnicy nie mogą nawet pomyśleć, bo myśl ta nie pasuje szejpem do szejpu ich głowy. Miał być sylwester w łóżku, na spiąco. Kreacja nawet gotowa - bawełniane spodnie w kratkę, wygodna koszulka z napisem "Kadra" (nie, nie narodowa), grzanka z serem, kakało, żywot brajana, chłopaki nie płaczą i może jakiś dokument o warholu. A o dwunastej siku, paciorek i lulu. Miało być zaebiście jak nigdy, a wyszło ujowo jak zwykle. Bo zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie potrafił namówić mnie na jakieś drinki, snaki, party, hajhałarju, pitu pitu, tenksajmfajn, hepinjujiir i tak dalej.

Co rok to samo. I teraz muszę zapieprzać w śniegu do sklepu  i ostatnie zaskórniaki wydawać na alkohol, który i tak w każdą, kurna, noc upija tak samo. Skąd to przekonanie, że jakoś w noc z 31 grudnia  na 1 stycznia alkohol upija inaczej, albo, że coś będzie wyjątkowe, albo, że wszystko się może zdarzyć? Jak to mówi Bolec: No jasne kufa, że wszystko się może zdarzyć!

Zawsze potwarzałam, że czas jest pojęciem względnym (tak - zawsze, jak się urodziłam lekarz kazał zapisać pielęgniarce "Godzina narodzin: 15.10" a ja wtedy po raz pierwszy w życiu powiedziałam "Czas jest pojęciem względnym". Tak było. Jak nie wierzycie, zapytajcie zegarmistrza).

Przepraszam, że się uniosę, ale na uj mi były te wszystkie lekcje asertywności na studiach? Wszystko jak krew w piach. A raczej jak pieniądz w powietrze. Tak. Bo jeszcze zgodziłam się iść oglądać, jak kolejny idioci, wystrzeliwują w powietrze pieniądze w postaci tych cholernych sztucznych ogni.

Bum! I 40 koron poszło z dymem. Prrrrryyyyk tsiuuuuuu! i 8 koron przepadło w ciemnościach. Da da da dadam bum bum bum piiiiiiii bum tzrzrzrzrzrzrzz i 200 koron poszło sie kochać...

Wytłumaczy mi ktoś tę zagadkę ludzkości?

 

JOL JOL JOL JOL BUM!!! (i 500 koron jak śnieg w piach)

sobota, 26 grudnia 2009

A tam w mordę. Olałam Michaiła. Miałam się dziś uczyć, ale że mi powiedział ostatnio, że jestem zbyt self konfident, to postanowiłam mu pokazać, że w sumie ma rację i się dziś nie pojawiłam. No. Chociaż wypieranie z pamięci dzisiejszej lekcji nie było łatwe, jak się jest tak poprawnym politycznie jak ja, ale próbowałam zapomnieć. Nie pamiętać. Ojej, wyleciało mi z głowy.

Najsampierw poszłam spać, bo mię montaż klapy kiblowej zmęczył. Ale, że śniło mi się, że chłop mój brał udział w jakiejś chłopskiej rebelii i niszczył sprzęty użyteczności publicznej, trochę mię ten sen zmęczył. Walnęłam sobie zatem ryżyk z warzywami. Potem kawka, fajka i dalej, dawać upust mojej selfkonfidencji. Na szczęście, żaden penis nie zaparkował dzisiaj pod moim oknem, więc mogłam bez krygacji zakurzyć sobie na własnym parapecie. A jak już tam byłam to pyknęłam trzy zdjęcia, co by wam pokazać nocny zimowy widok z mojej hacjendy od strony bocznej.

I tak się sprawy przedstawiają:

 

tallin jak się patrzy

(jak klikniecie, to się powiększy. zdjęcie się powiększy, a myśleliście, że co?)

JOL.

 

niedziela, 20 grudnia 2009

 

(zauważyliście jaki dałam chwytliwy tytuł notki? Nadawałby się na pierwszą stronę WP...Wszystkich, którzy spodziewali się krwawego opisu bombardowania stolicy Estonii, serdecznie przepraszam, tu będzie tylko o języku)

Mało mi było roboty, sześciodniowy tydzień pracy wydawał się za mało pasjonujący, toteż postanowiłam wziąć się na naukę. Na pierwszy ogień poszedł mój rosyjski. Próbowałam się nauczyć tego języka już ze trzy razy, ale zawsze jakoś tak zapał mi przechodził, zanim dochodziłam do "ju". Ale teraz to mam nawet jakąś motywację w postaci nauczyciela z jajami. Nie ma to jak nauczyciel facet, do twego młodszy. Znalazłam Michaila.*

Michail jest Rosjaninem, urodził się na Ukrainie, mieszka w Niemczech, studiuje fizykę i uczy mnie rosyjskiego. Bardzo miły chłopak. Wysyła mi kwiatki na skejpie. Słabo mówi po angielsku, więc jak go szkolę w języku plebsu a on mnie w cyrylicy. Literki już umiem. Wczoraj sama przeczytałam akapit książki. Nic nie zrozumiałam, ale było wesoło.

W ogóle to rosyjskim jestem tutaj bombardowana ze wszystkich stron. Jak pewnie wiecie, w Estonii mieszka wielu rosyjskich obywateli estońskich, tj ni to Rosjan ni to Estońców. Ludzi, którzy czują się Rosjanami, urodzili się z rosyjskich rodziców, niestety na terenie Estonii. Bardzo wielu z nich celowo nie uczy się estońskiego i ostentacyjnie okazują swoją mentalną przynależność do narodu rosyjskiego. Między nimi a Estończykami panuje ciągły stan napięcia i obopólnej niechęci. Im bardziej Estońcy nie lubią Rosjan, za to, że siedzą w ich kraju i nawet nie raczą nauczyć się mówić po ichniemu, tym bardziej Rosjanie nie uczą się ichniego języka i nie lubią Estońców, bo wcale nie uważają, se nie są u siebie. Napięcie czasem przeradza się w uliczną bitwę, a okazje mogą być różne - mecz, usunięcie pomnika rosyjskiego żołnierza z cmentarza.

Ale wracając do bombardowania. Językiem bombardowana jestem nie tylko ona ulicach, w sklepach, w urzędach ale oczywiście w pracy.  Firma jest międzynarodowa, językiem oficjalnym jest angielski, ale większość (jeśli nie wszyscy z wyjątkiem Jolanty) mówią po rosyjsku i dla wielu jest to pierwszy lub drugi po estońskim język. Dlatego small talks i chats najczęściej z angielskiego płynnie przechodzą w rosyjski, co powoduje także płynne Jolanty odejście od tematu i zamknięcie się we własnym świecie.

Nie żebym tam się we własnym świecie nudziła, ale...ale. No fajnie byłoby umieć coś więcej niż "Tri piwa pażalsta, bystro!". Ale żeby nie było, że jestem jakimś tam prostakiem, to umiem też powiedzieć: "Balszoje spasiba".

No to teraz spasiba, idę szyć. O 18. lekcja z Michailem :P

JOL.

 

* I oczywiście, że skupiam się tylko na nauce języka.  W tym celu wyobrażam sobie, że mój nauczyciel jest mały, rudy, łysy i ma hobby, które uniemożliwia mu utrzymywanie normalnych kontaktów z otoczeniem, np. zbiera psie kupy i robi z nich naszyjniki.

czwartek, 10 grudnia 2009

No i huji bombki sytyszczelił. Jest druga w nocy (w Estonii) a ja od godziny próbuję zrobić przelew do mojej polskiej nordei i kurde kurde kurde nie da się. Mówi mi, że kot słift jest incorrect, a ja dam sobie migdałki wyciąć, że jest correct. I co? I huji. Nawet napisałam do customer support i czekam. Może mi doradzą, a jak nie to może mnie chociaż pocieszą.

Pierwszy raz od zawsze mam własną kasę, którą se mogę przelewać gdzie chce i jak na złość, mogę ją przelać wszędzie, tylko nie do własnego kąta. No co za czwartkowa przewrotność. Motyla zad.

Idę spać z tej zgryzoty. Ostatnio śniło mi się, że było mnie dwie. Jedna miała ja na imię Jolanta a druga Marilyn. I obie wyglądałyśmy jak Marilyn Monroe, tylko, że mieszkałyśmy na zabitej dechami wsi i byłyśmy ubrudzone błotem. Jedna z nas, niczym Jagna, została wyklęta przez wiejską społeczność (głównie babską) ponieważ spotkała się z niemieckimi żołnierzami, a to w celu dania się zabrać na wycieczkę po świecie. Ale niemieccy żołnierze tylko mówili, że jeżdżą po świecie, więc wycieczki nie było. Nic nie było. Nawet taczki z gnojem, bo się obudziłam siłą obowiązku, kiedy okazało się, że mam 45 minut, żeby się zebrać do obozu pracy. Tyle przypowieści o dwóch mnie.

JOL.

niedziela, 06 grudnia 2009

A ja tam (i tu) muszę powiedzieć, że w piatek miałam jedną z najlepszych imprez, jaka trafiła się po najlepszych złotych latach studiów (czyli pierwszym roku, oczywiście nie wliczam w to wszytskich imprez w Apartamencie, bo te są poza klasyfikacją of kors). Ale, impreza była z ludźmi i z pracy i nawet nie przypuszczałam, że będziemy się tak świetnie bawić. Nie, że ludzie z pracy (co to w ogóle za określenie?) są jacyś nie rozrywkowi, tylko, że z ludzmi z pracy zazwyczaj się pracuje, a od zabawy są ludzie z ... no własnie... z lunaparku (?) Anyway miała być impreza pożegnalna jednego z pracowników a zamieniła się w rozgrywki kręglowe i zawody bilardowe. W kręglach Jolanta okazała się być great winner and great loser in the same time (czyli zgarnęła wszystko:))), za to w biladzie była już tylko great loser, a nawet giant loser, który miewał problemy z zapamiętaniem, czy ma trafiać (trafiać? wolne żarty:)) w "halfies" czy "fullies" Ale zabawa był przednia, więc kogo by tam obchodził score (no chyba, że Jolanta wygrywa...).

ale kok!

Na szczęście tylko kufle są z Ale Coqa (jak bardzo trzeba było być pijanym albo dowcipnym, żeby nazwać piwo "Ale Coq"?). Pijemy Krusovice, bo Ale Koka raczej nie ma sensu pić, chyba, że ktoś się lubuje w Harnasiu.

bołling

Jak wiecie, tam na koniec trzeba dopchnąć kulę, w celu zbicia kręgli, które podobno tam są. Przy mojej wadzie wzroku wyglądało to jakbym miała przeturlać kulę po języku jakiegoś migoczącego potwora o w pełni uzębionej paszczy, który z czasem zaczął się także przybliżać i oddalać (ale to już pewnie zasługa Krusovic, a nie wady wzroku).

kule

A tu kule. Czy kule na kręgielni zawsze są tłuste jak nóż do masła? Te były. Powody mogły być dwa: albo ktoś złośliwy z przeciwnej drużyny smarował je olejem, żeby wypadały z rąk w czasie rzucania, albo gracze za często w czasie gry zagryzają piwo smażonymi grzankami z czosnkowego chlebka i żółtego sera. Ja myślę, że to jednak sabotaż z butelką oleju.

JOL.

sobota, 21 listopada 2009

Mamy w pracy epidemię grypy. Jesteśmy przetrzebieni. W piątek cztery kolejne osoby poszły na chorobowe. Mamy do dyspozycji maseczki i nakaz zgłaszania przełożonym, że nasi koledzy źle się czują.  :) No i mamy też nakaz sterylizowania rąk po wyjściu z kibla oraz dezynfekowania klawiatury przed zasiąściem (zasiądnięciem?) do pracy. Tak więc jesteśmy na każdym kroku dezynfekowani i sterylizowani. Przyrost naturalny na pewno spadnie.

Ale, żeby nie było tak smutno, to płyn dezynfekująco-sterylizujący jest na bazie alkoholu. A ponieważ tu jest cały czas ciemno i łatwo wpaść w depresję, naszą ulubioną czynnością jest teraz chodzenie do kibla. Stamtąd zawsze wracamy z uśmiechem na twarzy spowici kojąca wonią etanolu. Ludzie w pracy jakoś od razu wydają się atrakcyjniejsi. Szkoda tylko, że jesteśmy wysterylizowani...

W ramach obrony przed grypą, wczoraj z koleżanką postanowiłyśmy się wysterylizować także od środka. Tj od strony żołądka, używając w tym celu oczywiście etanolu w postaci zabutelkowanej. Dżin z butelki powiedział mi, że ja nie będę chora, ale dziś coś kiepsko się czuję. I nie, że mnie tam głowa boli. To pikuś. Gardło mnie boli! Kaszlę. Myślę, że to przez to, że byłam zmuszona to jechania wczoraj dwa razy autobusem, czego normalnie unikam w każdy możliwy sposób. Ale wczoraj musiałam.

I co? I pewnie ktoś na mnie nakaszlał. Świńska twarz!

A teraz od kilku godzin siedzę w ciemnościach, bo słońce chyba dzisiaj też miało chorobowe. Ugotowałam kaszę gryczaną z warzywami i łososiem (znowu muszę jeść ryby, damn it!) i zastanawiam się, kiedy ktoś uprzejmy zrzuci wreszcie świńską grypę na Wielką Brytanię...

 

jol.

środa, 11 listopada 2009

Jak wielkim trzeba być ignorantem, ażeby uważać i być przekonanym w stu procentach, że:

- jeśli NIGDY nie słyszałem (ja ignorant) się o jakimś filmie, to znaczy, że jest on beznadziejny, znany tylko na Kaukazie, tani i nie wart obejrzenia (mówimy o WSZYSTKICH filmach oraz seriach Monty Pythona, filmach Davida Cronenberga, Pulp Fiction, filmach Darena Aronofskiego itd.)

- mój kraj jest centrum technologicznym i cywilizacyjnym świata i poza nim oraz Stanami Zjednoczonymi nie ma innej godnej uwagi cywilizacji, reszta świata jeszcze siedzi na drzewach lub zajmuje się łupaniem kamieni na drodze

- w życiu liczy się tylko to, jak bardzo RZECZ jest modna i dizajnerska. Nie warto, nawet za milion dolarów, założyć na siebie wycieranych spodni, bo nie są dizajnerskie

- WSZYSTKO wyprodukowane w krajach słowiańskich jest tanie, beznadziejne, niesmaczne i śmierdzi

- Polska do Kaukaz i nie ma tam nic do oglądania, w ogóle w żadnym innym kraju poza moim i Stanami nie ma nic godnego uwagi (warto zaznaczyć, że nasz ignorant nie był nigdy w  żadnym kraju na dłużej niż kilka dni, oraz nie był w większości krajów europejskich, w swoich ukochanych Stanach Zjednoczonych tyż nie)

- fajnie jest pracować w sklepie muzycznym, bo można wiedzieć, co się dzieje na świecie

- najistotniejszą sprawą w życiu jest seks, marihuana i dizajn

- wszystko produkcji estońskiej jest najlepsze na świecie, a jesli coś produkcji estońskiej okazuje się niezbyt dobre, to na pewno jest zrobione w zachodniej części w jakiejś małej firmie.

- dramatem psychologicznym jest film o duchach i paranormalnych zjawiskach w nawiedzonym domu

-  tylko ja (ignorant) potrafię w internecie zajmować się czymś innym niż oglądaniem youtube, stron porno i seriali (tak naprawdę, nie wiem, co można robić w internecie, bo cały czas z wielkim przejęciem oglądam filmy o duchach i epidemiach niszczących miasta w Stanach Zjednoczonych)

- religia jest jakąś śmieszną bajką  (jasne, że paranormalne historie są bardziej prawdopodobne) a ludzie, którzy praktykują jakąś religię nie mogą być naprawdę dizajnerscy bo są ZAWSZE bezzębnymi dziadkami w obdartych kufajkach siedzącymi przed swoimi słowiańskimi chałupami, którzy nie wiedzą, co to jest telewizja i dizajn, bo ksiądz nie pokazuje tego podczas mszy

- wszyscy ludzie są głupsi ode mnie (ignoranta), choć tak naprawdę jestem ignorantem, dlatego każdy moment, w którym ktoś okazuje się wiedzieć więcej niż ja, sprowadzam do idiotycznej odzywki najlepiej ad personam (aha, i nie wiem co to znaczy "ad personam", ale w sumie mam to w dupie) albo dotykającej spraw fizjologicznych, bo jestem pewien, że większość ludzi poczuje się w takiej sytuacji nieswojo i tym sposobem będę górą)

- najgorsze w pracy lekarza jest to, że musi myć bezdomnych, którzy mają wypadek (styczność z krwią jest niczym w porównaniu ze stycznością z brudnym bezdomnym), aha, a poza tym nie wierzę, że lekarze naprawdę myją pacjentów, przecież to okropne, wycierać komuś tyłek, fuj

- duże szczekające znienacka zza płotu psy powinny być usypiane

- mam wszystko w dupie oraz codziennie piję alkohol i bo to nonszalanckie być codziennie na lekkim rauszu (nie wiem co to znaczy nonszalancja, ale chyba pasuje, co?). Poza tym afiszuje w ten sposób posiadanie wszystkiego w dupie

- piwo jest dla plebsu, ja piję wino oraz wódkę (tak naprawdę nie mam pojęcia, co znaczy pić wódkę, bo zawsze piję wódkę smakową cytrynową z ogromną ilością soku bo smak wódki jest dla mnie trochę za mocny. Pić czystą wódkę? No coś ty, fuj...) Aha, no i po wypiciu jednego wina i dwóch piw jestem taaaaaki pijany, ojej ależ jutro będę miał kaca, uwielbiam to.

- mój komputer HP ma rewelacyjny dizajn, dlatego go kupiłem. Asus? Kiedy to było zrobione? W dziewiętnastym wieku? (co z tego, że mój HP ma tylko dwa wejścia USB i jest zaskakująco niefunkcjonalny, najważniejsze, że błyszczy i jest taki płaściejszy)

- asfalt na chodnikach wygląda tak tanio...

- jestem zajebisty bo podpalam marihuanę a moją ulubioną stroną w necie jest forum o hodowli grzybków halucynogennych

- Finowie są pijakami i gejami, Rosjanie są przestępcami, Litwini są złodziejami, Polacy są z Kaukazu a rasa żółta jest jak robaki i należy ją niszczyć

- jestem rewelacyjny i dizajnerski, nie mam zielonego pojęcia, co ludzie robią w życiu a brak świadomości  tego daje mi jeszcze większe poczucie własnej zajebistości (tak naprawdę nie mam tego poczucia, oczywiście jestem zajebisty z samej definicji mnie). A tak w ogóle, co innego można robić w życiu poza paleniem papierosów, piciem wina, jaraniem trawy, kupowaniem ciuchów z fajnymi metkami, oglądaniem seriali i byciem dizajnerskim? Oczywiście, że nic. Cała reszta światowej populacji, poza Stanami Zjednoczonymi of kors, ma życie nudne i szare jak słowiański papier toaletowy, tapla się w brudzie i smrodzie oraz je gówniane słowiańskie żarcie i niebieskie od chemikaliów polskie jabłka z robakiem w środku)

???

 

Wszystkie powyższe przykłady są jak najbardziej autentyczne i pochodzą ze złotych ust oraz przemądrej głowy Wielkiego Pięknego Pana Lokatora. Jego ignorancja sięga tak daleko, że nie jest możliwe pokazanie mu, jak bardzo się myli, ponieważ jest to człowiek bezrefleksyjnie przekonany o swojej racji oraz swojej i swojego narodu wyższości nad innymi ludźmi oraz narodami. Przypadek beznadziejny. Nie ma sensu się nawet denerwować.

Ja wiele rzeczy jestem w stanie u ludzi zrozumieć, ale ignorancja jest czymś najgorszym, bo rodzi się z głupoty, karmi się nią i sama też ją produkuje. Sama głupota-głupota jest czymś uleczalnym, głupota nie wyklucza refleksji. Ale ignorancja-głupota niestety jest nie do pokonania w standardowy sposób, ponieważ ignorancja jest trochę bardziej wyrafinowana niż głupota i skutecznie wmawia osobnikowi nią dotkniętemu, że jemu refleksja nie jest potrzebna bo jest zajebisty.

Precz z ignorancją. 

 

JOL>

 

 

poniedziałek, 19 października 2009

A ja, żeby tak jakąś przeciwwagę dla tej nudy postawić, powiem, że dzisiaj zapieprzałam jak osioł (choć i tak do przodowników pracy w firmie mi daleko, ale najważniejsze, że mam ambiszons).

W piątek też zapieprzałam, choć nie tak jak dzisiaj. Ale widzę, że poziom potrzeby zapieprzania wzrasta w każdym dniem, więc nawet nie chcę myśleć, co będzie kiedy osiągnie swój punkt kulminacyjny. W toku ewolucji wyrośnie nam dodatkowa para rąk? Byłoby błogo, nie powiem. Albo wszyscy staniemy się robotami T-1000 i będziemy musieli przynajmniej raz dziennie zabić Arnolda Schwarzeneggera, żeby wieczorem móc położyć się spać z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Hew noł ajdija.

W każdym razie, nie narzekam na nudę. :) Halo! Ktoś może to gdzieś zarejestrować, w jakiejś księdze pieczystej? :)

Natomiast wczoraj stało się coś, czego nie spodziewałam się nawet w moich najbardziej perwersyjnych snach (nie, nie tych o sikaniu do lodówki turystycznej).

Otóż, byłam wam ja w sklepie obuwniczym, a dokładniej w pięciu a nawet sześciu sklepach obuwniczych...... i podobało mi się! Spędziłam w jednym centrum handlowym 3 godziny, przymierzając wszystkie buty, jakie mieli na składzie. Wszystkie.

Dlaczego jest to tak dziwne? Otóż dlatego, że do tej pory uważałam, że moje osobiste piekło będzie wyglądało tak, że przez 24 godziny na piekielną dobę będę zmuszona do pilnego kupowania obuwia, a czynność ta będzie sprowadzała się do oglądania pięknych butów, na które mnie nie stać, lub do szukania takich sobie butów,na które mnie stać, ale nie ma mojego numeru, koloru, fasonu, wysokości, szerokości i hujvi jeszcze czego. Tak zapowiadał mi się mój osobisty kocioł piekielny. Wczoraj natomiast, owszem, oglądałam buty, ale po pierwsze było mnie na nie stać, po drugie, większość z nich była piękna, po trzecie było ich tyle, że ja-nie-mogę.

Tallin okazał się być zagłębiem obuwniczym. A na pewno to centrum, w którym wczoraj byłam. Co prawda buty nie są tu tanie, ale co poradzić (teraz możecie połączyć tę informację z zawartą w poprzednim akapicie i z tej konfiguracji powinna wyjść wam konstatacja, że Jola musi zarabiać kokosy. Powiem tylko, że nie kokosy tylko korony i że nie narzekam... Oho! znowu proszę o wpis do księgi:)).

Oczywiście nic nie kupiłam, a wczoraj zamknęli to centrum, kiedy jeszcze byłam w trakcie buszowania (oczywiście, że wcześniej zostałam delikatnie wyproszona).  Ale jak tam wrócę w sobotę to tak nakupuję, że nawet obcas im się nie ostanie.

W tym moim szale oglądania, nie zauważyłam tylko pewnego szczegółu... Pierwszym pytaniem mojej szefowej dzisiaj było: "No i jak? Kupiłaś nowe buty?". Konsternacja. To dlatego jest szefową, bo ma zdolność czytania w myślach? Jest wszechwiedząca? Niepostrzeżenie wrzuciła mi podsłuch i podgląd do torebki? Nie. Trick polegał na tym, że była wczoraj w tym samym centrum handlowym co ja i siedząc w kawiarni przed wejściem do jednego z butików, przez godzinę przyglądała się z zaciekawieniem, jak po kolei przymierzam każdą parę butów w tym sklepie. Nie wiem czy powinnam się wstydzić? Śmiać? Każdy ma jakieś zboczenie, nie?

Kurde fajka, a może buty to jednak nadal moje przekleństwo? Klątwa rzucona tysiąc lat temu przez jakąś butną wiedźmę na wszystkich wtedysiejszych i przyszłych członków rodu Jolantów? Na pewno. A kto nie wierzy niech try walking in my shoes.(z czego to? :))

 

 

Jol.

 
1 , 2
Zakładki:
* Kapelutki - BLOG ROKU 2011 *
100 rzeczy TO DO BEFORE DEATH and DISHONOR
AAA W RAZIE POTRZEBY KONTAKTU
Introduction, czyli...
Jolanta czytuje:
Kapelutki wspólnym okiem zaglądają:
Regina podgląda:
PustaMiska - akcja charytatywna


Hej, jesteśmy na Facebooku:

Jolanta z Chudowa

BBC Radio
Fajnie mówią "Agnijeska Ratłanska"

*UWAGA! ACHTUNG! ATTENTION!*
Jakby co, piszta tu:
kapelutki[maupa]gazeta.pl